CANOPY Menhir ’10

Ach, tak, Canopy. Jarałem się „Menhirem” swego czasu i był niezłą podpórką na małym życiowym zakręcie jesienią 2010 roku. Dobrze, że moja pamięć potrafi czasem zakonotować pewne nazwy, które po jakimś czasie wygrzebuję, odświeżam, zasłuchuję się na nowo. To właśnie jeden z takich przypadków. Co mnie przykuło na pierwszy rzut oka? Rzecz jasna kraj pochodzenia, okładka, metka, no i szczęśliwa liczba siedmiu utworów. A potem to już poszło z górki. Melodie są po prostu tak miodne, że mój mózg nie potrafi po prostu poradzić sobie z ogarnięciem tego, jak bardzo są świetne. W życiu chyba nie skończę dziwić się temu, jak jeden rodzaj muzyki, z instrumentarium mocno ograniczonym, może być tak ciekawy i przy odpowiednim dawkowaniu nie nudzić się. Taka muza jest absolutnie stworzona właśnie dla mnie. Niebywale uderza w moje potrzeby obcowania z dźwiękami. Choćby sam, dość długi, otwierający kawałek tytułowy, ma w sobie taki ładunek, że trudno przyjąć to po prostu na klatę i pozostać niewzruszonym. Świetna rzecz. Wystarczy mi także chwila obcowania z następującym po nim „Storm Within a Storm”, by dobitnie przypomnieć sobie o tym, jak bardzo miażdzy ten album. Nerwowe podniecenie wręcz bezlitośnie ściska za gardło.  Pomysły tych chłopaków są niczym zabójcze pchnięcie rolniczym gumofilcem w klatkę piersiową (mhm, to z Radia Chlew, audycyji pod tytułem „997″). Tak, cholera, leżę i kwiczę zasłuchując się w tej perełce. Cudowne połączenie pierdolnięcia, melodyjności, doprawione przyjemnym oddechem świeżości, charakterystycznego, takiego „własnego”, podejścia do tematu death metalu. Kupili mnie od pierwszych minut trwania „Menhira” i nie da się tego słuchać inaczej jak w całości za jednym kłapnięciem paszczy. Mniam.[soulcollector]

Canopy, http://www.entercanopy.com/.