BEHEMOTH, HERMH, AZARATH, BLACK RIVER – 28.09.2009, Kraków

Nowa Ewangelia 2009 Tour:

BEHEMOTH, HERMH, AZARATH, BLACK RIVER

28.09.2009, Kraków, „Studio”

Co prawda już na dwóch poprzednich trasach w Krakowie naszło na BEHEMOTHa ludu co niemiara, ale takiego oblężenia jeszcze nie było, co przyznał sam Nergal, dziękując ze sceny fanom za przybycie. „Studio” jest w tej chwili największym klubem w mieście, a tego dnia był pełniutki. Naszło się wiary niczym na pielgrzymce:-). Straszny ścisk był zwłaszcza pod sceną, gdzie rozgrywały się profesjonalne zawody w tańcach towarzyskich i dalece podrzędne w sumo.

ImageNim jednak euforię wywołali głosiciele nowej ewangelii (ewangelii wolnego człowieka), wieczór punktualnie otworzył BLACK RIVER – zespół już na wstępie skazany na sukces choćby za gwiazdorską obsadę i piosenki typu „Jumping Queenny Flash”. Skoligacenie z ekipą Nergala za sprawą tej samej wytwórni, to jednak marny pomysł na postawienie na tej samej scenie grupy grającej zupełnie inną muzykę. Owszem, sporo osób od tego pierwszego występu bawiło się tak dobrze, jak na wiejskim weselu, zdawało się nawet, że są to fani tej kapeli i przyszli do „Studia” specjalnie dla niej, ale BLACK RIVER brzmiał jak… Jak heavy metal poplątany z thrashem i zafajdany stylistyką rodem z jakiegoś RAGE AGAINST THE MACHINE. Była więc to mieszanka mało w smaku trzech kolejnych zespołów. Najbardziej bronił się jednak szalejący na scenie Taff, który ma głos jak dzwon i sporą charyzmę. Generalnie BLACK RIVER zagrał bardzo energetyczny koncert, promujący świeżutką, drugą płytę „Black`n`Roll”, a i grupa miała wyjątkowo dobre brzmienie, jednak… mi zupełnie nie pasowała do menu i zmęczyła!

ImageNiestety nie jestem też zwolenniczką koncertowego wcielenia AZARATH. Dużo bardziej cenię sobie tę kapelę z nagrań studyjnych. Niestety moje obawy  potwierdziły się po raz kolejny (a wcześniejszy raz to był chyba podczas którejś trasy z VADERem). Pierwsze utwory tonęły w chaosie i właściwie do końca koncertu instrumenty były nierówno nagłośnione, po uszach waliły zwłaszcza stopy. Poza tym Bruno, jak to Bruno, prężył się na złego metalowca, bezczeszczącego świętą stułę:-) i wtórował sobie gadkami… w jego prymitywnym stylu. I może dlatego skurwysyni z publiczności, która na AZARATH jakby trochę ostygła, przekornie darli ryja: „napierdalać”, choć panowie starali się napierdalać, jak prawdziwe skurwysyny. Ech, rzecz nieporównywalna z finezją nieśmiertelnego „witajcie na misterium!” pana Piotra:-). Tymczasem AZARATH wymiatał ten swój piekielny death metal, reklamując nowy album „Praise The Beast” i jak już zmasakrował powietrze, zniknął we mgle dymu, który w ogóle tego wieczoru bardzo zaciemniał obraz…

ImageNastał czas na zespół HERMH, któremu już się zdarzyło supportować BEHEMOTHa w 2006 i ten układ nadal dobrze się sprawdza., bo te kapele dobrze do siebie pasują Tyle że tym razem białostocki band przyjechał z trudniejszą sztuką. W końcu „Cold+Blood+Messiah” to nie jest płyta, jakich wiele i którą można odgrywać na żywo ot tak sobie… No ale chłopaki podjęli próbę i… Wyszło dobrze, ale jednak nie tak samo. Ostatnie utwory HERMH, bez wokaliz wzbogaconych chóralnymi partiami, zabrzmiały bardzo surowo i chwilami bezkształtnie. Ba, nawet klawisze były z playbacku… Na szczęście wielki Bart nadrabiał konferansjerką, a młoda, świeża krew, która zasiliła grupę, bardzo ożywiała wykonanie koncertu. Ogólnie ludziom tłoczącym się pod sceną podobało się (entuzjastycznie przyjęli także mały, sentymentalny powrót do świetnego albumu „Angeldemon”) i naprawdę cieszy fakt, że HERMH jest już tak dobrze rozpoznawany przez maniaków, gdyż w końcu kapela przez kilka lat nie była aktywna…

ImagePodczas kolejnej, tym razem najdłuższej przerwy technicznej niektórym ludziom najwyraźniej się nudziło, bo usiłowali skandować „Doda, Doda”. Kiepski żart i na drugi raz proponuję kupić bilet na inny koncert. Choć… Wspomniana dama przybyła do „Studia” i obserwowała show z boku sceny! Wracając jednak do sedna… Odsłoniono imponujący zestaw perkusyjny i płachty w tle, zaś w centralnych częściach sceny pojawiły się trzy wypasione zestawy z mikrofonami. Scenografia nie taka bogata, ale fajnie dopasowana. Zresztą wielkie wrażenie robiła dopiero w połączeniu ze strojami muzyków, grą świateł i pirotechnicznymi fajerwerkami (a i buchania ognia nie zabrakło…). No i zaczęło się… Misterium. BEHEMOTH został przywitany, jak nasz czołowy zespół eksportowy, a sam Nergal jak idol z „Pudelka” i prasy brukowej. Po chwili jednak maski opadły i było wiadomo, że to ten sam, a nawet jeszcze lepszy BEHEMOTH! Spektakularny sukces „Evangelion” uskrzydlił tę grupę i w krakowskim koncercie było wszystko – maksymalny profesjonalizm maszyny, która musi działać w trybikach, nie może zawieść i uczciwy żar, ogromne zaangażowanie w ekstremalną sztukę i równie niepokorną ideologię. Wszystko miało swoją logikę, koncert był dobrze skonstruowany pod względem doboru i ustawienia utworów, wśród których z najlepszym przyjęciem spotkały się chyba te z „Demigod”. Jeżeli coś było nie tak, to tylko zakłócenia w brzmieniu i to, że po każdym numerze muzycy znikali gdzieś po bokach sceny. Strasznie to drażniło, bo kontakt metafizyczny:-) się urywał i narastały obawy, że technicy przylatują coś popsuć. Ale poza tym tłum z pewnością opuszczał „Studio” wpiekłowzięty!

 

[Kasia, fot. Sebastian „Spider A.J.” Jankowski]