ATHYS, SAGITTARIUS, ETERNAL DEFORMITY, ISOLATED… – 7.10.2000, Katowice

Mistyczna Noc:
ATHYS, SAGITTARIUS, ETERNAL DEFORMITY, ISOLATED, VITUS CADAVAR

7.10.2000, Katowice, „Mega Club”

Witamy w obskurnym „Mega Clubie”, w którym na podziemnych koncertach sprzęt jest mizerniutki, a akustyk to niezbyt poważnie wyglądający młodziak w czapeczce, co ogólnie nie gwarantuje dobrego brzmienia. Aż dziw bierze, że w tym samym miejscu Polska gościła DEICIDE czy HAMMERFALL.
Niestety nie orientuję się, czy pierwsza kapela, VITUS CADAVAR z Oświęcimia, która pojawiła się jako niespodzianka, ma na koncie jakieś demo, ale po ciepłym przyjęciu jej death metalu i prawie godzinnym zajmowaniu przez nią sceny wnioskuję, że ma już swoich wiernych fanów, którzy dodatkowo życzyli sobie numer SLAYERA. Może grupa pozyskała ich sobie właśnie dzięki koncertom? Więc chyba szkoda byłoby, gdyby jej przyszłość stanęła pod znakiem zapytania z powodu rozstania z, swoją drogą zdrowo naparzającym po garach, perkusistą, ponieważ ktoś z zespołu zakomunikował, że jest poszukiwany jego następca.
Pochodzący z Tych ISOLATED ze swoim brutalnym death metalem dał jeszcze bardziej dynamiczny show niż poprzednicy. Zresztą cieszy fakt, że tacy ludzie jak wokalista, który – bez obrazy – pewnie mocno zawyża średnią wieku w kapeli, potrafią stworzyć muzykę uwalającą niepohamowane pokłady energii. Publika reagowała dziko zwłaszcza na wykonany dwukrotnie, ponieważ nie obyło się bez bisu, „Reign In Blood”.
Nie wierzyłam, że do Katowic zjedzie uwzględniony w programie THEMGOROTH, który nie przejawia ostatnio aktywności, więc spokojnie przywitałam ETERNAL DEFORMITY. Grupa borykała się z problemami technicznymi. Już na wejściu Smyczkowi wysiadła gitara, przez co panowie przerwali na moment granie, a w jednej z dwóch najnowszych kompozycji klawiszowcowi porozkręcały się jakieś śrubeczki, więc musiał on z Arem wszystko na nowo montować. Zespół zaprezentował przekrój utworów z różnych okresów działalności. Nie zabrakło starszych kawałków, w których śpiewał jeszcze A. Olszewski (tutaj trzeba przyznać, że Przemek pokazał spore możliwości wokalne, zarazem wcale nie zaniedbując w ogóle świetnie bijącego po uszach basu), z „In The Abyss Of Dreams…” pojawiły się same najlepsze fragmenty (choć ja nie lubię „Niewinnego uśmiechu”), zaś premiery wydały mi się nawet od nich ciekawsze (znacząca rola przypada tu wyrazistym melodiom i śmiało wykorzystanym keyboardom).
Trudno mi określić, do jakiego stopnia – za sprawą kasety wydanej przez Eternal Blackness Rec. – SAGITTARIUS jest znany na Śląsku, ale ludzie nie pozostali obojętni na tę muzykę. Kapela zagrała z jednym tylko wokalistą i równocześnie skoncentrowała się na nowych utworach. Jak się później okazało, w „Mega Clubie” chłopaki wypróbowywali układ, który wyznacza kierunek ich rozwoju.
Płachta z logiem rozwieszona po lewej stronie sceny zasygnalizowała nadejście muzyków ATHYS, którzy w najlepsze zaczęli się stroić. Miałam wrażenie, że ich przygotowania nie mają końca. Jak najbardziej popieram poważne nastawienie do koncertu, jednak w tym przypadku zakrawało mi ono na próżne gwiazdorstwo. Założę się, że inni także nie mieli porządnej próby. Poza tym z tego względu i jeszcze wcześniejszych cholernie wydłużających się przerw między zespołami nie zdążyłam zobaczyć rzeszowian w akcji. Słyszałam jedynie później od kogoś, że zabrzmiały kawałki z „Requiem”, nowości, „Mother North” SATYRICON.

Może następnym razem będzie lepiej…

[Kasia]