Recenzje

ROMAN KOSTRZEWSKI Woda `07

LIMBIC_MAKIETA.ai

Kiedy pada deszcz (to się nieodzownie kojarzy z wodą), kiedy duszę trapi jakiś problem, kiedy uszy zmęczone hałasem i wreszcie kiedy ma się ochotę na przejmującą i dobrą muzykę, sięgam po „Wodę”. Minęło już o wiele za dużo czasu od ukazania się pierwszego żywiołu rozpoczynającego serię, która niestety na razie istnieje tylko w sferze wirtualnych marzeń i słów rzucanych na wiatr przez ROMANa KOSTRZEWSKIego.

Newsy

KILLING FOR COMPANY – płyta „House of Hades”

killing.for.company_house.of.hadesNorwescy death metalowcy z KILLING FOR COMPANY połączyli siły z Via Nocturna przy wydaniu swojej najnowszej płyty pt. „House of Hades”. Album CD ukazał się (jako jewel case CD) w limicie do 500 sztuk.

Stara szkoła death metalu spotyka się tu z technicznym, pełnym polotu graniem i oryginalnym stylem, który sprawia, że KILLING FOR COMPANY może być obecnie jednym z najbardziej obiecujących death metalowych zespołów w Europie. Niesamowity drive, ciężar i moc czynią z „House of Hades” płytę, której trudno się oprzeć.

Koncerty

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI, QUO VADIS, 280 VOLT – 22.04.2016, Kraków

Wywiady

Arachnophobia Records: Drugi Krajewski

Arachophobia_logo
Krzysztof Słyż jest doskonale znany wieloletnim uczestnikom sceny podziemnej, gdyż w latach 90-tych robił poważanego tu i ówdzie, opiniotwórczego (hehe), a w niektórych kręgach nawet kontrowersyjnego warzina „Arachnophobia” (no cóż, Krzyś zawsze miał niewyparzony język hehe). Prowadził też małe distro. Być może wówczas wielu z Was czytało jego szmatławca, kupowało u niego kasety, pisało z nim listy. Później Krzysiek na parę latek usunął się w cień, albo nawet spierdolił z undergroundu. Nie wiem, może miał dość kwasów na scenie, jak wielu innych edytorów (np. z „Wolfpacka”), może trzepał kasę i robił karierę księgowego, a może stał się prawdziwym mężczyzną – sadził drzewo, płodził synów i dom budował. Więc jakże piękny był to widok zobaczyć jego facjatę w grudniu 2010 r. w Warszawie na zlocie zinowców, który zorganizował nieoceniony Adrian z „R`Lyeh `zine”. Przyjechał Krzyś z Białegostoku i było to fajne spotkanie po latach korespondowania ze sobą, a właściwie osobiste pierwsze od lat. Jednak wówczas szanowny pan Słyż jeszcze milczał o swoim przemyślnym planie powołania do życia wytwórni płytowej. Ogromne więc było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później w sieci pojawiła się wpierw strona dystrybucji Arachnophobia (z oryginalnym logo!), aż wreszcie Krzysztof stał się wydawcą pełną gębą, szefem własnego labela, właścicielem wytwórni płytowej! Było tak wiele powodów do zwywiadowania go, że nie mogłem się oprzeć! Co prawda jest to kolejny wywiad z niedoszłego #19 Atmospheric’a, ale mimo wszystko zapraszam do lektury!

Cześć! Muszę zadać Ci na początek to pytanie. Dlaczego przestałeś robić swojego zina „Arachnophobia”? Doskonale wiedziałeś, że to, co robisz, jest zajebiste i mało było takich pismaków w podziemiu co Ty, a mimo to (o ile dobrze pamiętam) już przed pracami nad „czwórką” mówiłeś, że to ostatni numer. Nie siedziałeś na zadku w oczekiwaniu na listy, a raczej wszędzie było Cię pełno, razem z Dankiem ganialiście po kraju zaliczając koncerty, chociażby w takim Rzeszowie, gdzie się zresztą nawet spotkaliśmy.

No witam. Ojtam, ojtam. Zine wcale nie był jakiś zajebisty, z perspektywy czasu uważam, że dosyć średni, a jedyne, co wyróżniało go spośród, to moja niewyparzona morda i tyle. Już od zerówki panie nauczycielki narzekały, że Krzyś pyskaty i tak zostało całe życie. Wszystko ma swój początek i koniec. Mój zine też. Zwyczajnie nie miałem ochoty tego robić, na tzw. scenie zaczęło się psuć, demówkowym kapelom zdawało się, że właśnie będą świat podbijać. Teraz kręci się bekę z NORTHERN PLAGUE, bo są specyficznym przypadkiem na scenie, a wtedy co drugi zespół miał tak najebane gównem pod kopułą. Po prostu odeszła ochota na robienie zine’a, skoro nie było z kim robić wywiadów.

Po latach Arachnophobia powraca do podziemia, ale nie jak zine, a jako dystrybucja. Mam wrażenie, że po ustabilizowaniu się Twojego życia, kiedy już stwierdziłeś, że Twoja sytuacja materialna, rodzinna itp. jest na tyle unormowana, że możesz sobie pozwolić na powrót do hobby, starych znajomości, może pchnęła Cię do tego chęć poczucia tego niesamowitego klimatu z czasów zina… Znalazłeś to?

Niekoniecznie. Nie miałem ochoty poczuć klimatu z czasów zine’a, bo dzisiejsze czasy są zupełnie inne i szczerze mówiąc bardziej mi się podobają. Dystrybucja miała za zadanie trochę tak wysondować rynek, wyrobić jakieś kontakty i zapracować na nazwę. Okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że po ponad dekadzie niebytu sporo ludzi pamięta coś takiego jak Arachnophobia. Bardzo miłe. Gdybym bez dystrybucji od razu wziął się za wydawanie kapel, to pewnie musiałbym błagać jakieś gówniane kapele o materiał, a tak wystartowałem z grubej rury. A czy moja sytuacja była stabilna? No nie wiem, w międzyczasie urodziło mi się trzecie dziecko, Kamila Słyż, przeprowadzka na wiochę dokładnie cztery dni przed premierą płyty EVIL MACHINE. Cud, że to wszystko jakoś udało się spiąć.

Ruszyłeś z distro, teraz masz sklep internetowy, poszerzasz sukcesywnie swój katalog, a jakiś czas temu zacząłeś wydawać płyty… Co sprawiło, że postanowiłeś założyć Arachnophobia Records? Osobiście słabo oceniam kondycję krajowych wytwórni. Ledwo przędą, bo sprzedaż płyt z metalem to nie kokosy, od dawna to wiadomo, a w dobie Internetu stała się ona jeszcze bardziej deficytowa. W ogóle działalność w metalowym podziemiu ma trochę charakter filantropijny, bo jeśli ktoś ma zamiar robić tu biznesy, to dość szybko zwija żagle. Stąd wiemy, że ludzie utrzymujący swoje wytwórnie, to po prostu pasjonaci mający możliwości hehe. Jak to jest u Ciebie?

Wytwórnia to od zawsze było moje marzenie. Zawsze chciałem być takim drugim Krajewskim. Pewnie każdy sobie pomyśli, że to takie pierdolenie, ale nawet robiąc zine’a, zawsze chciałem mieć wytwórnię i uważałem, że będę w tym dobry. Teraz na prowadzanie wytwórni są dużo lepsze czasy niż 10-15 lat temu, bo wtedy chyba nic się nie sprzedawało. Teraz można nagrać bardzo dobrze brzmiącą płytę na światowym poziomie za trzy tysie, a dekadę temu trzeba było wyłożyć z siedem, a i tak nie brzmiało to wg obowiązujących standardów. Ceny produkcji nośnika są dużo mniejsze, ceny płyt dla klienta podobne, zarobki dużo wyższe. Nie wiem, skąd taka opinia, że w dobie Internetu jest gorzej. Nic nie jest gorzej, jest dużo lepiej. U fanów metalu jest etos kupowania płyt i Internet jest idealnym narzędziem, by zorientować się, co w trawie piszczy, posłuchać i kupić, jak się spodoba. Kupić bez wychodzenia z domu. Kliknąć, zapłacić przelewem, kartą czy paypalem, a czasem na drugi dzień już cieszyć się z płyty. A nie jechać godzinę autobusem do centrum, pytać się, czy już jest, czy też stać na poczcie, by wysłać czerwony przekaz pocztowy. Internet sprzyja zakupom. Oczywiście zawsze są tacy, co tylko zasysają i nic nie kupują, ale kiedyś też byli tacy, co nic nie kupowali, tylko przegrywali.

No fakt, dekadę temu to wielu wydawców się pojawiało i padało na ryj, ale teraz pojawią się nowe wytwórnie (Hellthrasher, Malignant Voices, SOA i parę innych), które bardzo ładnie się rozwijają, a nie podejrzewam ich właścicieli o jakieś bogactwo i filantropię. Ja mam sześć wydanych pozycji, więc chyba jakoś sobie radzę. W moim przypadku nie ma mowy o dokładaniu do tego, wszystko finansowane jest z bieżącej sprzedaży. Nie będzie sprzedaży – nie będzie nowych wydawnictw. Nie widzę powodu, by obcym ludziom robić prezenty i wydawać im płyty wkładając w to swoje ciężko zarobione pieniądze, wolałbym za nie nakupić sobie płyt do kolekcji. Działalność wydawniczą traktuję jako część swojej firmy, ma zarabiać i nie ma tutaj żadnych kompromisów, sentymentów.

Dawniej wszystkim było łatwiej: mniejsza konkurencja wśród kapel, stąd zespoły z kilkoma singlami miały na starcie status „gwiazd”, kto miał nosa – zakładał wytwórnie (powstał Metal Mind, Carnage czy inne). Teraz, mimo łatwego przepływu informacji, mamy przerost podaży nad popytem, co nie zawsze skutecznie odsiewa plewy od wartościowego ziarna, bo sporo wartościowych zespołów ginie w natłoku i powiedz Panie, jak tu robić dobrą robotę, skoro nie można się przebić, nie mając pieniędzy na promocję w kolorowych mediach?

Najpierw było lepiej, później gorzej, później tragicznie, a teraz całkiem nieźle. Oczywiście jeśli się traktuje działalność wydawniczą na zasadzie kaprysu, to można wyjebać dziesięć tysia na studio dla jakiejś ultra brutal death grind fusion jazz metalowej kapeli, którą kupi ze 100 osób – wolna droga. Oczywiście ilość wytwórni dzisiaj bije wszelkie rekordy, ale skoro są, to znaczy, że ich właściciele widzą w tym jakiś sens.

Wiem, że to trochę nie na temat, ale przez ostatnią dekadę wiele się zmieniło na tzw. polskim rynku prasowym. Dziuba nie żyje, Kmiołek gówno znaczy, a Wardzała oddalił się znacznie od metalu. Żeby coś osiągnąć te dziesięć lat temu, to przynajmniej z jednym z nich trzeba było dobrze żyć. Pewnie pamiętasz doskonale, że kiedyś w „Metal Hammerze” pracował Remo z SACRIVERSUM. W tym piśmie ukazał się z nim wywiad po wydaniu drugiej płyty jego zespołu nie dlatego, że jakiś dziennikarz uznał, iż zespół jest tego warty, bądź redaktor naczelny dał pracownikowi jakieś fory – co ma przecież sens – ale tylko dlatego, że wydawca albumu wykupił reklamę w piśmie. Nie zdradzam w tym momencie żadnych plot czy tajemnic, bo Remo wprost mówił o tym w innych wywiadach. Gdyby nie wylizanie dupska Kmiołkowi, największej obrażalskiej piramidony, jaką scena widziała, to też mogło być różnie. Podpadłeś i koniec, zero recenzji czy wywiadów.

Teraz funkcjonujące na rynku tytuły prasowe (no fakt, prawie ich nie ma) prowadzone są przez normalnych ludzi, którzy potrafią wyciągnąć zespoły kompletnie z dupy, ale ciekawe. W tym sensie dotarcie do prasy jest łatwe, wystarczy swoją muzyką rozjebać dziennikarza. Np. wystarczyło, że płyta ODRAZY spodobała się redaktorowi i jest w „Metal Hammerze” wywiad z zespołem. Naprawdę dobra muzyka czyni wiele. ODRAZA zwróciła mi się w tydzień bez wydawania ani złotówki na reklamę, wystarczyła rewelacyjna muzyka i trochę pracy. No właśnie, zrób to bez Internetu, który rzekomo tyle złego wyrządził rynkowi wydawniczemu…

krzysztof.slyz_foto.lata.90
No to obaliłeś trochę stereotypów, przynajmniej, jeśli chodzi o rynek wydawniczy w naszym kraju. Teraz z innej beczki. Sentymentalnie pozostawiłeś stare logo Arachnophobii przy życiu, zamieszczając je na stronie internetowej sklepu. Przy okazji udało Ci się zachować klimat starego zina w szacie graficznej strony. To wszystko z sentymentu, czy może masz alergię na nowoczesny Internet?

Logo jest zajebiste, absolutnie genialne. Dlatego zostało. Może gdyby ktoś mi zrobił inne – bo sam rysuję jak upośledzone dziecko – to i bym zmienił, jakby to było coś fajniejszego. Internet uwielbiam. Alergię mam na koty, ale na to zażywam przepisane przez lekarza tabletki.

W swoich wydawnictwach nie ograniczasz się do jednego nośnika. Debiutowałeś winylową reedycją płyty lubelskiego OREMUS „Popioły”. Co Cię skłoniło, by to właśnie ten materiał był zaczątkiem Twojej wydawniczej przygody? Czyżby znajomość z muzykami BLAZE OF PERDITION, którzy to są jednocześnie twórcami OREMUS?

No nie do końca. Bo najpierw dogadaliśmy się na wydanie, a później poznaliśmy się osobiście przy piciach. Oczywiście zdziwiło mnie to, że tak łatwo się zgodzili, aby winyl OREMUS w końcu ujrzał światło dzienne w debiutującej wytwórni (a całkiem spore wytwórnie kręciły się wokół tego materiału). Zespół twierdził, że dostałem punkty za naszą starą znajomość, a ja za cholerę nie wiedziałem, o co chodzi. Długo mi zajęło, zanim metodą dedukcji doszedłem do ponoć oczywistej wiedzy, że Bolek z „Total Destruction ‚zine” i XCIII z BLAZE OF PERDITION / OREMUS to ten sam człowiek. I to jeszcze tak uzdolniony. Płyta wyszła fantastycznie. Wszystko strasznie fajnie wygląda. Sonneillon przygotował świetną grafikę. Zarówno pod względem czysto muzycznym, jak też formy wydania nie mogłem sobie wyobrazić lepszego startu. Szkoda tylko, że płyta wyszła w tak chujowych okolicznościach.

Skoro już zahaczyliśmy temat, to skupmy się na chwilę na sytuacji BLAZE OF PERDITION. Po ich wypadku w Austrii w zeszłym roku mocno zaangażowałeś się w pomaganie chłopakom w powrocie do kraju i później do zdrowia. Spontanicznie zorganizowałeś też akcję zbiórki pieniędzy na sprowadzenie ciała Wojtka do kraju. Podobno reakcja była niesamowita i do tego stopnia skuteczna, że postanowiłeś przekazać całą sprawę fundacji. Orientujesz się, czy w dalszym ciągu i gdzie można wpłacać pieniądze na rekonwalescencję Krzyśka i Pawła?

No jesteś w kraju, wiesz, że twoi kumple mieli wypadek zagranicą. Przepływ informacji właściwie nie istnieje, nie możesz się dodzwonić do nikogo na miejscu. Nie wiesz, co robić, to pomagasz jak możesz, proste. Pomysł na zbiórkę nie był mój, ale byłem trzeźwy i akurat siedziałem przy Internecie, więc jakoś to pchnąłem. W parę dni uzbierało się ponad trzydzieści tysięcy. Jakieś kurwy zaczęły straszyć, że do prokuratury podadzą, że zbiórka publiczna bez pozwolenia. No trochę się wystraszyłem, więc przekazałem sprawę fundacji poleconej przez znajomą. Oczywiście dziś zrobiłbym inaczej, bo może kasa do poszkodowanych wpłynęłaby szybciej i w lepszym stylu. Ale cóż, nikomu to i tak życia ani zdrowia nie zwróci.

Obiło mi się o uszy, że była też jakaś aukcja zbierania 1% podatku, którą potem odwołano…

Spóźnili się ze złożeniem papierów i odebrano im status OPP. Cała tajemnica.

Zdecydowałeś się na sprzedaż matryc „Arachnophobii”, wystawiłeś je na Allegro z zastrzeżeniem, że cały dochód pójdzie dla Sonneillona, wokalisty Blazów. Przyznam, że dla mnie to dość spore poświęcenie, ja osobiście mam wielki sentyment do swoich starych numerów „Atmosa” i do tej pory trzymam matryce, pomimo że klej już wysechł i co nieco poodpadało. Tym większy mój szacunek do tej decyzji, chociaż, jak pisałeś w aukcji, Ty niespecjalnie się z nimi zżyłeś he he.

Łatwo mi było się rozstać z matrycami, bo przypadkowo znalazłem je przy przeprowadzce, a sądziłem, że je zgubiłem, więc wyszedłem na zero. „Dziennikarzem” byłem dosyć kiepskim, szczególnie patrząc na to, jak dzisiaj piszą Łakomy, Malinowski, Krzeczkowski, Matuszczak, Dunaj i paru innych, którzy są o parę lat świetlnych przede mną. Po co mi trzymać coś, co świadczy o tym, że jestem gorszy od innych? Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że wydawcą jestem sto razy lepszym niż zinowcem, więc wolę się skupić na tym.

Wracając do działalności Arachnophobia Records, trzeba powiedzieć, że Twoje kolejne wydawnictwo to białostocka supergrupa EVIL MACHINE. Mówiąc „supergrupa” mam na myśli fakt, iż trzon tej kapeli stanowią muzycy takich zespołów jak VADER, HERMH, HATE i DEAD INFECTION, a także inni niemniej znani, którzy wzięli gościnny udział w nagraniu albumu „War In Heaven”. Jak, po co i dlaczego?

Kulisy wydania to krótka piłka. Spotkałem się z paroma ludźmi w knajpie i na tym spotkaniu powiedziałem piosenkarzowi Semihazahowi, że zakładam wytwórnię, wyjął płytę i wręczył. Później spotkaliśmy się z zespołem na piciach, by uzgodnić szczegóły, ale był to zły pomysł i skończył się dla mnie tragicznie… Potem już telefonicznie wszystko uzgodniliśmy i voila. Fajne chłopaki, a muzyka mnie zniszczyła, więc długo się nie zastanawiałem. Świetna płyta, świetnie wydana, dumny jestem z niej jak cholera. Cud, że wszystko wyszło jak trzeba, bo wtedy u mnie w życiu była straszna nerwówka związana z przeprowadzką (przeprowadziłem się w sobotę, a we wtorek nakład płyt miałem w domu), więc gdyby nie pomoc Hala w ogarnięciu spraw technicznych, to nie wiem, jakby to się potoczyło. Położyłem promocyjnie to wydawnictwo i nie mogę sobie tego wybaczyć. Trochę zbyt old schoolowo do tego podszedłem. Człowiek uczy się na błędach, szkoda, że własnych, a nie cudzych.

Następna pozycja w katalogu Arachnophobia Rec. to kasetowa wersja wydanego w Pagan Records trzeciego albumu BLOODTHIRST pt. „Chalice of Contempt”. Twoja kaseta ukazała się w zasadzie w tym samym czasie co CD w Pagan…

Strasznie się cieszę, że akurat nagrali tak morderczą płytę w momencie, w którym mogłem wypuścić jej kasetową wersję. Bardzo lubię BLOODTHIRST, zarówno słuchać, jak i jako ludzi. Maciek (perkusista) był czytelnikiem „Arachnophobii” za gówniarza. Recenzowałem w zinie jego stary hord (CARPE NOCTEM) i w sumie jest jedną z nielicznych osób, z którą mam kontakt z lat młodości. Ponadto strasznie dużo mi pomógł dobrymi radami, za co będę mu wdzięczny poprzez picia.

Powiedz mi, co Tobą kierowało, że zdecydowałeś się na wydanie kaset – formatu umierającego, niedoskonałego i przez przeciwników negowanego w ogóle.

W Polsce pokutuje jeszcze casus kasety jako czegoś gorszego, bo przez wiele lat była takim wyrobem czekolodopodobnym, kupowanym dlatego że nie było w sklepach czekolady, albo była za droga. Po latach, podobnie jak winyl wrócił do łask, to samo spotkało kasetę magnetofonową. Fajnie wydane kasety, jeszcze w jakichś limitowanych edycjach, to taki gadżet. Lubię je i z pewnością coś jeszcze na tym nośniku kiedyś wypuszczę, jak dożyję.

Nie da się nie zauważyć, że w wydania kasetowe „bawią” się tylko niezależne i w większości młode wytwórnie. Jest to oczywiście przejaw sporej pasji właścicieli tych firm, ale też takie wydawnictwa nie są kalkulowane na zysk, a raczej na ich wyjątkowość i wartość kolekcjonerską…

No nie da się zbytnio zarobić na kasetach, to właśnie taki gadżet, kaprys, sam nie wiem, jak to nazwać. Produkcja dwa lub nawet trzy razy droższa od CD (jeśli chce się zrobić to na wypasie), a cena dla klienta o połowę mniejsza.

Ty sam często kupujesz sobie takie perełki? Pamiętasz jeszcze szok, jakiego z pewnością doznałeś, gdy po raz pierwszy miałeś w swoich łapach kasetę z rozkładaną wkładką? Gimbusy tego nie pamiętają he he. Ja mam dwa pudła kaset, mimo iż nie mam na czym ich odtworzyć he he.

Owszem, zdarza mi się kupować jakieś fajnie wydane kasety czasem tylko z samej chęci posiadania, a nie do słuchania, bo zazwyczaj CD już mam. Pierwszą kasetą licencyjną, jaką kupiłem, było „Icon” PARADISE LOST, no i rzeczywiście był olbrzymi szok jakościowy między kasetami z GM czy Takt, a MMP. Chociaż np. pierwsze kasety z Mystic były o wiele gorzej nagrane od piratów, niemniej sam fakt, iż książeczka się rozkładała oraz świadomość posiadania legalnego produktu jak ludzie w cywilizowanym świecie, bardzo dobrze robiły.

Skoro już omawiamy wszystkie Twoje wydawnictwa, to powiedz coś o kolejnym zespole tworzonym przez muzyków znanych z innych, uznanych kapel. Tym razem padło na ODRAZĘ… Jak byś określił płytę „Esperalem Tkane”?

Jestem szalenie dumny, że debiut ODRAZY ukazał się w Arachnophobii i na długo przed premierą trochę z przekąsem mówiłem o „Esperalem Tkane” – „płyta roku 2014”, a teraz coraz więcej osób przychyla się do tej opinii. Słuchając tego albumu słyszysz, że to bardzo utalentowani muzycy, czytając wywiady wiesz, że to nietuzinkowi ludzie. Od początku wierzyłem w nich mocno i się nie pomyliłem, bo efekt finalny przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. ODRAZA to zespół kompletny pod każdym względem. Każdemu wydawcy życzę takiego zespołu – nie mówię absolutnie o tym, że się zajebiście sprzedaje, tylko o pewnej nici porozumienia, zdrowym rozsądku i trzeźwym spojrzeniu na rzeczywistość. Wszystko poszło dokładnie tak jak trzeba, każdy z nas zrobił wszystko, do czego był zobligowany: jeśli umawialiśmy, że jutro o dwunastej zaczynamy jakieś działania promocyjne, to tak było i nikt nikomu nic nie musiał przypominać, ani ciągnąć za rękaw. Cieszę się, że zostałem wybrany z grona kandydatów na ojca – wydawcę i cieszę się również, że nasza współpraca trwa dalej, bo wydałem jeszcze winylową wersję „Esperalem Tkane”.

krzysztof.slyz_foto.2014
Swoją drogą, zauważyłeś, że ostatnio zrobił się popyt na nazwy zespołów w naszym ojczystym języku? Mówię oczywiście o black metalu i pochodnych. Zaczęło się to chyba od FURII. Dla mnie to trochę zabawne, gatunek tak bardzo tru że aż dupa boli, a tu taka pogoń za modą i powielanie tych, którym się udało…

„Po angielsku wszystko brzmi o całe piekło lepiej, nawet jeśli ktoś dyrdymały klepie”, jak śpiewał bdb kolega piosenkarz Tymek Jędrzejczak z hordu CREMASTER. Nie ma się czego wstydzić – ojczysta mowa. Zawsze podobały mi się black metalowe zespoły śpiewające po polsku, a jak śpiewają po polsku, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nazwa też była polska. Jak komuś się uda, to zawsze pojawiają się naśladowcy – kiedyś rżnięto z VADERa, teraz z BEHEMOTH czy FURII. Kapele z polskimi nazwami były zawsze, tylko te 10-15 lat temu raczej lądowały w prześmiewczych rubrykach w zinach, dziś FURIA jest czołówką sceny, więc tego typu zespoły są bardziej widoczne i z pewnością bardziej naśladowane przez jakieś ofermy życiowe i muzyczne. Każda moda czy trend przynosi kilka świetnych zespołów i całą masę chujowych. I tak będę upierał się, że najbardziej żenujący był jednak trend na grind. No i jeszcze ten gotycki romantyzm w metalu. Ale wracając do meritum, polskie black metalowe zespoły śpiewające po polsku są coraz bardziej doceniane poza granicami i widać to choćby po recenzjach, w których ich autorzy twierdzą, że polski black metal to klasa sama w sobie i dla wielu też gwarancja jakości. W sumie bardzo dużo dzieje się obecnie w krajowym black metalu i dla tego gatunku teraz są zdecydowanie najlepsze czasy. Polski black metal nigdy nie był silniejszy niż dziś, chyba że jakieś względy czysto sentymentalne brać pod uwagę.

A co powiesz o kolejnym swoim drugim kasetowym wydawnictwie „Ferox”? THE DEAD GOATS to młoda kapelka, ale znów sroce spod ogona nie wypadli bo to sami starzy wyjadacze…

Uwielbiam ten zespół, uwielbiam tych kolesi. Stwierdziłem, że muszę coś im wydać. Skoro wybrali większy i bardziej doświadczony label na wydawcę drugiej płyty, to pomyślałem, że na osłodę wydam chociaż demo na taśmie. I to jakie zajebiste demo. Kaseta wyszła bardzo fajnie, szczególnie jestem zadowolony z tego, jak jakościowo to wygląda: layout, papier, no i muzyka – wszystko gra, jak trzeba. Materiał totalnie kopie dupy.

Z początku nie rozumiałem, po co w ogóle tak młodemu zespołowi wydanie demówki na kasecie magnetofonowej, ale teraz nieco to rozumiem, chociaż mimo wszystko nie sądzę, byś miał jakiś szał zakupowy na tej pozycji, co?

Tu Cię zaskoczę, bo nakład taśmy THE DEAD GOATS został wyprzedany. Znaczy zostały dwie sztuki: jedna moja i druga popsuta.

THE DEAD GOATS i EVIL MACHINE pochodzą z tego samego miasta, co Ty, czyli Białegostoku. Są tam u Was jakieś inne, młode kapele? Robi tam w białostockim szołbiznesie w ogóle ktoś świeży? He he he

Nawet nie wiem, co tam nowego w białostockim undegroundzie, bo właściwie nie mam z nim kontaktu. I w sumie nigdy nie miałem kolegów na białostockiej scenie. Praktycznie tylko trzy zespoły (DEAD INFECTION, INCARNATED i THE DEAD GOATS – co ciekawe, w każdym z nich gra jakiś Pierściński) mogę nazwać normalnymi, w sensie tego, że wydają płyty w wytwórniach, grają koncerty poza rodzimym miastem itd. Celowo nie wspominam o EVIL MACHINE, które jest projektem i HERMH, bo raz on jest, raz go nie ma i w sumie to taki dosyć efemeryczny zespół, jednak jak gra, to też poza Białymstokiem. NEUROPATHIA grała po kraju, EFFECT MURDER też (zresztą Johny, jako jeden z nielicznych z tego miasta, kumał, o co chodzi w promocji własnego zespołu). Cała reszta to jakieś jebane getto. Wzajemne poklepywanie się po plecach i utwierdzane w swojej zajebistości, nawet jak zespół jest chujowy, nikt go nie chce wydawać, nikt nie chce kupować płyt i poza rodzimym miastem nie grają koncertów. Ja częściej jestem na koncertach w Lublinie niż w Białymstoku. Jeżdżę po Polsce i widzę, że wszędzie to inaczej wygląda, a tu bardzo biednie. Także mentalnie. Jakby taka scena w scenie, taka wewnętrzna. Ale tu tak było, od kiedy pamiętam.

Kolejne wydawnictwa przybywają w katalogu Arachnaphobia Records jak grzyby po deszczu, a mi się już nie chce o każdym gadać – zmęczyłem się he he. Powiedz zatem pokrótce, co ostatnio wypuściłeś i co nowego planujesz. Co jeszcze ma znieść Twój domowy budżet, który to dzieciom od ust zapewne odbierasz, zły człowieku he he.

Nic nie odbiorę z ust ani dzieciom, ani sobie, wszystko będzie finansowane ze sprzedaży i nie ma tu wyjątków, fundacją nie jestem. Krążek „Nic co boskie nie jest mi obce” GENIUS ULTOR hula bardzo dobrze. To cios przeokrutny – płyta, która mi się nie może znudzić od pewnego czasu i co chwilę coś nowego w niej odkrywam. Ukazał się nowy album ABUSIVENESS „Bramy Nawii”, który dla mnie samego jest totalnym zaskoczeniem, to ogromny krok do przodu względem „Trioditis”, co potwierdzają bardzo entuzjastyczne recenzje. Inna pozycja w katalogu Arachnophobii to album „Into Everlasting Death” – debiut SIGIHL (w składzie ludzie związani teraz lub kiedyś z THAW, OUTRE, STROMMOUSHELD), który okazał się dla wielu dużym zaskoczeniem choćby z powodu braku gitar i obecności saksofonu. EERIE również dużo namieszał, bo to zespół wyjątkowy z wielu powodów, a „Trauermärsche (And A Tango Upon The World’s Grave)” to debiut na miarę ODRAZY, jeden z tych co rzadko się trafiają. W tak zwanym międzyczasie wydałem reedycje na CD drugiej płyty VEXATUS „Atmo Pompei” oraz THY WORSHIPER. Planuję jeszcze winylowe wznowienia HOLODOMOR.

No to co, tyle tego? Tylko nie mów, że żegnasz mnie z ODRAZĄ…

Mi chce się spać, a jeszcze z Furią (psem) muszę wyjść na spacer, a deszcz w Klepaczach pada. Nikogo nie żegnam z odrazą, tylko z całusami:-).

[Paweł]

Arachnophobia Rec., sklep@arachnophobia.pl; www.arachnophobia.pl, www.facebook.com/arachnophobiarecs