CALIBAN, WINDS OF PLAGUE, EYES SET TO KILL, ATTILA … – 12.02.2012, Kraków

Get Infected Tour 2012

CALIBAN, WINDS OF PLAGUE, EYES SET TO KILL, WE BUTTER THE BREAD WITH BUTTER, ATTILA    

12.02.2012, Kraków, „Rotunda”

Dziwnym, choć niepisanym zwyczajem stała się w Polsce słaba frekwencja na koncertach metalowych. Nie wiem czym to jest spowodowane, ani kto odpowiada za taki stan rzeczy. Na pewno nie muzycy, którzy wypruwają żyły, aby koncerty nie były tylko odklepaniem seta i zejściem na afterparty, a audiowizualną ucztą dla najbardziej wymagających. Słabość frekwencji dała się we znaki również niemieckim metalcore’owcom z CALIBAN, którzy w zacnym towarzystwie WINDS OF PLAGUE, EYES SET TO KILL, WE BUTTER THE BREAD WITH BUTTER oraz ATTILA przybyli do kraju nad Wisłą, aby zainfekować parę osób wirusem nowomodnego metalcore’u/deathcore’u. Całość przedsięwzięcia zwała się dumnie „Get Infected Tour” i odwiedziła kilka największych europejskich miast. Na niecały miesiąc przed rozpoczęciem trasy, fanów zasmuciła informacja, iż ALL SHALL PERISH, który miał być współorganizatorem trasy – nie da rady wybrać się na europejską podróż. Organizatorzy stanęli zatem na głowie, aby znaleźć w miarę godnego zastępcę. Padło na WINDS OF PLAGUE, co wielu fanatyków ciężkiego grania przyjęło za prowokację i dno. Może stąd słaba frekwencja w Polsce? Pozostaje nam gdybać. Zajmijmy się jednak przyjemniejszym aspektem odwiedzin CALIBAN – koncertem.

GetInfectedTour2012caliban_A1_EU

ATTILA

Amerykanie z ATTILA, prezentujący ciekawą odmianę deathcore’u – „party core” pojawili się na scenie Rotundy niezwykle punktualnie i bez większego przymilania roznieśli nieliczną grupkę fanów, zgromadzonych pod sceną, w pył. Szczerze mówiąc, na występie ATTILA zależało mi najbardziej i zostałem mile połechtany gigantycznym, choć zmieszczonym w pół godziny secie. Zabrzmiały choćby „White Lightning”, „Sex, Drugs & Violence”, „Payback” czy starsze „Rage”, „Soda In The Watercup” i „Strikeout”. Chris Fronzak – frontman zespołu okazał się być niezwykle wygadanym gościem, co jakiś czas zapewniając polskich fanów o jego miłości do naszego kraju. Co więcej – jego zdolności growlowo-screamowo-rapowe okazały się być w stu procentach prawdziwe, co wywołało u mnie conajmniej wielkie zdziwienie, ale i radość. Pół godziny przeznaczone dla pierwszego „supportu” minęło jednak niezwykle szybko, a na scenie zaczęli montować się Niemcy z WE BUTTER THE BREAD WITH BUTTER.

WE BUTTER THE BREAD WITH BUTTER

Na występ naszych zachodnich sąsiadów, prezentujących „melodic death pop” (jak żartobliwie nazywają swój gatunek) czekałem z zainteresowaniem. To, co słyszłem na dwóch dotychczasowych krążkach WE BUTTER THE BREAD WITH BUTTER budziło rozbawienie i ciekawość. Gdy wniesiono skromny zestaw perkusyjny i klawisze, a gitarzyści byli gotowi – rozpoczął się spektakl. Klimatyczne intro, znane z ostatniego albumu Niemców, a po nim największe hity przemiłego kwintetu z Lübben. „Schlaf Kindlein Schalf”, „Breekachu”, „Superföhn Bananendate” czy „13 Wünsche” rozbawiły zgromadzoną publiczność i rozpętały szaleńczą zabawę. Na kończącym koncert „Der kleine Vampir” panowie wystrzelili z armat konfetti, przemieniając metalowy koncert w dyskotekową zabawę. WE BUTTER THE BREAD WITH BUTTER, podobnie jak ATTILA i kolejne supporty otrzymali zaledwie pół godziny i po wykonaniu skróconego seta opuścili scenę, zostawiając miejsce dla Amerykanów z EYES SET TO KILL.

EYES SET TO KILL

Szczerze mówiąc, koncert EYES SET TO KILL był dla mnie zupełnie obojętny. Metalcore proponowany przez kwartet z Arizony w żaden sposób mnie nie podnieca, zostałem jednak pod sceną z zupełnie innego powodu. Pojawiły się na niej siostry Rodriguez – Alexia (gitarzystka) oraz Anissa (basistka i wokalistka), nominowane do konkursu na najgorętszą metalową laskę w 2010 roku. Poza (i tak nieco przereklamowanymi) walorami wizualnymi, które towarzyszyły występowi EYES SET TO KILL, nie zanotowałem nic godnego uwagi. Fani zespołu usłyszeli choćby „All You Ever Knew”, „Darling” czy „Broken Frames”, po czym zespół z Ameryki opuścił scenę. Po koncercie, siostry okazały się być przemiłymi kobietami – chętnie pozowały do zdjęć z fanami i nikomu nie odmówiły zamienienia kilku słów. Podczas sesji zdjęciowej i autografowej, na scenie montowali się „gangsta core’owcy” z WINDS OF PLAGUE.

WINDS OF PLAGUE

Szczerze i bez bicia, przyznam iż gdy okazało się, że ALL SHALL PERISH nie przybędzie do Polski, a ich zmiennikiem zostali muzycy WINDS OF PLAGUE – psioczyłem. Po koncercie biłem się jednak w pierś, powtarzając „mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa” i głośno skandowałem o bis. Johnny Plague i ekipa z Kalifornii roznieśli scenę i zebraną przed nią publikę w drobny mak! Dobór utworów powalił mnie na kolana i spowodował, że stałem się wielkim, oddanym fanem WINDS OF PLAGUE. Bo jakże nie cieszyć się z takich numerów jak „Refined In The Fire”, „Decimate The Weak”, „Drop The Match”, „Reloaded” czy „The Impaler”? Plague okazał się być świetnym konferansjerem porywając tłumy. WINDS OF PLAGUE otrzymali nieco więcej niż pół godziny na swojego seta i wykorzystali otrzymany czas w stu procentach właściwie. Johnny okazał się być nie tylko świetnym frontmanem, ale i przyjacielem – gdy muzycy kończyli ostatni numer z seta, wokalista poprosił o brawa dla wszystkich wykonawców tamtego wieczoru oraz zapowiedział gwiazdę wieczoru – CALIBAN!

CALIBAN

Techniczni CALIBAN wykazali się szybkością i precyzją, udowadniając iż era tabletów może się na coś przydać. Cyfrowe, przenośne inżynierki, pomagające nagłośnić sprzęt spowodowały, iż kilkoma kliknięciami w tablet, techniczni ustawili idealnie selektywne brzmienie i rozpoczął się długo oczekiwany spektakl. Scena i wzmacniaczne CALIBAN przyozdobiono elementami z okładki ostatniej płyty Niemców – „I Am Nemesis”, Andreas Dörner oraz  Marc Görtz  przyodziali natomiast klimatyczne, znane z teledysku do „Memorial” koszule. Set ułożony na trasę okazał się być świetnie dobrany. Nowości przeplatane starociami zadowalały starych i młodych fanów – „Dein R3ich”, „It’s Our Burden To Bleed”, „I Will Never Let You Down”, „Davy Jones”, „Life Is Too Short” czy „24 Years” brzmiały niezwykle dobrze. Na „We Are The Many” CALIBAN został wokalnie wsparty przez Chrisa Fronzaka z ATTILA, Cisko Mirandę z EYES SET TO KILL oraz Johnny’ego Plague z WINDS OF PLAGUE – każdy z nich dostał możliwość zaśpiewania jednej zwrotki, refren natomiast – wykonywano wspólnie. Efekt – rewelacyjny! Bardzo lubię takie akcje. Wiele dobrego można powiedzieć na temat występu CALIBAN w Polsce, jednak zostałem niemiło zaskoczony krótkim setem. Godzina gry, zero bisów. Setlista krótsza niż w innych europejskich miastach. Trudno powiedzieć dlaczego. Nie mniej jednak – było magicznie.

Podsumowując – koncert na bardzo wielki plus. Udało mi się zamienić parę słów z muzykami wszystkich kapel – przyznawali, iż atmosfera na trasie jest przednia, jednak słaba frekwencja w Polsce trochę ich dziwi. Jedni twierdzili, iż to przez dzień tygodnia (koncert odbył się w niedzielę), inni nie potrafili znaleźć wytłumaczenia. Wypili jednak hektolitry dobrego, polskiego piwa, pokazali moc metalcore’u/deathcore’u i pojechali dalej. Oby więcej takich wydarzeń w Polsce!

[Tomasz Kulig]