BATHORY Twillight Of The Gods `91

BATHORY Twillight Of The Gods

Niełatwo pisze się o ulubionych płytach, bo wtedy bardzo prosto przejść z pisania recenzji do budowania ołtarza. Ale spróbować warto, szczególnie po latach. Można bowiem sprawdzić, czy legenda, którą uwielbiało się kiedyś, nadal ma w sobie siłę. Tak właśnie myśląc sięgnąłem po mój ulubiony krążek BATHORY, czyli „Twillight Of The Gods”. Prosta, ale mająca swój klimat, okładka zawiera trzy motywy, przewijające się dość często w tekstach tej płyty – ogień, lód i góry. W środku znajdziemy teksty utworów, informacje o płycie, a także obszerny cytat z Fryderyka Nietzschego, nawiązujący do tytułu albumu i niejako wyjaśniający jego znaczenie dla współczesnego człowieka. Otwierający go utwór tytułowy, powolny i majestatyczny, pozostaje w czołówce najlepszych kompozycji Quorthona. Tak licząca niemal piętnaście minut suita zbudowana jest wedle klasycznych schematów – długie, stopniowo budujące napięcie intro, mocne wejście głównego motywu, gdzie przejmujący śpiew chóralny towarzyszy gitarze i zachrypnięty, przepity wokal lidera, bardziej wykrzykującego niż śpiewającego tekst. Mimo słabej produkcji i wątpliwych umiejętności muzycznych Quorthona, ma to niesamowitą siłę. Zwraca uwagę tekst, mało wikingowski, ale raczej współczesny, przekładający znaczenie terminu „zmierzch bogów” na dzisiejszy język. Dla porównania, zamykający płytę „Hammerheart” to zaśpiewana na tle wagnerowskiej muzyki, wolna, lecz nie mniej przejmująca kompozycja, gdzie mimo wszystkich niedoskonałości wokalnych ciarki chodzą po plecach. Wystarczyłyby te dwa utwory, a album „Twillight Of The Gods” i tak stałby się klasyką. A co mamy tu poza nimi? Dużo powolnego, marszowego wiking metalu. Mocarne, ciężkie riffy sąsiadują z pluskaniem akustyków, niemal każdej kompozycji towarzyszą podniosłe, chóralne śpiewy. Bywa, że – jak w „Through Blood And Thunder” – usłyszymy wyrecytowane intro. Produkcja jest taka sobie i wokal zlewa się często z chórami w tle (jak w „Blood And Iron”). Zdarza się także coś bliższego klasycznie piosenkowym klimatom („Under The Runes”). Każdy utwór zapada jednak w pamięć i nie sprawia wrażenia wypełniacza – to, że niekoniecznie o nich pamiętamy, wynika z faktu, że sąsiadują z dwoma wybitnymi numerami, opisanymi wyżej. Cała płyta ma klimat (mimo że to przecież zupełnie inny gatunek) bliski twórczości np. MANOWAR – kipi od wojowniczości, wezwań do walki. Jednak jest tu większy ładunek melancholii – tak w muzyce, jak i w tekstach. Quorthon wspominał, że nagrywał „Twillight Of The Gods” będąc w głębokiej depresji. Słychać to w niektórych kompozycjach – mimo całego patosu, jednak ponurych i dość smutnych. Wybija się tu wspomniany już, wieńczący album „Hammerheart”, pieśń umierającego wojownika. Stała się ona swoistym łabędzim śpiewem BATHORY. Myślę, że nie będę jedynym, który uważa, że na płycie „Twillight Of The Gods” powinna się była zamknąć historia tego zespołu. To, co było potem, w większości zasługuje bowiem już tylko na zapomnienie. [Mirth]

Bathory, www.myspace.com/bathoryofficial

Black Mark Prod., www.blackmark.net