ASPHYX, PANDEMONIUM, TRAUMA, THRONEUM, CENTURION – 27.03.2010, Warszawa

ASPHYX, PANDEMONIUM, TRAUMA, THRONEUM, CENTURION

Image

27.03.2010, Warszawa, „Progresja”

To nie był zwykły koncert. To było wydarzenie. Na warszawski gig ASPHYX zjechała śmietanka wszelkiej maści podziemiaków, zinorobów i chyba nie było na tym koncercie przypadkowych osób.
Impreza zaczęła się już w drodze do „Progresji”, kiedy to spotkałem pod monopolowym Adama (chirurgiczna ksywka) z pewnego magazynu muzycznego oraz kilku nie mniej sławnych kolegów. Wszyscy naturalnie raczyli się bursztynowym płynem, z którego zapasami udaliśmy się w stronę klubu. Tam kolejni znajomi, którym trzeba było stawić czoła i choć wątroba jest tylko jedna, daliśmy radę. Pominę jednak dalsze opisy alko-libacji poprzedzającej mający się rozpocząć rytuał, bo znów ktoś powie, że piszę o wszystkim, tylko nie o muzyce.

Koncert rozpoczął się zgodnie z planem o godzinie 19- tej. Chłopakom z CENTURION dopisywały humory, Chlasti natomiast zastąpił nieodłączny swój sceniczny atrybut (czyt. „Żołądkowa Gorzka”) dużą butlą łiskacza, którą z lubością raczył się przez bite pół godziny setu. Nie zapominał przy tym o śpiewaniu, heh! Koncert wypadł Centurionom niezgorzej, a ich nowy materiał, którego dopiero na żywo miałem okazję posłuchać, to czysty żywioł! Czekam na krążek, chłopaki!

Chwila przerwy i mamy THRONEUM! Nie tylko ja byłem zdziwiony przyjęciem, jakie publika zgotowała ślązakom. „THRONEUM! THRONEUM!” – nazwę zespołu skandowała prawie cała sala, co jest zjawiskiem dość rzadkim, jeśli chodzi o Warszafkę. No ale „warszafki” było tu tak naprawdę niewiele. Do rzeczy jednak… Tomek, Marek i (niespodzianka!) Młody z EMBRIONAL w roli basisty pojebali takiego ognia, że wszystkim poszło w pięty. Kawałki z płyt i zapewne z tony innych materiałów odegrali wzorowo, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że grupa od pięciu lat nie koncertowała. Pod sceną zawiązał się taki młyn, jakiego dawno nie widziałem. Ktoś z tłumu rzucił na scenę butelkę, która odbiła się od ściany kolumn. Ochrona zareagowała błyskawicznie, wynosząc typa z klubu. Śmierć, piekło i totalny armagedon! Ujmę to tak – THRONEUM zdystansowało pozostałe kapele tego wieczora. Ta załoga tego wieczora wypadła najlepiej – szacun panowie! Duża w tym zasługa Młodego, którego postawę sceniczną chwaliłem już nie raz. Teraz ponownie gościu pokazał, że koncerty to jego żywioł. Jeśli się nie mylę, zmuszono chłopaków do zagrania kawałka na bis…

Potem była TRAUMA i PANDEMONIUM, które – przyznaję bez bicia – oglądałem „jednym okiem”, a to z uwagi na mocno opóźniony obiad, pogadankę z dawno nie widzianymi kumplami i podobne sraty-taty. Odnotowałem tyle, że oba zespoły zagrały i już.

Pora na „top of the year!”. I tu niezbyt miła niespodzianka już na samym początku. Występowi Holendrów towarzyszyło jedno wielkie sprzężenie. Coś po prostu nieustannie buczało w tle ich muzyki i nie był to bynajmniej skutek nadmiaru promili w mojej głowie. Facet za konsoletą najwyraźniej ogłuchł po atakach ze strony poprzednich grup. Za to na scenie rytuał trwał w najlepsze. Martin miotał się jak młodzian. Widać było, że pomimo zaawansowanego wieku, gościu jest w formie! Set ASPHYX, w postaci kawałków głównie z ostatnich albumów, skutecznie rozbujał tłumnie przybyłych maniaków. Ludzie pod sceną wili się i kłębili w szalonym tańcu, ciężko było nie ulec tej niesamowitej atmosferze, nawet pomimo szwankującego dźwięku. Poza tym wszystko było, jak należy. ASPHYX w Warszawie może nie wygrał zderzenia z własną legendą, ale zaprezentował bardzo przyzwoity show, jak na gwiazdę wieczoru przystało.
Dla przypomnienia – mała ciekawostka. ASPHYX zagrał w Polsce po raz pierwszy, choć miał wystąpić w Białej Podlaskiej na Shark Attack Fest w 1992 roku. Nazwa kapeli pojawiła się nawet na plakacie reklamującym ów festiwal, ale… Ale! Prezes Dziubiński oświadczył wówczas, że nie dopuści, aby zespół tej klasy zagrał na jakimś tam festiwaliku. I nie zagrał. Nota o tym wydarzeniu ukazała się w lokalnej podlaskiej prasie z tamtego okresu (mój kumpel ma jeszcze egzemplarz tej gazety).

A wracając do wydarzenia w „Progresji”… Sama impreza, jej klimat i ludzie, którzy tego dnia przybyli do Warszawy, jako żywo przypominali mi sceny sprzed roku, kiedy to do Poznania na koncert NUN SLAUGHTER / SATHANAS przybyli fani z całego kraju, by pogadać „face to face” i wziąć udział w czymś naprawdę zajebistym! Do zobaczenia następnym razem!

 

[Adrian]