Brutal Assault 2007 – 9-11.08.2007, Jaromer (Czechy)

Brutal Assault Festival 2007:
SOULFLY, SATYRICON, DARK TRANQUILLITY, CYNIC, MADBALL, PAIN, VADER, GORGOROTH, SUFFOCATION, KATATONIA, IMMOLATION, DISMEMBER, ENSLAVED, DYING FETUS, ALL THAT REMAINS, HAEMORRHAGE, RED HARVEST, KEEP OF KALESSIN, DODHEIMSGARD, MISANTHROPE, ZYKLON, SATURNUS, BELPHEGOR, MADDER MORTEM, GOREROTTED i inni

9-11.08.2007, Czechy – Jaromer, stara twierdza wojskowa Josefov

Image Po bardzo udanej, jedenastej edycji czeskiego Brutal Assault, wręcz obowiązkowo musiałem się udać na ten festiwal ponownie. Tegoroczny zestaw kapel był równie imponujący, choć jakby mniej emocjonujący. Przynajmniej dla mnie. Ale i tak naprawdę warto było się przejechać. W tym roku trochę rzeczy się pozmieniało. Przede wszystkim teren festiwalu – Svojsice, zamieniono na twierdzę Josefov. Bez wątpienia bardzo ciekawe miejsce, warte zobaczenia. Czy sprawdziło się jako teren festiwalu? Podobnie jak większość ludzi, mam mieszane uczucia, ale o tym później. Droga na festiwal była krótsza, a co za tym idzie sama podróż minęła szybciej i po jakichś siedmiu godzinach trafiliśmy do pensjonatu, w którym spędziliśmy następne trzy noce. Chwila odpoczynku, trochę formalności i można było udać się na teren festiwalu.
Niestety, podobnie jak rok wcześniej, kolejka do wejścia była okrutna. Na szczęście akredytacja umożliwiła mi ominięcie jej i mogłem spokojnie udać się pod scenę. Czy raczej dwie sceny. To kolejna nowość w tym roku. Dzięki temu w zasadzie nie było przerw pomiędzy kolejnymi kapelami i obeszło się także bez opóźnień. Świetny pomysł! Dodatkowo pomiędzy scenami znajdował się spory telebim, co pozwalało stanąć sobie spokojnie daleko od sceny, a jednocześnie widzieć, co się na niej dzieje. Pod tym względem nie ma się do czego przyczepić, bo niby czego więcej można wymagać? Natomiast wystarczyło się rozglądnąć dookoła i już wiedziałem, czego mi brakowało. W Svojsicach na wprost sceny znajdowała się górka, gdzie można było sobie czasem usiąść i spokojnie obserwować co się dzieje na scenie. Tutaj teren był otoczony murami i niektórzy wdrapywali się na nie, ale i tak było to zbyt daleko od scen. Poza tym szczegółem wszystko w normie, czyli namiot z browarem, jakieś żarcie, kible, no i stoiska z płytami oraz koszulkami. Co do namiotu z browarem, to warto dodać, że chyba po raz pierwszy był jakiś wybór i oprócz Gambrinusa dostępny był także Pilsner Urquell. Może we wcześniejszych latach źle szukałem, ale po prostu nie widziałem nigdy wcześniej czegoś takiego. Oczywiście nie zmienia to faktu, że ani jednego, ani drugiego nie dało się pić i trzeba było sobie radzić inaczej.
Image Na miejscu okazało się, że nie zdążyłem na belgijskich rzeźników z LENG TCH’E, czego niezmiernie żałuję, bo widziałem ich w 2002 roku i już wtedy na scenie prezentowali się bardzo dobrze, a ich obecna forma jest bez wątpienia znacznie lepsza, co też potwierdziło kilku naocznych świadków. Gwoli ścisłości dodam, że przed nimi zagrały trzy czeskie kapele. O pierwszej z nich – grindowym RUBUFASO MUKUFO – dowiedziałem się tylko tyle, że było przeciętnie, a panowie, żeby zwrócić na siebie uwagę wysmarowali się krwią. Kolejne kapelki to PANYCHIDA i ABSTRACT ESSENCE, o których nic napisać nie mogę. Trudno. Pierwsze, co sam widziałem to końcówka występu TO-MERA. To całkiem młoda brytyjska kapela, którą założył znany tu i ówdzie Lee Barrett. Do Lee dołączyła Julie Kiss, śpiewająca niegdyś w WITHOUT FACE i zaczęli sobie pogrywać melodyjnie i niby progresywnie. Prawda jest taka, że sam pomysł na zespół był ciekawy, ale efekt końcowy jest raczej kiepski. W dodatku Julie śpiewa w sposób, który może być drażniący, a i zdarzyło się jej fałszować. Usłyszałem w zasadzie tylko bardzo dobrze odegrany „Blood” z debiutu i jeden nowy numer, który niestety nie zwiastuje żadnej rewolucji… Ostatnie dwie płyty ABORTED z bliżej nieokreślonych przyczyn są mi słabo znane, stąd sam koncert odebrałem dość obojętnie. Było to o tyle dziwne, że sam występ był naprawdę bardzo dobry. Widocznie zaczynało dawać znać o sobie zmęczenie związane z wczesną pobudką i samym dojazdem, jak i z coraz większym stężeniem alkoholu we krwi. Co tu dużo mówić – ABORTED to bardzo dobry zespół i zagrał świetny, żywiołowy koncert. SATURNUS… cóż, kompletnie nie miałem nastroju na takie granie, a poza tym byłem cały mokry (dość intensywnie padało wcześniej), więc postanowiłem pomaszerować do pensjonatu celem zmiany odzienia. Widziałem fragment występu Duńczyków i porywające to nie było. Panowie prezentowali się dość statycznie, czasem tylko włosy poszły w ruch. Ogólnie jednak nie ma co narzekać, grupka fanów bawiła się doskonale pod sceną. Austriacki BELPHEGOR miałem okazję widzieć na żywo na tym właśnie festiwalu w roku 2002. Niestety, obydwa koncerty niczym się nie różniły, a można je ocenić jako po prostu nudne. Trząchali dyniami jakby od niechcenia, a w dodatku brakowało temu wszystkiemu mocy. BELPHEGOR na żywo mnie nie przekonuje, choć na płytach jest już znacznie lepiej. Nigdy nie byłem największym na świecie fanem DISMEMBER, nie znam na pamięć wszystkich płyt i na tym właśnie festiwalu po raz pierwszy widziałem ich na żywo. I muszę przyznać, że był to naprawdę świetny koncert! Widocznie upływający czas nie ma na nich żadnego wpływu. Takie numery jak „Skin Her Alive”, „Casket Garden”, „Tragedy of the Faithful”, czy zagrany na koniec „Dreaming in Red” naprawdę mocno waliły po pysku. Jeden z jaśniejszych punktów pierwszego dnia. Metalcore’owcy z ALL THAT REMAINS średnio mnie interesują, więc rzuciłem kilka razy okiem na telebim, jednocześnie szukając czegoś ciekawego na różnych stoiskach. To co słyszałem i widziałem całkiem pozytywnie mnie zaskoczyło, choć na pewno nie pobiegnę zaraz do sklepu po ich wydawnictwa. Ot, udany koncert i to wszystko. ROOT naturalnie sobie darowałem. Grają już któryś rok z rzędu, nie przepadam za ich muzyką, więc nie miałem oporów, żeby ten czas wykorzystać na jakąś regenerację sił. Swoją drogą, według pierwszej wersji rozpiski, ROOT miał grać któregoś dnia jako ostatnia kapela, około godziny 1:20, co byłoby świetnym rozwiązaniem. No ale niestety przesunięci zostali na wcześniejszą porę… W końcu jednak przyszła pora na chyba najlepszy koncert tego dnia. Nowojorski SUFFOCATION zniszczył i na tym można skończyć. Gwoli ścisłości dodam, że poleciały takie hiciory jak „Pierced from Within”, „Abomination Reborn”, „Catatonia”, „Bind Torture Kill” czy „Tomes of Acrimony”. Ogólnie nie ma się do czego przyczepić, co prawda gdzieś tam bodajże dwa razy panowie się rozłożyli kompletnie, ale to zapewne wina częstych i gęstych problemów brzmieniowych, do których jeszcze wrócę przy innych kapelach. Wiele osób było też zdegustowanych jakimiś tekstami o Bogu, ja początkowo również byłem w lekkim szoku, ale dość szybko się opamiętałem i koniec końców mam to po prostu w dupie. Muzycy DARK TRANQUILLITY mieli niełatwe zadanie, sam wolałbym chyba iść na browara niż grać zaraz po tak niszczącym koncercie SUFFOCATION. Szwedzi jednak wybrnęli z tej sytuacji całkiem dobrze. Jest to w końcu dość duży zespół i swoich fanów ma, dzięki czemu przyjęcie mieli równie dobre. Kilku ostatnich płyt DT nie słyszałem, więc większość materiału była dla mnie obca, ale moje zmęczone ucho wychwyciło takie starocie jak „Punish My Heaven” z „The Gallery”, czy „Zodijackyl Light” z „The Mind’s I”, z „Projector” i „Haven” chyba nie było nic, choć głowy sobie uciąć nie dam za to. Oczywiście wszystko poprawnie odegrane, na scenie trochę ruchu, całkiem niezły kontakt Mikaela z publicznością i do tego wszystkiego przeciętne brzmienie. Czyli było w porządku. Muszę jednak przyznać, że już w połowie tego koncertu poszedłbym spać, gdyby nie fakt, że ciekawy byłem bardzo DODHEIMSGARD. Muzycy oczywiście pomalowani na różne kolory, ale dźwięki broniły się same. Nie będę się rozpisywał w tym temacie za bardzo, bo niestety nie wytrzymałem do końca, a i z tego co widziałem, to niewiele pamiętam. Raz, że byłem już naprawdę okrutnie zmęczony, a dwa – no cóż, byłem jednocześnie dość mocno pijany. DHG zrobił na mnie jednak pozytywne wrażenie i na pewno będę chciał zobaczyć ich jeszcze raz… Na koniec zostały jeszcze dwie kapele, obydwie zahaczające o folk, choć jednocześnie ich muzyka tak bardzo się różni. Najpierw SILENT STREAM OF GODLESS ELEGY, a później już całkiem wiejskie ENSIFERUM. SSOGE mi nie przeszkadza, ale takie bzdury jak ENSIFERUM uważam za kompletne nieporozumienie. Grunt, że grali jako ostatni tego dnia, to akurat była bardzo dobra decyzja. Ludziom się podobno podobało, ale wiejskie przyśpiewki to ostatnia rzecz, która mogłaby mnie zainteresować o tej porze…
Image Drugi dzień zaczął się od wycieczki do jakiegoś sklepu, która przeciągnęła się do kilku godzin i pod scenę dotarłem dość późno. Dla formalności dodam, że na początku zaprezentowali się Czesi z grindowego OPITZ. Posłuchałem tego ich napierdalania już na spokojnie w domu i gdybym zrobił to wcześniej, to może jednak wybrałbym się pod scenę. Ale podobno było strasznie nudno. Następny był holenderski OUTBURST, czeskie PIGSTY, muzycznie było w porządku, ale poza wokalistą dość statycznie. Później grały ADOR DORATH, LE SCRAWL, OBTEST, UPRISE i SHE SAID DESTROY w zasadzie nic, co mogłoby mnie zainteresować. Chociaż podobno ten ostatni zespół okazał się naprawdę ciekawy. No cóż, może następnym razem. Kolejne kapele chciałem już zobaczyć. Niektóre nawet bardzo. Niestety, siedziałem jeszcze w pensjonacie gdy zaczęło dość intensywnie padać, co mnie bardzo zniechęciło. I tak przepadły mi występy DEPRESY (podobno słabo), DESPISE, GOREROTTED (obecnie grają w czwórkę, a opinie tych, co widzieli były raczej pozytywne, choć bez zbytniego entuzjazmu) i MISANTHROPE. Już drugi raz byłem na festiwalu, na którym grali Francuzi i w dalszym ciągu nie widziałem ich na żywo. W okolicach sceny znalazłem się dopiero pod koniec występu Erica Forresta i spółki. Kanadyjczycy od strony muzycznej zaprezentowali się bardzo dobrze, gorzej było z jakimkolwiek ruchem na scenie, ale mimo wszystko E-FORCE przekonał mnie do siebie tym występem. W przeciwieństwie do MNEMIC. Coś tam gdzieś tam słyszałem kiedyś i w zupełności mi to wystarczy. Zwłaszcza po tym koncercie. Owszem, na pewno był to żywiołowy występ, który mógł się podobać, ale ich muzyka absolutnie mnie nie rusza. Ponadto wokalista w partiach śpiewanych kompletnie nie dawał rady. Ktoś tam mi powiedział, że koleś jest w kapeli od niedawna, ale nie mam pojęcia czy tak jest w rzeczywistości. Narzekam i narzekam, ale zdecydowanie bardziej wolę słuchać Duńczyków, niż beznadziejnego THE BLACK DAHLIA MURDER. Uważam, że jest to absolutnie najbardziej przereklamowany i wtórny zespół, biorąc pod uwagę to modne obecnie, nudne i melodyjne amerykańskie granie. Co ciekawe, czy raczej niepokojące, myślałem, że taki syf może się sprzedać tylko w Stanach, a tutaj okazało się, że wiele osób chciało ich zobaczyć i zostali naprawdę nieźle przyjęci. Tyle na ten temat. Następny był CYNIC, który znacznie poprawił mi humor. Co prawda słyszałem wcześniej opinie, że CYNIC na żywo to nuda, ale i tak z niecierpliwością czekałem na ten koncert. Niestety, z tą nudą było trochę racji, bo na scenie praktycznie nic się nie działo. Ale panowie zrobili swoje, czyli perfekcyjnie zagrali wszystko z „Focus”. Niestety, najbardziej przeszkadzał wokal. Agresywne wokale były puszczone z taśmy, czy raczej z płyty, zaś śpiewane partie Masvidala szły przez jakiś harmonizer, a efekt nie był najlepszy… Dopiero w ostatnim numerze, czyli bodajże „Uroboric Forms” pojawił się gościnnie jakiś koleś, który wykrzyczał w miarę porządnie wszystkie agresywne wokale. Panowie zagrali także jeden nowy numer – „Evolutionary Sleeper”, który w kilku słowach można określić jako typowy numer CYNIC w wersji łagodniejszej. Ponarzekałem trochę, ale tak naprawdę cieszę się, że miałem okazję posłuchać tych numerów na żywo. MALEVOLENT CREATION widziałem już wcześniej na żywo i po raz kolejny czegoś mi zabrakło w ich występie. Można powiedzieć, że się czepiam, bo poziom tego koncertu nigdy nie będzie osiągalny dla jakichś 80% kapel death metalowych. Ale oczekiwałem czegoś więcej, miałem nadzieję, że zostanę zniszczony, a mogę powiedzieć tylko tyle, że było bardzo dobrze. Co ciekawe, poleciało sporo staroci, w końcu takie numery, jak „Coronation of our Domain”, „Monster”, „Malevolent Creation”, „Multiple Stab Wounds”, czy „Blood Brothers” mają trochę lat na karku… Następny w kolejce MADBALL nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jak SICK OF IT ALL na wcześniejszej edycji. Chyba jednak tylko dlatego, że podejrzewałem, iż hardcore’owcy ponownie pokażą metalowcom jak należy grać koncerty. I tak w istocie było. Zaczęli od „Demonstrating My Style”, a później poleciały takie numery jak „Unity”, „Ball of Destruction”, „Set it off”,  „Can’t Stop, Won’t Stop”, czy „Hold it Down”… To oczywiście nie wszystko, MADBALL niszczył przez jakieś 40 minut i jak łatwo się domyślić zostali doskonale przyjęci. Po dwóch dość intensywnych koncertach, przyszła kolej na trochę spokojniejszą muzykę. KATATONIA jak zwykle w doskonalej formie i nie bardzo było do czego się przyczepić. Na początek „Consternation”, później przebojowy „Ghost of the Sun”, gdzie nawet pozwolono sobie na śpiewanie z publicznością, dalej „My Twin” i powrót do „Tonight’s Decision” w postaci „Had to (Leave) i „Right into the Bliss”. Przyznam, że nie spodziewałem się usłyszeć tych dwóch numerów. Jak już miałbym szukać dziury w całym, to napisałbym, że Nyströmowi różnie wychodziło wokalne wspieranie Renkse, przy melodyjnych partiach było raczej nieczysto, ale to przecież drobny szczegół. Dalej był jeszcze „Teargas”, „Soil’s Son”, „Criminals”, „Evidence”, po którym miał być jeszcze jeden numer z ostatniej płyty, ale okazało się, że nie ma już na to czasu (we wcześniejszych latach nikt za bardzo nie przejmował się rozpiską, a teraz skracano niektórym kapelom koncerty…) i na sam koniec tradycyjnie powrót do growlingu i „Murder”. Widziałem ten zespół już kilkakrotnie i  tym razem Renkse wydał mi się bardziej ruchliwy, nie był cały czas przyklejony do mikrofonu, a to już coś nowego. A poza tym jak zwykle – koncert na bardzo wysokim poziomie. Następny w kolejce był również szwedzki PAIN. Na pierwszy rzut oka widać było, że skład koncertowy uległ zmianie, tym razem zabrakło dziewczyn, które wspomagały Petera na kilku ostatnich trasach. Oczywiście nie miało to w zasadzie żadnego wpływu na ten koncert, a jedyny minus całości to zjebane brzmienie. Nie wiem jak było pod sceną, ale ja stojąc dość daleko słyszałem jeden wielki hałas, a niektóre z numerów udało mi się odróżnić tylko dzięki partiom wokalnym. A skoro już o tym, Tägtgren w kilku numerach pozwolił sobie na trochę growlingu, co brzmiało całkiem ciekawie. Generalnie był to bardzo udany koncert, można było usłyszeć  m.in. „Dancing with the Dead”, „Bitch”, „Shut Your Mouth”, „Nailed to the Ground”, „On and On”, „Same Old Song”,  „Zombie Slam”, czy „End of the Line”, zatem w zasadzie same hiciory. Na pewno ciekawym dodatkiem była często pokazywana na telebimie dmuchana lalka, która bardzo dobrze się bawiła podczas występu Szwedów. Przyszła wreszcie kolej na największą gwiazdę festiwalu, największą oczywiście według organizatorów. Podobnie jak rok temu nie był to trafny wybór. SOULFLY jaki jest każdy wie. Na żywo było słabo. Ale oczywiście jak przystało na gwiazdę jako jedyna kapela nie zgodzili się na pokazanie swoich facjat na telebimie. Ponadto bez żadnych problemów mogli lekko przedłużyć swój koncert. Próbowałem słuchać od samego początku, ale nie dałem rady. Już nie chodzi o to, że nie znałem tych kawałków, ale to, co słyszałem kompletnie do mnie nie przemawiało, a ponadto wokal był strasznie bezpłciowy, zero pasji. Cóż, mogę wspomnieć tylko, że oprócz muzyki SOULFLY, można było usłyszeć takie numery jak „Inner Self”, „Refuse/Resist”, czy „Roots Bloody Roots” i niestety Max również w tych utworach wokalnie wypadł bardzo słabo. Kilka miesięcy wcześniej słyszałem te numery na żywo w wykonaniu SEPULTURY i moim zdaniem Derrick radzi sobie z nimi znacznie lepiej. Jedyne co w miarę im wyszło, to świetny „Wasting Away” z repertuaru NAILBOMB, choć z drugiej strony jakikolwiek numer tego projektu zagrany bez Newporta wypada co najwyżej dobrze. Dla pewnego kontrastu na drugiej scenie zaczęli grać Norwedzy z GORGOROTH. Wiele osób dużo sobie obiecywało po tym koncercie i z tego co wiem, to po wszystkim byli zadowoleni. Drugie tyle osób uważało jednak, że był to bardzo przeciętny koncert i ja się z tym zgadzam. Jestem pewien, że gdyby pod scenę przyszedł ktoś, kto kompletnie nie zna materiału Norwegów, to po maksymalnie dwóch kawałkach wolałby zająć czymś ciekawszym. Ja rozumiem, że Szatan, że kult i inne takie, ale ten koncert był po prostu nudny. Bardzo poprawny, ale to wszystko. Do tego znowu przeszkadzały trochę zabawy akustyka z brzmieniem. Na szczerze chwilę później humor poprawili mi patolodzy z HAEMORRHAGE. Co prawda byłem już trochę zmęczony i nie widziałem całości, ale tych kilku numerów słuchało się naprawdę przyjemnie. Zaczęli od „Posthumous Predation”, a później „Feasting on Purulence”, czyli dokładnie tak jak zaczyna się ostatnia płyta. Luisma oczywiście wysmarowany krwią, ale akurat w przypadku tej kapeli ciężko mieć jakieś zastrzeżenia odnośnie tego faktu. Oczywiście doskonały kontakt z publiką i świetne przyjęcie. Żałuję okrutnie, że wróciłem do pensjonatu, choć z drugiej strony tam jakoś odżyłem i mała imprezka przeciągnęła się do rana. Gdzieś w międzyczasie grała jeszcze ostatnia kapela tego dnia. ENSLAVED. Tutaj akurat lekko przesadzono z tak późną porą. Na końcu powinny grać jednak mniejsze nazwy… A Norwedzy podobno zniszczyli i jestem w stanie w to uwierzyć…
Image W trzeci dzień tradycyjnie już przegapiłem kilka pierwszych nazw. Na pierwszy ogień poszli Czesi z M.A.C. OF MAD, później francuscy brutaliści z GORYPTIC, którzy podobno wypadli całkiem nieźle. Później na scenę wtoczyli się Niemcy z EXCREMENTORY GRINDFUCKERS, a dalej węgierski SEAR BLISS. Byłem ciekawy następnego w kolejce TREPALIUM, ale było trochę za wcześnie… Odpuściłem sobie także THE DESTINY PROGRAM, GADGET, DAGOBA i SAYYADINA, z czego chętnie zobaczyłbym tylko dwóch przedstawicieli szwedzkiego grindcore’a. Pod scenę dotarłem na końcówkę BY NIGHT i zachwycony nie byłem. Ale dość szybko zaczęli następni w kolejności Holendrzy z IHUME. Spodziewałem się bardzo energetycznego koncertu i nie zawiodłem się. Co prawda włosów jakby mniej w tej kapeli niż kilka lat temu, ale dwóch wokalistów w dalszym ciągu doskonale się tutaj sprawdza. Szwajcarski CATARACT zaprezentował się poprawnie, ale nic poza tym, więc nie poświęciłem im zbyt dużo uwagi. HACRIDE przegapiłem, a w okolice sceny dotarłem gdy męczyli jeszcze Niemcy z DIE APOKALYPTISCHEN REITER. Powiem wprost, przed tym koncertem nie wiedziałem czego się spodziewać, bo czytałem wielokrotnie o ich muzyce, ale nigdy jej nie słyszałem. Miało być niby wymieszane mnóstwo różnych gatunków…  Istotnie tak było, ale efekt był gówniany, poza tym to przecież Niemcy, więc nie ma co wymagać od nich zbyt dużo. Syf i kropka. ZYKLON był następnym wykonawcą i mogło być tylko lepiej. Łudziłem się, że może w końcu Samoth i spółka skopią mi dupę. Cóż, nie tym razem. Norwedzy są solidnym zespołem, ale to wszystko, a solidność to trochę za mało. Oczywiście nie ma się do czego przyczepić, poza lekką dawką nudy. Odnośnie KEEP OF KALESSIN mógłbym napisać w zasadzie to samo. Na pewno niektórzy (może nawet wszyscy) fani byli pod wrażeniem, ale ja nie padłem na kolana przed ich płytami i ten koncert uważam za przeciętny. CARNAL FORGE sobie darowałem, bo nie rusza mnie ich granie, a poza tym widziałem ich już raz na imprezie o nazwie Smash Fest. Wreszcie przyszedł czas na bogów z IMMOLATION. Jeden z niewielu zespołów, które naprawdę chciałem zobaczyć i ani trochę się nie zawiodłem. Zabrakło mi co prawda takich klasyków jak „Into Everlasting Fire”, czy „No Jesus, No Beast”, ale i tak zostałem sponiewierany. Amerykanie zagrali m.in. „Swarm of Terror”, „Wolf Among the Flock”, „Passion Kill”, „Wolrd Agony”, „Challenge the Storm”, „Shadows in the Light”, czy doskonały „Higher Coward”, zapowiedziany naturalnie słowami „Didn’t You Say… Jesus was Coming?”. Narzekałem, że zabrakło mi dwóch numerów, ale za to sporym zaskoczeniem był „Christ’s Cage”, świetny kawałek i naprawdę nie spodziewałem się go usłyszeć. Vigna jak zwykle szalał z gitarą, Dolan w doskonałej formie złapał niezły kontakt z publicznością, a nowi muzycy już są doskonale zgrani z resztą składu, więc generalnie było po prostu doskonale. Następny w kolejce MADDER MORTEM dostał chyba najgorszy czas na granie. Grali pomiędzy IMMOLATION a VADERem. Jak na mój gust wyszli z tego obronną ręką, ale nie było idealnie. Powiem więcej, Agnete nawet lekko mnie rozczarowała, w wielu miejscach partie wokalne nie były zbyt czyste, a ja tymczasem oczekiwałem koncertu perfekcyjnego. Tragedii jednak też nie było. Ta norweska kapela w kocu nie gra zbyt często na żywo i cieszę się, że miałem okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu. Nawet jeśli nie do końca spełniły się moje oczekiwania, a i z brzmieniem znowu było różnie. Za to na scenie było mnóstwo szczerego entuzjazmu, takie koncerty chciałbym oglądać zawsze. Agnete kipiała energią, a tego bym się po niej nie spodziewał. Inna sprawa, że jej ciągły ruch, bieganie, skakanie, to wszystko mogło mieć wpływ na te nieczystości wokalne, grają mało koncertów i może jeszcze nie opanowała tego… Tak czy inaczej, ja byłem zadowolony. Na początek poleciał znany z teledysku „My Name is Silence”, później „Sedition”, który chyba wypadł najgorzej jeśli chodzi o wokal, a dalej same świetne utwory: „Breaker of Worlds”, „Hypnos”, „Rust Cleansing”, „Changeling”, „M for Malice” i na sam koniec „Necropol Lit”. Co prawda zmieniłbym jeden kawałek na inny, ale ich dobór i tak był bardzo dobry. Kolejny wykonawca to polski VADER. Nie muszę mówić, że koncert był zawodowy. Tu nie ma się co spierać. Dodatkowo była to pierwsza kapela, którą obserwowało tak dużo ludzi, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. I nie chodzi mi o liczbę osób pod sceną, mam na myśli cały teren festiwalu. Praktycznie wszyscy dookoła obserwowali co się działo na telebimie. Nie znam bodajże czterech ostatnich płyt Olsztynian, więc średnio kumałem to, co się działo na scenie, choć znalazło się i miejsce na trochę staroci, jak np. „Sothis”, czy „Silent Empire”, a na sam koniec poleciał „Raining Blood”. Peter cały czas nawijał po polsku… owszem, na festiwalu było dużo Polaków, a i Czesi mogli coś z tego zrozumieć, ale już przeciętny Niemiec czy inny Chorwat niewiele z tego wiedział, a tych przecież nie brakowało. Tak czy inaczej, niektóre teksty uznałem za lekko pretensjonalne, choć ktoś może uznać, że się czepiam. Może i tak, ale tak jak już napisałem – nie będę bredził, że koncert nie był bardzo dobry, bo po prostu był. Przyszła kolej na SATYRICON. Na początek duża wtopa. Zaczynają grać, a z przodów słychać tylko  wokal. Stałem dość daleko od sceny i oprócz Satyra słyszałem jakiś lekki szum dobiegający bezpośrednio ze sceny. Co ciekawe, trzeba było czekać minutę, aż akustyk upora się z tym problemem. Poza tym do końca już nie było większych problemów, a SATYRICON wypadł bardzo dobrze. Koncert bardzo żywiołowy, do tego świetny kontakt Satyra z publicznością, a i muzycznie nie było na co narzekać, były oczywiście największe przeboje typu „Mother North”, „Fuel for Hatred”, czy „K.I.N.G.”, były także równie lubiane „Du Som Hater Gud”, „Nemesis Divina”, „With Ravenous Hunger”, „Now, Diabolical”, „The Pentagram Burns”. Nic tu więcej nie wymyślę. Klasa sama w sobie. Nogi powoli zaczynały mi odmawiać posłuszeństwa, ale chciałem zobaczyć DYING FETUS. Nie wytrzymałem zbyt długo, ale to co widziałem tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że oni po prostu niszczą. Oczywiście wiadomo co grają ci amerykanie, więc łatwo sobie wyobrazić, że dla kogoś, kto słyszał ich pierwszy raz właśnie wtedy, ich koncert mógł być najzwyczajniej w świecie nudny. Ja byłem jednak bardzo zadowolony. Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku tytułów: „Kill your Mother / Rape your Dog”, „One Shot, One Kill”, „Grotesque Impalement”, czy „We are your Enemy”. Udany występ i żałuję, że nie wytrwałem do końca. Później na scenach pojawiły się jeszcze dwa zespoły: ONSLAUGHT i RED HARVEST, obydwie kapele podobno wypadły poprawnie, ale bez większych uniesień. Na tym zakończył się cały festiwal.
Image Od strony pozamuzycznej można narzekać na pewne rzeczy. Podobno pole namiotowe było okrutnie małe. Ludzie sobie radzili jak mogli. Problemem była natomiast spora liczba kradzieży. Chyba każdy, kto był na festiwalu słyszał, że wiele osób zostało okradzionych. Organizatorzy powinni pomyśleć jak rozwiązać ten problem. Ponadto słyszałem narzekania na liczbę kibli… Bez przesady. Nie wiem jak na polu namiotowym, ale na terenie festiwalu, było ich absolutnie wystarczająco. Pryszniców było chyba tyle, co roku temu i kolejki do nich potrafiły być naprawdę spore. Na szczęście w tym roku nie musiałem się tym przejmować. Tym razem obeszło się bez wielkich kolejek po żetony, które były lokalną walutą, co na pewno jest plusem. Ponadto jeśli nic nie pomieszałem, to zagrały wszystkie kapele, które miały zagrać. Osobiście natrafiłem na dodatkowy problem, gdy okazało się, że moja akredytacja nie uprawnia mnie do wejścia do fosy i komfortowego robienia zdjęć, szkoda, w przyszłym roku trzeba będzie to dokładniej załatwiać. Ale generalnie bardzo udana impreza.
[Mirek, foto: Ataman, Decior]