BULLDOZER, AZARATH, INFERNAL WAR – 8.09.2011, Warszawa

2011.09.2_bulltozer_buttonBULLDOZER, AZARATH, INFERNAL WAR

8.09.2011, Warszawa, „Progresja”

Na ten koncert czekałem 22 lata – tyle bowiem upłynęło od słynnego koncertu BULLDOZER w Zabrzu… No i niewiele brakowało, a bym ten koncert przegapił! Otóż żyłem w błogiej świadomości, że impreza ta ma się odbyć w Warszawie 9-go września i w związku z tym odkładałem „na potem” zaplanowane składanie pytań do wywiadu z AC Wildem oraz z Inferno (AZARATH). Koniec końców miałem zająć się tym wszystkim we środę i ew. skończyć w czwartek (8.09!). No i dwa dni przed koncertem zadzwonił kumpel i zapytał, o której będę we czwartek w „Progresji” na koncercie. Myślałem, że nerkę wypluję! Barani łeb! Niby wszystko gotowe, ustawione na czas, itd., tylko data się nie zgadza. Wyłącznie cudem jakimś udało mi się dotrzeć do klubu niemal w połowie koncertu. Pominę jednak samą drogę do „Progresji” (zerwana trakcja WKD) i kilka pomniejszych incydentów…

Dotarłem dopiero na połowę setu INFERNAL WAR (pierwszy zespół zupełnie mnie ominął, a ponoć był to świetny występ!). INFERNAL WAR, jak to INFERNAL WAR. Potężna muza! Pod sceną miał miejsce mały kocioł, sporo łbów wokół bujało się, inni przytupywali, jeszcze inni snuli się po klubie w pijackim widzie. Patrząc jednak na INFERNAL WAR odniosłem wrażenie, że ten zespół lepiej sprawdza się na mniejszych scenach, gdzie duszna i gęsta (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) atmosfera nabiera intensywności i wynosi tę muzykę na inny, wyższy poziom. I chyba też na scenie dało się odczuć tę różnicę. Poleciały numery z „Redesecration: The Gospel of Hatred and Apotheosis of Genocide”, był – zdaje się – kawałek ze splitu z WARHEAD i coś nowego też. To był doby koncert.

Gdy na scenie zaległa kilkunastominutowa cisza, mogłem na spokojnie przywitać się z kumplami (cholera, mam wrażenie, że na koncerty przychodzą wciąż ci sami ludzie! też tak macie?) oraz popatrzeć na suto zastawiony stół z CDkami, winylami, pod którego obsługą podpisało się Witching Hour. Trzeba przyznać, że ceny były wyjątkowo niskie, nic więc dziwnego, że sporo stuffu udało się chłopakom spuścić podczas całej tej trasy. No ale wróćmy do samego koncertu.

Na scenie pojawiły się rozstawione po jej bokach dwa płonące pentagramy, a za nią logo AZARATH. No i pojechali. „Blasphemer’s Maledictions” to naprawdę dobry album, jednak osobiście wolę poprzednie płyty. Sam koncert AZARATH zagrał niezwykle poprawnie, dawały po uszach popisówki Inferna i całkiem dobra selektywność, która przy tak brutalnym gatunku tyleż zaskakuje, co… dziwi. Przesadna precyzja odbiera w jakiś sposób moc tym numerom, które odegrane na żywo powinny zabijać. Poza tym na scenie praktycznie nic się nie działo. „Gabinet Figur Woskowych” – jak to określił jeden z kolegów. Inny dorzucił: „Ten koncert AZARATH po prostu mnie zmęczył”. Ja natomiast zauważyłem jedno, co wzbudziło mój niekłamany niesmak. Otóż nawet ta żywo reagująca publiczność, skandując pomiędzy kawałkami, wołała: „I-N-F-E-R-N-O!!!”, zamiast „AZARATH!!!”! Toż to wieś! Wszak nie oglądaliśmy koncertu Inferna, tylko zespołu AZARATH! Głupio musiało być pozostałym członkom grupy, no chyba że już przywykli. Sumując – AZARATH stać na więcej. Wiem, bo widziałem ich już w akcji nie raz. Tym razem czegoś zabrakło, chemii, iskry, no sam nie wiem. Chyba wszystkiego poza poprawnym odegraniem materiału.
Przerwa. Łyk świeżego powietrza na zewnątrz przed piekłem! Jak wspomniałem na początku, długo czekałem na ten koncert. Podczas pamiętnego gigu w listopadzie 1989 roku, w Zabrzu było ponad 5 tys. osób! Tym razem na BULLDOZER poszło 209 biletów. Co jest na rzeczy?
Oddajmy ten temat socjologom i wejdźmy znów do środka, skąd już dobiegają pierwsze takty otwierającego nową płytę, tytułowego „Unexpected Fate”. AC Wild w klasycznym wdzianku a’la King Diamond, za jakby sejmową mównicą, z której ściekająca krew utworzyła barwny wzór, wykrzykuje świetnie już znany refren. A za nim reszta maniaków. Po tym akcencie z nowego krążka przyszedł czas na serię klasyków. I tak zaczęli od „IX”, co AC wyraźnie zaznaczył: „Tym numerem zaczęliśmy nasz koncert w Polsce 22 lata temu!”. I polecieli. Wspaniała solówka, aż ciary przebiegły po plecach i dalej z klasykami! Każdy numer był osobno dedykowany. Np. „Impotence”- jakiemuś dziennikarzynie, który coś tam zespołowi podpadł, „The Derby”  – polskim fanom. W tym miejscy zamiast „Milan!, Milan!”, mr. Wild skandował: „Poland!, Poland!”. Fajny gest, aczkolwiek prawdę mówiąc wolałbym tego posłuchać w oryginale… „We Are (Fucking!) Italians” totalnie mnie rozjebał! Uwielbiam ten numer z „Neurodeliri”, na żywo to pełen energii hit! Pod sceną się dosłownie zagotowało, choć trzeba w tym miejscu odnotować, że sporo osób opuściło już „Progresję”. Ostatnie autobusy, perspektywa porannej pobudki do pracy czy szkoły i inne pierdoły skutecznie pogoniły młodzież w różnym wieku z klubu. Kolejny (tym razem nowy) numer, który zasłużył na poklask topniejącej publiczności, to „Micro Vip”, spokojny, melodyjny kawałek z ukrytym pazurem. Oczywiście ten również z odpowiednią dedykacją. Pora na przemowę AC Wilda i przedstawienie zespołu – okazało się, że za klawiszami, ukryty za mnisim kapturem, stoi jego syn! Zamykający koncert „Willful Death” to prawdziwy gwóźdź koncertu! To nie mogło skończyć się inaczej. Kiedy wybrzmiały ostatnie akordy, wiedziałem już, że nic więcej nie będzie. Nie ma szans, żeby zagrać choćby nutkę po tym arcydziele!
BULLDOZER pokazał 100%-ową klasę w każdym calu i bezapelacyjnie ponownie przywdział togę należną Władcom Rzymskiego Imperium Black / Thrash Metalowego.
Na koniec anegdota związana z wywiadem, jaki ogarniałem z AC Wildem po koncercie. Otóż po odkapslowaniu piwka siedzimy z Wiciem i z BULLDOZER w ich garderobie, włączamy dyktafon i… nie działa! Pora na plan „B” – dyktafon z telefonu! W połowie coraz gorętszej dyskusji ten też pada! Plan „C”! „Notuj, potem poskładamy”. „Jak to długopis się wypisał!?”!
Wywiad z AZARATH oczywiście poszedł w zapomnienie ze względów czysto technicznych. Pani Redaktor mnie zabije chyba za to! W tym całym „Old School” czasem najbardziej prymitywne narzędzia zawodzą;-).
I tyle tym razem z mojej strony.

 

[Adrian]