ARMAGEDON, PANDEMONIUM, GORTAL, NAMMOTH – 10.10.2009, Warszawa

ARMAGEDON, PANDEMONIUM, GORTAL, NAMMOTH

Image10.10.2009, Warszawa, „Progresja”

Z uwagi na brak CENTURION („nie zagrają z przyczyn niezależnych od organizatorów”, blebleble…), tym razem nie spieszyłem się do „Progresji”. W momencie, kiedy ełcki NAMMOTH szalał w najlepsze, ja raczyłem się piwkiem marki Tyskie w towarzystwie Wicia i Ronvego.

No, w końcu znaleźliśmy się w środku. Ludzi całkiem sporo, towarzystwo widzę zaprawione w koncertowych bojach – ten koncert nie mógł się nie udać. I jak tylko na scenie pojawił się GORTAL – czapki z głów! Na żywca chłopaki rozpętują istne tornado, kocioł, jaki od razu zawiązał się pod sceną, przypominał oko cyklonu wciągające co i rusz nowe „nieruchomości”. Kawałki z wydanej przez Pagan Rec. płyty „Blastphemous Sindecade” to koncertowe strzały w pysk. A jak już huknęło ze sceny, że poleci kawałek „Blastphemy” (nie tylko mój faworyt) – było po herbacie. Był jeden premierowy numer, cover VITAL REMAINS i dobranoc. Muszę jeszcze napisać, że Desecrator za bębnami, to istna maszyna do zabijania! Bezlitosne tempa i porażająca precyzja. Super! Po koncercie Major mówił, że na scenie był kibel z wzajemną słyszalnością. Ale chyba nikt, kogo nie było na scenie, tego nie zauważył.

Po GORTAL na scenie pojawiło się… Nie, nie:-)! Nie PANDEMONIUM! Organizatorzy wpadli na cokolwiek oryginalny pomysł, aby przerwy pomiędzy kapelami jakoś wykorzystać i zaprosili na krótkie, kilku-, kilkunastominutowe występy trzy półnagie laski, które zabawiały publiczność zainscenizowanymi scenkami. Trzeba przyznać, że miejscami kawałek cycka gromadził pod sceną więcej osób, jak występy zespołów.

Tymczasem PANDEMONIUM musiało się zmierzyć nie tylko ze stołeczną gawiedzią, ale i z… meczem Polska – Czechy puszczanym na wielkim telebimie! Łodzianie wszak nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu z ludźmi. Ich ciężkie riffy rozlewały się elegancko po klubie, a kilku maniaków urządziło sobie zapasy pod sceną. W zasadzie na setliście znalazł się przekrój twórczości grupy, począwszy od nieśmiertelnego „Devilry”, po całkiem udany „Hellspawn”. Brawo PANDEMONIUM! To drugi tego wieczora zespół, który pomimo małego narzekania na niuanse techniczne, zagrał wyborny koncert. Domyślać się można, że tutaj do głosu doszła zwykła przekora i kokieteria. Chłopaki wygrali spotkanie z Warszafką, a polska reprezentacja dostała od Słowaków po dupie 2:0.

ImagePora na tańczące laski – teraz jest już ciekawiej! Trochę spacerów po scenie z pochodniami, mały fire-breathing, znów cycki, koronkowa bielizna i pora na ARMAGEDON! Tutaj nie mam pytań. Twór braci Maryniewskich wrócił po kilkunastu latach milczenia świetnym krążkiem „Death Than Nothing” i aktualnie potwierdza swoją klasę na koncertach. O ile jestem zazwyczaj krytycznie nastawiony do wszelkich „come backów”, tak trzeba uczciwie przyznać, że zdarzają się powroty trafione w dziesiątkę. Do takich zaliczam reaktywację ARMAGEDON. Aż się łezka zakręciła, gdy grali numery z „Dead Condemnation”. Poza tym dominowały kawałki z nowej płyty, które na żywo broni się doskonale. Nawet techniczni chyba dali się ponieść, jako że w pewnym momencie puścili na scenę tyle dymu, że muzycy na niej z pewnością nie widzieli się wzajemnie. My też, stojąc bliżej sceny widzieliśmy zaledwie kontury stojących (machających dyniami) obok sąsiadów. Slavo dał się poznać jako znakomity wokalista i co istotne – konferansjer. Gościu błyskawicznie nawiązał kontakt z maniakami, kupując ich sobie bez reszty. Właśnie tak powinno się zapowiadać kolejne numery! Z jajem – zajebiście! ARMAGEDON jak dla mnie nie musi już niczego udowadniać. Są doskonali w tym, co robią i nie mogę się doczekać kolejnego ich koncertu i następnej płyty!

Co było potem? Tradycyjny pokoncertowy armagedon na bekstejdżu „Progresji”. Kto nie był – niech żałuje!

 

[Adrian]