ANAAL NATHRAKH, EMBRIONAL, NUCLEAR VOMIT, F.A.M. … – 27.05.2011, Wrocław

2011.05.27_anaal

ANAAL NATHRAKH,
EMBRIONAL, NUCLEAR VOMIT, F.A.M., CALM HATCHERY

27.05.2011, Wrocław, „Madness”

Jak usłyszałem po raz pierwszy o tym, że ANAAL NATHRAKH zaszczyci Najjaśniejszą swoim plugawym obliczem, to zareagowałem odpowiednio… analnie – posrałem całe majty.  A kiedy dodatkowo dowiedziałem się, że wejście mam za darmochę, to chwaliłem czarnego pana przez pół nocy. Ale kiedy przyszedł dzień koncertu, to niestety przyszedł czas na rozczarowanie. Ale po kolei.

Jakoś dziwnie potoczyły się moje losy koncertowe, ale nigdy nie miałem okazji zawitać do wrocławskiego „Madness”, dlatego byłem całkiem ciekawy tego klubu. Może dupy nie urywa, ale jak dla mnie to w przypadku tego koncertu się sprawdził – akustyka ok, gabaryty odpowiednie do tej ilości czarnych wyznawców, no i jest gdzie dupę posadzić. Ale tradycyjnie polskim zwyczajem trzeba ponarzekać, bo piwo syfiaste i okolica nie sprzyja kontemplacji. Ale nic to.

Koncert miał zacząć się o 18-stej i w swoim tępym przeświadczeniu zacząłem wierzyć w to, że czasy wielogodzinnych opóźnień dawno minęły jak sylwestrowy kac. A tu taki prezencik. 18-sta i nic, 19-sta i nic i dopiero jakoś o 19.30 coś się ruszyło. I generalnie miałbym to w głębokim, gdyby nie miało to wpływu na koncert, a niestety było inaczej (ale o tym później).

DSC02179

Najpierw na scenę wytoczyli się chłopaki ze słupskiego CALM HATCHERY. Mieli pecha, że grali jako pierwsi, bo jak to porządny „otwieracz” tłumów nie zgromadzili, ale trzeba przyznać, że się starali. Podopieczni Selfmadegod Records zagrali koło sześciu kawałków i mogło to się podobać. Porządny death w szybkim i średnim tempie, okraszony do tego bardzo ciekawymi solówkami (brawo Huzar). Na wzmiankę na pewno zasługuje Szczepan – za żywiołowość. Koleś latał po scenie, jakby od tego zależało, czy oglądnie kolejny odcinek „Mody na Sukces”, a do tego wywijał kopytkami, jakby sam musiał wytworzyć energię dla całej stolicy Dolnego Śląska. To było czasami zaraźliwe i kilka osób dało się naciągnąć na machanie łepetyną. W sumie to był niezły koncert.

DSC02189Po słupczanach na scenie zawitali gospodarze, czyli wrocławianie z F.A.M. Szczerze jak na spowiedzi rzeknę, że nie spodziewałem się po nich niczego nadzwyczajnego, bo grindu to zasłuchuję tylko w ramach pasterki, żeby zrobić kolędom na złość. Ale to, co zaprezentowali, naprawdę zasługuje na szacunek. Dwa wokale zawodowo komponujące się razem, a do tego darcie ryja, że aż miło robi się w przeponie, muza szybka, kopiąca i… zajebiście skoczna. Nie wiem, ale dla mnie czasami prostota sprawdza się tysiąc razy lepiej niż upychanie 1000 riffów na sekundę. Pomimo bycia przystawką, to oni rozkręcili zabawę. Czarne postaci zaczęły machać baniakami, pojawił się młyn, a nawet tańczące parki. Naprawdę. Pierwszy raz coś takiego widziałem. F.A.M. nie tylko kopał po mordzie nutą, ale także zajebiście bawił publikę, rzucając ze sceny hasełka typu: „Nie ma Bajmu bez Beaty” czy tradycyjne imprezowe uj-uj, przy czym publika nie pozostawała dłużna żądając „więcej świń”. Naprawdę to był bardzo dobry występ. Brawo, panowie.

DSC02204Następni na scenie zameldowali się wariaci z NUCLEAR VOMIT. Tradycyjnie białe kitle obryzgane posoką czyli wiadomo, czego można się spodziewać. I ruszyli. Deathowo-griandowy śluz spłynął po publice, a do tego podgrzany podwójnym wokalem. Szybko, ciężko, zawodowo, ale jakoś mnie to nie ruszyło. Może to przez F.A.M., który był dla mnie dużym zaskoczeniem, może to muza nie była niczym odkrywczym, a może po prostu za bardzo chciało mi się lać i miałem wszystko w dupie. Tak czy inaczej chłopaki zagrali kawałki stare i nowe (ale to tak na wiarę). Części przybyłych ten koncert się podobał, reszta lała na to i tyle.

DSC02219Następny na scenie pojawił się śląski EMBRIONAL. Miałem duże oczekiwania co do ich występu, bo opinie krążą o nich pozytywne, ale niestety tu kolejne rozczarowanie i chyba nie tylko moje. Grali jako ostatni support i teoretycznie zadanie mieli ułatwione, a tu zong. Do muzyki nie można się doczepić, bo EMBRIONAL zapodał deathową, ciężką i duszną jazdę, ale to nie wystarczyło. Ludziska stali, czasami machnęli główką, klasnęli, kiedy trzeba, ale nie tego można było oczekiwać. Chłopaki robili, co mogli, opierdalali publikę i dopiero jakoś pod koniec coś się ruszyło, ale i tak na krótko. Trudno. Czasami tak bywa i zapewne ciężko będzie zaliczyć chłopakom z EMBRIONAL ten występ do ulubionych. Mimo to brawo za wytrwałość.

No i nadszedł ten moment. Jeszcze tylko godzinna przerwa na wymianę sprzętu, strojenie i inne duperele i zaczęło się. Jak tylko Brytole pojawili się na scenie, nikt nie miał wątpliwości, kto tu rządzi. Jeszcze tylko intro i zaczęła się rzeźnia. Krew, pot, brud i chaos sączyły się z głośników od pierwszej nuty, a ludziska jakby dostały pierdolca. Mało kto stał  niewzruszony – w kotle amok, a kudły fruwały na prawo i lewo. Lekko wstawiony Dave wykrzykiwał ze sceny kolejne bluźniercze wersety, które przy akompaniamencie tej opętanej i szaleńczej muzie powodowały, że człowiek nie wiedział, gdzie znajdzie ujście ta energia, która właśnie została rzucona mu w ryj. Jedynym momentem wytchnienia były przerwy między kawałkami, kiedy to Dave zapowiadał kolejne nuty albo bezskutecznie starał się przebić przez jakiegoś naprutego jegomościa, który cały czas darł ryja. A set by naprawdę wymarzony co do uworów – od Codex Necro”, przez  Domine Non Es Dignus”, Eschaton”, do Hell Is Empty” i In The Constellation Of The Black Widow”. Jedyne, czego mi brakowało, to kawałków z nowej płyty, ale co tam. Jak tylko z głośników poleciał „Imagine A Boot…”, to piekło zawrzało od nowa. I tak było cały czas – 100% totalnego amoku i opętańczego Armagedonu. Publika była wprost rozjeżdżana przez kolejne utwory  i nagle… Koniec! Patrzę na zegarek i jakoś nie wierzę, że to już. Fakt, bisów miało nie być, ale oni grali ledwo dłużej od supportów. To musi być żart.  Niestety, jak u klasyków z czarnego albumu – „sad but true”.  I to jest właśnie największy powód mojego rozczarowania. Timing! To tak, jakby w trakcie najlepszego seksu wpadła ci matka i spytała, jak się bawisz! Tak po prostu się nie robi. Zostawić po sobie lekki niedosyt to nawet jest zdrowe, ale tu koncert ANAAL NATHRAKH brutalnie został skrócony. Zamiast godziny z hakiem, grali może 50 minut. Total beznadzieja. Szkoda, że przez coś takiego mam pewne poczucie rozczarowania. Ale i tak warto było zobaczyć Anaali na żywo i na własne uszy doświadczyć tych tak cudownie miażdżących dźwięków. Do następnego razu. Oby wtedy było normalnie.

[Tomasz Śniegur]