ACRYBIA: 13 lat muzycznych przeobrażeń

acrybia_logoACRYBIA to niezły muzyczny kameleon, który przez kilkanaście lat istnienia pokazał niejedno swoje oblicze. Ostatnio zdaje się, że osiadł w doomowych rejonach, czego dowodem jest ostatni krążek „Jesus Bloody Jesus”. Jest to dobra okazja, by wziąć na spytki Shadocka – wokalistę, gitarzystę i klawiszowca, a co za tym idzie głównego rozgrywającego w ACRYBII…

 

 

l_acrybia_fantomic-artWitaj Shadock. „Jesus Bloody Jezus” to już Wasza jedenasta płyta, jeśli dobrze liczę. Jeżeli dodać do tego pięć demówek, trzynaście singli i EPek, jeden split i dwa albumy kompilacyjne, to kolekcja ta robi wrażenie. Pod tym względem jesteście chyba rekordzistami na polskiej scenie. Co było Waszym motywatorem do tak częstego nagrywania? Czy ogarniasz na bieżąco wszystkie Wasze materiały, czy część dyskografii traktujesz jako prehistorię?

 

Witaj Dod! Rzeczywiście, dyskografia rozrosła nam się straszliwie. Przyznam, że w pewnym momencie celowo wyhamowałem z nagrywaniem nowych rzeczy. Niedługo wpadlibyśmy w grafomanię typową dla raw black/industrial metalowców produkujących materiały na kopy. A tworzyliśmy tyle, bo mogliśmy. Nie graliśmy koncertów, tylko nagrywaliśmy nowe rzeczy, które chcieliśmy jakoś zaprezentować. Co do samej ilości… Faktycznych płyt jest osiem. Dwa soundtracki to po prostu ciekawostki, podobnie jak „In Doubt We Trust”, który zawiera nowe wersje niektórych utworów i kolejną ścieżkę dźwiękową. Niemniej każdy album ma w sobie coś, co jest dla mnie ważne i choć rzeczywiście po pewne wydawnictwa nie sięgam zbyt często, stworzyły one zespół takim, jakim jest teraz. Dajmy na to – bez eksperymentalnej i – co tu ukrywać – średnio udanej „Entelechii”, nie byłoby pewnie powrotu do żywych instrumentów i ACRYBIA skończyłaby jako solowy, dronowy projekt… Do niektórych starych rzeczy wracamy na koncertach, niektórych czasem posłucham w domu. Są też partie, do których nie widzę sensu zaglądać.

 

Powspominajmy trochę, cofnijmy się do korzeni. Co skłoniło Cię do założenia ACRYBII? Miałeś w tym jakiś konkretny cel, plan? Chciałeś naśladować swoich muzycznych idoli, czy wytyczać nowe ścieżki? Co wtedy Was inspirowało najbardziej? Czy na przestrzeni lat inspiracje te uległy zmianie?

 

Powodem założenia zespołu był głód grania. Nie znam innego sensownego powodu dla tworzenia / odtwarzania muzyki. Plan był oczywisty – podbić świat swoją sztuką (śmiech). Na szczęście na etapie zakładania ACRYBII byłem już po kilku przygodach z innymi kapelami; nauczony pokory, za cel postawiłem sobie tworzenie muzyki, którą będę mógł prezentować na demówkach, koncertach, ewentualnie płytach. Nigdy nie myślałem o zespole w kategoriach „sławny”, „popularny”. Nie przy takim gatunku. Szanujmy się (śmiech). Idoli nie chcieliśmy naśladować, bo rozpiętość naszych zainteresowań była ogromna. Chcieliśmy – wychodząc od death metalu, poprzez doom – dojść do czegoś nowego, bardziej rozbudowanego. Cóż, byliśmy młodzi, mogliśmy marzyć. Inspirował nas przede wszystkim klasyczny death metal typu CANNIBAL CORPSE, DEICIDE, VADER oraz doom metal na czele z MY DYING BRIDE, wczesną ANATHEMĄ lub PHLEBOTOMIZED. Z drugiej strony graliśmy covery LUX OCCULTY, TRAUMY, SIRRAH, KATa i MOONSPELLa. Do późniejszych inspiracji dorzuciłbym ULVERa, PINK FLOYD i KING CRIMSON.

 

A propos coverów… Jaki był ich cel? Czy były grane tylko na próbach w celach rekreacyjno-ćwiczeniowych, czy również na koncertach? Mógłbyś zdradzić, z którymi kawałkami LUX OCCULTY oraz SIRRAH się zmierzyliście i czy zostały one zarejestrowane na jakimś wydawnictwie?

 

Po pierwsze covery oczywiście służyły zabawie, po drugie nauce gry, czyli jak to ładnie ująłeś – celom rekreacyjno-ćwiczeniowym. Większość nagraliśmy na jakiś demówkach czy płytach, ale tych, o które pytasz, akurat nie. Widać nie wyszły, jak trzeba. SIRRAHa graliśmy „For The Sake Of Nothing”, a LUX OCCULTY: „Homodeus”, „Sweetest Stench Of The Dead”, „Bitter Taste Of Victory” i „When Horned Souls Awake”. Zawsze marzył mi się jeszcze „Nocturnal Dithyramb”, ale jakoś wtedy nie wyszło. Może w przyszłości? A na coverach MOONSPELLa uczyłem się solówek.

 

Na pierwszych demówkach i debiutanckiej płycie „Act Of Desperation” (2003) nie graliście doom metalu. Czy mógłbyś przybliżyć tamte dokonania?

 

Jeśli chodzi o demówki, to był to brutalny death metal. Gdzieś po drodze zgubiliśmy doomowe korzenie, potem skład. Dość powiedzieć, że drugie demo „Poetry Of Gore” nagrywałem sam, niejako ratując zespół od śmierci. Demo to zapoczątkowało też trylogię „Verses In Blood”, gdzie do wierszy różnych poetów podłożyliśmy muzykę w klimatach MORTICIAN, MORBID ANGEL. No i nagraliśmy covery BLACK SABBATH, OBITUARY i… EUROPE. Zaś pierwsza płyta trafiła się przypadkiem. Zgłosił się do nas Skarpiel z Asmo.Deo. Production i zaproponował wydanie EPki. Nie mieliśmy wtedy nic nowego, a z jakości demówek nie byliśmy zadowoleni, więc wpadłem na pomysł eksperymentalnych aranżacji wybranych utworów z poprzednich wydawnictw. Wpletliśmy w ten death metal klawisze, fortepian, trochę doomu, odrobinę flamenco. Podeszliśmy do tematu awangardowo, zakładając, że na EPce takie rzeczy są dozwolone. Wtedy Skarpiel zaproponował, żeby zrobić z tego płytę. Dograliśmy więc cover METALLIKI i DEICIDE. Wyszła mieszanka, którą do dziś trudno niektórym ogarnąć i wysłuchać z powodu koszmarnego brzmienia. Ale bardzo ją lubię…

 

Kolejny album „Burnt-Out” (2004) to zapowiedź muzycznych eksperymentów i wejście w akustykę spod znaku ULVER bądź OPETH. Z kolei „Death, Birth And Marriage” (2007) to wejście w industrial. „Entelechia” (2008) to natomiast krok w kierunku folku i klimatów DEAD CAN DANCE. W międzyczasie był jeszcze death metalowy „Come Back To The Womb” (2005) i dwa soundtracki do filmów, a potem pure black metalowy „Great International Disaster Year” (2009). Ja wiem, że ULVER też robił takie wybryki, ale czy nie sądzisz, że taki rozrzut stylistyczny rozmywa kapelę? Nie lepiej tworzyć side-projecty?

 

Każdy album był odzwierciedleniem jakiegoś stanu ducha, mojego lub całej kapeli. Po pierwszym dwa kolejne zrobiliśmy siłą rozpędu, nieco wzorując się na schemacie stworzonym właśnie przez ULVER. Później już nie przejmowałem się niczym, stąd bardzo osobiste płyty: mroczny „Death, Birth And Marriage” czy wściekły i jeszcze bardziej osobisty „Great International Disaster Year”. Treści, które chciałem przekazać, wymagały konkretnych podkładów, więc bez problemu po nie sięgałem. Ale istotnie, masz rację, taki rozrzut rozmywa kapelę; znam ludzi, którzy uwielbiają pojedyncze albumy ACRYBII, nie będąc w stanie wysłuchać innych. Zaskakujące, że wspomniany „Great International Disaster Year”, zawierający staroszkolny, prymitywny black metal, okazał się naszym najpopularniejszym albumem w USA. Był to też dla mnie znak, by tę drogę gatunkową porzucić. Zawsze mówiłem, że muzyka dzieli się na dobrą, złą i ACRYBIĘ, że jesteśmy zawsze pośrodku, zawsze na przekór. Nie twierdzę jednak, że się nie myliłem. Ze dwie, trzy płyty wydałbym dziś pod inną nazwą.

 

Jak już wspomniałem, w roku 2008 nagraliście dwa soundtracki do filmów: „Rigor Mortis” i „Atria Mortus (Rigor Mortis 2)”. Powiedź, co to za produkcje? Jaki klimat starałeś się przekazać przez muzykę ACRYBII? Jak wyglądał proces komponowania i jak przebiegała współpraca z reżyserem?

 

Obie produkcje to niskobudżetowe horrory, zrealizowane przez Patryka Jurka, reżysera pracującego m.in. dla stacji TVN. Wizualnie wypadły bardzo dobrze, ale jak to bywa w takich sytuacjach – rozłożyło je amatorskie aktorstwo. No, przynajmniej część pierwszą. Muzycznie starałem się uzupełnić obraz, czasem wręcz zbudować nastrój grozy, niepokoju, alienacji. Przy pierwszym filmie na bieżąco podkładałem muzykę do kolejno powstających scen, przy drugim nagrałem do całości podkład, a Patryk wybrał i zmontował to po swojemu. Jako ciekawostkę powiem, że zrealizowałem muzykę do jeszcze trzech filmów Patryka: kolejnej części „Livores Mortis”, „Ciało Chrystusa” i „Animus”, ale tu już dałem reżyserowi utwory, które sam wpasował w całość.

 

Wydany dwa lata temu album „In Doubt We Trust” to pozostałości po soundtracku do ostatecznie niezrealizowanego serialu telewizyjnego „Oblicza mroku”. Możesz przybliżyć to przedsięwzięcie?

 

To kolejny projekt Patryka Jurka, z doborową obsadą, między innymi z Piotrem Polkiem, Krzysztofem Wakulińskim, Katarzyną Skrzynecką i Dorotą Naruszewicz. Powstał pilot i dwa odcinki, ale ze względu na wyjątkowo brutalne sceny, TVN nie zdecydował się na realizację całości. Szkoda. Łagodniejsze fragmenty można zobaczyć w naszym klipie „Na koniec”, którego nam nie zbanowano:-).

 

No właśnie. Jak już jesteśmy przy tematyce łączenia obrazu z dźwiękiem, nie sposób nie wspomnieć o teledyskach, które powstały do Waszych kompozycji. Dwa z nich zostały zbanowane w Internecie. Co takiego zawierały? Można je gdzieś jeszcze zobaczyć?

 

Póki co nie ma szans, by przetrwały na jakimkolwiek serwisie. Były to fragmenty filmów Patryka Jurka, zawierały zarówno sceny brutalnej przemocy i okaleczeń, jak i mocne akcenty erotyczne. No i coś na kształt nekrofilii w „Grabarzu”. Kiedy zobaczyliśmy go z ówczesnym składem, byliśmy wstrząśnięci, bo nie wiedzieliśmy, co Patryk szykuje. Ale stwierdziliśmy, że skoro nas porusza, to ruszy wszystkich. Wstrząs był słuszny, bo wideo w ciągu tygodnia miało blisko 2000 odwiedzin. No i potem bana. Wprawdzie nie chcemy już szokować, ale wszystkie nasze trzynaście klipów wydaliśmy we wrześniu 2012 r. na limitowanym DVD.

 

Czy myślisz, że w undergroundzie jest sens tworzenia teledysków? Mógłbyś przybliżyć kulisy ich powstawania?

Klipy ułatwiają nam dotarcie do wielu ludzi. Zasadniczo nie gramy koncertów, więc to jedyny sposób, żeby pokazać się szerszej publiczności. I nie mówię tu o tłumach wielbicieli, ale o osobach poza granicami kraju. Dzięki teledyskom mamy fanów w różnych, czasem przedziwnych zakątkach globu. Więc sens jest. Tym bardziej, że nie kosztowały nas ani grosza. Większość to po prostu zmontowane fragmenty filmów, do których robiliśmy muzykę, kilka to moje zabawy z jakimiś programami lub, jak w przypadku „Le Goût Du Néat”, zdjęciami autorstwa El Sol. Mój ulubiony wideoklip – do „Valley Of Doom”, zrobił nasz fan, Lethargus. Jak widzisz, unikamy klasycznych filmików w stylu zespół stoi i gra.

 

W 2009 r. nagraliście split z amerykańską formacją ZEBULON KOSTED. Możesz powiedzieć coś więcej o tym zespole? Jak doszło do Waszej współpracy?

 

ZEBULON KOSTED to black metalowy / industrialny projekt kalifornijskiego artysty Rachida Abdel Ghafour. Facet jest maniakiem metalu i uwielbia eksperymentować z gatunkami – siłą rzeczy spodobała mu się droga, którą kroczy ACRYBIA, ja zaś bardzo szanuję jego dokonania. Oczywistością było więc połączenie sił na splicie, który udokumentował przyjaźń między naszymi formacjami.

 

Swego czasu był planowany inny split – z SOURCE OF DEEP SHADOWS. Nic z tego, niestety, nie wyszło, jednak pamiętam, że materiał za strony ACRYBII to był monolityczny funeral doom. Co się stało z tymi kompozycjami?

 

Materiał ten został wydany przez nieistniejącą już Thesperate Records na EPce „Funeral Of Dreams” w limitowanej edycji. Mam nadzieję, że uda się go kiedyś wznowić, bowiem jest to materiał, który raz, że bardzo cenię, dwa, ostatecznie określił drogę zespołu. Fakt, jeszcze popełniliśmy kilka eksperymentów w tamtym roku, niemniej z tym materiałem zrodziła się właściwa ACRYBIA. A co do splitu, to mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się jakiś wspólnie zrealizujemy.

 

Płyta „Human B (Ing)” (2010) oraz najnowsza – „Jesus Bloody Jesus” (2011) sprawia wrażenie, że styl ACRYBII wykrystalizował się i zakrzepł na pozycjach funeral i death/doom. Czy to już koniec poszukiwań stylistycznych i taki kierunek w 100% zaspokaja ambicje muzyczne zespołu?

 

Zdecydowanie. Drogę eksperymentów uważam za zamkniętą. Nie wykluczam drobnych ucieczek w stronę dark ambientu czy dronu, ale jedynie jako środka wyrazu podkreślającego doomowo/deathową i funeralną wymowę całości.

 

l_acrybia_jesus-bloody-jesusNa uwagę zasługuje szata graficzna „Jesus Bloody Jesus”. Album został wydany w limicie 125 egzemplarzy, w formie książeczki z kredowego papieru. Mi się podoba ten pomysł, bo sugeruje, że to coś więcej niż tylko płyta CD z muzyką. Czy to jednorazowy pomysł, czy w przyszłości możemy się spodziewać kolejnych niestandardowych wydań?

 

Na pewno. Jak sam zauważyłeś, dzięki temu to coś więcej niż zwykły krążek. W dobie mp3 takie wydanie wyróżnia album, poza tym forma książeczki podkreśla wymowę płyty, szczególnie w zestawieniu z utworem tytułowym.

Acrybia_foto1

Jesus Bloody Jesus” dosyć odważnie balansuje na granicy bluźnierstwa (tytułowy utwór) i romantyzmu. Jest i baudelaire’owska „Padlina”, jest i przepiękny, wręcz eteryczny „Sleeping (In The Fire)”. Płyta jest skontrastowana w klimacie, ale zarazem spajają ją doomowe kanony. Czy to celowy zabieg? Jest w tym zamysł koncepcyjny, czy po prostu akurat takie kawałki wyszły przy nagraniu i zlepiliście je w jeden album?

 

l_acrybia_human-bDziękuję Ci bardzo za tak dobre słowa o tej płycie. Może to zabrzmieć kokieteryjnie, ale był to celowy zabieg. Wszystko zaczęło się od utworu tytułowego, który był odrzutem z „Human B (Ing)”. Przearanżowałem go, zmieniłem linię wokalną i poszło. Jako drugi powstał „As The Story Ends”. Wiedząc, że mamy już świetny kawałek otwierający i bardzo dobry zamykający, musieliśmy tylko wypełnić środek:-). Nagraliśmy kilka utworów, z których wybraliśmy m.in. „Padlinę” – bo przypomina o naszych korzeniach i „Sleeping (In The Fire)” – bo nikt nie spodziewałby się coveru W.A.S.P. na albumie ACRYBII. Bardzo zależało nam na skontrastowaniu całości, bo poprzedni, „Human B (Ing)”, był zwartym, potężnym walcem, który niektórym mógł się wydać nużący. Niemniej do samego końca miałem obawy, czy „Padlina” i „Vulerant Omnes” nie rozbijają za bardzo spójności płyty. Zespół mnie na szczęście przegłosował i te utwory zostały. Tak więc nie tylko kawałki, ale także kolejność w jakiej są zamieszczone na krążku, jest celowa i przemyślana.

 

Moim ulubionym utworem na „Jesus Bloody Jesus” jest „Valley Of Doom”, z bardzo szybko wpadającym w ucho przewodnim motywem gitarowym, podążającym za miażdżącym wszystko na swej drodze walcem robionym przez drugą gitarę. Chociaż trwa on ponad 12 minut, to w trakcie słuchania czas mija niepostrzeżenie. Nie kusiło Was, by z tak chwytliwym motywem zrobić jakiegoś krótkiego hiciora?

 

Kolejny raz bardzo Ci dziękuję. Mimo iż za „nasz monument” uważam „As The Story Ends”, to „Valley Of Doom” jest, w moim mniemaniu, naszym najlepszym „kawałkiem”. Co ciekawe, powstał on jako całkowita improwizacja, ostatni utwór, który w zasadzie nie był potrzebny:-). Później długo dłubałem nad tymi ornamentami, ozdobnikami, by uzyskać ostateczny efekt. A co do hiciora… Zdecydowanie nie. ACRYBIA nie jest i nie będzie tego typu zespołem. Zdarzały nam się utwory delikatne, wręcz liryczne (jak choćby „Pragnienie nicości” Charlesa Baudelaire’a), ale nigdy nie zamierzam zapędzić się w strefę jakichkolwiek hitów. „Jesus Bloody Jesus” jest ostateczną granicą przebojowości, na jaką godzi się ACRYBIA. Dalej jest już zbyt blisko muzyki gotyckiej, a tej ścieżce zdecydowane mówię „nie”.

 

W tym miejscu chciałbym pochwalić wokal El Sol, który, sam nie wiem czy słusznie, przywodzi mi na myśl wokalizy pani Ruth Wilson w początkowym etapie twórczości ANATHEMY…

 

Bardzo dziękuję w jej imieniu. Niewątpliwie ANATHEMA miała na nią spory wpływ, to jedna z jej ulubionych grup, jednak jej siłą jest bardzo mocny sopran, co zresztą powoduje, że nie daję jej nadmiernie dużo partii do śpiewania, bojąc się gotyckiej ścieżki. Wiesz, El Sol od dawna była gdzieś obok zespołu, miała dołączyć do nas już w okolicach czwartej płyty, niemniej z różnych powodów to nie wypaliło. Przez pewien czas była także naszym fotografem, zaprojektowała okładkę do „In Doubt We Trust” i kilku singli. A od ponad dwóch lat, wraz z powracającym jak bumerang Sezmothem (gitara), stanowi trzon ACRYBII. Od dwóch lat gra też z nami Reggi (perkusja) z zaprzyjaźnionego DAMAGE CASE, ostatnio już jako pełnoprawny muzyk.

 

Przy tej okazji opisz zmiany, jakie zachodziły w składzie zespołu i to, z czego one wynikały? Z pierwotnego składu ACRYBII jesteś tylko Ty…

 

Aby ogarnąć wszystkie zmiany, potrzebowalibyśmy znacznie więcej czasu. Przecież nasze szeregi opuściło dwanaście osób, każda z własną historią i każda z indywidualnych powodów. A że historię piszą zwycięzcy, mógłbym teraz powiedzieć co nieco o niektórych. Ale powiem tylko tyle, że jedni nie wytrzymali tempa pracy, a ja nie zamierzam trzymać w składzie ludzi, którzy nie robią nic, poza szczerzeniem się do zdjęć. Drudzy zdecydowali się na inne projekty muzyczne, gdy odkryli, że sławy i pieniędzy na takim graniu nie zdobędą. Byli też tacy, którzy skupili się na rodzinach i pracy zawodowej. W końcu latka lecą. Niektórym byłym „muzykom” dziękuję, że nie są już kulą u nogi. Brakuje mi czasem pierwszego składu, zaangażowanych prób, ale cóż…

Acrybia_foto2012


Wszyscy obecni muzycy ACRYBII pracują w szkole jako nauczyciele. Nie macie problemów z łączeniem image’u mrocznych muzyków z postacią dystyngowanego belfra? Czy zaangażowanie muzyczne (w stylu nieakceptowalnym przez większość społeczeństwa) rodzi jakiekolwiek problemy w pracy zawodowej? Zdarzyło się Wam widzieć na koncercie swoich podopiecznych bądź ich rodziców?

 

Nie wszyscy. Sezmoth rzucił pracę w szkole:-). Co do image’u… Nie jesteśmy mrocznymi ponurakami, nie nosimy strojów w stylu BEHEMOTHa, nie wywołujemy skandali i przede wszystkim gramy muzykę niszową. Nie ma więc problemu z łączeniem muzyki i pracy w szkole. To po prostu nie ma miejsca i jest odgrodzone grubą linią. Uczniowie i rodzice na koncertach zdarzali się, gdy te koncerty graliśmy, ale wiadomo, jeśli przyszli, to wiedzieli, na co. Powiem Ci, że jedna była uczennica gościnnie wystąpiła z nami na kilku koncertach i w nagraniach, a Mayoo i Robak, czyli basista i perkusista z „Human B (Ing)”, to także moi byli uczniowie.

 

Interesujesz się historią, co wiąże się z Twoją pracą zawodową. Jest to temat, po który sięgają zespoły metalowe, jak również industrialno-ambientowe, nie obcy również Twojej twórczości. Które dokonania w tym zakresie uważasz za najbardziej udane? Czy jest jakiś fragment historii, który uważasz za szczególnie ciekawy, ale niewyeksploatowany i warty muzycznej interpretacji?

 

Wbrew pozorom jest to bardzo trudne pytanie. Niektóre dokonania odpowiadają mi muzycznie, inne tekstowo bądź właśnie historycznie, jednak nie wyróżniłby żadnego zespołu, który połączyłby to idealnie. Powszechnie uwielbiany w naszym kraju SABATON robi to bardzo dobrze, ale w zasadzie na jedno kopyto i bardzo pobieżnie, jeśli chodzi o fakty historyczne. Nie wiem, przypominają mi się różne zespoły, ale czy to IRON MAIDEN, czy MARDUK, czy HAIL OF BULLETS, okazuje się, że decyduje po prostu fakt mojego zainteresowania okresem II-giej wojny światowej. Odpowiada mi to w muzyce metalowej, jak i industrialnej. I tu mogę Ci zdradzić dwie ciekawostki z tym związane… Przed laty, na fali martyrologicznych projektów powstała w Poznaniu grupa PLAC WOLNOŚCI, która miała ambicje nagrać album poświęcony sławetnemu Powstaniu Wielkopolskiemu. Skończyło się na demówce, ale miałem okazję stworzyć do niej prawie wszystkie teksty. Peja i SLUMS ATTACK napisali sobie własne:-). A druga historia wiąże się z faktem, że pisałem też teksty dla industrialnego projektu KRĘPULEC, składającego hołd polskim żołnierzom. Infamis – szef formacji, dostał zaproszenie z rosyjskiej wytwórni, by stworzyć utwór na specjalną kompilację poświęconą II-giej wojnie, z perspektywy walczących krajów Europy. Z Polski wybrano właśnie grupę KRĘPULEC. Napisałem tekst „Notka nr 794 B”, traktujący o zbrodni katyńskiej. Było to jeszcze przed powstaniem filmu o tej tematyce. Wyobraź sobie reakcję wydawcy i aferę, jaka się rozpętała:-). A co do tematów niewyeksploatowanych… Jest tego zatrzęsienie! Dlaczego nikt nie śpiewa o bohaterach Głogowa? O geniuszu Krzywoustego? O Dzikich Polach? A to tylko pierwsze, co mi przychodzi do głowy…

 

Jesteś autorem zdecydowanej większości tekstów utworów ACRYBII: depresyjnych, obrazoburczych, nieraz przewrotnych. Często też posiłkujesz się lirykami „pisarzy wyklętych”, które pasują jak ulał do otoczki roztaczanej przez muzykę. Jakie znaczenie ma dla Ciebie liryczna strona ACRYBII?

 

Warstwa tekstowa jest równoznaczna z muzyczną. Muzyka i słowa to dwa rodzaje sztuki, które połączone pozwalają w pełni wyrazić się naszej grupie. Słowo „akrybia” oznacza skrupulatność, dokładność, zależy nam więc, by wyrażać się bardzo precyzyjnie. Nie zamieszczę na płycie utworu o niczym, każdy opowiada konkretną historię, ma konkretne przesłanie. Odwołuję się do konkretnych sytuacji i przeżyć. A że czasem pewne odczucia lepiej wyrażają inni? Nie mam monopolu ani na teksty, ani na muzykę. Zawodowo zaś zajmuję się literaturą, lubię więc czasem odnieść się do, jak to nazywasz – „pisarzy wyklętych”.

 

Powiedziałeś, że zajmujesz się również pisaniem. Zdradzisz coś więcej na ten temat?

 

To nic takiego, równolegle z graniem piszę horrory, głównie opowiadania. Do tej pory publikowałem je w różnych magazynach i antologiach. Nakładem wydawnictwa Armoryka ukazał się zbiór opowiadań „Kraina bez powrotu”; w zeszłym roku w księgarniach pojawił się zbiór, który napisałem wspólnie z Kazimierzem Kyrczem Jr, bardzo wysoko ceniony „Lek na lęk”. To bardzo ponure i mocne historie, zazwyczaj mocno zakorzenione w życiu.

 

Co sądzisz o wątkach zaczerpniętych z literatury grozy, a implementowanych do muzyki metalowej? Jak podchodzicie do tego tematu w ACRYBII? Dość popularna w tym zakresie jest np. mitologia Cthulhu. Czy dostrzegasz jeszcze jakąś tematykę lub motyw literacki, który mógłby z powodzeniem nawiązać mariaż z ciężką muzyką?

 

Tematyki nawiązującej takie mariaże jest sporo, np. spójrz na cały ruch horror metalu. Natomiast mitologia Cthulhu została rozpropagowana i zdeformowana na początku lat 90-tych przez kapele death metalowe, szczerze wątpię, by choć 50% tych grup czytało kiedykolwiek Lovecrafta. Jeśli chodzi o samą ACRYBIĘ, to również nie ustrzegliśmy się wątków Samotnika z Providence. Pisałem zresztą o nim magisterkę, naturalną koleją rzeczy stworzyłem projekt ARKHAM, który dziesięć lat temu wydał jedyną płytę poświęconą twórczości tegoż autora. Mam na tym punkcie lekkiego hopla, więc siłą rzeczy czasem coś się trafi. Lubię nawiązywać do literatury w ogóle, ale nie robię tego dosłownie. Na przykład duża część albumu „Death, Birth And Marriage” jest zainspirowana „Wielkim Sekretnym Widowiskiem” Clive’a Barkera. Ciągnie mnie w tę stronę, na pewno do Lovecrafta czy Barkera nawiążemy jeszcze nie raz, ale będziemy też składać hołd poetom przeklętym czy po prostu świetnym książkom, jak „Wilkowi Stepowemu” Hermana Hesse, do którego w baaardzo pokrętny sposób nawiązuje „Vulerant Omnes” z naszego ostatniego krążka.

 

Napomknąłeś o ARKHAM. Pamiętam płytę „Nemezis”, która towarzyszy mi do dziś. Jest to kwintesencja okultystycznego dark ambientu, ocierająca się o granice supernaturalnego szaleństwa. Czy podczas tworzenia muzyki sam tworzyłeś sample, czy korzystałeś już z gotowych wzorców? Dlaczego ten projekt nie był kontynuowany?

 

Dziękuję za dobre słowo odnośnie ARKHAM. Nieskromnie uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie muzycznie popełniłem, w pewnych kręgach jest to album wręcz kultowy. I może to było powodem upadku projektu? Nagrałem jeszcze jedną płytę, która nigdy się nie ukazała, a jej fragmenty trafiły na soundtracki ACRYBII, podobnie jak materiał z EPki „Supernatural Horror”. Nie byłem w stanie stworzyć lepszego albumu w tym klimacie, a po co było tworzyć gorszy? Potem minęły lata i chociaż co jakiś czas marzę o reaktywacji ARKHAM, to jednak upływ czasu sprawia, że legenda „Nemezis” wzrasta, a ja nie chcę jej szargać. Inna sprawa, że polska scena dark ambientowo-industrialna była w tamtych latach bardziej skłócona i zaciekła w swej prawdziwości niż black metalowa w drugiej połowie lat 90-tych. A mnie się nie chciało przez pewne utarczki przechodzić raz jeszcze. Robię muzykę i nie muszę nikomu udowadniać, czy jestem w tym prawdziwy, czy nie. A co do sampli na „Nemezis”, to część wyszperałem w jakiś programach, grach i poprzerabiałem po swojemu, większość jednak zmontowałem sam. Ciekawostką jest na przykład chór kultystów w ostatnim utworze. Wiele osób dopytywało, z jakiego to filmu, niektórzy wierzyli, twierdzili, że go widzieli. A w rzeczywistości były to powielone i zwielokrotnione wokale moje i realizatora, Radosława Nowickiego. Efekt przerósł nasze oczekiwania.

 

Chodzą Ci może po głowie jeszcze jakieś pomysły na inne projekty muzyczne?

Inne projekty oczywiście są. Niedawno ukazał się mój drugi solowy krążek z technicznym thrash/death metalem, a z thrash’n’rollowym zespołem DAMAGE CASE nagrałem debiutancką płytę. Co będzie dalej, czas pokaże. Dlatego nie mówię o pozostałych pomysłach.

 

Wspominałeś, że ACRYBIA nie grała za dużo koncertów. Z czego to wynika? Czy myślisz, że nie ma już zapotrzebowania na takie granie?

 

Myślę, że trudno skupić ludzi na koncercie grupy stricte funeral doom metalowej. To muzyka do kontemplacji, wsłuchiwania się, przeżywania, bardzo trudna w odbiorze na żywo. My zaś nie mamy komfortu grania koncertów autorskich, w związku z tym występowaliśmy zawsze na doczepkę do zespołów odmiennych stylistycznie od nas. I o ile jedni przed nami zrobią łomot i krzykną „szatan”, a drudzy po nich to samo, to oczywiście wyróżnimy się, ale czy publika nas zrozumie? Pojedyncze osoby na pewno, ale nie zamierzam tracić sił i energii dla tych, co w tym czasie będą się nudzić przy kuflu z piwem. Nie gramy do kotleta, nasza muzyka zawiera zbyt duży ładunek emocjonalny, by eksponować go przed przypadkowym tłumem. Dlatego od dawna nie zagraliśmy żadnego koncertu i nie wyrywamy się do tego szczególnie.

 

Dziękuję za rozmowę. Na koniec zapytam, o plany ACRYBII oraz to, jakie macie marzenia jako zespół?

 

W chwili obecnej skupiamy się na promocji albumu „Jesus Bloody Jesus”, ale też przypominamy o sobie poprzez DVD z teledyskami. Być może powiążemy je z kolejną kompilacją. Na razie nie myślimy o nowej płycie, ograniczymy się jedynie do EPki w całości poświęconej Baudelaire’owi, ale nigdzie nam się nie śpieszymy. Możemy marzyć jedynie o sensownych koncertach, poza tym jesteśmy zadowoleni z tego, co jest. Znamy swoje miejsce w szeregu i na scenie. Bardzo dziękujemy za wywiad i pozdrawiamy!

 

[Dod]

 

Acrybia, shadock22@wp.pl; www.myspace.com/acrybia