ANNALIST, UNNAMED – 23.02.2001, Warszawa

ANNALIST, UNNAMED

23.02.2001, Warszawa, „Proxima”

Koncert rozpoczął się od występu UNNAMED. Niestety ludzi było malutko, tak więc nieco dziwnie się czułam stojąc samotnie bardzo blisko sceny (pozostali ludzie byli z tyłu lub siedzieli). No ale co tam, czasami trzeba porzucić skorupkę swej nieśmiałości i skrępowania, by w pełni chłonąć piękno, które inni ukazują poprzez swoją sztukę. Chłopcy grali utwory ze znakomitego, natchnionego materiału „A Beauty Of Suffering A Poety Of Dreams”, który może się podobać, bo zawiera w sobie takie pierwiastki jak ból, piekno, emocje, uczucia, a ponieważ ja gustuję w tego typu rzeczach, wykwintnie rozkoszowałam się ich muzyką, bo z prawdziwą klasą zademonstrowali, że maksymalnie potrafią rozwalić słuchacza. Utwór „Shadow Of The Night” sprawił, że poczułam niesamowitą siłę, energię. Zaprezentowali się zupełnie inaczej niż na płycie. Był to bardzo dynamiczny koncert, a przy tym pełen potosu, nostalgii, a to sprawiło, że poznałam ich muzykę od nieco innej strony. Robert prezentował się wspaniale! Był taki tajemniczy, 100%-owo skupiony na śpiewaniu, a jednocześnie wydawał się taki ludzki, miły. Przesyłał bardzo dobre fluidy, podobnie zresztą jak pozostali panowie z UNNAMED. Zagrali koncert w wielkim stylu. Panowie mogą być z siebie dumni, bo pomimo tego, że ludzi nie było dużo, ci obecni byli oczarowani, a ja przede wszystkim. Niewątpliwie UNNAMED to wielki zespół tworzący muzykę trudną, ale piękną. Na zakończenie z ust. Roberta padły słowa: „To tyle. Dziękujemy! A teraz na scenę zapraszamy ANNALIST!”

I pojawili się trzej przesympatyczni panowie: Robert Srzednicki, Krzyś Wawrzak i Artur Szolc. Robert był nieludzko miły dla publiczności; wykrzykiwał słowa: „Widzę, że nie przyszło was zbyt wiele, ale to nie przeszkodzi nam wszystkim dobrze się tu bawić! Zaprasszam bliżej sceny.” Koncert był użekający. Rozkołysał nas, a do serc wprowadził magiczną atmosferę. Tego wieczoru romantyzm i miłość unosiły się w powietrzu. Trudno to oddać słowami, ale człowiek czuł się jak w Raju i ten ciepły głos … napełniał łzami. Zabrzmiało dużo utworów, w tym moje ukochane: „Eon”, „Labirynt”, „Noc w Troi”, „Spotkanie przy rzece”, „Alchemik”. Przed jednym utworem Krzyś powiedział coś, co ogromnie mnie wzruszyło: „Ten utwór chciałbym dedykować ludziom, którzy bardzo wiele dla mnie znaczą i są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Bardzo się cieszę, że są dziś tutaj.” Na wielu twarzach pojawił się promyk ciekawości… Krzyś natomiast dodał: „Mówię oczywiście o moich przyjaciołach z ANNALIST – Robercie i Arturze.” Na bis odegrali jeszcze dwa kawałki, w tym drugi raz „Alchemika”. Na zakończenie podeszli na brzeg sceny i chwyciili się za ręce, a następnie przepięknie ukłonili. Takie koncerty chciałoby się oglądać co tydzień.

[Aneta]