BLACK RIVER, ORCHARD – 28.02.2009, Wrocław

BLACK RIVER, ORCHARD
28.02.2009, Wrocław, „Od zmierzchu do świtu”

O godzinie 19:10 znalazłem się w gościnnych progach klubu „Od zmierzchu do świtu”. To miejsce ma swój klimat. Piwniczne izby, gdzie sufit podpierany jest kamienno-ceglanymi łukami. Co prawda kolumny mogą nieco utrudniać wizuallizację sceny, ale dla chcącego nic trudnego. Wygodne ławy, przy których można raczyć się trunkiem i rozmową. Przy jednej z nich, tuż z boku sceny, wygodnie się rozparłem, widoczność miałem świetną i raczyłem się… show. Było nas tam wielu tego wieczora, bo była tam muzyka. Porwani dźwiekami miło spędzaliśmy czas.

ImageJak poinformował mnie uprzednio szatniarz, od ok. 10 minut na scenie produkował się ORCHARD. Im dłużej się przysłuchiwałem, tym bardziej mi się podobało. Młoda grupa nie gra najprostszej w odbiorze muzyki, sporo kombinuje. Nie chodzi tu o szybkość, a o umiejętne łączenie klimatu z ciężkością. Progresywne granie z głową, a można tu się doszukać naprawdę wielu odcieni metalu (polecam „The Barrens”). Muzycy są sprawni technicznie, dobrym gitarzystom towarzyszy bębniarz, który wydaje się to wszystko napędzać, czasami nawet podkręcać tempo. Wokalista o ciekawej barwie głosu, potrafi zmieniać sposób swojego śpiewania. Do tej pory nic nie wiedziałem o ORCHARD, więc przypadkowa przyjemność muzycznego odkrycia tym większa. Poza tym członkowie kapeli siedzieli tuż po drugiej stronie „mojej” ławy, gdzie przestrzeń zawalona była różnorakimi sprzętami grającymi;-) i sprawiali naprawdę sympatyczne wrażenie. Zespół sprzedawał w cenie 15 zł swoją płytkę, więc polecam.

Dla BLACK RIVER wybrałem się na gig. Moim zdaniem grupa ta wywołała małą rewolucję na polskiej scenie. Muzycy z czołowych naszych kapel (zainteresowani i tak wiedzą, o co chodzi) spotkali się i nagrali album dla zabawy, który okazała się (nie boję się tego powiedzieć) jednym z najlepszych w historii polskiego, ciężkiego rocka. Rocka właśnie, bo czego nie ma w muzyce BLACK RIVER – rock, metal, a nawet… blues;-). Utwór „Free Man” namieszał na różnych, zwłaszcza niezależnych, listach przebojów i tylko głuchy nie poczuje bluesa do tego zespołu. Zwłaszcza że na żywo jeszcze zyskuje witalnością. Byłem ciekawy, jak będzie z setlistą. Ponowie odegrali całą płytę i widać było, że dobrze się bawili, a przyjęcie mieli świetne. Najlepszym dla mnie punktem koncertu był wykonany pod koniec „Fanatic” (że muzycznie i vocalnie było świetnie, nie muszę pisać, tu dodatkowy plus za rozpętanie klimatu fanatyzmu przez frontmana;-). Kolejnym był oczekiwany przez wielu przebojowy „Free Man”. Istne szaleństwo. Utworem, który równie ciekawie wypadł, był pełniący funkcję takiego przerywnika na wytchnienie balladkowy „Silence”. BLACK RIVER nie pokusił się natomiast o covery i… dobrze. Na bis powtórnie odegrano „singlowe”: „Punky Blonde” i… „Free Man” oczywiście.
Bardzo zaspokojony pod względem muzycznym wracałem do domu…

 

[Yanus]