BLAZE BAYLEY, RAIN, INDESPAIR – 17.03.2009, Wrocław

BLAZE BAYLEY, RAIN, INDESPAIR

17.03.2009, Wrocław, „Alibi”

W zeszłym roku BLAZE BAYLEY uraczył nas fantastyczną płytą „The Man Who Would Not Die”. Z promocją albumu Blaze ruszył w największą w swojej solowej karierze światową trasę koncertową, która na szczęście nie ominęła Polski. Wrocławski koncert Bayley’a był pierwszym z trzech występów Anglika w naszym kraju. Jak się okazało, był to koncert najbardziej kameralny (w „Alibi” zjawiło się jedynie 200 osób).

Cała impreza rozpoczęła się punktualnie – około godziny 20.00, gdy na scenie pojawili się chłopcy z INDESPAIR. Biorąc pod uwagę ograniczenia czasowe (grupa zagrała około 30 minut) oraz niewielkie, żeby nie powiedzieć mizerne zainteresowanie publiczności, to Wrocławianie zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Może trochę, szczególnie na początku, odczuwalne było, że koledzy lekko się stresują (w końcu otwierali koncert nie byle kogo), ale generalnie zaprezentowany przez nich heavy metal mógł się podobać.

ImageW okolicach 20.45 przyszedł czas na drugiego „rozgrzewacza” wieczoru, czyli na włoski kwintet RAIN. Z głośników dobiegły takty „Hells Bell” AC/DC, potem zabrzmiało właściwe intro w postaci „słodkich kobiecych spazmów” i zaczęła się hard rockowa jazda. Pod sceną zrobiło się nieco tłoczniej. Jak na mój gust, RAIN zaciekawił około 40 osób. Muzycznie Włosi Ameryki nie odkrywają. W ciągu bez mała 40 minut zaprezentowali show iście rock’n’rollowe. Według mnie RAIN to wypadkowa twórczości kapel z nurtu NWOBHM i amerykańskiej spuścizny klasycznego hard rocka. Wyrazisty wokal, popisy gitarzystów, nagie torsy… Po prostu sex, alkohol i rock’n’roll! Najjaśniejszym punktem setlisty gości z Bolonii był kolejny ukłon w stronę  AC/DC, a mianowicie brawurowo wykonany numer „Highway To Hell”. I to w zasadzie wszystko…
Image
Wybiła 22.00. Czas na danie główne. Blaze z zespołem dosłownie wskoczył na scenę! Były frontman WOLFSBANE i IRON MAIDEN kipiał energią! Blaze przez cały występ dawał z siebie wszystko, zachowywał się tak, jakby to miał być jego ostatni koncert w życiu! Biła z niego przeogromna siła i pasja. To cechuje tylko największych artystów. Koledzy z grupy, w której prym wiodą bracia Bermudez i Jay Walsh, godnie wspierali „Bossa”.
Setlista wieczoru była eleganckim przekrojem kompozycji z najnowszego albumu oraz płyt „Silicon Messiah”, „Tenth Dimension”, „Blood And Belief” i oczywiście utworów, które Blaze nagrał z IRON MAIDEN. Na pierwszy ogień poszły numery z „The Man Who Would Not Die”, reprezentowane przez utwór tytułowy oraz „Blackmailer”. Potem w różnej kolejności usłyszeliśmy wręcz zjawiskowe wykonania „Kill And Destroy”, „Ten Seconds” czy „Born As A Stranger”. Jednak najgorętsze i najbardziej wzruszające momenty koncertu wiązały się z twórczością IRON MAIDEN. Cudowny, wyśpiewany z publicznością „Clansman”, miażdżący „Futureal”, rockowy „Lord Of The Flies” i zagrany w niewiarygodnym wręcz tempie „Man On The Edge” – czy trzeba czegoś więcej? Dla ortodoksyjnych fanów MAIDENów, do których ja też się zaliczam, to było istne misterium, podczas którego Bayley niczym kapłan bezgranicznie zaczarował publiczność. Potem znów wróciliśmy do albumu „The Man Who Would Not Die” i przebojowych „The Truth Is One” oraz „Voices From The Past”. Na koniec zabrzmiał quasi thrashowy „Robot”, po którym mało kto na sali mógł złapać oddech.

ImageNa koniec podzielę się małą osobistą refleksją… Pamiętam ostatnią wizytę Blaze’a w Polsce podczas Metalmanii 2007. Też było energetycznie, też było z pasją, ale niestety nie obyło się bez wpadek technicznych muzyków. Tym razem we Wrocławiu zagrała perfekcyjna maszyna, w której wszystkie tryby działały, jak w szwajcarskim zegarku. Gołym okiem widać, że przyjście nowego gitarzysty Jay’a Walsh’a i perkusisty Larry’ego Petersona wyraźnie wzmocniło zespół.

I jeszcze chciałem pochwalić fantastyczną reakcję wrocławskiej publiczności. Mimo że nie stawiła się w liczbie kilku tysięcy, jak dwa lata temu w „Spodku”, to momentami miałem wrażenie, że w „Alibi” było głośniej i goręcej niż w Katowicach.

Po prostu: Hail to BLAZE BAYLEY!!!

 

[Sebass, foto Anna Kula]