Castle Party 2016 – 28-31.07.2016, Bolków

castle.party.2016_plakatCastle Party 2016
28-31.07.2016, Bolków

I zawsze nadchodzi ten sądny dzień, kiedy rozliczyć trzeba się z przeszłością… Tegoroczne Castle Party wyjątkowo trudno mi opisać z racji tego, że zawiodła mnie znacząca większość klasycznych, gotyckich zespołów (tym samym zaburzam antenackie założenia festiwalu) i na próżno przyszło szukać mi porównań do Castle Party 2014, które porwało mnie w obosieczny sposób – metalowo/eksperymentalnie i gotycko/elektronicznie. Ci, którzy śledzą profil Atmospheric’a na Facebook’u, mogli zapoznać się z krótkim opisem pierwszego dnia festiwalu (czwartek), który to opis, ku zgubie, okazał się być proroczy. Napisałem w nim, że zafascynowały mnie zespoły z ogólnopojętego nurtu „experimental”, np. złowrogie i galaktycznie dobre NEAR ORBIT EARTH, które pluło apokaliptycznymi przepowiedniami w rytm elektroniczno-gitarowej odysei kosmicznej, czy też komiczno-satanistyczny THE DEVIL & THE UNIVERSE, który siał zniszczenie rytualnymi wibracjami utworzonymi na bazie prostych, niemniej jednak wciągających rytmów wygrywanych na ichniejszych tarabanach. Podczas gdy w tle wyświetlane były obrazoburcze, groteskowe, anarchistyczne, komediowe, satanistyczne urywki z filmów oraz teledyski własnej produkcji (np. do opętującego „Danaus Plexippus” czy wolniejszego „NOD”), członkowie zespołu – ubrani w czarne habity i maski w kształcie głowy kozła – ochoczo składali dłonie do modlitwy, czasem też formując odwrócone krzyże.

Przed i po tych dwóch grupach grały dwa klasyczne gotyckiego zespoły: TWO WITCHES z Finlandii oraz gwiazda wieczoru – XIII. STOLETI. W tym miejscu zaczyna się agonia relacjonującego, bowiem o ile TWO WITCHES zagrało przyzwoicie i rozkręcało się z każdym utworem (początek wydawał się być bardzo nudny, wokal brzmiał sztampowo, a nagłośnienie szwankowało), przybliżając się do klasyków gotyku, to XIII. STOLETI, które zgromadziło rekordową ilość fanów w byłym kościele ewangelickim, kompletnie mnie zawiodło. Pomimo tego, że jeden z fanów zapewniał mnie wcześniej, że „mają piosenki lepsze niż >Elisabeth<„, to przebrnąwszy przez 7 kompozycji poprzedzających tenże utwór, nie doznałem choćby krótkiego odczucia satysfakcji z racji przebywania na koncercie Czechów. Doznałem za to odczucia totalnego ścisku i irytacji z powodu tego, że zespołowi zdawało się brakować sił, a rolę headlinera Czesi potraktowali niemalże lekceważąco. „Elisabeth” zabrzmiało porządnie, ale w żaden sposób nie mogło zmienić odbioru ich koncertu. Po prostu spotkał mnie zawód, który sklonował się na kolejne dni…

Dzień 2 (piątek):
Na wstępie napiszę, że piątek rywalizował z niedzielą o tytuł najlepszego festiwalowego dnia, ale dotąd nie udało mi się dokonać jednoznacznego wyboru i przypiąć zwycięskiego, gotyckiego orderu. Mogę podzielić się także jedną z prywatnych ciekawostek, ażeby umilić wam czytanie tego nudnego monologu jakimiś „pikantnymi wieściami z życia korespondenta”. Otóż każdy mój dzień rozpoczynał się ok. 17:00 (nie rozważajcie dlaczego), więc jeśli czytacie ten tekst spoglądając na rozpiskę godzinową Castle Party, to nie liczcie na opisy zespołów grających przed tą godziną.

Kontynuując, tego dnia na pierwszy ogień poszło RADOGOST, czyli jedyny reprezentant folk metalu na tegorocznym Castle Party. Był to solidny, przekrojowy występ – od „Dziedzictwa Gór”, po „Dwa hektary żywego lasu”. Instrumentarium brzmiało zachęcająco i ci którzy nie czują się w lesie jak u Pana Boga za piecem, mogli zakosztować w darach natury.

Następnie występowało DAS MOON, wobec którego miałem spore oczekiwania, które jednakże zostały zaspokojone tylko połowicznie – polski, alternatywny, popowy projekt zaprezentował się przyzwoicie, ale wraz z trwaniem koncertu doznawałem ambiwalentnego uczucia, że za dużo tu tego tytułowego popu, a za mało porządnej muzyki. Za dużo iskrzącego fioletu dobywającego się z sukienki wokalistki (oraz czarnego ze stroju klawiszowca), a za mało żywych, mięsistych rytmów. DAS MOON można więc uznać za zespół-odskocznię (ale na początku festiwalu jeszcze nie było od czego) z miłą i spokojną aparycją godną open’era.

Koncerty RADOGOST i DAS MOON miały miejsce na zamku, więc zgrabnym ruchem przejdę do spraw, które miały miejsce w byłym kościele ewangelickim. A wrażeń tego dnia było co niemiara, gdyż (jestem tego święcie przekonany) nie znalazłby się żaden czytelnik Atmospheric Magazine, który nie dostałby wypieków na smutnej buzi, w obliczu widoku takich metalowych marek jak MOANAA, OUTRE, MORDOR, SACRILEGIUM, FURIA i IN MOURNING. Los już w czwartek skojarzył bluźnierstwo z byłym kościołem, lecz musicie wiedzieć, że ten dzień podbijał poziom co najmniej o 23 pentagramy.

Niestety udało mi się zagościć tylko na koncertach OUTRE, SACRILEGIUM i FURII – czemu?, zapytacie. Ponieważ w efekcie kompletnego braku synchronizacji występów na zamku z koncertami w kościele, każdy musiał dokonać wyboru mniejszego zła (albo i większego) i udać się na ten „lepszy” koncert. Nie było też szans na bilokacje czy teleportacje, ponieważ lokalne pokłady czarnej magii zostały doszczętnie zużyte na generowanie niezliczonych ilości piwa.

Wracając do tematu, byłem bardzo ciekawy występu OUTRE i nie zawiodłem się. Krakowianie, którzy ostatnimi czasy storpedowali black metalową scenę swoim pierwszym LP, ubrali się klasycznie, niemniej jednak bardzo kompletnie – corpse painting, mroczne bluzy z kapturami pełnymi pogardy, bokobrody Lucyfera i modne, topowe skórzane kurtki. W zestawieniu najlepiej ubranych krzewicieli zła byli tego dnia bezkonkurencyjni, a muzycznie również nie odstawali choćby na milimetr. Panowie zestawili oczywiście sporą cześć setu z utworów znanych z „Ghost Chants”, ale nudno i monotonnie nie było. Te piekielne wyziewy zdawały się być wyjątkowo świeże, pełne zawziętości i emocji.

W krzywym zwierciadle zaprezentował się za to zespół, który winien „przyświecać” czarnym światłem wszystkim młodym kapelom, mam na myśli SACRILEGIUM. Wszyscy fanatycy, groupies i fanboje muszą mi darować, ale to był jeden z najgorszych występów w kościele na tej edycji Castle Party. Przeto sam czekałem kilka lat na ujrzenie scenicznego występu SACRILEGIUM na żywo, ale to, co zobaczyłem, …po prostu była to obraza majestatu. Tyle lat czekania, żeby zobaczyć nieco przyrdzewiałych członków zespołu, grających coś, co przypominało wiercenie w betonie… wiertłem do drewna. Przez 3 kawałki nie potrafiłem wyodrębnić żadnego instrumentu (nawet wokal był niesłyszalny), a tym bardziej skojarzyć nazwę utworu (a uwierzcie, że znam wszystkie, poza tymi z „Anima Lucifera”).

Na szczęście powoli nachodziły mnie już myśli o FURII, ale w międzyczasie udałem się na zamek posłuchać ostatnio bardzo promowanego polskiego zespołu, o jakże przaśnej nazwie DEATHCAMP PROJECT. Kluczborski zespół w praktyce zaprowadził mnie za rączkę z powrotem na gotycką ścieżkę festiwalu i sprawił, że później zamiast udać się na występ melodic death metalowego IN MOURNING (niesiony faktem, że piątek to był jedyny metalowy dzień na Castle Party), to postanowiłem spędzić wieczór na zamku przy muzyce XANDRII i CLAN OF XYMOX. Co było tego przyczyną? DEATHCAMP PROJECT uraczył mnie wzorcowo zagranym, klasycznym gotyckim rockiem, który doceniłem dopiero w poniedziałek, mogąc już w praktyce ferować, czasem krzywdzące, wyroki. Wspomniany zespół, który był zresztą chyba rekordowo często fotografowany (także przeze mnie), zdołał dostarczyć jeszcze ospałej widowni sporej dawki gotyckiej energii i zapisał się bardzo pozytywnie w mojej pamięci. Jednakowoż pod koniec ich występu odczuwałem lekki niepokój wywołany… niepewnością, czy zdążę na FURIĘ, więc jak pewnie się domyślacie, bardzo śpiesznym krokiem udałem się ponownie w stronę kościoła (takich wędrówek było kilkanaście dziennie).

Można przecież powiedzieć, że „przyjechałem na FURIĘ”, ale niestety w rzeczywistości parę innych zespołów zaprezentowało się odrobinę lepiej. FURIA w sprawdzonym składzie zagrała bardzo przekrojowy koncert, zaczynając oczywiście od najnowszego wydawnictwa pt. „Nocel”. Pojawiło się chyba kilka utworów z „Marzanny, królowej Polski” oraz „Martwej polskiej jesieni”, ale mnie (tak jak na każdym ich koncercie) interesował głównie „Halny”, którego (jak na każdym ich koncercie) się nie doczekałem. Pomimo tego występ był naprawdę piorunujący i panowie ze Śląska uplasowali się na drugim miejscu mojego zestawienia najlepszych metalowych występów tego dnia (za OUTRE). Głównie za serce włożone w występ, brak „upiększaczy” (no chyba że gołe, męskie torsy można potraktować w tych kategoriach) i przewertowanie swojego dorobku na wskroś. Choć brakowało mi kilku utworów, także z „Nocel”, oraz lepszego nagłośnienia, to warto było. Oj warto.

Po tym koncercie, zgodnie z obietnicą daną wam wyżej, przeniosłem się już ostatecznie na zamek. A tam czekała na mnie symfoniczna XANDRIA oraz piątkowy headliner w postaci CLAN OF XYMOX. Deszyfrując nazwę XANDRII chyba łatwo zgadnąć, że kapela posiada wokalistkę posługującą się wysoką, skądinąd symfoniczną tonacją głosu. Trudniejsze do odgadnięcia pewnie byłoby to, że od wieków, obok power metalu, był to gatunek metalu, który odrzucał mnie bardziej aniżeli średniowieczna armata po wystrzale. Ale nie było jednak tak źle, jak się spodziewałem, a nawet można powiedzieć, że… było dobrze! Za sprawą bardzo żywiołowej wokalistki, której głos świetnie wtapiał się w dźwięk melodyjnych gitar oraz niesłychanie energetycznej scenicznej prezencji (świetny kontakt z publicznością, kilka bisów, użycie polskiej flagi i oddanie jej należytego szacunku), odebrałem te 45 minut z XANDRIĄ zaskakująco pozytywnie, choć podejrzewam że to właśnie ten zespół bawił się najlepiej ze wszystkich na zamku, co oczywiście należy potraktować jako wielki plus dla niego.

Późnym wieczorem nastała pora na CLAN OF XYMOX, który pomimo tego, że istnieje od 1981 r., był mi znany tylko z nazwy. Nie wiem, czy bycie przeze mnie laikiem jest wybaczalne, ale CLAN OF XYMOX bardzo przypadł mi do gustu. Co prawda dopiero po kilku utworach, ale lepiej późno niż wcale, czyż nie? Holendrzy zagrali tak jak na gwiazdę wieczoru przystało, solidnie i wzniośle, nie dając po sobie poznać wieku. Uprzedzę tu fakty, ale CLAN OF XYMOX zdeklasował jakościowo (muzycznie, wizualnie) FIELDS OF THE NEPHILIM, przynajmniej według mnie. Muzyka tych pierwszych była pomysłowa, całkiem spontaniczna i wtórował jej bardzo sympatyczny przekaz wizualny, podczas gdy zespół, na który czekali wszyscy (!), zaprezentował się w sobotnią noc z bardzo „szablonowej strony”, jakby bez polotu i werwy. Gdyby nie fakt, że przez tyle lat zdążyli nagrać sporo przebojów, to można byłoby pomylić FIELDS OF THE NEPHILIM z debiutującym, trochę stremowanym zespołem, kopiującym niezdarnie czyjeś pomysły. Wiem, że ostatnim zdaniem sprowadziłem na siebie ogień piekielny, więc czas najwyższy przejść ku następnemu dniu… bocznym wyjściem albo kanałami.

Dzień 3 (sobota):
Sobota była dla mnie niejako dniem pośrednim, momentem na złapanie oddechu. Również tego dnia spędziłem niemało czasu w kościele, gdyż był to dzień zwany „Industrial day”, a industrial to coś, czemu poświęcam taką samą ilość czasu jak metalowi. Co prawda wszystkie zespoły stanowiły dla mnie muzyczne novum, ale taki oto jest urok festiwalu Castle Party – zawsze udaje mi się odkryć coś nowego, co później zostaje ze mną na dłużej. A zapewniam, że przyjemniej jest wpierw obcować z muzyką na żywo, a dopiero potem z wersją studyjną niż w przeciwnej kolejności.

Z programu festiwalu (chwalę sobie ten pomysł i wykonanie) dowiedziałem się, że warto udać się na BISCLAVERET, czyli polski industrialowy duet. Zapowiedzi okazały się być bardzo trafne, bowiem był to najlepszy występ tego dnia w kościele – przesycony klimatem, emocjami, charakterystyczną symboliką i do tego posiadający całkiem sympatyczny wokal, a to nie jest przecież normą w industrialu/ambiencie/electro.

Następny w kolejce był NORDVARGR, tym razem solowy projekt osoby, której aparycja bardzo przypominała mi innego Varga, Varga Vikernesa. W przypadku tego projektu muzycznie mieliśmy do czynienia bardziej z rytualnym ambientem, aniżeli z klasycznym industrialem i choć we wspomnianej wyżej konkurencji (muzycznie) tego występu do ulubionych zaliczyć nie mogę, to jeżeli chodzi o atmosferę i wykorzystanie potencjału kościoła, NORDVARGR ma ode mnie 10/10. Znicze, kadziła, gestykulacja i wizualizacje w tle tworzyły doskonałą otoczkę dla nieco nużącej, ale równocześnie hipnotycznej odmiany ambientu.

Swoją przygodę w kościele skończyłem na IN SLAUGHTER NATIVES, szwedzkim weteranie rytualnego dark ambientu. Wyobraźcie sobie, że to już 31 lat na scenie! Grając muzykę, która nie należy przecież do mainstream’owego strumienia. Wspominam o tej rocznicy, ponieważ później miał miejsce pożegnalny koncert GARDEN OF DELIGHT, który pomimo tego, że jest młodszy o 5 lat (od wyżej wymienionego projektu), to ma na swoim koncie aż 15 albumów! Ale o tym później, powróćmy do IN SLAUGHTER NATIVES. Był to występ zdecydowanie nietuzinkowy (jak wszystkie tego dnia w kościele), ale patrząc przez pryzmat poprzednich popisów, nie było powodów do zachwytu. Ot, solidny, nieco nihilistyczny, ale przeszyty na wskroś mroczną energią industrial. Chociaż była to doskonała odskocznia od usypiających dźwięków NORDVARGRa, posiadająca wręcz żelazną, muzyczną dyscyplinę, to czegoś mi brakowało w tym występie. Możliwe, że życia.

Idąc na kompromis, musiałem zrezygnować z koncertu PHURPY, który jakoby miał zniszczyć kościelną scenę, jak i sam kościół. Rosyjski projekt był mi wcześniej znany, więc nie wykluczałem pewnej formy destrukcji. Nieszczęśliwie się złożyło, że na zamku grał bliski mojemu (muzycznemu) sercu BLINDEAD i jeszcze bardziej nieszczęśliwie się złożyło, że się na niego wybrałem. O ile zawsze występy tej formacji doprowadzały mnie niemalże do łez i podczas ich koncertów wędrowałem po dalekich zakamarkach wyobraźni, to z nowym wokalistą zespół zaprezentował, delikatnie pisząc, …nieciekawe oblicze. 3/4 występu łapałem się za głowę, że nowy album pt. „Ascension” brzmi na żywo tak fatalnie. I to nie tylko za sprawą żenującej formy wokalnej nowego wokalisty Piotra Piezy, ale także kompletnie zagubionej sekcji gitarowej. Aż dziw bierze, że nowe nagrania studyjne brzmią całkiem dobrze, bo tenże występ zawiódł mnie na całym odcinku, na całej półprostej, na całej prostej gdzieś od Bolkowa po Saturn. Dopiero końcówka koncertu uratowała nieco honor temu zasłużonemu zespołowi, a jak na pewno łatwo zgadnąć, na koniec zagrali starsze kawałki. Scenicznie nowy wokalista jest po prostu niemrawy, a wokalnie… szkoda gadać. Mam szczerą nadzieje, że to był występ na przetarcie, że panowie się pozbierają i wrócą na drogę wyciskacza łez. A póki co, można ubolewać, że ich najważniejszy występ na Castle Party (bo pierwszy raz na głównej, zamkowej scenie) wypadł tak słabo.

Tak mnie koncert BLINDEAD rozczarował, że spędziłem kolejną godzinę na dużo przyjemniejszych czynnościach niż słuchanie pewnych gatunków i form muzyki :-). Ominęło mnie właśnie LEATHER STRIPS choć z miejsca, gdzie przebywałem, brzmiało zaskakująco dobrze. Pojawiłem się za to oczywiście na dwóch headlinerach, czyli GARDEN OF DELIGHT oraz FIELDS OF THE NEPHILIM. Jako że już raz spłonąłem w płomieniu gotyckiej nienawiści, podnosząc rękę na praojców gatunku, to oszczędzę sobie tej sadomasochistycznej przyjemności, a wam toczenia piany.

W przypadku GARDEN OF DELIGHT obyło się bez niespodzianek – ich koncert był „arcyklasycznym” popisem gry gotyckiego rocka w wykonaniu osób, które bezdyskusyjnie z niejednego pieca już jadły. Byli to po prostu starzy wyjadacze, którzy nagrali trudną do spisania ilość utworów, więc miałem spore problemy z wyłapaniem wszystkich zagranych numerów. Choć nie byli stricte headlinerami, to świetnie rozgrzali publiczność przed FIELDS OF THE NEPHILIM i przypomnieli, jak brzmi gotycka muzyka bez udziwnień.

[Vexev]