ARTROSIS, LEBENSSTEUER, LILITH – 13.11.2006

Con Trust Tour:

ARTROSIS, LEBENSSTEUER, LILITH

13.11.2006, Lublin, „Graffiti”

„Graffiti” jawi się obecnie bardzo okazale. To wymarzone miejsce na koncerty metalowe, z odpowiednim klimatem, oświetleniem i nagłośnieniem (choć tutaj akurat to mam pewne zastrzeżenia…), a przede wszystkim kamerą, z której obraz jest wyświetlany na sąsiadujący ze sceną ekran oraz na sześciu monitorach w barze, tak więc można było sobie siedzieć wygodnie przy kuflu piwa i spokojnie oglądać koncert będąc dupą odwróconym do sceny :-). Ale co z tego, skoro i tak połowa sali była pusta. No qrva mać, to pancury już są lepiej zorganizowane, bo mieli wcześniej jakiś festiwal w „Graffiti” i było tyle osób, że nie było gdzie szpilki wcisnąć… (ja tylko o tym słyszałem :-). Owszem, pustki też mają swoje plusy dodatnie i ujemne, ale żeby się szukać po sali jak niedźwiedzie polarne na Antarktydzie, to lekka przesada…
No ale dosyć żenujących dowcipów prowadzącego – czas przejść do meritum sprawy.
A sedno objawiło się w trzech osobach: Bóg Ojciec, Syn… fuck! LILITH, LEBENSSTEUER i ARTROSIS of course!

Image Moja opinia o LILITH została też potwierdzona frekwencją pod sceną. Zespół przeciętny, nie wart szaleństwa. Przede wszystkim wokalistka Mitama gibała się, owszem, zgodnie ze standardem gotyckiej muzyki, ale dlaczego w bojówkach? Miało się to jak pięść do nosa, bo jednak jakiś smak trzeba mieć. Wiele panien pod sceną wyglądało lepiej i taniec brzucha wolałbym zobaczyć w ich wykonaniu (choć nie powiem, dwie nawiedzone się znalazły! – może były opłacone?). Utwory, jakie LILITH zagrał, pochodziły głównie z „Underworld” – tegorocznej płyty i cóż, fanów ta muzyka swoich ma, ale nie odbiega ona niczym od przeciętnych kanonów gotyku. Chociaż nie, owszem odbiega! I tutaj pochwalić muszę zespół za gitarowe solówki, których nie powstydziłaby się niejedna heavy metalowa horda. Dość ciekawe to połączenie – muszę przyznać, tylko że raczej na płycie, bo gitarzysta podczas ich odgrywania wił się jakby go nerki nap… jakoś mnie to zniesmaczyło…

Image LEBENSSTEUER to pocieszny zespół z pociesznym wokalistą! Widziałem ich kiedyś w Rzeszowie (chyba), jeszcze jak AION istniał – też na koncercie z ARTROSIS. Ale wtedy nie zrobili na mnie wrażenia, a dziś i owszem. Muzyka tego zespołu jest tak różnorodna, że nie sposób jej jednoznacznie sklasyfikować. Czasami podpadało mi to muzycznie pod Niemców z CREMATORY, a czasami również wokalnie i ekspresyjnie pod Mike’a Pattona. Ale to tylko świadczy o umiejętnościach i pokręconych umysłach muzyków z LEBENSSTEUER. Nawet ludzie to docenili, bo z garstki pod sceną, która oglądała LILITH, zrobiły się raptem dwie garstki, a po trzecim utworze z zakamarków baru „Graffiti” wychynęła reszta bękarciego pomiotu hołdująca LEBENSSTEUER. Zabawa tak naprawdę rozpoczęła się wtedy, gdy zespół zagrał coverBOMFUNK MC’s „Freestyler”, bo okazało się, że kurcze wszyscy to znają!!! Jaja jak berety, ale… hmmm, no tak… ja też to znam… ale z reklamy :-)… Wokalista okazał się super showmanem, który wreszcie rozruszał to lubelskie skostniałe towarzycho, robiąc sobie jaja z kolegów na scenie, tudzież połykając mikrofon (i śpiewając odbytem :-) – żartowałem z tym odbytem, choć mogłoby być śmiesznie). Na koniec i o dziwo (zważywszy na gnuśność publiki) na bis LEBENSSTEUER zagrał całkiem nowy utwór z singla przygotowanego specjalnie na tę trasę.

Image Na ARTROSIS chyba już wszyscy wyszli z baru i sala zapełniła się… do połowy. Zespół w ramach trasy „Con Trust” promował płytę o tym samym tytule i nic w tym nie będzie dziwnego jak stwierdzę, że właśnie utwory z tego wydawnictwa zdominowały koncert. Nowa płyta znacznie różni się pod względem aranżacyjnym od wcześniejszych dokonań ARTROSIS. Także zespół się zmienił. Przestałem śledzić dokonania ARTROSIS po płycie „Fetish” i teraz zdziwiłem się mocno widząc Rema i MacKozera – obydwóch z SACRIVERSUM, Lombardo – żywego perkusistę i Migdała z AION oraz LEBENSSTEUER. To w sumie za sprawą Rema i dzięki jego recenzjom podziemnego stuffu w „Młotku” w 1995 roku powstał „Atmospheric”… A wracając do tematu… Muzyka ARTROSIS nie jest już gotycka, a raczej rockowa. Stała się bardziej żywiołowa i drapieżna jak Zdzisława Sośnicka z wczesnych nagrań, a do tego Medeah zmieniła nieco styl i miejscami brzmiała jak Małgorzata Ostrowska w „Podróżach Pana Kleksa” i podobnie wyglądała, bo – jak sama przyznała – przed trasą dopadł ją fryzjer i nieco zbyt krótko opitolił włoski (co widać na załączonych fotkach), a co w połączeniu z szatanami pod sceną było nieco zabawne. Żarty żartami, ale faktycznie ARTROSIS się zmienił, ale nie była to zmiana na gorsze, choć zapewne nie wszyscy przyznają mi tu rację. Jednak ARTROSIS należało się już odświeżenie, bo kolejna płyta w stylu „Pośród Kwiatów…” byłaby nudna. Wracając do koncertu, to nie zabrakło też i starszych kawałków z wyżej wspomnianej płyty czy też „Ukrytego Wymiaru”, na które to publiczność szczególnie czekała. Przede wszystkim „Nazgul” i „Szmaragdowa Noc”, które to utwory zespół zagrał na bis, zrobiły furorę tego wieczoru, mimo że Remo pogubił się w swoich partiach, a Medeah zapomniała tekstu i narzekała na gardło już w połowie trasy. Ale muszę tu powiedzieć, że mimo wszystko było cholernie szmaragdowo!

[Paweł / foto Ankha]

 

Więcej zdjęć z koncertu znajdziecie w Galerii.