Brutal Assault 2006 – 10-12.08.2006, Svojsice (Czechy)

Brutal Assault Festival 2006:
DIMMU BORGIR, FEAR FACTORY, MORBID ANGEL, AMORPHIS, NAPALM DEATH, GOREFEST, SICK OF IT ALL, MAYHEM, DESTRUCTION, GOJIRA, EPHEL DUATH, MOURNING BELOVETH, ORPHANED LAND, SKINLESS, SEVERE TORTURE, ROTTEN SOUND, THE OCEAN, VISCERAL BLEEDING, DEPRESY, ROOT, ADOR DORATH i inni

10-12.08.2006, Czechy – Svojsice u Prelouce

Brutal Assault to festiwal, który od zawsze wydawał mi się najbardziej atrakcyjną ofertą naszych południowych sąsiadów. Niektórzy pewnie stwierdzą, że impreza w Trutnovie jest znacznie lepsza… Cóż, kwestia gustu, ale nie da się zaprzeczyć, że BA oferuje znacznie większą różnorodność stylistyczną. Dwie ostatnie edycje tego festiwalu opuściłem z różnych względów, więc musiałem to w końcu nadrobić. Tym bardziej, że zestaw kapel naprawdę robił wrażenie. Zresztą na Brutal Assault już od kilku edycji pojawiały się duże, uznane nazwy, ale w tym roku Martin zebrał naprawdę ciekawą ekipę i śmiało można powiedzieć, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pozostało tylko odłożyć trochę kasy i przygotować się do wyjazdu. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, z Tarnowa i okolic znalazło się blisko 20 osób, rzecz niebywała. Część zdecydowała się na podróż pociągiem, reszta zapakowała się w dwa samochody i ruszyła w drogę, która okazała się stanowczo zbyt długa… Ale tak to bywa, jak w jednym z samochodów zaczyna się gaz ulatniać. A później, żeby im się ta instalacja nie przegrzała znowu, musieliśmy jechać znacznie poniżej „setki”…  A tu po drodze autostrady, drogi ekspresowe, eh. Dość powiedzieć, że trasa przewidziana na jakieś 7-8 godzin nam zajęła dwanaście! Na miejscu, po krótkim rekonesansie, udałem się w końcu na zasłużony browar, czy raczej browarów sporo, bo to piwsko dość słabe jest. Wreszcie, po dwunastu godzinach za kierownicą i jakichś sześciu raczenia się Gambrinusem, zapadłem w sen. Niestety, przyzwyczajony do wczesnych pobudek już z pierwszymi promieniami słońca ruszyłem dupę z samochodu w kierunku namiotów z literką „G”.

Tak zaczął się dla mnie pierwszy dzień festiwalu… Szkoda tylko, że w zasadzie do godziny 15-ej nic się nie działo… Dopiero wtedy na scenie pojawił się czeski JIG-AI, który mocno naparzał, ale prawdę mówiąc nie ruszyło mnie to kompletnie. Swoją drogą, spotkałem kolesia z Polski, który podobno głównie dla nich przyjechał… Raczej nie chciałoby mi się jechać tyle kilometrów, żeby zobaczyć czeską grindową kapelę, która grała przez całe 25 minut. Potem na scenie pojawiły się RITES OF UNDEATH, CRASHPOINT i MORTIFILIA, ale załóżmy, że miałem wtedy ciekawsze rzeczy do zrobienia. W okolicę sceny trafiłem dopiero, gdy rządzili nią Niemcy z THE OCEAN.

SICK OF IT ALL

Image Nie miałem okazji zbyt dobrze poznać ich muzyki przed festiwalem, ale po tym co słyszałem, wiedziałem, że można się spodziewać co najmniej interesującego koncertu i nie zawiodłem się ani trochę. Na scenie tłok, z głośników zaś wydobywały się dźwięki przypominające z jednej strony niektórych wykonawców z katalogu Relapse Records, a z drugiej + ciekawego post rocka. Oczywiście jest to duże uproszczenie, ale nie czas i miejsce na szersze pisanie o samej muzyce. A na scenie trochę ruchu, do tego dobre nagłośnienie i przednia muzyka. Po tureckim CENOTAPH spodziewałem się dość konkretnej masakry i to właśnie otrzymałem. Przyznam, że bardzo lubię ich dwie pierwsze płyty, ale z drugiej strony do dzisiaj nie słyszałem trzeciej… No cóż, koncertowo jednak zaprezentowali się bardzo dobrze, dużo ruchu na scenie i przede wszystkim bardzo brutalna muzyka z całkiem niezłym brzmieniem. Następni w kolejce byli grindowcy z BIRDFLESH. Co tu dużo mówić + cały koncert przegapiłem, a podobno było bardzo dobrze. I wreszcie GOJIRA, pierwsza większa nazwa, sporo osób z napięciem czekało na ten koncert i… na pewno nikt się nie zawiódł. No może dobór kawałków komuś nie pasował. Mi na przykład zabrakło dwóch numerów z „The Link”, ale na to już nikt nic nie poradzi. A koncert był świetny. Bardzo precyzyjne odegranie tych niebanalnych przecież numerów w połączeniu z bardzo dobrym brzmieniem sprawiło, że słuchało się ich niezwykle przyjemnie. Oczywiście na scenie nie było jakiegoś kosmicznego show, ale przy takiej muzyce ani trochę mi to nie przeszkadzało. Francuzi zagrali numery z wszystkich trzech płyt, choć oczywiście najwięcej reprezentantów miała „From Mars to Sirius”. Następna kapela to ORPHANED LAND. Powiem wprost – chciałem z ciekawości zobaczyć w czym rzecz, nigdy jakoś nie dałem im szansy w domowych warunkach. Niestety z powodu kilku kolejek opuściłem ich występ. Ciężko powiedzieć jak było, bo wszyscy których pytałem o opinię delikatnie mówiąc nie przepadają za tą kapelą, więc i koncert nie mógł im się podobać.

AMORPHIS

Image

Może innym razem. Wydawało mi się wcześniej, że na FEAR FACTORY wyraźnie się przerzedzi, bo większość czy to black czy to death metalowców oleje taką „popową” kapelę. Cóż, moje przewidywania rozminęły się z prawdą. Widać nawet prawdziwki chciały zobaczyć jak na żywo prezentują się amerykanie. Zespół to bardzo doświadczony, więc pewnie fani nie byli zawiedzeni, a reszcie mogło się podobać. Koncert bardzo żywiołowy i oczywiście dobrze brzmiący. Burton dobrze wie jak rozruszać publikę i jak utrzymać z nią kontakt. Szkoda tylko, że po tylu latach w dalszym ciągu nie nauczył się porządnie śpiewać. Przecież to było żenujące, gdy okazało się, że nawet po jedenastu latach on dalej fałszuje w utworach z „Demanufacture”… Ale poza tym nie było się do czego przyczepić. Co prawda znam tylko trzy pierwsze płyty i reszta numerów kompletnie mnie nie rusza, ale było zawodowo. Później na scenie zamontowali się muzycy SEVERE TORTURE i przykurwili równo. Materiał odegrany sprawnie, włosy fruwały na scenie, pod sceną również… Ogólnie mogłoby być świetnie, ale tak się niefortunnie składa, że ta kapela nigdy mnie nie ruszała, a w związku z tym widziałem raptem jakieś 15 minut i na tym kończy się moja przygoda z SEVERE TORTURE. Dobry zespół, dobra muzyka, ale mi to po prostu nie pasuje. Późno już było, a człowiek cokolwiek zmęczony, ale zależało mi na zobaczeniu MOURNING BELOVETH. Ludzi wyraźnie mniej pod sceną, na co wpływ miała nie tylko pora, ale też fakt, że nie do każdego trafia takie granie. Ja jednak byłem bardzo zadowolony, świetne brzmienie, wszystko ładnie i równo, trochę ruchu… No i nie wiedziałem czego oczekiwać od Franka i jego czystych, melodyjnych wokali, ale jak się okazało zmartwienia były niepotrzebne. Chłop zaśpiewał swoje zawodowo. Bardzo dobry koncert i żałuję tylko, że nie zagrali z godzinę dłużej, bo czasu starczyło im na pięć numerów. Zresztą wynik to niezły, bo spodziewałem się tylko czterech… Podobnie jak w przypadku wielu innych kapel, z których twórczością byłem zaznajomiony zamierzałem w tej relacji przytoczyć przynajmniej kilka tytułów, ale trochę za późno się zabrałem za to pisanie i wszystko pouciekało z głowy. Tak czy inaczej MOURNING BELOVETH zagrali bardzo dobry koncert, a jeśli ktokolwiek powiem wam, że było inaczej, to tylko dlatego, że nie podoba mu się taka muzyka, hehe. Dla mnie to był koniec pierwszego dnia. Zostały jeszcze SOLFERNUS, NEGLIGENT COLLATERAL COLLAPSE, oraz rosyjski ILLIDIANCE, ale nawet nie wiem czy zagrały i szczerze mówiąc kompletnie mnie to nie obchodzi.

DIMMU BORGIR

Image

Drugi dzień rozpoczął się już od 10-ej rano, ale też nie było się z czego cieszyć, bo te początkowe nazwy, to w większości nic ciekawego. Pierwsze trzy kapele, czyli SMASHED FACE, X-CORE i DEADBORN słyszałem w miarę dobrze, bo włóczyłem się po stoiskach, więc stosunkowo blisko sceny. Ale bardziej skupiony byłem na przeglądaniu i kupowaniu płyt, niż na muzyce, z tego, co docierało do moich uszu, kompletnie nic nie skłoniło mnie do skupienia uwagi na scenie. Słowacki GALADRIEL słyszałem z pola namiotowego, bardzo nijakie smucenie i tyle mogę o nich napisać. Następnie ruszyłem się, żeby zobaczyć OPHIOLATRY. A tak przy okazji, słyszałem kilka ich kawałków wcześniej, generalnie znałem tą kapelę, więc od razu wychwyciłem literówkę w nazwie kapeli w festiwalowej rozpisce. Zabawne jest jak wiele osób powtórzyło ten błąd w swoich publikacjach… A sam koncert? Nie widziałem całego, nie zdążyłem, ale było to dość przyjemne na rozbudzenie. Brazylijczycy nie grają nic oryginalnego, ot typowy brazylijski death metal, na jaki jeszcze kilka lat temu było dość mocne ciśnienie… Teraz jednak pod sceną ludzi niewiele, a muzycy prezentowali kolejne bluźnierstwa i wszystko to sprawiało bardzo przeciętne wrażenie. Podobnie jak mnóstwo innych ludzi, również i ja ciekawy byłem występu leśnych ludzi z TROLLECH. Muzycznie beznadziejnie, a wizualnie kupa śmiechu, zwłaszcza pod sceną, gdzie bez wątpienia prawdziwi fani bujali się poubierani tylko w jakieś prześcieradła i gałązki… ale też ile można się nabijać z leśnych pomalowańców? Wytrzymałem dosłownie kilka minut i skierowałem swoje kroki w kierunku budy z napisem „shower”. Ominęły mnie zatem koncerty INGROWING, których już kiedyś widziałem i nie zrobili na mnie absolutnie żadnego wrażenia, oraz RASTA, ale to podobno kolejny nijaki metalcore’owy band, więc nie żałowałem. Zdążyłem za to na Szwedów z VISCERAL BLEEDING i bardzo mnie to cieszy.

GOREFEST

Image

Co prawda, jakieś nowe twarze w składzie, ale koncert był udany. Zawodowe wykonanie ich świetnego, brutalnego death metalu, do tego trochę ruchu na scenie i był to przyjemnie spędzony czas. Następnie znowu zrobiłem sobie przerwę. DAGOBA podobno nie dotarła na miejsce i zamiast nich podobno zagrał czeski LOCOMOTIVE. Nie znam, ale jakoś nie żałuję, że nie widziałem. BORN FROM PAIN również opuściłem, a tymczasem metalowi hardcore’owcy zagrali podobno zajebisty set. Jeśli mnie pamięć nie myli, to następne dwie kapele zamieniły się kolejnością i zobaczyłem fragment występu SKYFORGER… Nie znam ich muzyki i po tym koncercie nie zamierzam tego stanu zmienić. Nie powiem, że to jakieś gówno, ale mnie po prostu nie ruszyli. Oczywiście panowie poubierani odpowiednio, do tego różne instrumenty – kilku osobom na pewno się spodobało… Chwila przerwy i na scenie zainstalował się ROTTEN SOUND. W końcu jakiś sensowny wykurw. Ostatni raz widziałem ich na żywo z 5 lat wcześniej i wtedy prezentowali krwisty image. Obecnie już z tego zrezygnowali. Może to i dobrze, w końcu w tym przypadku muzyka broni się sama. Muzycznie Finowie zaprezentowali przekrój przez chyba wszystkie swoje wydawnictwa i zrobili to naprawdę świetnie. Brzmienie świetne, ludzie pod sceną nie zawiedli, choć oczywiście było ich znacznie mniej niż kilka godzin później. Ale nie ma co narzekać, bardzo udany koncert. Następny w kolejce był CARNIVAL IN COAL. Pewnie bym darował sobie ten koncert, gdyby nie fakt, że kumpel prosił mnie o zrobienie kilku zdjęć. Na tym się nie skończyło, bo to, co usłyszałem bardzo przypadło mi do gustu. Nigdy wcześniej nie dałem im szansy, zresztą w dalszym ciągu nie nadrobiłem tego i nie słyszałem żadnych ich nagrań studyjnych, ale w wersji live wypadli naprawdę znakomicie. Oczywiście jak już poniekąd napisałem, nie jestem w stanie powiedzieć, czy muzyka była zagrana tak, jak na płytach, czy może kompletnie inaczej. Nie mam pojęcia, ale nie dbam o to, bo po prostu podobał mi się ten bardzo żywiołowy koncert. Napisałem „żywiołowy”?

DESTRUCTION

Image

Ehm, zastanawiam się co w takim razie napisać o SICK OF IT ALL…. Prawda jest taka, że hardcore’owcy z NY pokazali wszystkim jak zrobić rozpierdol na scenie i pod nią i jak zagrać najlepszy koncert dnia. Przed tym koncertem miałem trochę obaw, że to jednak jest metalowy festiwal i ludzie różnie mogą reagować, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca SOIA skopał wszystkim tyłki, a Lou Koller dyrygował publicznością jak tylko chciał. Legenda hc pokazała metalowcom, jak należy grać koncerty. I dobrze. Przyszła w końcu pora na coś spokojniejszego, czyli AMORPHIS. Bardzo byłem ciekawy jak zaprezentuje się ta kapela, bo widziałem ich z sześć lat wcześniej i wtedy było całkiem nieźle, ale przede wszystkim interesowało mnie czy nowy wokalista da radę. Tomi od pierwszych sekund rozwiał wszelkie wątpliwości, bo śpiewakiem jest bardzo dobrym, a poza tym jest bardzo ruchliwym kolesiem. Reszta kapeli ruszała się jak zwykle, czyli bardzo umiarkowanie, hehe, choć też tragedii nie było. Jeśli mnie pamięć nie myli, to zagrali naprawdę dużo numerów z ostatniej płyty, ale znalazło się też trochę czasu na kilka starszych kawałków, które z nowym wokalem wypadły dość dobrze. Ogólnie kolejny koncert na tym festiwalu, z którego jestem bardzo zadowolony. Nagle zrobiło się mrocznie (pomimo panujących już ciemności), pojawiło się sporo bladych twarzy, a to mogło oznaczać tylko, że zbliża się pora na gwiazdę festiwalu. Śmieszna sprawa z tą gwiazdą, ale plakaty były jednoznaczne, największe logo, u samej góry należało właśnie do DIMMU BORGIR. Ustawienie sprzętu trochę im zajęło, ale gwiazdy mogą sobie na to pozwolić. W końcu, gdy podniecenie młodzieży sięgnęło zenitu, Norwedzy pojawili się na scenie. Na początek mała wtopa, bo były jakieś problemy z brzmieniem, wokalu nie było w ogóle słychać… a później? Później nuda…. Przyznam, że byłem ciekawy jak wypadnie ten kontrowersyjny band, ale naprawdę nie było tam nic godnego uwagi. Odegrali swoje kawałki bez jakiegokolwiek polotu i tyle. Jeden z drugim czasami zrobił użytek ze swoich włosów, ale generalnie było to okrutnie nudne. Nie pomogła nawet obecność Hellhammera. Po prostu słaby koncert przeciętnego zespołu. Późno się robiło, ale chciałem jeszcze zobaczyć TEXTURES, które całkiem mi się spodobało w wersji live. Fajne brzmienie, całość kopała po dupie, choć obawiam się trochę sięgnąć po ich płyty, bo spodziewam się, że nie będzie tam tej mocy, że muzyka będzie zbyt słodka. Na żywo jednak nie mam żadnych zastrzeżeń. Bardzo fajny, żywiołowy koncert ciekawej kapeli. Zobaczyłem także jakieś dwa numery DISAVOWED – porządne brutalne nakurwianie… Pod sceną już mało ludzi, ale można się tego było spodziewać, godzina już późna, ale Holendrzy nic sobie z tego nie robili i niszczyli aż miło. Po nich miały zagrać jeszcze DEPRESY oraz ADOR DORATH. Tych pierwszych chciałem zobaczyć, ale wygrał zdrowy rozsądek.

MORBID ANGEL

Image

Wreszcie przyszedł czas na ostatni dzień imprezy. Dzień, w którym zobaczyłem zaledwie połowę kapel. Pierwszy w kolejce był SACRIST, ale średnio mnie to interesowało. Za to już dość wcześnie trafiłem pod scenę, bo zamontowali się na niej Amerykanie z WASTEFORM. Trochę szkoda, że tak wcześnie, bo sporo ludzi zapewne jeszcze spało… Tak czy inaczej chłopaki zagrali krótki, lecz zajebisty set. Nawet Tiny szalał jak tylko brzuch mu pozwalał na to, heh. Naprawdę bardzo przyjemny początek dnia. UPRISE, OBSCURA, COLP, to kolejne nazwy i żadna z nich mnie nie zainteresowała. SANATORIUM widziałem wcześniej i jakoś mnie bardzo nie ciągnęło pod scenę. Natomiast ciekawy byłem obecnej formy CEREBRAL TURBULENCY, podobnie jak i FLESHGORE, ale nie udało mi się trafić pod scenę. TISIC LET OD RAJE to nazwa, którą słyszałem już wielokrotnie, ale nie znałem samej muzyki. Aż miałem z ciekawości wybrać się na ich koncert, ale na szczęście na polu namiotowym wszystko było słychać i jak tylko usłyszałem ich pitolenie, to momentalnie odechciało mi się czegokolwiek. Gdzieś tam widziałem końcówkę koncertu ARSEBREED i trochę żałowałem, że się nie pofatygowałem wcześniej. Bardzo przyjemne, brutalne granie. NEGLECTED FIELDS nie lubię i już raz widziałem, więc wybór był oczywisty – browar. W okolicach sceny zadomowiłem się na dobre dopiero od SKINLESS. Widać po Amerykanach, że w przeciągu ostatnich kilku lat sporo grali, bo koncert był zawodowy. Po pierwsze przyjemna muzyka, która jednym podoba się mniej, innym bardziej, po drugie żywioł i wreszcie po trzecie zapasy. Podobno tradycyjne dla ich koncertów.

MORBID ANGEL

Image

Nie wiem, nie widziałem żadnego ich koncertu wcześniej. W bijatyce udział brali wokalista Jason i ochotnik z publiczności. Ale to była tylko krótka przerwa, a później kolejna dawka ciekawego death metalu. Następny w kolejce był czeski ROOT. Z czym to się je, to już chyba każdy wie. Czesi grają na tym festiwalu w zasadzie co roku, co uważam za lekką przesadę. Jak ich widziałem pierwszy raz w 2002 roku, to byłem nawet pod wrażeniem, ale wtedy dość istotnym elementem koncertu były różne zabawy z ogniem i ciekawie to wszystko wyglądało. Teraz jednak ognia nie było, także w przenośni. Zagrali swoje i tyle. Kto lubi, pewnie był zadowolony, a reszta i tak miała to w dupie. Przyszedł czas na kolejną dużą nazwę, czyli GOREFEST. Nie oczekiwałem zbyt dużo i dobrze. Był to koncert bardzo średni. Ja wiem, że sporo ludzi było zachwyconych, ale to zapewne bezkrytyczni fani, heh. Ja tam zawsze lubiłem ich muzykę, ale ten koncert był jakiś taki… nijaki. Ot, poprawnie zagrali trochę klasyków, a także kilka numerów z ostatniej, nawiasem mówiąc niezbyt porywającej płyty, ale mi to nie wystarczyło. Mogę nawet powiedzieć, że był to dobry koncert, ale to wszystko. Następną kapelą miał być MAYHEM, ale z jakichś tam przyczyn zostali przesunięci dalej. Chyba także w czasie tej przerwy poinformowano, że nie zagra ONSLAUGHT, co akurat było związane z niedoszłymi terrorystami na wyspach. Na scenę po dłuższej przerwie wkroczył w końcu Schmier z ekipą. Koncert DESTRUCTION był bardzo udany. Widać, że cały skład jest w świetnej formie. Jak w przypadku większości kapel na tym festiwalu – poleciało trochę klasyków, ale też nowsze rzeczy. Ogólnie nie było na co narzekać. Wreszcie przyszedł czas na bogów death metalu.

MAYHEM

Image

Miałem trochę obaw, bo szczerze powiem, że wcale nie zależało mi na tym, żeby Vincent wrócił do składu. Zaakceptowałem Tuckera dawno temu i uważam, że dobrze sprawował się w roli frontmana MORBID ANGEL. Komuś to zapachniały zielone, bo jak inaczej wytłumaczyć ten skład? Ba, nawet Rutan wrócił. A co miałem przeciwko Vincentowi? Ot, choćby jego żenujący czarny lateks z czerwonym pentagramem… Na szczęście Evil D, jak to woła na niego żona w GENITORTURERS, pokazał klasę. Co tu dużo mówić, koncert był niszczący. Szkoda tylko, że jeśli mnie pamięć nie myli, to zagrali numery wyłącznie z czterech pierwszych płyt. Wiadomo, tylko na tych śpiewał Vincent, ale ja bym tam dorzucił ze 2-3 nowsze utwory… Tak czy inaczej MORBID ANGEL zniszczył i kropka. A tych co przetrwali dobił NAPALM DEATH. Oni chyba nigdy nie zawodzą, a po Barneyu nie widać kompletnie upływającego czasu. Facet rzuca się po scenie, jakby był kilkadziesiąt lat młodszy. A reszta składu nie pozostawała w tyle. Kolejny świetny koncert, kolejna dawka mocnych wrażeń. Ekipa z Birmingham zapewne nie przypadła do gustu blekofcom, którzy już nie mogli się doczekać swoich ulubieńców, ale kogo to obchodzi…. Po bardzo długiej przerwie na scenie w towarzystwie różnych „gadżetów” pojawił się MAYHEM. Jednym z takich gadżetów był duży krzyż z jakimś korpusem. Robiło to wrażenie. Gdy w końcu pojawił się również Attila, show rozpoczęło się na dobre. Przebrany i ucharakteryzowany na starego mnicha, zachowywał się w dodatku jak pierdolnięty, a z niektórych jego zapowiedzi ciężko było wychwycić jakiekolwiek słowa. Dla wielu osób był to chyba jakiś problem, ale ja nie bardzo rozumiem dlaczego. Norwedzy zafundowali ludziom świetny show, więc po co narzekać? Jasne, brzmienie nie było najlepsze, ale poza tym? Poza tym było świetnie choć kontrowersyjnie. Niektórzy też mówili, że było chujowo, bo nie zagrali żadnego numeru z „De Mysteriis Dom Sathanas”… Owszem, można się było nawet wkurwić, że zabrakło kilku hiciorów z tej płyty, ale czy to musi znaczyć, że koncert był słaby? Absolutnie. Ostatnia rzecz jaką widziałem tej nocy i było to naprawdę mocne zakończenie. Niestety było już późno i mimo najszczerszych chęci nie zobaczyłem EPHEL DUATH. Trzeba było przespać się kilka godzin, jeśli prawie cały następny dzień miałem spędzić za kierownicą.

Image Kilka słów podsumowania. Festiwal udany i to bardzo. Świetny dobór kapel, prawie wszystkie zagrały (odpadł chyba tylko ONSLAUGHT, a to przecież było z przyczyn niezależnych, no i jeszcze DAGOBA, ale to mnie nie zmartwiło). Bardzo dobre nagłośnienie, większość kapel brzmiała przynajmniej bardzo dobrze. Drobnym zgrzytem były kolejki do wejścia w czwartek. Otwarto później nawet drugie wejście, ale i tak można było wypić kilkanaście piw czekając na wejście. Wiele osób narzekało na kible… Cóż może i było ich mało, ale kolejek nie widziałem, a i opróżniane były często. Inna sprawa, że hołota z Polski (bo niby kto inny?) potrafiła zostawić spory syf po sobie… Rozwiązanie z żarciem i napojami na bloczki uważam za dobre. Można było zrobić tylko jeden czy dwa dodatkowe punkty sprzedaży tych bloczków. Wiele osób narzekało, że za mało było baraków z prysznicami… Kurwa mać, lalusie niech się cieszą, że w ogóle były! Ja na przykład nie spodziewałem się tego kompletnie i byłem mile zaskoczony. Inna sprawa, że po dwóch dniach w środku był okrutny chlew… Co jeszcze? Czasami opóźnienia w stosunku do rozpiski robiły się dość duże, ale i tak nic nie przebije pod tym względem polskiej Metalmanii i nie ma co narzekać. Ludzi zjawiło się jakieś 7-8 tysięcy i myślę, że organizatorzy dali sobie radę. To czy tamto można poprawić, ale ogólnie było dobrze. Na koniec dodać mogę, że kolejna edycja będzie pod względem muzycznym równie udana, jeśli nie lepsza. Na chwilę obecną potwierdzono już sporo dużych nazw. Zmieniło się miejsce festiwalu i miejmy nadzieję, że nie na gorsze. Ja się wybieram obowiązkowo, naprawdę warto…

 

[Mirek]

*     *     *

Na te kilka dni, podczas Brutal Assault Festival, tam gdzie piweczko leje się obfitym strumieniem, cały czas przygrywa jakowaś metalowa muzyka, miejscowa ludność szczerze i dobrotliwie się uśmiecha, a jak zlituje się nad nami pogoda, to już w ogóle jest sielanka, człowiek czeka jak na zbawienie. Czym jest to spowodowane? Ano paroma przyczynami. Jako trzydziestoparoletni cap, przez te kilka dni, choć wyniszczam wtedy organizm maksymalnie, cofam się o ładnych parę lat wstecz i młodnieję. Przypomina mi się stara, dobra, biwakowa żulerka i takoż jest na Brutal Assault. Kolejną przyczyną jest moje ukochane czeskie piwo wszelkiej maści i dzika żądza spożywania go w piekłobotycznych ilościach, nie liczenie się z czasem i ilością. Dodatkowo trzeba tu też napomknąć o specyficznym, smakowitym pepickim żarełku. Pozytywne nastawienie tubylców i sympatia tychże ludzi oraz ich pogoda ducha także sprawiają, że tam się kurna po prostu chce jechać te 800 km. No i muzyka, dobór kapel, przy których cena ok. 120 złotych polskich to istny śmiech na sali! Możesz sobie człowieczku wybierać, co chcesz zobaczyć, wędrować na wybrane kapele, no i przy okazji spożywać, ile wlezie. Takoż i było pamiętnego roku anno 2006…

ImageEkipa jadąca do Czech z Trójmiasta i okolic wzbudza duże zainteresowanie już samym pochodzeniem, bo zawsze słyszymy sakramentalne: „kurwa, chciało wam się tyle jechać?”. A nam się chce, i to bardzo! Takoż wybraliśmy się na Brutal Assaault 2006 ekipą aż 4-osobową, w składzie: „parobek Romana” – w wolnych chwilach tworzący zine`a „Complete Necro” i grający w zajebistym GOAT TYRANT, niejaki Dolek wraz ze swoją sympatyczną niewiastą Agą, W. Paweł – żul i kanalia, zwany również „opojem i piwożłopem nieumiarkowanym”, tworzący piśmidło „Possessed Tormentor” oraz skromny stróż prawa – na co dzień uganiający się za niedobrym społeczeństwem i lubiący zaglądać do kieliszka w wolnych chwilach, których z reguły nie ma, tworzący shita o nazwie „Open Casket”. Już samo to zestawienie nie wróżyło nic dobrego, a więc … zło!!! „The cult is alive”! Zresztą to było jedno z haseł tego wypadu. Nie wiem jak innym, ale mnie, zmęczonemu długotrwałą walką ze złymi ludźmi i brakiem snu przez parę dni wstecz, podróż do prawie samej Kudowy minęła błyskawicznie, jako że sam nie wiem, kiedy usnąłem, a było to chyba parenaście kilosów za Tczewem. Ale praktycznie zaraz po przebudzeniu nastał czeski kraj, więc humor dopisywał od samego rana. Debatując na tematy muzyczno-alkoholowe zajechaliśmy, z obowiązkowym przystankiem we wsi Choltice na piwne zakupy. Jako że była wolna przestrzeń dokładnie w tym samym miejscu, gdzie walczyliśmy rok wcześniej, wybór był szybki. Oczywiście zamiast rozstawiania namiotów, zaczęła się tradycyjna konsumpcja popodróżowa. Ale, wbrew wszystkiemu, tym razem zdarzył się cud, mianowicie po raz pierwszy w historii eskapad na Brutal Assault, udało nam się rozbić namiot od razu i to w tempie ekspresowym! Zmusiła nas do tego lekka mżawka, ale może to i dobrze, bo poprzednimi razy zawsze był skwar i spanie odbywało się na trawie, w samochodzie albo pod samochodem. Po wprawieniu się w odpowiednio dobre nastroje, rzuciliśmy okiem na rozpiskę, która w dzień pierwszy nie przedstawiała się zbyt imponująco, a gówna pokroju FEAR FACTORY raczej nikogo z nas nie ruszały. Jedynie SEVERE TORTURE mógł coś ciekawego zdziałać, ale grał późno i nikt nie dotrwał. Dlatego zapadła decyzja, iż należy spożyć coś ciepłego, aczkolwiek porządnego. Kierunek Choltice. W miejscowej jadłodajni wtrążalamy smaczny obiad, do którego oczywiście tradycyjnie idą po 3 jasne zimne. I wówczas zapada, jak się potem okazuje, dość zgubna decyzja o zakupie wódki Jemnej. Kto rzucił ów pomysł? Na ten temat zdania są aktualnie podzielone, niemniej jako zakąszacz służyła jedynie ostra, czeska kiełbasa. Niestety tylko obaj pomysłodawcy, czyli moja skromna osoba i Dolek, uskuteczniali konsumpcję, wypijając przez pół drogi powrotnej całą półlitrówkę. W połowie wycieczki udało się przechwycić czeską parkę, która jechała na koncert kultową Skodą 105. Naturalnie zatrzymanie odbyło się w sposób bardzo profesjonalny, a w późniejszym etapie wręcz dynamiczny. Otóż zanim Czesi zorientowali się, że nie chodzi o podwiezienie jednej, a czterech osób, na tylnej kanapie już zalegały 4 roześmiane postacie. Wprawdzie chcieliśmy odwdzięczyć się miłej parce butelczyną piwa na polu namiotowym, jednakże ci nie czekając na nasze pożegnanie, dali drapaka, by nie rzec, iż wręcz z piskiem opon. No cóż, dawać i prosić, to za dużo. Po czym zmorzony Paweł W. poszedł spać… Reszta, po zakupieniu biletu, oczywiście rozpoczęła penetrację stoisk. Masa rzeczy do wyboru i koloru, winyle, cds, koszulki. Wprawdzie ceny już nie takie jak parę lat temu, ale można trafić na wiele ciekawych rzeczy. Kolega Doliński uległszy czarowi Jemnej nakupował czarnych krążków bez opamiętania. Szczęśliwy na drugi dzień, że doniósł je całe do namiotu, dopieroż rankiem mógł podziwiać, co w ogóle nabył:-)! Jako że bomba była już ostra, poszliśmy wszyscy spać. Ktoś łazikował w nocy rzucić okiem na jakoweś kapele, wszakże nie było to moim udziałem.

Nadszedł dzień drugi. Rozpoczęty tradycyjnie od wypicia piwka, po czym decyzja o zakupach i spożyciu czegoś ciepłego w niedalekim Preloucu. Pozbywamy się pustego szkła zamieniając je na pełne, jasne, półlitrowe. „Wysmazany syr” przepity zimnym Gambrinusem napawa optymizmem na drugi dzionek. Po powrocie i tradycyjnym spiciu 2-3 piwek ruszamy na gig. Każdy pała chęcią odwetu za dzień wczorajszy, a ponadto właśnie zaraz mają grać „pohańscy” leśni metalowcy z TROLLECH, więc taki kabareton na rozgrzewkę, jak znalazł. Muzycy w komicznych makijażach, przyodziani w jakieś szmatki, muzycznie nawet znośni, choć oryginalności ani krztyny. Szybki, ale jakiś taki bezduszny black metal, niemniej jednak dla sporej grupy Czechów to już kult. Najlepszym motywem było machanie przez grupę fanów gałązkami z listowiem podczas całego gigu! To jest kurwa leśny metal! Chociaż zbieraliśmy się na SKYFORGER, to chęć napicia się browca okazała się większa i leżąc przy wozie rozkoszowaliśmy się dobrze słyszalnymi na polu dźwiękami. Następnie poszliśmy obejrzeć SICK OF IT ALL. Starą legendarną kapelę hc i wiecie kurwa co! To był najlepszy występ na tym festiwalu! Wielkie „gwiazdy” powinny się uczyć od Amerykanów, co znaczy zajebisty koncert. Ich cholernie agresywny show, ostry i szybki jak cholera, do tego łatwo wpadające w ucho kawałki, będące doskonałym konglomeratem metalu i starego dobrego hc porwały publikę. Po prostu zamietli. Dodatkowo wokalista nawiązał świetny kontakt z ludźmi i SICK OF IT ALL w pełni odwdzięczyli się fanom! Następnie, po długiej przerwie zamontowali się Finowie z AMORPHIS. Osobiście nie byłem zaciekawiony ich występem i raczej spełnił on moje oczekiwania. Nudne, ślamazarne granie, bardziej progresywny rock aniżeli metal, nawet dwa starsze kawałki były tak chujowo przearanżowane, że gdyby nie ich zapowiedź, to nie wiem, czy bym je rozpoznał. AMORPHIS to muzyczna kiła, która stopniowo ma już coraz mniej wspólnego z metalem. Zresztą po mini „Black Winter Day” słucham ich sporadycznie i jedynie po to, żeby stwierdzić, iż kolejne albumy do słuchania się nie nadają. Po Finach kolejna kurewsko długa przerwa. Czas na „gwiazdę” czyli DIMMU BORGIR. To też niezła przegina, że przy DESTRUCTION, NAPALM DEATH czy MORBID ANGEL to właśnie Norwegowie uważani byli za numero uno tegoż festiwalu. To na nich przyjechała większość gówniarzy, sezonowych metalowców, w tym niestety spora grupa z Polski (dlaczego niestety, to jeszcze dopowiem). Na szczęście przytargaliśmy ze sobą piweczko, więc czas czekania jakoś upłynął. Ja tam osobiście do DIMMU BORGIR nic nie mam, lubię stare płyty i epki, „Puritanical Euphoric Misanthropia” uważam za świetny album, ale reszta to już po prostu rzecz przeciętna, tyle że wykreowana przez sam zespół i media na nie wiadomo co. No ale gówno zapakowane w sreberko też ładnie z wierzchu wygląda. Kiedy zaczęli grać, myślałem, że zasnę. Wykonali kawałki z nowej płyty, poszło coś z „jedynki”, ze „Stormblast” chyba też, oczywiście nie zabrakło „Mourning Palace”. I wszystko nawet byłoby nieźle, gdyby nie cholernie wysunięte do przodu klawisze, które najzwyczajniej pchnęły gitary do tyłu. I stąd bierze się to, że gros muzyki DIMMU BORGIR to papka dla zakochanych metalowców i „mrocznych metalówek”. Wyszlimy pod sam koniec i poszlimy spać. Takoż i skończył się alkoholowy dzień drugi.

ImageDzień trzeci powitał nas podobnie jak poprzedni. Browarek i wyprawa na knedliki do Prelouca. Hasłem tego dnia bezsprzecznie było: „The Forest Is My Throne”. Dlaczego? O tym za chwilę. Pierwej krótki rys historyczny. Na sam Brutal Assault anno 2006 było sporo luda, na 2-3 tysiące liczyć można. Kibli jednakże jak na taką masę luda zbyt wiele nie szło uraczyć, a te co były… No cóż, standartowo osrane od samego początku do końca. Tak więc pozostał jeno stary pogański las, któren trzeciego dnia, choć to pełnia lata i liście jeszcze nie opadały z drzew, ściółkę miał w kolorze żółtym. Manewry pomiędzy rozrzuconymi na całej połaci polami minowymi należały do niezwykłych wyczynów. Tak więc „leśny tron” ostał się kolejnym hasłem wypadu. Tego dnia, dokonawszy tradycji konsumpcji, udaliśmy się na dłuższe oglądanie wieczorne. Zaczątek dał nieśmiertelny ROOT, który ma już chyba zapewnione dożywotnie miejsce na tym festiwalu. Trzeci raz, rok w rok, to może lekka przesada, niemniej mają w rękawie kilka numerów, których zawsze słucha się z przyjemnością. Zaczynają tradycyjnie od nowych rzeczy, które jednak nie za bardzo mi już podchodzą. Owszem, uważam, że „The Book” jest płytą niczego sobie, ale to wystarczy. Zbyt rozwlekłe i jednocześnie nużące jest to patetyczne granie. Wprawdzie nie sposób nie wspomnieć, iż umiejętności grajków, jak i wokalizy Big Bossa to mocny punkt ROOT, jednak kiedy w ruch idą black metalowe „666”, „7 Ciernych Jezcow” czy „Pisen Pro Satana”, to naprawdę czuje się ten rootowski stary ogień. Zespół zszedł był ze sceny i nadszedł czas na moje od zawsze kochane DESTRUCTION! Niemcy nie zawiedli. Grali jak było już mocno szarawo, prawie w pełni ciemno, na koniec występu. Dali po gałach światłami, poszły w ruch dymy, para-buch, koła w ruch i ruszyła piekielna, thrashowa maszyna. Obok tego, co jest na wszystkich ich dziełach po reaktywacji (min. „Bullet In Your Head”, „Tharsh Till Death” i parę innych, sorry, ale niestety ostatnie dzieło „Inventor Of Evil” pokazuje lekkie zmęczenie materiału), naturalnie poszły same szlagiery: „Curse The Gods”, „Release From Agony”, „Live Without Sense”, „Total Desaster”, „Eternal Ban” czy „Mad Butcher”, że wspomnę. Oczywiście cały czas młodzieńcza werwa i radość z grania. Zresztą publika odwdzięczyła się tym samym, skandując kawałki i szalejąc pod sceną. Po Niemcach przyszedł czas na MORBID ANGEL. Byłem ogromnie ciekaw ujrzeć ich po 12 latach i to ponownie z Vincenten na voxach! Przerwa była okrutnie długaśna, w międzyczasie zaczęło kropić, udaliśmy się więc po zapasy browca – jedyny atut dłuższych przerw. W końcu wyszli! Dave kłaki zafarbowane na czarno I jebnęli! Masakra dźwięków poleciała na fanów. Vincent już przy którymś z pierwszych numerów zapowiedział, iż zagrają cały album „Altars Of Madness”, na co na twarzy piszącego pojawił się, mimo padającego deszczu, ogromny rogal! I dotrzymał słowa. Poleciał cały, kultowy debiutancki album, do tego numery z „Blessed Are The Sick”, na czele z tytułowym, „Fall From Grace” i paroma innymi! Były też jakieś numery z innych wydawnictw, lecz wieczór „starych płyt” po prostu je przyćmił! Grali cholernie długo i w pełni nasycili uszy spragnione prawdziwego death metalu! Niestety umęczony okrutnie trudem całego wyjazdu i pomny, że pewnikiem teraz będzie kolejna przerwa, udałem się na spoczynek. Dodatkowo pchnęła mnie do tego informacja, iż stojący w rozpisce ONSLAUGHT nie dojechał i nie zagra. Trudno. Przebolałem ponoć bardzo dobry NAPALM DEATH i rzekomo okrutnie gówniany MAYHEM i oddałem się Morfeuszowi.

A potem był powrót z tradycyjnym przystankiem w markecie na zakup piwa i prawdę mówiąc, to sam nie wiem, jak to Dolkowe auto do domu dojechało! Pozostała jeno tradycyjnie dodawana do biletu płytka; piwo niestety dawno się skończyło… Do następnego razu!

[von Mortem]