AOSOTH IV: An Arrow In Heart `13

CD/2xLP `13 (Agonia Rec.)
Ocena: 5/6
Gatunek: black metal

Pamiętacie Ryłkołaka? „Ryłkołak Horror Show”… Taa… Ja najlepiej wspominam ten okres w RMF FM: „ostatni piątek miesiąca, sto pięć minut po północy”… To były czasy! Apogeum popularności black metalu i pan Tomek nadający najostateczniejszą, ekstremalną siekę – kapele wydobyte z najgłębszych czeluści piekieł! Dzięki AOSOTH odświeżyłem sobie wspomnienia: audycje nagrywało się na kaseciaku, drżąc żeby podczas przekładania strony nie umknęło coś istotnego… Dzięki AOSOTH znowu na chwilę zostałem Śmirtelzgniłkiem! Gdyby Francuzi tworzyli w tamtych czasach, na pewno zagościliby na ryłkołakowej antenie. Dziś dla mnie to już trochę łabędzi (tfu!) śpiew (a może raczej skrzek). Ale po kolei… Oto mamy rok 2013! Gdybyśmy nie mówili o wyznawcach Czarnego, to powiedziałbym, że AOSOTH wziął mnie z Piekła do tfu!): bo oto w tym samym stopniu, jak początkowo nie podobało mi się ich „bzyczenie”, tak po nadmiernym przesłuchiwaniu albumu „IV: An Arrow In Heart”, stało się ono w pełni akceptowalne, a nawet… przyjemne! AOSOTH brzmi bowiem trochę jak koszmar pszczelarza: dwie gitary tną tu praktycznie cały czas, jakbyśmy lecieli w środku pszczelego roju. Brzmienie jest piekielnie „brudne”, co jest efektem w pełni zamierzonym, bo do nagrania tej płyty nie można mieć większych zastrzeżeń (może poza wokalem – ale o tym potem). A ostatecznie trzeba przyznać, iż gitarzyści generują na swych instrumentach całkiem ciekawe riffy – taką gęsto utkaną sieć (tj. ścianę) dźwięku. Trzeba jednak wielu (!) przesłuchań, by z tego pozornego chaosu wyekstrahować pewien diabelski porządek i dobrej (?) woli – by gitary przestały irytować pozorną „nieprzejrzystością” brzmienia. Bas słychać praktycznie cały czas (!), co jest jego podstawowym, jeśli nie jedynym atutem. Prawdziwym zaś plusem tej płyty jest perka (nie mogę ustalić z ostateczną pewnością personaliów perkusisty, choć mam swoje podejrzenia). Trzeba bowiem dużej wprawy, by pośród super szybkich temp znaleźć czas (!) na finezję, pewną fantazję perkusyjnych rozwiązań (mnie szczególnie wpada w ucho w tym kontekście początek „One With the Prince with a Thousand Enemies” i koniec „Temple of Knowledge”)… Czapki z głów przed garowym: cały czas jest równo, ciekawie i z wprawą – a automat to nie jest… Zwolnień tu niewiele: tempa szybkie przez bardzo szybkie (blasty, werbel, napierdalanka), co zazwyczaj wiąże ręce gitarzystom. W przeciwieństwie do wielu innych kapel tego nurtu, AOSOTH wychodzi jednak z tego obronną ręką. W każdym momencie ich zapamiętałe naparzanie (przetykane dla równowagi psychicznej gdzieniegdzie raczej nielicznymi zwolnieniami) można nazwać muzyką. Oczywiście mowa tu jedynie o prawdziwie szatańskich, bluźnierczych patentach, podyktowanych przez samego Diabła, który nie znosi kompromisów i lizania po dupie innych stylów i gatunków (choć w notce o zespole wyczytałem o jakichś „elementach death metalu lat 90.” – ok., ale tego ekstremalnego death – gdzieś z okolic IMMOLATION czy SINISTER). W zwolnieniach też dochodzą nas jedynie piekielne odgłosy. A wszystko to produkt doświadczonych już bluźnierców. AOSOTH, prócz czterech długogrających albumów, od 2002 roku cztery razy wydał się również w splicie, w tym także z macierzystym w pewnym sensie dla wszystkich trzech naszych bohaterów ANTAEUS. A odnajdujemy ich również w składach kultowego dla niektórych GENITAL GRINDER (Seb Purulator to tutaj Bst), tworów o nazwie VI oraz THE ORDER OF APOLLYON, gdzie udziela się również nowy garowy… CARCASS. Ograniczyłem się w swym wyliczeniu tylko do kapel wciąż istniejących i zarazem tych, w których panowie Bst, MkM i Inrvi są wciąż aktywnymi członkami składu (11 innych nazw pominąłem dla higieny tekstu). Tak oto miesza się w diabelskim kotle obecna francuska scena black z drobną domieszką angielskiej… PADLINY. Ową domieszkę przypisywałbym temu niezidentyfikowanemu ostatecznie perkusiście – jak na moje ucho jest to Daniel Wilding, wspomniany wyżej, nowy członek CARCASS! A jeśli to on, to partie, które nagrał dla AOSOTH, są nawet ciekawsze od tych z ostatniej produkcji THE ORDER OF APOLLYON, czy nawet CARCASS! Jeśli chodzi zaś o wokale nijakiego MkM, to nie wykraczają one niczym poza przeciętność: taki ni to skrzek, ni to growl, ni melodeklamacja w jednym. Nagrane trochę „z tyłu” stanowią nieszczególne dopełnienie całości. Tyle. A owa całość opatrzona jest bardzo gustowną okładką autorstwa Benjamina Verlinga (koniecznie obejrzyjcie w kolorze). Wydanie „IV: An Arrow In Heart” firmuje zaś znany polski label – Agonia Records. Ekstremalnie szybki black metal to dla mnie pieśń przeszłości. Nie żebym był metalowym hipsterem podążającym za modą, ale to w pewnym stopniu ślepa uliczka metalowej ewolucji. A wszystko przez to, iż konwencja tej muzyki jest w założeniu bezkompromisowa. Nie znosi i źle wytrzymuje nowości bądź udziwnienia. A genialne płyty gatunku dawno zostały już nagrane. Tak czy siak, „IV: An Arrow in Heart” to jazda obowiązkowa dla wszystkich wyznawców Czarnego i zatwardziałych Śmiertelzgniłków, którym polecam również oficjalne wideo do skróconej nieco wersji (14:37 → 8:10 min) finałowego „Ritual Marks of Penitence”. [Herr B.]

 

Aosoth, aosoth616@gmail.com; www.aosoth.fr

Agonia Rec., info@agoniarecords.com; www.agoniarecords.com