Kategoria: Ankiety

Ważna ankieta dotycząca Atmospheric Magazine!!

Zapraszamy serdecznie do wypełnienia tej ważnej ankiety dotyczącej funkcjonowania naszego magazynu.

Ekranizacja „Władcy Pierścieni” Tolkiena (ankieta)

Ekranizacja „Władcy Pierścieni” Tolkiena



Image
Image Tematem niniejszej ankiety są książki J.R.R. Tolkiena
i ekranizacja „Władcy Pierścieni”…
Bowiem niejednokrotnie zdarzało się tak,
iż literacka twórczość tego autora i jego powieści (np. nazwy krain, imiona własne) były wielką inspiracją dla artystów różnych dziedzin sztuki,

w tym zespołów metalowych i innych osób z kręgu tej muzyki. Wiele osób swoje pseudonimy, nazwy dla kapel, tytuły płyt i utworów, tematykę tekstów czy ilustracje na okładki materiałów zaczerpnęło z popularnej trylogii. Przykłady można mnożyć: MORDOR, GORGOROTH, SUMMONING, HIMMILSBACH, MARILLION, MORGOTH, FANGORN, ORTANK, GANDALF, VALINOR, AGLAROND, ESGAROTH, TALAH DIRNEN, UKUK-HAI, WITCHKING, STORMCROW, „Isengard” LADROS, demo NETHRIAN, „Bilbo” BJORN`a JOHANSEN`a, „Lothlorien” ARTROSIS, Grisznak, Aragorn, Niniel, Nienor, Moria itd.
Natomiast ambitnego zadania przeniesienia Tolkienowskiego „Władcy Pierścieni” na ekrany kin podjął się reżyser Peter Jackson, który w rolach głównych w swoich filmach obsadził m.in.: Elijah`a Wood`a, Viggo Mortenstein`a, Orlando Bloom`a, Iana McKellen`a, Liv Tyler. Poszczególne części tej wysokobudżetowej i spektakularnej produkcji były nominowane do Oscara, szeroko komentowane i spotkały się z ogromnym zainteresowaniem publiczności. Jednak jak to bywa z każdym towarem, na który jest duży popyt, również wokół tego na pewno komercyjnego wydarzenia krąży wszędobylski pieniądz, a towarzyszy temu wielka kampania reklamowa i nie zawsze pozytywna tzw. Tolkieno-mania.
Poniżej znajdują się wypowiedzi kilku osób związanych z metalowym podziemiem, które czytały książki Tolkiena i/lub oglądały kolejne części ekranizacji (tj. „Drużyna Pierścienia”, „Dwie Wieże” i „Powrót Króla”). Wypowiedziały się one na w/w tematy, ustosunkowały się do filmów (i porównały do książki), tego całego zamieszania wokół autora trylogii itp.
Ja ze swojej strony wszystkim panom dziękuję za wzięcie udziału w ankiecie!

 

Image

Tomasz (MUTILATION):

Tolkien mnie zabija… Nie ma co porównywać filmów do książek… Książka to książka, a film to film. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu jedynki byłem strasznie zawiedzony, w sumie książką także. Dla mnie niepotrzebne było kręcenie jedynki, można to było ładnie połączyć z dwójką, no ale to tylko i wyłącznie moje zdanie. Ale „Dwie Wieże” to już był majstersztyk na maxa, kapitalne efekty specjalne, końcówka mnie powaliła, takiej sceny batalistycznej nie widziałem od czasu „Brane Hart” czy „Szeregowca Rayana”. I „Powrót Króla”, hmm, gdy wyszedłem z kina byłem zachwycony i przyznam szczerze, że dalej jestem, to najlepsza część całej trylogii, moim zdaniem dorównuje książce – po prostu masakra!!! Jedyne, czego brakuje, to krwi, no ale to fantasty, więc można przymknąć na ten szczegół oko. Naprawdę odliczałem dni do „Powrotu Króla”, ponieważ wiedziałem, byłem pewny, że się nie zawiodę!!!

Teraz czekam na „Star Wars epizod III”, bo jestem wielkim fanem Gwiezdnej Sagi; w końcu wychowałem się na twórczości Luckasa…No ale trzeba poczekać do `05. Na razie trylogia Tolkiena po prostu rządzi!!! My jako zespół nie inspirujemy się żadnymi filmami, my po prostu kochamy kino!!!

 

Tomasz (THRONEUM):

Trylogię Tolkiena czytałem w 8-mej klasie szkoły podstawowej (of corpse), a było to dość dawno temu. Wtedy kurewsko mi się to podobało, ale nie wiem, jak teraz bym to odbierał. Z drugiej strony nigdy mnie to nie inspirowało i nie wiem, czemu tyle zespołów tak często odwołuje się akurat do tego pisarza. Nie zawiodłem się wersją kinową książki, ale też nie miałem wobec niej żadnych specjalnych oczekiwań…

 

Infamis (Beast Of Prey Rec./Distro):

Tolkienem się nie interesuję, nie mam czasu na fantazje :-). Oczywiście „Władcę Pierścieni” oglądałem i uważam, że fajnie jest to zrobione, ale nic poza tym.

 

Image  

Kuba („Hell `zine”):

Jeśli chodzi o Tolkiena, to nie gustuję w takich klimatach. Jestem osobnikiem, który raczej czyta książki historyczne a nie fantasy. Zdecydowanie wolę np. „Wrzesień 1939 – w relacjach i wspomnieniach” niż „Władcę Pierścieni”. Pewnie na wstępie zostanę zbluzgany przez iście intelektualną młodzież metalową za to, że nie przeczytałem tej kultowej książki, choć nie wykluczam, że to kiedyś zrobię. Może wybór tego, czym się interesuję, jest spowodowany tym, że jestem realistą, racjonalistą, a mój umysł nie dopuszcza innej rzeczywistości, jak taka, która nas otacza. Nie trafiają do mnie takiego typu książki, w których jest jakiś piękny, sztucznie wykreowany świat, gdzie kiedy ktoś zginie, to za parę minut z powrotem wraca do akcji (jeśli wiecie, o co mi chodzi). Bardziej wolę chorą rzeczywistość, która miała miejsce w czasie II Wojny Światowej. Tam jak zostałeś zabity, to nie powracałeś.
Trylogii nie czytałem, ale za to film oglądnąłem i cholernie mi się spodobał. Był to jeden z nielicznych, tak fajnych filmów, jakie oglądałem w ostatnich czasach i który wpłynął na mnie bardzo pozytywnie. Piękne krajobrazy, brzydcy jak moja panna po stosunku orkowie – czego jeszcze można chcieć? Kupę śmiech miałem, jak patrzyłem na ich obślizgłe pyski, z których wydzielała się jakaś ropa czy inne ścierwo :-). To było spoko, ale nie wiem, dlaczego zawsze wygrywa „dobro”? Piękny film, ale też wysokobudżetowy i klient nie płacił za byle gówno tyle kasy.
Ok., przejdźmy do tego, jak takiego typu książki i ich ekranizacje wpływają na społeczeństwo. Takie rzeczy jak gumy do żucia w papierku z twarzą jakiegoś elfa, tudzież innego hobbita to nie jest jakaś tam nowość. Trzeba pamiętać, że wraz z powstawaniem jakieś super ekranizacji rusza „maszyna” zwana kampanią reklamową (w tym celu użycza się np. logo, wizerunki postaci itp.), której zadaniem jest zaopatrzenie w duperele, wszystkich rzeczy począwszy od gum i breloczków, a skończywszy na srajtaśmie (papierze toaletowym). Nie wiem, czy się orientujecie, ale można się wybrać w krainę, w której kręcono tą bajkę. To jedno wielkie pranie mózgu u ludzi bardzo młodych, którzy, jak wiadomo, są podatni na takie rzeczy. Można nawet powiedzieć, że jest to taka mała religia (a tfuu), która w mniejszym lub większym stopniu manipuluje ludźmi i to może doprowadzić do zaskakujących efektów. (np. ktoś po oglądnięciu takiego filmu pomyśli sobie: „jestem nieśmiertelny” i spierdoli się z urwiska). Tak to jest, ale przecież wiadomo, że psycholi jest niemało i szczerze powiedziawszy to każda (także historyczna czy biograficzna) książka może wpłynąć na osobę. Ale „Władca Pierścieni”, to jeszcze nic! Popatrzmy na takiego Dragon Bull czy Pokemony – to jest dopiero rzeźnia. Tam w Japonii to dopiero wymyślają jakieś kurewskie produkcje. Według mnie powinni tego zabronić, ponieważ może doprowadzić do wielu niepotrzebnych tragedii (a chuj z tym, przynajmniej AZARATH będzie miał inspiracje, jak dojdzie do masowych mordów). Pamiętajcie, nie dajcie się omamić, myślcie racjonalnie i nie przekładajcie filmu lub książki na swoje lub czyjeś życie.

 

Image

Gimli – rzeźba (wykonał: ukasz)

Marcin („Pancerfaust `zine”):

Owszem, lubię czytać dzieła Tolkiena (zwłaszcza „Silmarillion”) i uwielbiam film (jedynkę widziałem już 6 razy, dwójkę 3 :-)), ale czy się tym interesuję? Jeśli masz na myśli maniactwo w stylu kupowania każdych wydań „Władcy Pierścieni”, uczenia się na pamięć języka elfów i fragmentów powieści itd to nie :-), takim maniakiem nie jestem, tym bardziej, że bardziej od Tolkiena cenię sobie twórczość Sapkowskiego, który jest moim ulubionym pisarzem. Oczywiście obaj są doskonali na wakacyjne wieczory…

 

Sopel (Sear`promotion):

Jakoś nigdy nie przepadałem za fantastyką, a moje upodobania szły bardziej w kierunku sciene-fiction, chociaż serie komiksów „Thorgal`a” przeczytałem jednym tchem. Co do obecnej manii na punkcie Tolkiena, to odnoszę się do tego jak do każdej manii (podobnie było np. z „Matrix`em” czy „Titanic`iem”), tzn. sceptycznie i działa to na mnie odstraszająco, przez co po Tolkiena w najbliższym czasie nie sięgnę (jak już sięgnę, to pewnie stwierdzę, że jest super, tak jak to było na przykład z „Matrix`em 1”, kiedy go obejrzałem 2-3 lata po premierze). Po prostu nie lubię masówek, kojarzy mi się to z nastoletnim idolowaniem np. boysbandom. Oczywiście nie porównuję Tolkiena do boysbandow, myślę tylko o manii jemu towarzyszącej. Ufff, starczy, bo zaczynam platać :-).

[Kasia / Atmospheric #12]

Powroty – radość czy łzy? (ankieta)

 

Image

W ostatnich latach obserwujemy powroty legendarnych zespołów wszelkiej maści. Odradzają się jak feniks z popiołów, nagrywają premierowe płyty (które często ukazują się równolegle z różnymi reedycjami), a nawet stare po nowemu,
ruszają w trasy koncertowe i w ogóle przeżywają drugą młodość,
przy okazji inkasując niemałe sumki. W końcu mają swoją markę, uznawane są za prekursorów lub są nazywane kultowymi… Niestety często jest to odcinanie kuponów dawnych osiągnięć i typowo komercyjne posunięcie.

Czy bogowie metalu muszą grać wiecznie?
Kilka osób związanych ze sceną podziemną wyraziło swoją opinię, które
„wielkie powroty” ostatnich lat i nowe płyty starych kapel zaskoczyły ich i ucieszyły,
a które woleliby puścić w niepamięć, bo to wstyd i hańba…
Image
Mateusz – Forgotten Chapel `zine:

Jakiekolwiek powroty większych czy mniejszych zespołów osobiście nie niosą dla mnie większego ładunku emocjonalnego. Wynika to z faktu, iż skupiam się raczej na konkretnych wydawnictwach, a nie samych kapel. Nie śledzę konsekwentnie poczynań prawie żadnej grupy, nie wykupuje całych dyskografii, nie mam jednego ulubionego bandu, o którym wiedziałbym wszystko. Stąd też nie zawsze zdaję sobie sprawę, że jakiś zespół już nie gra, powrócił albo zawiesił działalność. Nawet gdybym bardzo chciał śledzić jakąś znaną kapelę, byłoby to dosyć trudne, gdyż wiedzę opieram na podziemnych nieregularnikach, gdzie więcej można się dowiedzieć o jedno-demówkowych grupach z końca świata i sytuacji koncertowej na Malcie, a nie o tym, kto śpiewa obecnie w IRON MAIDEN i z czym powrócił ASSASSIN. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że jestem zbyt podziemny, ale mi to nie przeszkadza. Po to wybrałem podziemie, aby być jak najdalej od profesjonalnego rynku muzycznego i zasad nim rządzących.
Wracając do głównego wątku, gdy dostałem temat ankiety, zacząłem się mimowolnie zastanawiać nad konkretnymi powrotami, na których mógłbym oprzeć moją wypowiedź. Przyznam szczerze, że niezbyt wiele przykładów przychodziło mi do głowy. Jedyne, co wciąż kołatało mi się w głowie, to S.O.D znany też jako STORMTROOPERS OF DEATH. Ten zespół poznałem na początku mojej przygody metalowej, ale i tak z prawie dziewięcioletnim opóźnieniem. Spontaniczny i żywiołowy „Speak English Or Die” wywarł na mnie piekielne wrażenie, ukazując mi hard core`owe szaleństwo lat `80 i wspólne korzenie gatunków, obecnie dosyć wyraziście rozdzielonych. Album ten jest totalną rozpierduchą, niekoniecznie na poważnie, wypełnioną ciętym, wręcz ofensywnym humorem i szczerym do bólu przekazem. Z racji, że S.O.D to jednak bardziej projekt niż pełnoprawna kapela, niewiele było dla mnie do odkrycia oprócz tego LP. Stąd jak tylko dowiedziałem się o reaktywacji, zdobyłem „Bigger Than The Devil” i pełen ciekawości zarzuciłem tę płytkę dosłownie w biegu na walkmanie. Kto śledził, ten wie, że dla większość maniaków okazała się ona małym niewypałem. Z S.O.D uleciała gdzieś świeżość, szaleństwo i spontaniczność. Album, choć przyzwoicie odegrany, nie wniósł nic ciekawego, nie zaskakiwał. Zdawałoby się, że wypełniony jest odpadkami z sesji ANTHRAX (killers), M.O.D czy też samego S.O.D. Już sama ilość utworów i ich długość mogłaby świadczyć, że chyba chłopakom brakło weny. Zniknęła też gdzieś punkowa zadziorność i surowość nagrania, zastąpiona bardziej oczywistymi hard core`owymi riffami. Utwór, który pamiętam najlepiej, to „Dog On The Tracks”, który trwa tyle, ile może trwać konfrontacja psa z pędzącą lokomotywą, czyli ok 1 sekundy:-). Powrót S.O.D nie przyniósł mi ani radości ani łez, może tylko małe rozczarowanie, gdy spojrzę na to przez pryzmat debiutu. Jednakże i płyta „Bigger Than The Devil” sam w sobie posiada dosyć ciekawe walory, choćby humorystyczne. Nadal zdarzy mi się ją zapuścić i słucha się całkiem przyjemnie.
Zmierzam do tego, że to nie jest ważne, czy to powrót czy nie – najważniejsza jest muzyka zawarta na wydawnictwie. Wszystko sprowadza się do ukochanych metalowych dźwięków, wiec nie ważne, czy to odgrzany DESTRUCTION czy dwu-demówkowicz z Pagórkowa Dolnego po siedmiu latach absencji na scenie. Liczy się muza i pasja. Porównanie, choć może zdawać się drastyczne, dla mnie jest naturalne, bo obydwa zespoły mają taką samą szansę zaistnienia w mojej kolekcji jako wydawnictwa specjalne, grane często, czasem bez przerwy:-). Reasumując, nie ważne, kto gra, ale co gra. Podmiotem jest muzyka, a nie wykonawcy i marka. Oczywiście ważnym aspektem są jeszcze postawy i motywacje, które wyraźniejsze i łatwiejsze do rozszyfrowania zdają się na scenie podziemnej, ale to temat na inną ankietę. Bo chyba nie tylko ja podchodzę sceptycznie do powrotów, które odbywają się w blasku fleszy i stanowią kontynuację legendarnej bądź szeroko znanej i rozpoznawalnej nazwy, czasem nawet bez oryginalnych muzyków. Zdrówko!

 

Rafał – Radio Nakło:

A tam, powroty… Moim zdaniem nie ma, co robić jakiegoś zamieszenia wokół tego zagadnienia. Muzycy są wolnymi ludźmi, tak jak wszyscy fani metalu i mają prawo kontynuować działalność swoich zespołów, jak również w dowolnej chwili ją zawiesić. Uważam, że jeśli jakaś kapela decyduje się odejść w niebyt, to należy taką decyzję uszanować i skupić się na milionie innych grup, w które obfituje obecna scena metalowa. Oczywiście boli bardziej, gdy instrumenty (i struny głosowe) na kołku decydują się zawiesić ci najwięksi czy najbardziej ulubieni, ale wydaje mi się, że prawda jest taka, iż wcześniej czy później powrócą. No chyba że to nie będzie możliwe z przyczyn naturalnych, typu śmierć członka grupy lub, nie daj Boże, całego składu. Swego czasu rozpętała się prawdziwa karuzela z powrotami, jednymi mniej, drugimi bardziej udanymi, jak to w życiu bywa. I ona kręci się w sumie do dziś, z mniejszym lub większym rozmachem i coraz mniej przestają dziwić mnie reuniony bandów, które to niby rozpadły się na zawsze. Osobną kwestią jest motywacja, dla której muzycy ponownie krzyżują swoje drogi. Przyglądając się z boku, można doszukiwać się jakiegoś drugiego czy nawet trzeciego dna w reaktywacjach kolejnych składów, ale z drugiej strony, oddani fani mają w dupie, czy ich ulubieńcy schodzą się dla kasy, czy bo kurwa – tak. Ważne, że znowu są, grają koncerty, a może nawet wydadzą nową płytę. I to jest piękne w tym całym show businessie.

 

Maciek – fan:

Wiesz, jak to jest z powrotami… Najczęściej jest to skok na kasę, ale nikt tego z kapel nie mówi i mało którym grupom się udaje. Do zespołów, które wróciły i cieszą mnie, mogę zaliczyć: EXODUS (trzy świetne płyty po powrocie), ONSLAUGHT „Killing Peace” (moc), ARMAGEDON (świetny materiał po wielu latach), CONDEMNATION „Abyssies…” (polski band, który wrócił po wielu latach nieobecności, na razie tylko z CD. Dobry powrót odnotował SUFFOCATION (koncertowo masakra, z płytami trochę gorzej) i bardzo wyczekiwany, w pełni zasłużony powrót ASPHYXZ (materiał „Death.. The Brutal Way”. Rozczarowania, jak dla mnie z powrotami i albumami to CYNIC, PESTILENCE, OBITUARY, GRAVE. Uważam, że tym kapelom się nie udało. To by było na tyle, choć oczywiście powrotów było więcej. Teraz wszyscy się reaktywują i wracają do żywych, ale tylko nielicznym się udaje.

 

Major – GORTAL:

Powroty przybrały formę masową. Dla mojej generacji są to często zespoły – symbole, dla młodych niemalże wizyta w Parku Jurajskim.
Zacznę od krajowego światka. Trudno podejrzewać i tłumaczyć, by chęć powrotu do grania ekstremalnego metalu była czymś innym niż pasją i chęcią samorealizacji twórczej. Jak powiedział mój znajomy Jacek Grecki z reaktywowanego w zeszłym roku LOST SOUL: „Chcesz grać death metal, to płać”. Takie są polskie realia i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Skoro znamy już motywację większości, przejdźmy do faktów.
Jako pierwszy ważny powrót odnotowałem comback CHRIST AGONY. Cezar wrócił w bardzo dobrym stylu, a że pasję do grania metalu posiada wielką, dostaliśmy dwa bardzo dobre materiały, wskrzeszające pierwotny duch zespołu – EPkę „Demonology” i płytę „Condemnation”. Równie pozytywne wrażenia mam w przypadku „Hellspawn” autorstwa PANDEMONIUM. Trzeba jednak pamiętać, że i CHRIST AGONY i PANDEMONIUM działały pod innymi szyldami. Choć powrót do wysokiej dyspozycji jest w ich przypadku zbieżny z powrotem do klasycznych nazw. I jak tu nie wierzyć w piekło…
Kolejnym i chyba najważniejszym powrotem był jednak reunion ARMAGEDON po kilkunastu latach milczenia. Braci Maryniewskich miałem przyjemność poznać podczas XXV-lecia VADER w Stodole. I po rozmowach ostro zakrapianych wysokoprocentowym alkoholem spodziewałem się, że płyta, którą szykują, nie może być rozczarowaniem. Dla nich metal to cały czas wielka pasja. Tak też się stało. „Death Than Nothing” to jedno z najlepszych polskich wydawnictw w obecnym roku, materiał będący godnym następcą kultowego „Invisible Circle”, zawierający, jak się okazało, niezniszczalnego ducha ARMAGEDON z minionych dekad.
Wspomniałem powyżej o LOST SOUL. Przerwa w ich działalności trwała dość krótko, lecz znaleźli się tacy, którzy zdążyli pogrzebać Wrocławian. Na szczęście Jacek skompletował nowy skład, powstała nowa płyta, która wyjdzie niebawem nakładem Witching Hour Prod. Ze względu na powiązania personalne, trudno mi w tym przypadku zachować obiektywizm, ale uważam, że „Immerse In Infinity” będzie krążkiem niezwykle udanym, który z miejsca przywróci LOST SOUL do ścisłej czołówki w Polsce, jak również nie pozostanie bez odzewu za granicą.
Porzucę w tym miejscu rejony ekstremalne, bo nie sposób pominąć w tym zestawieniu TENEBRIS. Zespół ze wszech miar unikalny. Tyleż wartościowy, co pechowy i niezrozumiany. Podziwiam zapał Szymona, który wbrew trendom realizuje swoje ambitne wizje artystyczne i życzę grupie solidnego kontraktu z perspektywą na lepsze jutro. Jest tego warta, jak mało kto. Skoro dotarliśmy do Łodzi to musi paść nazwa IMPERATOR. Wróble ćwierkają, że reaktywacja staje się coraz bardziej realna. Oby się spełniło.
Jakiś czas temu przeglądając Metal Archives uświadomiłem sobie, że Rob Bandit z MAGNUS przeobraził się w faceta, który śpiewa dzieciom. Na szczęście nie ma tu mowy o niezdrowej metamorfozie, jaką przebył były gitarzysta ACID DRINKERS, co pozwala mi ze spokojnym sumieniem puszczać hity Killersów mojej córce. Gdyby jednak chęć zakładania gwoździ i żelastwa powróciła, nie miałbym nic przeciwko.
Kto jeszcze? Przychodzą mi do głowy takie nazwy jak BETRAYER i DAMNATION. Niestety, z tego co wiem, szanse na powrót jednych i drugich są właściwie żadne.
Oczywiście dużo większy wysyp powrotów można zaobserwować zagranicą. W największym stylu powrócił CELTIC FROST. Moim zdaniem „Monotheist” to duże wydarzenie i dowód na wielki talent Szwajcarów. Poza tym jakiejś ogromnej ekscytacji nie zanotowałem. No może poza bardzo dobrymi dwoma albumami GOREFEST i zupełnie nieoczekiwanym atakiem UNANIMATED, który nagrywając „In The Light of Darkness” wypełnił udanie niszę po DISSECTION i zdeklasował przy okazji swoją wczesną twórczość. Poza tym pomimo niefortunnych deklaracjach Patricka Mameli i znudzeniu metalem pod koniec lat `90, PESTILENCE nagrał w miarę udaną płytę. CYNIC zanudził, nie jestem w stanie słuchać miałczenia Masvidala. Zresztą uważam, że „Focus” nie wytrzymał próby czasu i poza wirtuozerią instrumentalną album ten nie proponuje nic ciekawego. Bardzo byłem ciekawy, jak potoczą się dalsze losy DARK ANGEL. Zapowiadany powrót oznaczał niestety jedynie pojedyncze koncerty, a po wypadku Rineharta zespół definitywnie poszedł do piachu.

 

Michał Kapuściarz – dziennikarz, promotor:

CELTIC FROST. Wszystko wskazuje na to że powrót tylko na jeden album, ale za to jaki. „Monotheist” pozamiatał!
FAITH NO MORE. Na razie koncertowo, ale nie ukrywam, że płyta byłaby wskazana. FAITH NO MORE to zespół, który chyba ma jeszcze wiele do pokazania.
EXODUS. Powrót wysoce wskazany. Dobra, równa forma – thrash w najczystszej postaci!
IMMORTAL. Tu mam wiele wątpliwości. IMMORTAL powinien być w lesie, a nie na największych scenach Europy.
PESTILENCE. Zamiast muzycznego wizjonerstwa – równanie w dół do niskiej obecnie death metalowej średniej.
CYNIC. „Traced In Air” to nie jest płyta na miarę „Focus”, ale z czasem coraz bardziej się przekonuję, że to uzasadniony comeback.
CARCASS. W ten powrót nie wierzę, czas Carcassowej patologii jednak już minął.
AT THE GATES. A tu wręcz przeciwnie, THE HAUNTED nigdy mnie nie przekonał. Lindberg i bracia mają chyba duży apetyt na wspólne granie. „Slaughter Of The Soul” nie przebiją, ale próbować warto.
BRUTAL TRUTH. Ponad dekada przerwy, a oni dalej miażdżą kości, jak na „Need To Control” czy ” Extreme Conditions Demand Extreme Responsem”.
To chyba wszystko. Poza małymi wyjątkami jednak powroty udane. A może po prostu zapomniałem o tych nieudanych…

Rusz dupę – nie pożałujesz! (ankieta)


Rusz dupę – nie pożałujesz!
(rozważania o sytuacji koncertowej w Polsce)

 

Nierozerwalną częścią muzycznego światka są koncerty… Namacalna promocja płyt, żywa prezentacja, bezpośredni kontakt z ulubionym zespołem, a przy okazji spotkania z przyjaciółmi i nawiązywanie nowych znajomości…
Jednak obecnie nastały dziwne czasy… I to chyba nie tylko w Polsce…
W sumie sporo pracy mają istniejące w naszym kraju profesjonalne agencje koncertowe, których powstaje coraz więcej (Massive Music, Creative Music, Ma-In, Death Dealers Association, LP Art, Metal Merge itp.). Mówi się też, że teraz wytwórnie płytowe działające również jako „booking agency” i „management” mogą więcej zarobić właśnie na organizowaniu dużych tras swoich podopiecznych lub gigów światowych gwiazd niż na sprzedaży tradycyjnych płyt.
Czy tak jest w istocie?
ImageFaktycznie, koncerty DIMMU BORGIR, SABATON, SATYRICON czy SAMAEL (i wielu innych!) odbyły się w kraju nad Wisłą przy pełnych salach. Od kiedy należymy do europejskiej cywilizacji, a ZAIKS ściga „normalne” piractwo, coraz więcej wielkich bandów u nas gra i powraca. Podobnie VADER, BEHEMOTH czy KAT w składzie z Romkiem Kostrzewskim niezmiennie gromadzą tłumy swoich fanów. Metalmania odbywa się od ponad dwudziestu lat i nic nie wskazuje na spadek popularności tej „kultowej” imprezy. Zresztą Tomek Dziubiński i sam Metal Mind to nie od wczoraj totalny potentat na tej (i nie tylko tej) płaszczyźnie…
Ale w tym samym czasie… Nie doszły do skutku – ponoć z powodu słabej przedsprzedaży biletów – koncerty THEATRE OF TRAGEDY bądź DISMEMBER (czy też inne organizowane przez nieprofesjonalistów z Rose Production).
Inna sprawa, że co jakiś czas, w okresie różnych „fal antysatanistycznych”, po rytualnych zabójstwach „wielbicieli” KATa z Rudy Śląskiej (w takim tonie odbywała się rozprawa…), tudzież spektaklu GORGOROTH, wiele koncertów po prostu się nie odbywa z powodu „interwencji” jakiegoś radnego lub proboszcza (vide DARK FUNERAL, Black Metal Festival). A co gorsza, niektórzy kreatorzy metalowych sztuk (w tym całkiem podziemnych) są wzywani przed oblicze prawa w celu wyspowiadania się ze swojej wiary… Tolerancja i wolność słowa sięga więc w Polsce zenitu.
Za bardzo nie ma też w Polsce tradycji wakacyjnych festiwali pod gołym niebem, z których słyną Czesi czy Niemcy.
A w jakiej więc sytuacji znajdują się polskie, początkujące, ale też starsze stażem zespoły z metalowego undergroundu? Skromne gigi zbyt często już na wejściu są skazane na finansowe niepowodzenie. Albo mniejsze grupy masowo są olewane, bo akurat przypadła im niewdzięczna rola supportu i tylko oglądają plecy maniaków kłębiących się w szatni lub przy barze…
Zorganizowanie (pojedynczych) koncertów (tudzież mini-traski) to nie lada wyczyn. Kapele muzą radzić sobie same, uruchamiają różne, prywatne kontakty, męczą się z właścicielami klubów, aby ich przekonać, że nie zrobią czarnej mszy, ani nawet nie podrą na scenie „biblii”:-). Wszystko opłacają z własnej kieszeni i osobiście biegają po mieście rozklejając plakaty… By później zagrać dla garstki ludzi… Bo na takich koncertach (zwłaszcza w tygodniu) frekwencja kilkudziesięciu osób na ogół jest szczytowa. Dowód? Około trzydziestu maniaków na PANDEMONIUM w Krakowie w lutym 2008 czy też jeszcze mniejsza ich ilość na EMBRIONAL / DEMOGORGON w Krośnie kilka dni później.
Porażka!
Inna sprawa, że w wielu polskich miastach, w tym dużych, zwyczajnie nie ma klubów odpowiednich dla ciężkiej muzy:-(, albo ich cena (np. krakowski „Loch Ness”) dla większości kapel jest nieosiągalna.
I że obecnie bywalcami metalowych spędów są głównie nastoletnie podlotki i ich „czarne damy”. Brakuje starych fanów:-(
A czy ktoś jeszcze pamięta najwspanialsze w Polsce (przynajmniej południowo-wschodniej:-)) koncerty sprzed ok. 10-ciu lat w rzeszowskim „Gambicie”?!? Albo cykliczne „Mistyczne Noce” w pamiętnym, nieodżałowanym „Mega Clubie” (w dawnej lokalizacji)?!? Masa opętanych maniaków, dobrej, diabelskiej muzy i szampańskiej zabawy! Nie mówiąc o głębokim buncie PRLu, S`trash`ydle, mordobiciach i krojeniu…
Jednak równocześnie dużym popytem cieszą się metalowe DVD… Nawet jeśli nie są kupowane w normalnych sklepach za 50-60zł, ludziska namiętnie zssysają je z sieci czyli… wzajemnie się wymieniają (nowy rodzaj „trade”?!?).
W tej chwili chyba już każdy zespół, czy to światowe olbrzymy, czy grupy „średnie” z Polski (HERMH, DARZAMAT), czy zupełnie małe (INHUMATE, EFFECT MURDER) mają swoje wydawnictwa w formie „obrazkowej”.
Czyżby taka forma rozrywki była teraz najpopularniejsza wśród słuchaczy (i widzów)? W końcu w ten sposób także można zobaczyć swoich idoli w akcji, posłuchać innych wersji studyjnych utworów, a zarazem wcisnąć „pauzę”, gdy chce się wyjść do kibla, no i nie trzeba ściągać kapci…
Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że jest to nieporównywalne z żywym koncertem, tą fatygą wystrojenia się w czarne ciuchy i wyjścia z domu, zapachem potu, widnokręgiem papierosowego dymu, dysputami z innymi maniakami i tymi namacalnymi dźwiękami… No i nic nie szkodzi, że klub na co dzień „robi” jako dyskoteka, piwo jest rozcieńczone, a nagłośnienie buczy jak czajnik:-). I tak jest niepowtarzalny urok i kupa diabła!!!:-)

[Kasia]

 

Image

 

Marcin – Mythrone Promotion:

 

Cóż, prawda w oczy kole. Czy tego chcemy czy nie, muzyka metalowa staje się takim samym produktem jak pop, rock czy buraki. Dlatego jedne zespoły się sprzedają (nie tylko płyty, ale przede wszystkim bilety na koncerty), a inne nie. Obecnie fama „kultowości” nie wystarcza. Dzieciaki nie wiedzą, co to jest PANDEMONIUM czy CHRIST AGONY, dzieciaki oglądają kolorowe reklamy w „Metal Hłamera” czy innym popularnym piśmie. I to jest nośnik sukcesu.
Chodzę na koncerty, gdy tylko mogę. Nie na wszystkie, bo za dużo muzyki „na żywca” to też przesada.
Czasem wolę duże koncerty, a czasem całkiem małe. Z reguły trafiam tam, gdzie nie trafiają inni i podziwiam wraz z nielicznymi wybrańcami niedocenionych artystów. Zdecydowanie wolę te małe, ich ciasnotę, półprofesjonalizm i czarowny klimat. Tak powstawał metal i tylko tak może przetrwać jego prawdziwy duch.
Żywy przekaz to zupełnie inna historia niż nagrania studyjne. Mogę pomachać głową w rytm ulubionych dźwięków, poznać nowe, wcześniej nieznane mi zespoły, kupić płytę z pierwszej ręki (często gdzie indziej dostać ich nie sposób), porozmawiać z muzykami, organizatorami czy zakręconymi bywalcami takich koncertów. Mogę zweryfikować, czy utwory słuchane z płyty dają radę w bezpośrednim starciu, czy wreszcie wyrobić sobie „swoją własną” opinię o kapeli i jej twórczości. DVD tego nie oferuje.
Koncerty DVD… Mało mnie interesują. Czasem jakiś obejrzę, jeśli mi ktoś znajomy zachwala i zachce pożyczyć, ale jakoś nigdy mnie żaden taki koncert nie chwycił za serce. Hmm… Cała kupa fajerwerków, coś co można bezmyślnie skonsumować, niekoniecznie wsłuchując się w piękno dźwięków czy zgłębiając istotę twórczości danego zespołu.
Generalnie dzisiaj – niestety – muzyki słucha się pobieżnie, bo dostęp do niej jest nieograniczony i darmowy (myślę o programach p2p czy innym złodziejstwie). Prowadzi to do rozkapryszenia „publiczności”, bo po jaką cholerę mają się ruszać na koncerty lokalnych zespołów, które w pocie czoła szlifują kolejne demówki i godzinami ćwiczą w salach prób, skoro w pięć minut można „zdobyć” nagrania tych znanych i lubianych? Zgroza. Niestety ci, dla których muzyka to tylko kolejna rozrywka, przerywnik między sraniem i zmywaniem, tego nie pojmą.

 

Thabel – DECLINE:

Moja opinia na temat obecnej sytuacji koncertowej w Polsce jest jak najbardziej negatywna.
Po pierwsze nie mamy żadnego porządnego polskiego festiwalu metalowego. Pominę milczeniem wytwory pokroju Metalmania (choć doszły mnie słuchy, że w 2009 roku się nie odbędzie), Hunterfest czy Woodstock – dla mnie poziom wszystkich trzech jest taki sam, podobnie jak i mój stosunek do tychże. Wszelkie ciekawe inicjatywy umierają w konwulsjach, jak np. fest w Chełmie, a wakacyjne kolaże muzyczno-kulturowo-ideologiczne przekraczają granice dobrego smaku.
Sama wartość pojedynczych koncertów czy też tras w naszym kraju też nie powala. Jeśli ktoś szuka gigów zespołów naprawdę ciekawych muzycznie, to w Polsce się srodze zawiedzie, rzadko zdarzają się występy takie jak np. ARKHON INFAUSTUS w Krakowie.
Jeśli jednak wymagania odpowiednio zaniżymy lub spojrzymy na sytuację przez pryzmat występów kapel bardzo popularnych, wręcz mainstreamowych, sytuacja ma się świetnie. Na Śląsk np. taki BEHEMOTH zagląda parę razy w roku.
Z drugiej strony są zespoły, które bronią honoru podziemia, takie jak np. INFERNAL WAR, ANIMA DAMNATA, MASSEMORD czy STILLBORN – z powodzeniem organizują trasy koncertowe, które przyciągają sporo ludzi. Jednak przez to, że niewiele innych undergroundowych kapel ma takie możliwości, by sobie na takie trasy pozwolić (co jest głównie związane z funduszami wydawnictw), dochodzi do nieco smutnej sytuacji, w której składy koncertowe są niemal zawsze takie same, ewentualnie wymieniają się lokalne supporty. Oczywiście muzycznie te kapele zabijają i są znakomite, ale ileż można słuchać tego samego?
Inna sprawa, że za bardzo nie ma gdzie grać oraz nie ma kto tego organizować. W tej chwili przychodzą mi do głowy jedynie trzy osoby organizujące ciekawe koncerty. Mianowicie niezmordowany Eryk z Old Temple, V. z Death Dealers Association czy starający się zająć pustkę po Mistycznych Nocach, Vulgar i jego Dark Ritual w Zabrzu. Na uwagę zasługuje głównie Death Dealers Association, gdyż dzięki nim można było w Polsce podziwiać WATAIN, ANGELCORPSE czy wspomniany ARKHON INFAUSTUS, a w zapowiedziach przewijają się takie nazwy jak URGEHAL czy NUNSLAUGHTER. Fajnie, że się jeszcze komuś chce męczyć.
Nie wiem, czy ludzie olewają małe, podziemne koncerty? Ci którzy naprawdę siedzą w danej muzyce, przychodzą.
Ja na koncerty czasem chodzę. Ale rzadko, bo jestem leniem, biednym w dodatku:-). Jeśli już zmuszę się i wybiorę na jakiś koncert to dlatego, że interesuje mnie występ danego zespołu (co ma miejsce bardzo rzadko) albo dlatego, że mam ochotę napić się piwa lub czegoś mocniejszego w towarzystwie znajomych, wówczas jednak występy zdecydowanie schodzą na dalszy plan.
Zdecydowanie wolę małe koncerty z podziemnymi kapelami. Przede wszystkim dlatego, że jest na nich relatywnie mało przypadkowych ludzi, atmosfera jest znacznie lepsza, a i muzycznie niejednokrotnie jest ciekawiej niż na wielkich „gwiazdorskich” koncertach. Jeśli mam wybierać między salą wypełnioną setką przypadkowych statystów, którzy tak naprawdę nie wiedzą, o co chodzi, a knajpą wypełnioną dwudziestką konkretnych ludzi, to bez wahania wybieram tą drugą opcję. Poza tym wydaje mi się, że takie mniejsze gigi, na których kontakt z publicznością, często dosłownie fizycznie jest bliższy, wyzwalają o wiele więcej emocji. Z punktu widzenia muzyka, zdecydowanie wolę grać w małych klubach. Krwi i wódki jest zawsze więcej.
Z punkt widzenia finansowego na pewno nie warto grać koncertów. Chcesz zarabiać na muzie, nie ma sprawy. To w zasadzie nie takie trudne. Ale jeśli decydujesz się na granie muzyki niszowej, licz się z konsekwencjami – kokosów nie ma i tak ma być. Ja współtworzę muzykę nienawiści nie po to, żeby zarabiać pieniądze, zyskiwać sławę czy zaliczać kolejne tępe panienki, tylko dlatego że wierzę w to, co robię i daje mi to satysfakcję. W świetle ostatniego zdania, jak i poprzednich wypowiedzi: warto grać dla pustych sal. Metal ekstremalny nie może być tworzony dla poklasku.
O koncertach na DVD nie mam wyrobionego zdania. Fajnie obejrzeć SLAYERa siedząc na kanapie i sącząc piwo, ale z drugiej strony po co?

 

DyvanTerror – UNDERDARK:

Na dzień dzisiejszy uważam, że sytuacja koncertowa w Polsce jest naprawdę dobra. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz widziałem tyle wielkich nazw grających w naszym kraju.
Ja sam oczywiście na koncertach bywam, jeśli tylko pozwala mi na to czas i pieniądze. Osobiście wolę koncerty w mniejszych klubach, kiedy to można bezpośrednio stanąć twarzą w twarz z muzykami. Ale także dobre są te większe, chociażby z tego powodu, że na jednej scenie można zobaczyć więcej zespołów. Czasem bywa, że muzycy wpadają na koncert innej kapeli, żeby z nimi coś zaśpiewać, tudzież zagrać. To bardzo fajna sprawa.
Z małymi koncertami jest problem, bardzo konkretny – frekwencja. O ile na małe koncerty w małych miastach takich jak Przemyśl przychodzi mnóstwo ludzi (co jest dla mnie osobiście bardzo satysfakcjonujące), o tyle w dużych miastach jak np. Warszawa (przekonałem się o tym na własnej skórze) ludzi już nie interesują podziemne koncerty. Przychodzą jednostki. Mimo wszystko cały czas myślę, że warto organizować koncerty, tylko trzeba się zastanowić, gdzie je organizować. Moim zdaniem warto zacząć patrzeć w stronę małych miast, gdzie koncerty na ogół się nie odbywają. W takich miejscach można liczyć, że klub zostanie wyprzedany niemal do zera.
Kolejną sprawą są koncerty rejestrowane na nośnikach DVD. Kiedyś, jak pamiętam, nagranie płyty live było dla danego zespołu nagrodą za kilkuletnie trudy promocji swoich płyt na koncertach, dlatego były to wydawnictwa wręcz unikatowe. Dziś sytuacja wygląda wręcz dramatycznie. Każda kapela, bez względu na staż i ogranie koncertowe, ma możliwość nagrywania koncertów na płyty DVD. Dla mnie jest to zwykła plaga. Oczywiście, oglądając takie wydawnictwo, w momencie, gdy jest to materiał kapeli, która po wielu latach zdecydowała się coś takiego nagrać, jest to jak najbardziej w porządku. Chodzi mi przede wszystkim o wydawnictwo DVD zespołu IMMOLATION „Hope And Horror”. Jest to wspaniały materiał pokazujący wszelkie atuty koncertowe zespołu. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie był w żaden sposób poprawiany w studiu, nie pamiętam tylko, czy robiony był mix i mastering. Ale to standard. Ogólnie uważam koncerty DVD za dno, jednak pojawiają się czasem perełki:-).

 

Robin:

Heh… Ciężka sprawa z tymi koncertami.
Zacznę od tego, że ja nie chodzę. Tzn. raz od wielkiego dzwonu się wybiorę, ale musi to być coś wyjątkowego jak np. SLAYER. Nie chodzę z różnych powodów. Po pierwsze tryb życia: praca, rodzina. Brzuch rośnie, włosy wypadają. Na koncerty brakuje czasu. Ledwo od czasu do czasu dostanę w domu wolne, by iść z kumplami na browar. Po drugie nie mam, z kim chodzić na koncerty. Kiedyś jechało się ekipą. Były dyskusje, wymiana zdań na temat występów poszczególnych kapel i delikatne spożycie. Samemu to nie to samo. Przećwiczyłem i uważam, że samemu jest do dupy.
Co do sytuacji koncertowej, to – w porównaniu z zamierzchłymi czasami mojej młodości – jest ich na pewno więcej. Kiedyś koncerty były jakimiś tam wydarzeniami, na które jechało się przez pół Polski (najczęściej do Katowic) i były to pojedyncze sztuki. Teraz jest tego więcej, jakieś mini trasy itp. Na pewno jest, w czym wybierać.
Nie wiem, jak jest natomiast z frekwencją na koncertach (z powodu jak wyżej), zarówno tych większych jak i tych podziemnych. Myślę, że małe sztuki mają swój niepowtarzalny klimat (i zazwyczaj ch…e nagłośnienie:-)), ale liczy się tu bezpośredni kontakt na linii zespół – publika. Jednak podejrzewam, że pogłowie metali na takich spędach jest mniejsze, chociażby z uwagi na ich lokalny charakter.
Czy warto organizować koncerty? Jeśli tylko jest ktoś chętny, by na nich grać i chociaż kilka osób, które chcą na nie przychodzić to jak najbardziej. Jak ktoś z sercem podchodzi do tego, co robi, to da z siebie wszystko i dla dwóch osób. No chyba, że kapela ma aspiracje i w dupie kilku (-nastu, -dziesięciu) maniaków i chciałaby grać dla szerokiego audytorium, to wtedy nie ma na to rady.
Od jakiegoś czasu panuje moda (a może to znak czasów) na wydawanie DVD z koncertami. Osobiście chyba wolałbym iść na koncert (nawet sam) niż obejrzeć go sobie na DVD. Jak dla mnie oglądanie w domu w ogóle już nie ma tej koncertowej magii. No chyba żeby nagranie pochodziło z koncertu, na którym bym był, to inna sprawa. Wtedy jest to pamiątka jak np. figurka Górala albo ciupaga z pobytu w Zakopanem.
Reasumując – jaki „lew koncertowy”, taka opinia. Amen.

 

Nahald – HESPERUS DIMENSION:

Sprawa z „repertuarem” imprez koncertowych ma się zdecydowanie lepiej niż kilka lat wcześniej. Myślę, że z każdym rokiem jest coraz lepiej. Coraz więcej mniej znanych grup odwiedza nasz kraj, więc poza topowymi kapelami wielu maniaków, w tym podziemnych, ma okazję zobaczyć swoich ulubieńców bez konieczności dalekobieżnych podróży.
Niestety są i słabsze strony tego rozwoju czyli dyżurne miejsca, gdzie odbywają się hurtowo koncerty. Za mało jest występów scenicznych w Trójmieście, w takim stopniu co w Krakowie, Poznaniu czy Warszawie. Te miasta coraz prężniej rysują się na mapie odwiedzanych miejsc przez kapele i maniaków. Poza kilkoma wyjątkami nie ma tutaj czegoś po środku. Albo są to trasy polskich kapel spod skrzydeł Mystic Production albo koncerty podziemnych grup z małym dorobkiem. Brakuje mi również większej ilości festiwali letnich, ale większość przedsięwzięć tego typu często kończyło się niepowodzeniem. Może to sygnał, że takie imprezy nie powinny się przyjąć u nas?
Na koncerty chodzę, choć rzadziej niż bym chciał. Po pierwsze moje gusta nieco odbiegają od tego, co trójmiejskie kluby oferują, a po drugie natłok spraw codziennych często eliminuje mnie z udziału w koncertach, które są kilkaset kilometrów dalej. Zdarza mi się być kilka razy w roku na podziemnych lokalnych koncertach, ale to, co naprawdę chciałbym zobaczyć i usłyszeć, zazwyczaj mnie omija. Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni… Część koncertów świadomie opuszczam, gdyż nie jestem ani fanem danych grup, ani terminy mi nie odpowiadają.
Koncertów nie rozgraniczam na małe lub duże, tylko na dobre lub złe. Dla przykładu miałem okazję być na niemieckim Wacken w 2001 i mam tylko dobre wspomnienia. Wielkość w tym momencie nie miała znaczenia, ale profesjonalna organizacja na pewno przyciągnęła moją uwagę, a finalnie otrzymałem na tacy pełno wspaniałych grup w jednym miejscu, doskonałe brzmienie, przyjazną atmosferę i brak obsuwy w oczekiwaniu na grających.
„Koncertowy klimat” różnie można interpretować. Udzielająca się wszystkim w koło atmosfera niekoniecznie musi być dla mnie „klimatem”. Często miałem okazję być na kameralnych jamowaniach kilku jazzmanów i klimat, jaki do mnie przemawiał, był o stokroć większy niż na wielu masowych imprezach, gdzie dookoła widziałem euforię. To zależy, czy jest się częścią tego klimatu czy też nie. Jeśli lubi się dany zespół / wykonawcę i ten daje wspaniały koncert, wówczas mamy na myśli „koncertowy klimat” w dobrym znaczeniu. Oczywiście najlepiej jest, gdy kapela jest w formie, publiczność dopisze, brzmienie jest czytelne i soczyste. Wszyscy są zadowoleni, a atmosfera wydobywa się sama z siebie.
Myślę, że ludzie świadomie rezygnują z koncertów. Na to składa się kilka rzeczy – zazwyczaj kiepskie nagłośnienie (chociaż kilka miejsc coraz lepiej się do tego nadaje) i to, że początkujące grupy nie prezentują zbyt dobrej muzyki (aranżacje, wykonanie, feeling, tożsamość). Natomiast te bardziej doświadczone – mimo powyższych czynników – potrafią żywiołowo zagrać, ale dziwnie zawsze wygląda dość pusta sala i dwóch czy trzech maniaków szalejących pod sceną. Tak jakby część osób po prostu wolała chodzić tylko na renomowane grupy, a te podziemne miały grać głównie dla znajomych i przyjaciół. Niestety najczęściej takie są fakty. Choć zawsze warto grać nawet dla garstki ludzi. Bez tego życie byłoby bardzo ubogie.
Nie ma co się rozwodzić, co by było, gdyby znikły koncerty z powierzchni ziemi. Zostawmy to zagorzałym forumowiczom:-). Koncertów przybywa, choć wiele się słyszy od likwidacji klubów i odwołanych imprezach. Myślę, że to marginalne sytuacje, a media potrafią z małej rzeczy zrobić dużo szumu. Wcale nie znika tych miejsc aż tak wiele i wcale nie zakazuje się wszystkich koncertów. Powiedzmy sobie otwarcie, że szum wokół tego pojawia się, gdy wchodzą w grę większe nazwy i pieniądze. Z drugiej strony daje znać o sobie skłonność Polaków do kłótni, zazdrości i uprzykrzania życia. To typowe zdarzenia dla naszej mentalności. I choć wcale mnie nie cieszy ta sytuacja, trzeba pewne rzeczy wziąć pod uwagę żyjąc w tym kraju. Ze wszystkimi się nie wygra i nie da wojować.
Koncerty na DVD uważam za świetną sprawę. Wiele z nich w jakimś stopniu zbliża mnie do koncertów, na których nigdy nie mógłbym być. Trudno, bym miał okazję zobaczyć jeszcze kiedyś DEATH, DISSECTION itp., a dzięki DVD mogę przeżyć kilka fajnych chwil.

 

Margit – organizatorka koncertów z cyklu Death No Mercy,
ex Mroczna Strefa `webzine:

Patrząc na zmiany, jakie zaszły na przestrzeni lat, nie da się ukryć, że jest dużo lepiej. Koncertów jest więcej, przez to są różnorodne i mamy sporą możliwość wyboru. To już nie te czasy, kiedy szło się na jakąkolwiek kapelę mocniej grającą, bo koncert raz w roku był wielkim wydarzeniem;-).
Myślę, że jeszcze nie do końca jesteśmy przystosowani do organizacji niektórych imprez, często brakuje chociażby odpowiedniego miejsca. Przykładowo w Warszawie tę lukę wypełniła „Progresja”, która jest idealnie przygotowana do organizacji tego typu koncertów.
Niestety ilość komercyjnych koncertów w Polsce nieco przytłacza scenę podziemną. Ostatnio wiele małych koncertów kończy się fiaskiem frekwencyjnym i bardzo często też finansowym. Ale na szczęście nie jest tak zawsze i jeśli kapela jest dobra (a takich naprawdę jest wiele), koncert jest dobrze zorganizowany i wypromowany, to zostaje w pamięci na długo;-). Niestety często też widzę wiele błędów organizacyjnych, a chyba najgorszym z nich jest kompletny brak informacji na temat tego, że w ogóle coś się dzieje…
Czy warto w ogóle grać dla ludzi i organizować koncerty? Każdy muzyk powie: „oczywiście!”! Natomiast każdy organizator powie: „to zależy”… Nie da się ukryć, że za wszystkim stoją pieniądze. Nie chodzi mi o zysk, a raczej o to, żeby nie dokładać po kilkaset złotych, a zauważyłam, że ostatnio dość często się to zdarza. Oczywiście główną przyczyną jest frekwencja.
Ja chodzę na wybrane koncerty. Mieszkam w dużym mieście, więc mam spory wybór i to mnie cieszy. Dlatego pojawiam się zarówno na dużych, jak i podziemnych sztukach. Wiadomo, że metal to żywa muzyka i najlepiej smakuje prosto ze sceny. Lubię i duże, i małe koncerty. Wiadomo, że takie kapele jak IRON MAIDEN pasują do wielkiej sceny i efektów, ale duża część koncertów, na których bywam, to raczej mniejszy kaliber. Czasami są to imprezy na kilka tysięcy osób, czasem na kilkaset, a zdarza się, że i na kilkadziesiąt. Duże koncerty to uczta, natomiast w podziemiu często można wyłuskać prawdziwe perełki, a to podstawa. Nie znoszę tylko jednego typu imprez – darmowych masówek, na których przez przypadek gra jakaś mocniejsza kapela. Publiczność wtedy składa się z przypadkowych osób, które nigdy w życiu nie wybrałyby się na ten koncert właśnie dla tej kapeli. Co się dzieje na takich koncertach, sami dobrze wiecie. Brrr:-).
Patrząc dookoła, nie mogę zgodzić się, że wszyscy olewają małe koncerty. Sama często na nich bywam i często też spotykam wielu znajomych, więc chyba nie jest tak źle… Myślę, że inni tylko korzystają z przywileju wolnego wyboru. Koncertów obecnie jest naprawdę sporo i w przypadku tych większych jedynym ich mankamentem jest cena biletów, koszty dojazdu itd., a wiadomo jak jest z kasą, szczególnie u młodych ludzi. Natomiast ci bardziej wiekowi często mają już rodziny, pracę i inne dodatkowe zajęcia, które nie do końca pozwalają na śmiganie na każdy koncert, o którym usłyszą.
Na mojej półce jest nie więcej jak pięć koncertów DVD. To raczej pamiątki i koncerty kapel, które są dla mnie na pierwszym miejscu. Nie przepadam za koncertami na ekranie. Brak im klimatu klubu i całej tej euforii związanej z dobrze zapowiadającym się wieczorem czy wyjazdem. Ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie na ten temat:-).

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).

 

Mortis – Ale Metal `webzine:

Koncerty to dość ważna rzecz. Dzięki nim mamy możliwość skonfrontowania z rzeczywistością wyobrażenia o danym zespole. W Polsce obecnie nie jest najgorzej, ale niestety wiele ciekawych tras omija nasz kraj. Całe szczęście, że ode mnie jest niedaleko do Berlina. Na koncerty jeżdżę bardzo często, zarówno te lokalne, jak i trochę większe. Lubię to. Fajnie jest napić się piwa, posłuchać czasem naprawdę świetnych młodych kapel. Fajnie jest także usłyszeć na żywo hity takie jak np. „Headbanging Man” czy „Corporal Jigsore Quandary” w wykonaniu swoich idoli. Co zobaczę to moje, nikt mi już tego nie odbierze. Czasami na koncertach jest strasznie słaba frekwencja i to nie tylko na tych małych. Na przykład na SUFFOCATION w Szczecinie w roku 2007 było lekko ponad 100 osób. Organizatorzy takich koncertów nie mają zbyt łatwego życia. Ale cieszy mnie to, że pomimo potencjalnych wtop, nadal się tym zajmują.

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).

Podziemie wczoraj i dziś (ankieta)

Image

Podziemie wczoraj i dziś
czyli underground pierwotny
a underground XXI w i doby internetu

Być może zagadnienie metalu w sieci (korzyści i zagrożenia) jest już trochę oklepane, jednak wciąż budzi wiele emocji… Zawsze wypada spojrzeć na to przemiany szerzej. O kształcie metalowego undergroundu XXI wieku, undergroundzie doby internetu i wypowiadają się osoby związane z podziemiem: członkowie zespołów, twórcy zinów, organizatorzy koncertów i „zwykli” słuchacze…

Image

 

Sabian – DARK HAMSTERS:
„Muzyka budzi w sercu pragnienie dobrych czynów” – Pitagoras
O ściąganiu muzyki za pomocą internetu napisano już chyba wszystko. To nie kolejny manifest przeciwko naszym kochanym „mp3”, tylko wewnętrzny głos sumienia. Dla wielu z Was magia muzyki zamyka się w folderze „P2P”. A przecież to tak ograniczona forma przekazu, nie do końca odzwierciedlająca to, co jest w stanie sobą reprezentować normalny, zwykły, realny album. Ginie gdzieś cała i niepowtarzalna otoczka. Zapach wkładki przejmuje „jpg”, a „CD” służy za podstawkę pod kawę na naszym biurku. Na „twardzielu” ciasno od setek zapełnionych folderów, aż dziw, że działa jeszcze wentylacja.
Szkoda, że padają kolejne knajpy z szeroko pojętą muzyką rockową. Niestety choroba dosięga także sklepy z płytami. Wiele komisów muzycznych, które dla wielu z nas są skarbnicą różnych, ciekawych i zakręconych płyt. Przestało niedawno istnieć. Możemy to sobie tłumaczyć na wiele sposobów. Ceny płyt, owszem, ciągle rosną, ale jeśli rozsądnie się rozejrzymy, gdzieniegdzie kupimy je za naprawdę małe pieniądze. Na krążek naszych idoli zawsze możemy odłożyć kilka groszy. Ok – szarpnę się i nie wypije „dzbana” w piątkowy wieczór. Poświęcenie? Ofiara? Czy zdrowa wątroba? Wybór należy do Was…
Powoli nikną szanse na to, że pojawią się następcy tych, którzy powoli opuszczają scenę. Dajmy szansę tym młodym artystom, którzy naprawdę wypruwają sobie żyły, by dać nam to, czego my pragniemy. A nie zapominajmy, że jesteśmy coraz bardziej wymagający. Kiedyś wystarczyła sama muzyka. Dziś niestety jest to za mało…
Oczywiście internet daje nam różne możliwości i szerokie pole reklamowe. Jednakże wszystko powoli wymyka się spod kontroli. W historii pojawił się kolejny krwawy okres. Nosi on nazwę: „Kto ściągnie najwięcej albumów”; odsłona druga: „Kto przesłucha choćby połowę z nich”…
Chcecie zabić muzykę? Proszę bardzo…
Prawdą jest, że nie wszystko da się kupić w naszych sklepach. Fakt – czasami chcemy sprawdzić, czy warto kupić. Ryzyko warto podjąć choćby dla samego siebie. Nie niszczmy tego, co zostało nam dane. Korzystajmy z techniki mądrze, a równocześnie dbajmy o to, żeby nie zginęła muzyczna tradycja.


Skowron – Born To Die `webzine & `zine:

Dłuuuuugie listy?! Przyznam szczerze, że nie byłem i chyba nie będę dobry w pisaniu słusznej długości liściorów. Przez ten cały wynalazek i dziedzictwo myśli ludziej, jakim bez wątpienia jest komputer, ciężko mi napisać jedno, rozbudowane zdanie, aby nie poczuć bólu w nadgarstku i nie złapać się chociaż raz na uporczywym szukaniu klawisza „backspace”, co by skorygować swoją myśl przelaną na karteluszek białego papieru:-). Śmieszne, ale jak najbardziej prawdziwe i chyba większość z nas dziś tak ma. Nałóg, przyzwyczajenie, lenistwo, technologiczna rewolucja w domu niemal każdego Polaka? Pewnie wszystko po trochu i każde z osobna. Właściwie nie wiedzę nic złego w korzystaniu z tak sprytnej maszyny opartej na technologii ciągów zer i jedynek. Oczywiście, pozostając ciągle przy temacie korespondencji, wszystko ma swoje plusy i minusy. Pisanie ręczne generalnie było nie do obejścia w czasach tak często przez wszystkich wspominanych, czyli nazwijmy to umownie „w starym podziemiu”. No bo niby jak odpalić Worda kiedy w domciu komputerka „niet”, jak wysłać meilika, kiedy nikt wtedy, przynajmniej u nas, nie miał pojęcia, co to w ogóle jest. Kto w ogóle miał takie cudo w domu? Nie ukrywam, że o wiele bardziej leży mi wysyłanie elektronicznej korespondencji, zamiast bieganie na pocztę z każdym listem, choćby tym najkrótszym. Rzecz jasna w kilku aspektach tak poczciwa instytucja jak Poczta Polska jest ciągle niezastąpiona, ale to już temat na inne rozważania. Są też persony, z którymi wciąż utrzymuję tradycyjną korespondencję, ale chyba głównie dlatego, iż nie da się utrzymać kontaktu w inny sposób. Wszystko ma swój urok, lizanie znaczków również, tylko po co, kiedy komuś nadarza się możliwość robienia czegoś w inny, a nie koniecznie cholernie odległy sposób? Nie ma znaczenia, czy maile są krótkie, czy rozpasane w treści. W ciągu dnia można wymienić z drugą osobą kilkaset zdań w oddzielnych mailach na zasadzie konkretne pytanie – konkretna odpowiedź, jeżeli są chęci i czas na ślęczenie przed monitorem. Czas – to właśnie czas jest tu taką główną kartą przetargową. No chyba nie jest tajemnicą, że list, nawet priorytetowy, potrafi wędrować po naszym pięknym kurwidołgu długie tygodnie, zanim dotrze do adresata oddalonego zaledwie o kilkanaście, czy kilkadziesiąt kilometrów od nadawcy. Jeżeli komuś zależy na w miarę płynnym i szybkim obczajeniu niezbędnych i ważnych kwestii (pomijając taki wynalazek jak telefon), poczta elektroniczna jest jak znalazł. Szybciej, pewnie taniej i wcale nie mniej przyjemnie. Oczekiwanie? Nie jest przecież powiedziane, że na wysłanego maila już zaraz, za chwilę dostaniemy odpowiedź. Tu też bywa różnie, więc bez większych różnic. Anonimowość zdecydowanie jest większa po stronie netu, bo tu generalnie oprócz nicku nie wiemy o drugiej osobie zupełnie nic, a przy tradycyjnych listach jest przynajmniej jakiś tradycyjny namiar. Tyle że jeżeli ktoś ma coś konkretnego do przekazania, to rezydując na co dzień w cybernetycznej przestrzeni, będzie dla odpowiednich osób jak najbardziej znaną personą, więc na dwoje babka wróżyła.

Pewnie, rip off to raczej zjawisko częstsze w necie niż w tradycyjnych kontaktach międzyludzkich.
Spotkania na koncertach… Czy trzeba komuś tłumaczyć, że spotkanie starych mord na jakimś koncertowym spędzie po miesiącach, po latach i oklepywanie się po plecach plus jakiś bronx to rzecz… hmmm… domyślcie się sami:-).
Chat`owanie i gg generalnie jest do dupy, a przynajmniej ja staram się tego unikać.
Ziny? Wolę papier, zdecydowanie papier! Tego osiągnięcia myśli ludzkiej w zinoróbstwie nie można i nie da się niczym zastąpić. Trudno sobie wyobrazić toczenie klocka na kibelku bez zapachu papieru trzymanego w łapskach. A przecież nie sposób zabrać ze sobą do zacnego miejsca dłuższego posiedzenia całego PeCeTa… Laptopik to małe, elektroniczne gówienko, które spokojnie zmieści się na kolanach, ale jakoś mi to nie pasuje do takiego konkretnego miejsca jak WC i działa niekorzystnie na zwieracze. Wszystko mi jedno, czy jest to xero czy coś bardziej w tonie profesjonalnego wydruku, aby tylko trzymało fason. Pamiętam, jak mniej więcej przy „czwórce” czy „piątce” „Born To Die” ludziska zarzucali nam, że mamy bogatych rodziców, skoro stać nas na zabawki do porządnego wydruku. Było to już samo w sobie chuja wartym mieleniem jęzorem, bo wystarczyła najtańsza laseróweczka i można było coś robić. Bo dziś mamy taką tendencję, że mało komu chce się biegać na xero, uderzając z buta do pierwszej lepszej drukarni. Maszyna do pisania, to już zupełny zabytek, z wyklejankami robi się powoli historia i tak na szybkiego ciężko skojarzyć pisemko robione właśnie w ten sposób. Nawet Adaś z „Necroscope`a” robi szmatę w bardziej komputerowy sposób. Jak ten świat się zmienia! To samo tyczy się jebanego Istna, od którego chwilami chciało mi się już rzygać. Okazało się, że posiadanie zupełnie darmowego, nie mającego wiele wspólnego z oficjalnym wydawnictwem numerka, jest solą dla niemal całego underku. Samo jego posiadanie nie umożliwia nam wpychania naszej szmaty na Empik’owe półki. Ale co się dzieje?! Ileż to osób zwraca się do mnie z pytaniem, skąd wziąć ten cholerny, przecież stanowiący skazę na podziemnej prasie numer ISSN? Cóż za paranoja i przewrotność ludzkiego rodzaju. Czyż to doumienie, czy może zmiana poglądu na własne i kolegów dokonania?
Witryny www, webziny czy co tam innego to akurat niemal ta sama sytuacja, co postępująca komputeryzacja twórców papierowych odsłon. Dziś jeszcze większość wzbrania się przed tym jak diabeł przed święconą wodą, ale dajmy temu jeszcze jakiś czas… Ludzie zapomną o swoich oporach, tudzież oswoją się z netem i zapragną spróbować edytorki w cyberprzestrzeni. Już dziś część pisemek z branży, do tej pory ukazujących się tylko w papierowej wersji, ma na necie swoją witrynę. Może jeszcze nie w postaci typowego webzina, ale zawsze. To kwestia czasu i tyle. Wszystko rozbija się o to, aby chce się robić coś w miarę dobrze i faktycznie wspierać ukochany hałas, zamiast kultywować kolekcjonerską żądzę zbierania promosków.
„Born To Die” to ciągle papier i choć ukazuje się nieregularnie, to taktuję to jako priorytet. Witryna jest formą szybszej komunikacji pomiędzy przynajmniej mną a zespołami, labels i ludźmi. Ułatwia mi to szybsze publikowanie własnych wypocin itp. I tylko tak należy to rozpatrywać. „Born To Die” to również głównie podziemie, a że dziś mało kto wypuszcza swoje materiały na zapomnianym nośniku jakim jest kaseta, więc do opisu lecą przede wszystkim Cdr czy profesjonalnie wydane Cds. Nie ukrywam, że czasem coś wpadnie na starym nośniku i miska mi się cieszy choćby dlatego, że kiedyś nie było srebrnych krążków tylko „tapy”. Każdy band, lepszy czy gorszy, a nawet zupełnie chujowy zasługuję na skreślenie chociażby jednego zdania na jego temat. Nikt nikomu nie każe słuchać miernoty bez opamiętania, ale skoro ktoś coś podesłał, to chyba należy się tak czy inaczej zrewanżować. Nie podoba się, to tak piszę. Coś mnie jara, to lecą peany. No przecież na tym to polega. Zawsze staram się pisać subiektywnie, bo to co mi się podoba, nie musi podobać się innym. Tak jak ciężko dziś o 100%-ową oryginalność, tak nie można pisać, że wszystko jest do dupy, bo już ktoś kiedy coś podobnego nagrał. To czy dany band jest wart jakiegokolwiek zachodu, określi szersze audytorium. Taka muzyczna samoselekcja. Odwieczne prawo i chyba jedynie słuszne. Zresztą tyczy się to również undergroundowych pisarzy. Jedni mają swoich stałych czytelników, innych ciągle mieszają z gównem, jedni coś zaczynają, a inni właśnie kończą. Nie wszystko i nie wszystkim musi to i coś w danej chwili podchodzić. Najważniejsze, aby nawet zupełnie gówniana recka była chociaż trochę szczera, nie oparta na koleżeńskich znajomościach, układach i układzikach.
Żadna forma obciągania mp3 i im podobnych plików do odsłuchu i ewentualnego opisu w moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Taki ze mnie człek, co to swoje zasady ma. Albo tradycyjne promo, ale nici ze współpracy. Ni w chuj mi to nie pasuje do przyjemnego pałaszowania dźwiękowych wypieków, a tym bardziej nie poprawia mi to smaku przy delektowaniu się, czy normalnym odsłuchu muzy poszczególnych załóg. Może być kasetka, CDR czy CD, aby dało się odpalić w moim pożeraczu.
Zine papierowy to zdecydowanie produkt poszukiwany. I z racji tego, iż z papierowymi pismakami jest różnie, a net jest już niemal pod strzechą praktycznie niemal każdego człowieka (nie mam na myśli generalizowania), to i zespołom udziela się internetowa mania promowania własnej twórczości. Przyczyna pewnie identyczna co w przypadku twórców witryn www i mailowej korespondencji – jest szybciej i w większych ilościach.
Ja osobiście nie wyobrażam sobie promocji bez tradycyjnych flyersów. Zawsze, od kiedy podziemie stało się częścią „mojego żywota”, zalegały one na moich półeczkach. Ich los wydaje się być delikatnie przesądzony, bo biorąc na wagę to, co zapychało koperty z materiałami promo jeszcze kilka lat wstecz, a tym co znajduje się w przesyłce obecnie, jest nieporównywalnie mniejsza. Chyba same kapele nie do końca na chwilę obecną wierzą akurat w taką właśnie formę rozpowszechniania loga z własnymi „wypocinami”. Szkoda, ale wypada się do tego przyzwyczaić.

 

Wasiu – Pestilent Death `zine, ex Eternal Death `zine:

 

Jeśli chodzi o kontakt z osobami z podziemnego świata metalowego, to niewątpliwie internet go ułatwia, dzięki swoim szerokim możliwościom dotarcia do ludzi na całym świecie. Oczywiście pisanie listów ma swój klimat i urok, ale chuj mnie strzela, kiedy muszę tygodniami czekać na list wysłany do mnie przez kogoś (bo tak działa poczta polska), a czasami nawet go nie dostaję, bo zainteresował się nim jakiś fagas w tym ukochanym przez mnie urzędzie.
Co do przyjaźni internetowych, to na pewno nie zastąpią one osobistych kontaktów między ludźmi, wspólnych wypadów na koncerty czy spotkań przy piwie i dobrej metalowej muzie. Także chat`y i wszystkie inne gg powinny być jedynie jakimś tam uzupełnieniem, które nie może odcinać nas od rzeczywistości.
Zdecydowanie popieram papierowe pisarstwo, a większość jebzinów niech niebiosa jaśniste pochłoną. Takich, które mają coś do przekazania, są w tym szczere i nie robią chujni z grzybnią, jest naprawdę garstka. Większość webzinów ma tyle wspólnego z podziemiem co „Jezioro Łabędzie” z „Altars Of Madness”. Ponadto papierzaka nie jest w stanie zrobić każdy, gdyż do tego trzeba chęci, zapału i przede wszystkim znajomości tematu. Natomiast webzina może zrobić nawet dziecko z podstawówki i pisać o dupie Maryny. Poza tym papierowego zina można zabrać ze sobą do klopa i uprzyjemniać sobie ten czas zadumy w kiblu. A laptopa nie posiadam, więc kompa do kibla nie zabiorę. Tak więc różnica jest ogromna:-).
Co się tyczy promocji własnej zespołów, to chyba jednak internet obecnie bardziej trafia do ludzi. Jeśli chodzi o zamieszczanie wszelkich informacji o działalności kapel, to popieram to w całej okazałości. Jestem natomiast przeciwnikiem mp3, dlatego jak tylko dana grupa proponuje mi do recenzji materiał w tej formie (najlepiej żebym se go ściągnął z ich strony), to nagła krew mnie zalewa. Godzę się na to tylko w skrajnych przypadkach, gdy naprawdę zależy mi na recenzji danego zespołu, a płytki nie zdobędę inaczej, jak tylko w formacie mp3. Ale są to naprawdę wyjątki.
Zawsze lubiłem dostawać fleyersy i nadal lubię tą formę promocji, dlatego zawsze się cieszę, gdy z paczki, którą otrzymuję, wysypuje mi się tona kolorowych lub czarno-białych kartek. Co do danych kontaktowych umieszczanych przez kapele, to zarówno tradycyjny, domowy adres, jak i wszelkie maile, nr gg itp. są mile widziane.
Jeśli chodzi o samych metalowców, to jest z nimi różnie. W obecnych czasach nieco się to towarzystwo „zepsuło”. Nie są dla nich ważne koncerty (no chyba że przyjeżdża VADER lub BEHEMOTH), na które przychodzi niekiedy garstka ludzi, którzy dzielą się na tych aktywnych i tych bojących się, że im ściany na łeb spadną i trzeba je podeprzeć. W dobie internetu dla wielu branie udziału w koncertach na żywo jest po prostu stratą czasu. Lepiej ściągnąć sobie jakiś z netu, usiąść wygodnie w foteliku i oglądać popijając ciepłą herbatkę. Niestety jest to częstym zjawiskiem i nie wiem, czy kiedykolwiek się to zmieni. Ja w to szczerze wątpię. Ponadto jeśli ktoś okrzykuje siebie zapalonym metalowcem, a w niedzielę zapierdziela do kościoła czy leci pokornie na pielgrzymki, to po prostu mózg mi się lasuje. A kilka takich przypadków znam.
Co do samej muzyki, to zdecydowanie jestem fanem podziemia. Nie kupuje płyt w Empikach (no chyba, że bardzo mi na czymś zależy), ale głównie w undergroundowych dystrybucjach, gdyż jest tam zdecydowanie więcej wartościowej i szczerej muzy, no i oczywiście za przystępną cenę. Bardzo często wolę posłuchać materiałów z kiepskim brzmieniem, ale z zajebistą muzą, niż tych dopieszczonych, ale nie prezentujących kompletnie niczego.
Podsumowując, wiek XXI także w muzyce metalowej rządzi się swoimi prawami i nic już tego nie zmieni. Oczywiście lata `80 czy `90 miały swój unikalny klimat i dla wielu starych maniaków jest on nadal czymś bardzo ważnym. Ale wszystko idzie do przodu i trzeba umieć pogodzić jedno z drugim.

 

Marcin Czarnota – fan, organizator koncertów, ex CREMASTER prom.:

 

Internet ani dobry, ani zły czyli o metalu w sieci niekoniecznie negatywnie…
Bez wątpienia rozwój internetu znacząco wpłynął praktycznie na każdą dziedzinę naszego życia, nie omijając oczywiście także muzyki metalowej. Sporo osób związanych z podziemiem negatywnie odbiera to zjawisko, wieszając psy na obecnej scenie i z sentymentem wspominając dawne czasy. I trudno się temu dziwić. Ale czy obecna, nienajlepsza kondycja metalowej muzy aż tak bardzo jest wynikiem rozwoju internetu? Moim zdaniem jednak nie.
Zmęczenie materiału…
Muzyka metalowa czasy swojej świetności ma już zdecydowanie za sobą. Ciężko sobie wyobrazić kolejne płyty, które miałyby się stać nowymi kamieniami milowymi tego gatunku. Niemal wszystko, co mogło w jego ramach powstać, już dawno zostało zagrane i zaśpiewane. Najlepszym tego przykładem są nawroty popularności różnych odmian metalu: death, power, heavy, thrash, przy jednoczesnym braku wyraźnego rozwoju metalowego grania, jaki doskonale był widoczny podczas ubiegłego dziesięciolecia. Również subkultura metalowa poważnie się wykrusza, czego wyrazem jest mniejsza liczba osób na koncertach. Wyjątkiem są jedynie duże imprezy, na których występują znane kapele o wyrobionej marce. Na koncertach przestaje też dominować kolor czarny i długie włosy. Subkultura metalowa powoli, ale jednak nieustannie zanika. Ale ten stan rzeczy nie jest wynikiem rozwoju internetu. To raczej naturalne „zmęczenie materiału” i przemijanie pewnej mody i stylu bycia. Gdyby internet nie był tak popularnym medium, jakim jest obecnie, podejrzewam, że kondycja dzisiejszej sceny metalowej i tak przedstawiałaby się bardzo podobnie.
Plusy i minusy…
Internet muzyce metalowej raczej nie zaszkodził, ale też raczej nie pomógł. I mam tu na myśli samą muzykę, a nie sposoby jej promocji oraz całą otoczkę z nią związaną. Sam dostęp do sieci przecież nie przekłada się bezpośrednio na jakość tworzonych dźwięków i kreatywność samych zespołów. Jednak bez wątpienia ogromną rolę odgrywa w promowaniu i rozprowadzaniu nagrań. Nie zawsze pozytywną.
To, że muzyka w sieci dobija tradycyjne wytwórnie płytowe, jest faktem powszechnie znanym i odnoszącym się generalnie do wszystkich gatunków. Internet jest prawdziwym zagłębiem nielegalnej muzyki, tworem, z którym nie sposób walczyć, będąc z góry skazanym na porażkę. Dlatego coraz więcej osób decyduje się przenieść działalność wydawniczą wyłącznie do sieci. Mnie trudno zaliczyć do entuzjastów tzw. „net labeli”. Dla mnie każde nagranie muzyczne musi się składać z dwóch elementów: samej muzyki oraz jej nośnika wraz z poligrafią. Ściągając nagrania, dostajemy produkt niepełnowartościowy – jedynie same dźwięki i to nienajlepszej jakości, w formacie mp3 lub podobnym. Dziwi mnie, że net labele praktycznie nie korzystają z możliwości zamieszczenia w sieci swoich „produkcji” w postaci obrazu płyty CD, pozwalającego na wypalenie nagrania i wydrukowanie okładek, a więc stworzenie kompletnego dla słuchacza wydawnictwa. W sumie do tej pory jedynie raz udało mi się znaleźć w ten sposób przygotowany materiał – demo grupy HYOSCYAMUS NIGER, notabene nie związanej ze sceną metalową, a będącej przedstawicielem zimnofalowego grania.
Co ciekawego na śmietniku?
Internet pozwala nie tylko na łatwy i szybki dostęp do opracowanych przez kogoś informacji, ale również na dotarcie z własnymi informacjami do szerokiej rzeszy odbiorców. To, co z pozoru jest zaletą sieci, stało się także jej przekleństwem. Internet przypomina bowiem jedno wielkie śmietnisko, również jeżeli chodzi o informacje związane z muzyką metalową.
Nie widzę sensu po raz kolejny rozpisywać się nad jakością webzine`ów. Warto jedynie stwierdzić, że w czasach, kiedy każdy może zostać redaktorem, recenzentem, felietonistą czy czym sobie jeszcze tylko zamarzy, przy minimalnym nakładzie pracy i środków, skutek jest taki, że jakość i wiarygodność internetowych magazynów jest bardzo niska, zwłaszcza jeżeli chodzi o zawarte w nich recenzje nagrań. Ale niska jakość informacji o muzyce metalowej zawartych w internecie nie jest jednak regułą. Wystarczy wspomnieć rewelacyjną internetową bazę danych Metal Archives, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba.
Weterani w sieci…
Obecność w internecie to także znakomity sposób na promocję zespołów. Dobrym przykładem jest tutaj serwis myspace.com. Można go potraktować jako zminiaturyzowane odzwierciedlenie całej sieci. W zalewie chłamu, idiotyzmów, artystów „z bożej łaski” i sylwetek należących do nawiedzonych, pełnych kompleksów nastolatków, wyszukać tam można mnóstwo wartościowych danych, jak choćby profile zespołów, które działały w epoce przedinternetowej. Warto rzucić okiem chociażby na profile THERGOTHON, PHLEBOTOMIZED, DISEMBOWELMENT, MASTER`S HAMMER czy naszego IMPERATOR. Spora część takich materiałów przygotowywana jest przez byłych muzyków tych kapel. Na myspace.com znalazłem też informacje na temat reaktywacji rewelacyjnej polskiej funeral doomowej grupy GALLILEOUS, niemalże zupełnie dzisiaj zapomnianej. Na ich profilu można posłuchać niepublikowanego wcześniej materiału demo z 1994 roku, który do dziś na głowę bije praktycznie wszystkie krajowe produkcje z taką muzyką.
Oczywiście pisząc o wadach i zaletach metalu w sieci, można by zapełnić wiele stronnic. Wiem, że popełniając ten krótki tekst nieco odbiegłem od tematu, nie koncentrując się zbytnio na zagadnieniu metalowego podziemia doby internetu. A dlaczego? Po pierwsze: na ten temat pisano już wielokrotnie, więc mój głos raczej nic nowego do takiej dyskusji nie wniósłby. Po drugie: od czasu upowszechnienia internetu i za jego pośrednictwem łatwego dostępu do informacji, niezwykle trudno jest określić, co dzisiaj jeszcze tak naprawdę jest muzycznym undergroundem, a co już nim być przestało.

 

Johny – EFFECT MURDER, Metal Jeers Prod., Metal Jeers `zine:

 

Krótkie rozważania o podziemiu w dobie internetu…
Pamiętam chwilę, w której po raz pierwszy zetknąłem się z zinem. Była to białostocka „Arachnophobia” autorstwa Krzysztofa Słyża. Doznałem szoku, gdyż nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieje coś takiego jak podziemie, ziny itp. Przeglądanie tego periodyka to było jak odkrywanie muzycznego wszechświata, zupełnie innego niż ten, który widziałem dotychczas w „Metal Hammerze” czy „Norbid Noizzie”, wówczas najbardziej powszechnych muzycznych pismach w naszym kraju.
Gdy dziś powracam wspomnieniami do tamtych chwil, zdaję sobie sprawę, iż pewne rzeczy już nie powrócą. Przeszłość oraz jej dawny blask, niesamowity klimat ustąpiły nowoczesności, która błyskawicznie wtargnęła we wszystkie szczeble naszej egzystencji. Jak już każdy wie, internet zmienił nie tylko nasze życie w mikro jak i makro skali, ale także spowodował nieodwracalne zmiany, które z jednej strony zatarły pewne zjawiska, tym samym otwierając nowe możliwości i niesamowite obszary cyberprzestrzeni. O internecie można napisać pracę doktorancką i nie wiem, czy udzieliłaby ona istotnych odpowiedzi na temat wpływu internetu na masy ludzkie. Jedno jest pewne – medium to można analizować pod względem korzyści jak i zagrożeń, które w sobie niesie.
Rozpatrując internet w kontekście rynku muzycznego, a w szczególności podziemia, widzę pozytywne, jak i negatywne strony. Miło wspominam czasy kserowanych zinów i mam do tamtych lat ogromny sentyment, ale dzisiejszą wirtualną przestrzeń wraz ze stronami www widzę w o wiele lepszym świetle. Kiedyś tylko nieliczni mieli dostęp do zinów. Podziemie stanowiło zamknięty krąg, gdyż pisma takie krążyły przeważnie od autorów do kapel. Dotrzeć do nich można było tylko za pośrednictwem kogoś, kto miał jakieś kontakty z zespołami czy osobami robiącymi ziny. Doskonałym przykładem takiej paranoicznej sytuacji była białostocka „Arachnophobia”, która funkcjonowała w wąskim, zamkniętym gronie, który dziś nazwałbym „branżowym”. Autor tego pisma nie czynił żadnych starań, by pokazać go „innym” ludziom. Nie jest to jedyny przypadek. W Polsce było mnóstwo takich zinów. Istniały one wyłącznie w świadomości recenzentów i grup, które udzielały wywiadów. Pozostaje teraz pytanie: jaki to miało sens? Dla mnie to była chora sytuacja, nie do zaakceptowania. Nie docierają do mnie opinie, że taka jest idea podziemia i tym podobne bzdury.
Podziemie to nie tylko wymienianie się nagraniami, zinami i informacjami. Pojęcie to bardziej rozumiem jako szereg różnych działań, które mają na celu promocję metalowych kapel i związanych z tym wydarzeń. Internet jest doskonałym narzędziem, który pozwala prowadzić promocję na bardzo szeroką skalę, dając jednocześnie tysiąc razy większe szanse i możliwości. Ktoś może powiedzieć, że to nie ma już nic wspólnego z podziemiem. W takim wypadku trzeba zadać sobie pytanie: czymże jest owe podziemie? Sposobem życia, światopoglądem, postawą, filozofią? Według mnie wartości pozostają te same. Zmieniają się tylko narzędzia. List pisany ręcznie zastępuje email. Zina papierowego zastępuje strona www. Sens i przekaz treści jest ten sam. Wszystko ma służyć promowaniu muzyki i środowiska metalowego. Dotarcie do elektronicznych newsów jest setki razy łatwiejsze niż do jakiegoś papierowego zina. Cel zostaje osiągnięty – odbiorca ma kontakt z nadawcą, przekaz dociera do odbiorcy. Pod tym względem internet jest bardzo wygodnym i skutecznym przekaźnikiem.
Niewątpliwie internet to przestrzeń wielkiej dawki informacji, którą może generować każdy z nas. Niestety ma to także swoje minusy. Ogrom informacji i serwowanej muzyki w plikach mp3 powoduje, iż zaczynamy się gubić i gdzieś zatracać sens tego wszystkiego. O ile internet powoduje łatwość dostępu do metalu, o tyle go zabija. Niestety razem z internetem pojawiły się mp3. Niestety, ponieważ ściąganie pełnych dyskografii zespołów i tony plików osobiście uważam za zjawisko bardzo szkodliwe. Mp3 to kolejny temat rzeka… Powiem krótko: mp3 do promocji – jak najbardziej „tak”. Stanowcze „nie” mówię dla ściągania ton muzycznych plików. To jest tylko mój prywatny sprzeciw, którego nie jestem w stanie narzucić innym. W naszej polskiej rzeczywistości taki postulat jest nie do przyjęcia. Kogo stać na kupowanie oryginalnych płyt? Tylko nielicznych, bądź tych dobrze zarabiających. Reszta ściąga na potęgę i cieszy się, że ma całe dyskografie. Takiego problemu nie ma na Zachodzie. Polakom jeszcze wiele brakuje do standardów Europy Zachodniej.
I dochodzimy tu do sytuacji paradoksalnej, gdy… Grupa X nagrywa płytę, inwestuje dużą kasę w sesję nagraniową i w wydanie CD, promuje ją w internecie, na koncertach i w innych różnych mediach. Stara się jak może, by wypromować własne wydawnictwo i jak najlepiej je sprzedać, by odzyskać chociaż 20% włożonej w to kasy. Teraz jest pytanie: czy to się uda? Odpowiedź znajdźcie sami. Refleksja nad metalem w dobie internetu jest jedna. Teraz można wypromować nazwę, dotrzeć z muzyką do tysiąca ludzi, być zauważonym i może docenionym. Można udzielać wywiadów, uzyskać recenzje i nie sprzedać ani jednej płyty, nad którą tak mocno się pracowało w sali prób. Ci, co ściągają płytę kapeli X, nawet nie zastanawiają się nad tym, ile pracy i wysiłku kosztowała autorów. Biorą ją bez pytania i za darmo. Za przyjemności internautów ktoś musi słono zapłacić. Wychodzi na to, że taki podziemny band, mimo iż posiada ogromne możliwości promocyjne, ginie w tłumie i ponosi ogromne koszty wyprodukowania samego siebie, tylko po to, by później oddać to wszystko za darmo. I pomyśleć, do czego to wszystko nas doprowadziło? Na pewno każdy ma na to swoją odpowiedź.

 

Hans – SYMPOSIUM:

 

Raczej nie miałem wiele wspólnego z undergroundem, poza chodzeniem na koncerty kapel, o których nikt (ze znajomych) nie słyszał, więc ciężko mi się odnieść jakoś szerzej do tematu. Mogę za to napisać, jak to (bardziej teoretycznie niż praktycznie) wygląda od strony amatorskiej kapeli (przy czym są to moje prywatne poglądy, reszta osób z SYMPOSIUM może mieć trochę odmienne zdanie).
Motywacja do promocji jest prosta…
Chcę się dobrze bawić na koncercie, bo z racji tego, że nie jest to moja praca, nic na tym nie zarobię (a wręcz przeciwnie), no to coś innego pozytywnego być musi? Idąc dalej, warunkiem dobrej zabawy jest odpowiednia liczba ludzi, którzy się zwloką na koncert, no bo co to za przyjemność grać dla trzech osób, które patrzą na ciebie podejrzliwie znad piwa, czekając tylko aż coś się popsuje. Czyli krótko mówiąc trzeba być choć w najmniejszym stopniu kojarzonym i rozpoznawalnym (no i trzeba grać równo i nie mieć „plastikowych klawiszy”:-)). Teraz sprawa podstawowa czyli dobra promocja: plakaty – biega człowiek z garstką xerówek, lepi w miejscach dozwolonych, a na drugi dzień jest tam już techno-party. Jak już ktoś przypadkiem zobaczy taki plakat, to najczęściej sprawdza przez www cóż to takiego jest to SYMPOSIUM, co gra, jak gra, jak wygląda itd. (każdy zespół można sprawdzić wpisując w Gogle: „oficjalna strona <nazwa>”.) W przypadku braku strony, reakcja prosta – co to za grupa, jeśli nawet www nie ma?:-) Tak mówię ze swojej perspektywy… Czyli sam tak działam widząc plakat jakiejś słabo znanej kapeli metalowej… W sumie ja jestem trochę komputerowo skrzywiony (pracuję między innymi jako programista grafiki 3d), ale co tam…
Co jeszcze daje takie www? Jak już na koncert przyjdzie ktoś więcej niż znajomi, to zawsze można takiego kogoś skierować na www, aby sobie pobrał mp3 (i to całkowicie legalnie).
Stronę w sieci można też wykorzystać do gromadzenia opinii publiki, w formie forum czy też księgi gości, ale do tego trzeba mieć już jakiś komercyjny serwer, a poza tym stwarza to pewne nieprzyjemne sytuacje, po których trzeba by „sprzątać”…
Podsumowując, www to nic innego jak wizytówka zespołu. Wprawdzie strona SYMPOSIUM raczej marnie spełnia to założenie, jednak kiedyś może będę miał na tyle czasu, aby zrobić coś porządnego. Póki co uważam, że lepiej na gorszej stronie zapodać lepsze demko niż odwrotnie. Oczywiście nie można też przeginać, trochę śmieszne jest, jak kapela zaczyna od strony internetowej, fikuśnego loga, a dopiero potem się bierze za naukę grania… Takie przypadki też widziałem (a raczej, na moje nieszczęście, słyszałem).
Promocja zespołu na innych stronach www i portalach… Z tym to różnie bywa. Najczęściej jest to w formie newsa o koncertach i/lub jakiegoś skrótowego „profilu” kapeli. Generalnie zawsze warto zapisywać się wszędzie gdzie się da, wychodząc z prostego rachunku statystycznego.
Dostępność muzyki w sieci…
Przyznaje, że zabiło to pewne relacje międzyludzkie: wymienianie się płytami, kapelowymi odkryciami itp. Do tego zabiło trochę stronę wizualną całej tej zabawy: ściągając mp3 z www zostajemy z gołymi plikami. Z drugiej strony dla grup takich jak SYMPOSIUM jest to jedyna realna forma dystrybucji (zabawa w tłoczenie to m.in. 4000 zł, nagrywanie (+ nadruk) pewnie niewiele mniej). Przyznać się muszę, że tutaj mam trochę anarchistyczne podejście – najchętniej „uwolniłbym” muzykę od tych wszystkich wytwórni, pośredników, producentów i innych pasożytów, bo i tak wszystko ląduje w sieci, tyle że nielegalnie. Zamiast tego – darmowa muzyka z www + ograniczone edycje (powiedzmy kolekcjonerskie) na CD i do zobaczenia na koncertach. Pytanie: kto by finansował taką zabawę? Może dlatego tak o tym myślę, ponieważ obecnie i tak topię w tym kupę kasy, traktując to jako niecodzienne hobby, a nie pracę. Ponadto www ma taką przewagę, że jest darmowe po obu stronach (kapela – słuchacz), a w przypadku fizycznych nośników ktoś musi ponieść koszty (nawet te 5 zł to zawsze o jedno piwo mniej:-).
Zagrożenia płynące z sieci…
Nie chodzi mi tu o przemoc, pornografie itp. Chodzi głównie o anonimowość użytkowników. Jako grupa reklamująca się w sieci raczej trudno być anonimowym, przez co bardzo łatwo można się stać celem ataków. Raz doświadczyliśmy czegoś takiego jako SYMPOSIUM… „Zareklamowaliśmy” się na „krakowskimmetalu”. Tydzień po koncercie w komentarzach zaczęły się pojawiać jakieś bluzgi, od „gówno, a nie kapela”, po wyzywanie od pedałów, poparte wypowiedziami „innych” użytkowników netu (z tymi samymi błędami ortograficznymi i z tego samego adresu itp.). Skończyło się to irytacją admina tamtej strony, ale niesmak pozostał (w myśl zasady że jak cię obrzucą gównem, to coś zawsze się przylepi). Nie wiem wprawdzie, na ile taka antyreklama jest anty, ale przyjemne to raczej nie jest. Dlatego też ostrożnie trzeba postępować z forum czy „księgą gości” na swoim www, bo zawsze się znajdzie jakiś sfrustrowany typ, który poprzez 100 wypowiedzi wyrazi swoje niezadowolenie z życia. Inna sprawa, że zawsze się zastanawiałem, komu chce się tyle pisać, ale widocznie ktoś nie ma co robić…
Taka mała dygresja – przypomniało mi się międzypokoleniowe porównanie wyglądu „metali”. Szczerze mówiąc nie zauważyłem, aby nowe pokolenie zachowywało się jakoś odmiennie, czyli też się znajdą napaleńcy łażący w glanach przy +40*C. Sam wychodzę z założenia, że jak już wysłuchałem te tysiące utworów, byłem na kilkudziesięciu koncertach, sam gram w zespole…, to mogę wyglądać, jak chcę:-). A glany gdzieś zgubiłem.

 

Prezes – Metal Rulez `webzine & `zine:

Moja przygoda z podziemiem zaczęła się stosunkowo niedawno (jakieś 8 lat temu), więc jest logiczne, że ominęły mnie wszystkie te historie z tape-tradingiem i wyklejanymi zinami. Przeszedłem drogę dokładnie odwrotną niż większość edytorów: najpierw zabrałem się za tworzenie webzina, a dopiero później przeniosłem się na papier.
Szczerze mówiąc trochę mnie śmieszy cała ta wojna pomiędzy webzinami i tradycyjnymi papierzakami. Zamiast połączyć swe siły dla dobra zespołów i całej sceny, obydwa te obozy najeżdżają na siebie dowodząc wyższości jednego nad drugim. Nie trudno dostrzec, że zarówno wśród zinów internetowych jak i papierowych znajdują się gnioty, których po prostu czytać się nie da. Faktem jest jednak to, że dużo łatwiej takiego gniota stworzyć w sieci. Nakład pracy jest dużo mniejszy, więc pole do popisu mają wszelkiego rodzaju małolaty wyposażone w jakże często słomiany zapał. Sam niejednokrotnie musiałem czytać maile od takich osób, które proponując mi pomoc w tworzeniu mojej witryny od razu, w pierwszym mailu pytali, ile promówek będą dostawać co miesiąc i czy na każdy koncert będą mięli akredytację. Jeszcze kilka lat temu mogliśmy obserwować prawdziwy boom tego rodzaju twórczości. Webziny powstawały jak grzyby po deszczu, najczęściej prezentując niezbyt wysoki poziom. Chyba właśnie stąd wzięła się niechęć ortodoksyjnych fanów metalu do tego rodzaju formy przekazu. Zawsze znajdzie się jakiś młokos, który od tygodnia kolekcjonuje metalowe mp3 i pragnie dzielić się z innymi swoim zdaniem na ich temat. Jednak taka twórczość na szczęście jest już chyba w mniejszości. Wydaje mi się, że obecnie cały ten boom znacznie przycichł i na scenie pozostały w większości te „łebzajny”, które naprawdę mają coś do zaoferowania i w których działają ludzie szczerze oddani podziemiu.
Inną sprawą jest to, że internet jest miejscem, w którym najmłodsze pokolenie nastoletnich „metali” szuka informacji, kontaktuje się z innymi, często poświęcając na to połowę swego czasu. Taka jest prawda i nic chyba tego nie zmieni. Właśnie dlatego pierwszy kontakt takiego młodego osobnika ze sceną następuje najczęściej poprzez sieć. Jeśli zatem natrafi on na jakiś porządny, sprawnie zrobiony webzin to jest duża szansa, że zostanie on wciągnięty w temat i jego – hmmm… nazwijmy to – edukacja metalowa będzie przebiegać poprawnie. Z czasem zainteresuje się też pewnie papierowymi zinami, złapie trochę kontaktów, jednym słowem zostanie wchłonięty… Każdy przecież musiał przejść przez taki właśnie etap edukacji, nieistotne czy realizował się on poprzez sieć, czy poprzez tradycyjne ziny lub kolegów… Przecież nikt nie urodził się z tatuażem VITAL REMAINS na plecach…
Jeśli chodzi o metody komunikowania pomiędzy uczestnikami sceny, to wydaje mi się, iż od postępu uciec się nie da. Osobiście zawsze lubiłem dostawać ręcznie pisany list, z którego wysypywało się kilka flayersów, ulotek. Jednak nie można negować tego, że współczesne formy kontaktu takie jak maile, komórki czy gg są tańsze i nieporównywalnie szybsze. Dlatego zawsze dziwi mnie, jeśli ktoś nastawia się tylko i wyłącznie na kontakt pocztowy. To tak jakby świadomie odcinał się od postępu technicznego, którego przecież zatrzymać nie sposób. Skoro mamy coraz lepsze możliwości kontaktu z ludźmi z całego świata, to po prostu z nich korzystajmy! Jedynym, acz znaczącym minusem globalnej łączności jest rosnąca anonimowość uczestników sceny. Zawsze przecież może się znaleźć jakiś „znafca”, który szaleje z opiniami na forach internetowych i gnoi co drugi usłyszany zespół, a tak naprawdę nigdy nie był na koncercie. Ja jednak jestem niepoprawnym optymistą i wydaje mi się, że takie zachowania są jedynie marginalne. W końcu nic nie zastąpi obcowania z ukochaną muzyką na żywca i „na świeżo” dzielenia się opinią z kumplami przy „pifku”…
Całe to zagadnienie związane z internetem i jego rolą w tworzeniu podziemia metalowego jest tak rozległe, że nie sposób zamknąć go w kilku zdaniach. Świat się zmienia, a internet jest doskonałym znakiem tych przemian. Choćby nie wiem, jak się starać, czasy wymiany kaset magnetofonowych i ręcznego pisania setek listów już z pewnością nie powrócą. Zmian tych można nie akceptować, ale nie zauważyć ich po prostu nie sposób.

 

Adrian – EMPHERIS, HELLISH, R`Lyeh `zine:

Czy wyobrażacie sobie, aby Wasza miłość oświadczała się via sms? Albo nasienie do prokreacji będziemy przesyłać w woreczkach, bo mniej się namęczymy! Hm… Ciekawa koncepcja, nie ma co. Mnie net mierzi. Ponieważ niektóre tematy ułatwia na tyle, że ciężko wyczuć ich intencje, zamiary etc… Jak darmowa pizza, której nikt nie zamawiał:-)! Metal właśnie tym różni się od innych gatunków muzycznych, że wymaga poświęcenia: płyty, kasety, CDs są droższe od mp3, ale jednocześnie droższe sercu i zostają na zawsze. Sam mam kasety sprzed dwudziestu lat (np. ACCEPT, IRON MAIDEN, MANOWAR, BLACK SABBATH), z kserowanymi wkładkami, kupione na bazarze w odległym od miejsca zamieszkania mieście. Myślicie, że zamieniłbym je na cokolwiek innego? Nigdy! Mp3 i www może mieć dziewczynka z podstawówki, web-zina zrobi piętnastolatek, ale popatrzcie na poziom i zaangażowanie tej miernoty! I w końcu, czy – w sensie podziemia – „kontaktem ze światem” można nazwać maile?! Ja piszę listy, na które dostaję regularne odpowiedzi z praktycznie wszystkich kontynentów (poza Antarktydą:-)). I tak czyni w Polsce masa ludzi, prawdziwych maniaków tej muzy! Inaczej rzecz ujmując, można to porównać do prawdziwej wyprawy do Egiptu i oglądania pocztówek. Moim zdaniem nie wszystko da się połączyć. Spam porównywany do flyera? List do maila? List pełen flyerów jest czymś wspaniałym. Jara mnie to przez większość życia, więc jak wejdę w polemikę z kimś, kto użyje tego argumentu w odwrotnym kierunku… Jak ktoś mi powie, że nie widzi różnicy, to już wiem, z kim gadam. Nie, nie mam już zdrowia! Róbcie te web-ziny, obetnijcie włosy, spamujcie, a dojdzie do tego, że kapele metalowe znikną z powierzchni ziemi…

 

Mihu – EBOLA, WARFIST, BLOODTHIRST, ex Gehenna `zine:

Podziemie doby internetu to temat zaiste aktualny, bo mimo że problem ten został poruszony już parę lat temu, to nadal pojawiają się w nim jakieś nowe wątki, nowe postawy wobec niego itd. Druga sprawa, że wokół tego zagadnienia można się kręcić jak smród po gaciach i gadać o nim godzinami, więc ja skupię się tylko na rzeczach, które zwróciły moją uwagę w niedalekiej przeszłości, albo stanowiły moje prywatne poglądy odkąd pamiętam. Nie będę też jakoś specjalnie odnosił się do starego undergroundu, bo z racji tego, że swoją aktywną działalność na tzw. scenie zacząłem, gdy internet już się na niej zadomawiał, znam go bardziej z opowiadań niż z autopsji. Jednak w tych opowiadaniach przewijały się takie wątki, z którymi rzeczywiście się zgadzam i bez których nie może istnieć dla mnie podziemie jako takie. W końcu nie trzeba słuchać metalu od początku lat `80, aby stwierdzić, że VENOM to bogowie:-)! To taka mała dygresja…
Przede wszystkim u dzisiejszych zespołów razi mnie to, że kiedy dostaję jakąś demówkę czy inne promo, widnieje na nim tylko adres mailowy albo, o zgrozo, numer komórki czy gg!!! A gdzie, do chuja, zwykły adres pocztowy?! Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że przecież można go wysępić drogą mailową. Osobnik zainteresowany twórczością danej kapeli powinien mieć takie coś podane na tacy. Osobiście sam korzystam z dobrodziejstwa poczty elektronicznej, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zupełnie olać tradycyjną korespondencję. Dlaczego? Ano dlatego, że tylko w ten sposób można sobie „potrejdować” z innymi maniakami (kolejna tradycja, która bardzo mi się podoba, bo czasem można trafić na takie perełki, jakich na różnych soulseekach czy innych e-mułach raczej się nie wyczai). Oprócz tego flyery wysypujące się z koperty razem z listem są dla mnie o wiele cenniejszym źródłem informacji niż jakieś spamy, które zazwyczaj wyjebuję bez czytania. Dla mnie to jest istotne w pisaniu listów, a nie przytaczany przez niektórych argument o „bezduszności” maili. To nie zależy od formy, ale osoby, która siedzi po drugiej stronie. Z jednymi mogę wymieniać listy elektroniczne, które mogłyby normalnie zająć dwie strony A4, zaś zdarzają się takie persony, których listy papierowe ograniczają się do „Cześć! Co u Ciebie? U mnie spoko. Pozdro!”. To tak w dużym uproszczeniu, ale kumacie, o co chodzi…
Wspomniałem o flyerach. Szkoda też, że wraz z usuwaniem tradycyjnego adresu zespoły rezygnują także z nich i skupiają się jedynie na wymienianiu bannerów z innymi stronkami itp. To moje subiektywne odczucie, ale taki flyer wykonany przez kapelę uwiarygodnia ją w moich oczach, jako kolektyw ludzi, którym naprawdę się chce, są rzetelni, uczciwi i oddani sprawie. Jakby nie patrzeć, jest to wkładanie dodatkowej energii i potu w promocję. Nie mówię, że wszystkie zespoły nie posługujące się flyerami są „be”, a czyniące to „wporządalu”. Po prostu takie jest moje odczucie w tej kwestii, ale przyznam, że w moim wypadku ta reguła znajdowała potwierdzenie nie raz, nie dwa.
Z tego, co piszę do tej pory, może wynikać, że w internecie widzę samo zło, ale tak nie jest, gdyż uważam go również za zajebiste miejsce do promowania kapel. Przede wszystkim można złapać szersze kontakty z typami z zagranicy, co nie znaczy, że drogą papierowych listów nie. Po prostu jest to szybsze i pewniejsze. Oprócz tego mając się wymienić z zespołem załóżmy z Ameryki Południowej, gdzie przesyłka kosztuje trochę sianka, to wolałbym usłyszeć choć próbkę ich muzy, zamiast wymieniać się w ciemno i potem dostać kupę. Przez neta mam możliwość wcześniejszego sprawdzenia tego. Może to i wygodnickie z mojej strony, ale trudno:-)! Ja się z tym czuję dobrze:-). Jak też już napomknąłem, często zdarza mi się korzystać z maila, a to dlatego że chcąc utrzymywać z niektórymi regularną listowną korespondencję, nie wyrobiłbym finansowo. A tak mogę spokojnie pisać do wszystkich, nikogo nie zaniedbując:-)!
Może i rzeczywiście ogólna dostępność materiałów umieszczonych w sieci trochę gryzie się z ideą elitarnego podziemia, ale tak na zdrowy rozsądek, to na takie coś są specjalne strony i byle kto tam nie włazi. A jakiś flyer czy inny materiał promocyjny rozsyłany drogą tradycyjną również może wpaść w łapy jakiegoś kretyna, dla którego żadne miejsce na naszej planecie nie jest wolne. Oprócz tego wydaje mi się, że jeśli ktoś mówi „internetowy UG”, myśli przede wszystkim o internetowych forach, które rzeczywiście nierzadko są skupiskiem debili roku czystej wody. Jednak moim zdaniem jest to zbytnie upraszczanie tematu.
Więcej rozpisywać się nie ma chyba sensu, a poza tym nie za bardzo wiem, o czym, żeby się nie powtarzać:-)! Podsumowując mogę jednak rzec tak… Podziemie teraz nie może istnieć bez netu i trzeba się z tym pogodzić. Wystarczy nauczyć się z niego odpowiednio korzystać, a przede wszystkim nie zrywać, czy olewać tradycyjnych dróg komunikacji bądź promocji w podziemiu. Internet powinien służyć tylko jako narzędzie pomocnicze, a nie priorytetowe orędzie propagandy. To wszystko jest wbrew pozorom bardzo łatwe do pogodzenia. Wystarczy tylko trochę skorzystać z mózgu… A to naprawdę nie boli:-)!

 

Yanus – fan, słuchacz, czytelnik:

Świat idzie do przodu i nic tego nie zmieni. Jakiekolwiek by były „ochy” i „achy”, przeszłość nie powraca nigdy. Raczej niemożliwością jest, by czekać na list od maniaka z Boliwii:-) choćby rok, gdy można go posłuchać, a nawet zobaczyć w ciągu kilku chwil, korzystając z netu. Kto kocha muzę i kogo stać, ten i tak kupi płytę lub pójdzie na koncert – obojętnie, czy będzie to bigband czy lokalny support, bądź co bądź METALLICA grała kiedyś w garażu:-). Jednak wielu osób nie stać na zakup CDs. Hm… Wtedy wydaje się w jakiś tam sposób usprawiedliwione ssanie mp3, przypomina to nawet archaiczną wymianę taśm. Prawda jest taka, ze dziś kokosy zbija się na koncertach i ktoś, jak tu sobie orze, tak żyje. Świat to globalna wioska, tylko kokosy niestety nie wszędzie.

 

Daniel – REDEMPTOR, SOTHOTH, PRIVATEER:

Nie uważam się za część podziemia, ani za jednego z wielu współtwórców, dlatego że nie robię niczego, co by było w jakikolwiek sposób z nim związane. Ja odcinam się od tego wszystkiego, ponieważ podziemie samo w sobie nie jest niczym dobrym dla zespołu, no chyba że kapela nie ma ambicji go opuścić. Wiele grup upada w podziemiu bądź zatrzymuje swoją ewolucję na poziomie podziemia; chodzi mi tu o poziom twórczy czyli treść muzyczną i o poziom tzw. skomercjalizowania:-). Ci wszyscy true pagan black metal na pewno nie biorą tego w ogóle pod uwagę! Nie interesuje mnie żadna forma podziemia. Należę do tych ludzi, którzy nie tylko chcą grać i się przy tym dobrze bawić, ale również czerpać z tego korzyści materialne. Wielu muzyków ma pracę, dom, rodzinę (żona i dzieci). Mnie to nie kręci! Wiadomo, jaka jest średnia krajowa, jeśli chodzi o płace. Często muzyków zabija proza życia; są też tacy, którzy z czasem wypalają się i ulegają tej prozie. Dlatego jest tylko parę zespołów, które się wybiły: VADER, BEHEMOTH, DECAPITATED. To są ludzie, którzy wiedzą, czego chcą. Niektórym się wydaje, że te grupy po prostu mają fuksa, ale nie zauważają, że sami siedzą na dupie i potrafią tylko narzekać. Nie biorą pod uwagę tego, że treść muzyczna, jaką prezentują, jest zwyczajnie do bani. Wydaje mi się, że podziemie jest taką sceną w scenie, która leczy kompleksy tych, którzy nie potrafią się wybić. Najlepszym przykładem są zino-pisarze mający kiedyś coś wspólnego z różnymi kapelami. Często są to byli liderzy grup dawno zapomnianych bądź lokalnych „gwiazd”. Na palcach jeden ręki mogę wymienić ziny, które warto czytać i wysłać do nich płytę, chociaż i tak treść ogólna pozostawia wiele do życzenia. Co by nie gadać na „Thrash`em All”, „Metal Hammer” czy „Mystic Art”, to są to profesjonaliści i nie każdemu może się podobać to, że w tych gazetach często roi się od gówna:-).
Internet? Tak, to bardzo dobra forma promocji. Przede wszystkim bardzo wygodna i tania. Obecnie chyba każdy ma w domu internet. Dla mnie oczywiste jest to, że idziemy z postępem, skoro mamy XXI wiek. Nawet jeśli w sieci jest piractwo, to co z tego? Tak naprawdę dzięki temu mamy globalną formę promocji, a płyty i tak są kupowane przez ludzi pomimo tego, że ceny wciąż rosną. Myślę, że bez piractwa byłoby krucho. To najlepsza forma promocji. Jeśli ktoś naprawdę lubi jakiś zespół, to kupi jego album w sklepie. Ja tak robię: najpierw ściągam z internetu, a jak mi się podoba, to kupuję. Bo dlaczego mam brać kota w worku? Takie jest moje zdanie:-).

 

Minstrel – Nowela `zine, ex BRAQUEMARD:

Temat zmian w podziemiu i wpływu internetu na naszą scenę wciąż jest na ustach wszystkich ,,bywalców” podziemia. Cóż, temat ten jest już nieźle zużyty i wygląda jak sprany podkoszulek, ale co najdziwniejsze, pomimo upływu czasu nadal jest na topie i nie schodzi z „pierwszych stron gazet”. Bardzo dziwne, że wiele innych rzeczy i tematów dotyczących podziemia (jak choćby rip-offcy czy scena NS) zeszło na drugi plan. Ba! Często wręcz zginęło śmiercią naturalną. Ale od początku…
Na pewno to, co napiszę, to typowo subiektywne odczucia; to, czego sam doświadczyłem przez, jakby nie patrzeć, spory kawałek czasu aktywnego uczestnictwa w naszym undergroundzie. Wiele osób może się z tym nie zgodzić, ale to już nie mój problem…
Zacznę może od ,,zagrożeń”, których co poniektórzy upatrują w sieci. Faktycznie zauważalny jest ogromny wpływ internetu na dzisiejsze podziemie. Coraz więcej ludzi zaczyna opierać swoją działalność na sieci. Nie traktuje jej jako pomocy, ale wręcz jako fundament!
Wystarczy chociażby spojrzeć na tradycyjne listy. Wydaje mi się, że listy piszą już tylko ludzie, którzy za pomocą tradycyjnej korespondencji uczyli się, czym jest podziemie, którzy mają do tego ogromny szacunek, którzy dzięki temu poznali wyśmienite osobistości nie tylko naszego underku i ci, którzy pomimo ogromnych problemów z nawiązywaniem kontaktów, przebrnęli przez wszystkie bariery (początek lat `90) i do dzisiaj cenią sobie tę formę nawiązywania znajomości. Osobiście mogę powiedzieć, że dla mnie list jest czymś wyjątkowym – ten, kto pisze list, wkłada w niego cząstkę siebie! Wystarczy, że widać czyjś charakter pisma; umiejętność dobierania słów, błędy ortograficzne i inne tego typu ,,pierdoły” mogą pokazać chociażby w niewielkim stopniu, kim jest osoba po drugiej stronie! Czy można to samo powiedzieć o mailach? Nie sądzę. Kilka krótkich zdań nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego, tym bardziej, że można sobie włączyć chociażby autokorektę!!!! Maile są bezosobową (bezpłciową) formą nawiązywania znajomości. Niestety… Oczywiście sam używam poczty internetowej, ale tak naprawdę w wyjątkowych okolicznościach. Potrafię również dostrzec plusy maili, jakim niewątpliwie jest m.in. bardzo krótki czas dostarczania wiadomości. Poza tym maile rzadko się zapodziewają, w przeciwieństwie do zwykłej poczty, gdzie nadal jest to na porządku dziennym.
Kolejną sprawą, którą chciałem tutaj poruszyć, są ogromne różnice między zinami papierowymi a tzw. webzinami. Ja wychowałem się na kulcie papieru i niestety nie dostrzegam żadnych pozytywnych aspektów istnienia czegoś takiego jak webzine! Plusem mają być niby aktualne informacje, łatwy i darmowy dostęp do tegoż ,,pisemka”, rzesze odwiedzających tę stronę? Cóż… 80% tej wiary to ludzie przypadkowi, których w ogóle nie interesuje to, co jest zawarte w danym webzinie. Aktualne informacje? Powiem szczerze, że kilkakrotnie próbowałem zaczerpnąć takowych i za każdym razem raził mnie brak profesjonalizmu. Opisy krótkie, na ,,odwal się”, byleby tylko coś zamieścić. Wywiady? Niestety także brak profesjonalizmu i obycia ze sceną, pytania szablonowe, bez wnikania w szczegóły. Treść nie tyle ciężkostrawna, ale wręcz prowadząca do ostrych rewolucji żołądkowych. Przypuszczam, że są na tym świecie webziny, których twórcy wiedzą, o co chodzi w podziemiu, szkoda tylko, że nie miałem okazji takowych poznać…
Nie można również nie wspomnieć o tape-tradingu w XXI wieku. Akurat pod tym względem nie zauważyłem większej różnicy. Cały czas uczestniczę w tym jakże interesującym przedsięwzięciu, z tym że teraz nazwałbym to CDR-trading:-)! Również nie zauważyłem mniejszego zainteresowania wymianą nagraniami – być może ja mam takie szczęście. Jeśli zaś chodzi o ingerencję sieci w tym zakresie, to moim zdaniem ściąganie to dobra sprawa, tym bardziej, że ceny płyt są po prostu kosmiczne! Oczywiście nie ma to jak oryginalna płytka z całą oprawą graficzną, ale niestety rzadko pozwalam sobie na zakup takowych z bardzo prostego powodu – kasa! Natomiast każda paczuszka, którą dostaję, czy to zgrywaną z oryginałów, czy też z formatu mp3 (byleby tylko była dobrej jakości!), przysparza mi tyle samo radochy!! Nie zapominam też o dużo prostszym dostępie do płyt (co akurat moim zdaniem jest jak najbardziej ok!). Szkoda tylko, że przepadły gdzieś te wszystkie wspaniałe dystrybucje, z których można było wygrzebać niezliczone perełki światowego undergroundu!!!
Tak prawdę powiedziawszy, największy wpływ internetu na podziemie widać po stronie najbardziej zainteresowanych czyli zespołów. Panuje totalne lenistwo: już rzadko której kapeli chce się pisać listy (wystarczy przecież wrzucić do koperty płytkę, i tak wiadomo, o co chodzi, prawda?), nie wspominając już o ulotkach, których teraz jest jak na lekarstwo! Równie często zdarza się, że dana grupa kieruje cię na stronę www, abyś mógł sobie zaczerpnąć informacji! To już są czyste kpiny! My – edytorzy marnujemy swój cenny czas, aby umieścić jakąkolwiek wzmiankę o interesującym według nas zespole, a one tak pięknie nas zlewają!! W końcu to im powinno najbardziej zależeć na promocji, prawda? Niestety chyba już się o tym zapomina..
Mógłbym również wspomnieć tutaj o niższych frekwencjach na koncertach, na których metalowa młodzież grzecznie stoi, a nie wskakuje do dzikiego pogo, by stracić trochę włosów!
Podsumowując, spokojnie można stwierdzić, iż wpływ internetu na dzisiejszy underground jest bardzo duży. Jednak nie można pozwolić, aby to on kształtował nasze podziemie, bo taka sytuacja bezsprzecznie doprowadziłaby do jego upadku bądź też całkowitej zmiany – być może wtedy ciężko byłoby je nazwać podziemiem! Trzeba w pewien sposób pogodzić tradycyjne podziemie z lekko unowocześnionymi instrumentami komunikowania się, aby stworzyć jeszcze potężniejszy underground! Ale trzeba to połączyć inteligentnie – zapędzanie się w skrajności doprowadza do fanatyzmu, a chyba nic gorszego człowiek do tej pory nie wymyślił…
Osobiście nie upatruje w internecie jakiegokolwiek zagrożenia dla tradycyjnego podziemia, gdyż ono było kolebką całej sceny i to z niego wyrosły zespoły, których dzisiaj namiętnie słuchamy, i to z niego czerpią pełnymi garściami twórcy webzinów itp.! Podziemie było, jest i będzie – wystarczy tylko, że znajdzie się kilku maniaków, którzy bez względu na przeszkody będą robić swoje! Pozdrawiam właśnie tych wszystkich maniaków! Forever Underground!

 

Maciek – Burning Abyss `webzine & `zine:

Temat rzeka… O podziemiu „wczoraj i dziś” można pisać w nieskończoność! Choć można też szybko zamknąć tę kwestię stwierdzeniem, że po prostu, każdy czas ma swoje wady i zalety („plusy dodatnie i plusy ujemne”:-)).
Tak się złożyło, że maczałem palce zarówno w tradycyjnym podziemiu (choć niestety załapałem się tylko na jego schyłek czyli drugą połowę lat `90), jak i tym współczesnym, więc doskonale znam zasady w nich panujące oraz widziałem ich mocne i słabe punkty.
Na pewno kiedyś kontakty w undergroundzie były bardziej osobiste, zaangażowane, wymagały naprawdę dużo czasu, no i sporych nakładów finansowych. Weźmy na przykład taki list – trzeba było go napisać, włożyć w kopertę wraz z flyersami, bujnąć się na pocztę, kupić znaczki i wysłać (modląc się przy okazji do Szatana, żeby doszedł, bo Poczta Polska miała skłonności do „pożyczania” korespondencji). Teraz napisanie e-maila zajmuje tylko parę minut (w porywach kilkanaście:-)) i nie kosztuje nic. Na pewno jest to pewniejsza i szybsza forma korespondencji, a wiadomo, że w dzisiejszych czasach każda minuta jest na wagę złota. Tak więc powyższe oszczędności uważam akurat za atut naszych czasów. Poza tym jeśli komuś brakuje tradycyjnych listów, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je pisać, prawda? No i chyba przed pocztą elektroniczną nie da się uciec, korzystają z niej przecież nawet najbardziej zagorzali maniacy podziemia (np. Tomasz z THRONEUM, Pawlak z „Open Casket `newsletter” czy Gab z Nihilistic Holocaust – przy okazji serdecznie Was pozdrawiam, chłopaki!).
To samo tyczy się zine’ów, webzine’ów czy np. koncertów. Jeśli ktoś woli działać on-line albo oglądać występy zespołów na komputerze, to jego sprawa, ale i zarazem jego strata. Tak, strata, bo nigdy nie zazna smaku trzymania w ręku swojego debiutanckiego numeru pisma, w który włożyło się mnóstwo krwi, energii, kasy i czasu. Tak samo jak nie zazna atmosfery prawdziwego podziemnego gigu, tego smrodu potu i fajek, kiepskiego, ale jedynego w swoim rodzaju brzmienia, pokoncertowych wspólnych libacji z muzykami i działaczami, których do tej pory znało się tylko z listów i wywiadów.
Owszem, jest parę negatywnych zjawisk, jak choćby przesyt muzyką (zbyt dużo przeciętnych zespołów wydaje materiały), pewne zmanierowanie słuchaczy, słaba znajomość korzeni metalu, ale czy w latach `80 i na początku `90 tego nie było? Już wtedy grało mnóstwo kapel (i niemożliwością było ogarnięcie tego wszystkiego), też było pełno laików, pozerów (co z tego, że mieli długie hery i zajebiste naszywki, skoro połowa z nich nie czuła, o co w tej muzyce chodzi), oszustów, chujowej muzyki i beznadziejnych wytwórni…
A może to dobrze, że teraz metal jest podany na tacy? Jeśli interesuje mnie jakiś zespół, informacje o nim lub muzykę znajdę natychmiast. I jak zechcę, to kupię jego EPkę bez problemu, a jak nie, to sobie ściągnę plik mp3. Mogę sobie nabyć zine’a albo przeczytać recenzje w necie. To chyba dobrze, że mam wybór, możliwości, dostęp do tego wszystkiego? Kwestia wyboru – nic więcej.
Cóż, wydaje mi się, że mimo bardzo nowoczesnych i stosunkowo ciężkich dla metalu czasów, aktualna kondycja naszego podziemia nie jest najgorsza. Wciąż jest parę dobrych, papierowych pism (na myśl przychodzą mi: „Necroscope”, „Complete Necro”, „Panzerfaust”, „Possessed Tormentor”, „Najświętszy Napletek Chrystusa”, „Forgotten Chapel”, „Turbosperminator”), wytwórni (Pagan, Time Before Time, 7 Gates, Death Solution) i mnóstwo metalowych (!!!) kapel, które nie dały dupy (m.in. THRONEUM, ANIMA DAMNATA, INSEMINATOR, WITCHMASTER, AZARATH, STILLBORN, NIGHTLY GALE, BESTIAL RAIDS, DEAD INFECTION, SQUASH BOWELS, HELL-BORN, PARRICIDE, SUPREME LORD, BESATT, BLOODTHIRST i wiele, wiele innych).
Tak więc nie zapominajmy, że najważniejsza jest muzyka!!! Nieważne, czy na „kultowym winylu”, czy na kompakcie. Nieważne, czy opisana w internecie, czy na papierze. Nieważne, czy wydana w wytwórni mainstreamowej, czy w głębokim podziemiu. Nie ważne, czy opatrzona kredowym, pięknym bookletem, czy czarno-białą, xerowaną wkładką. Ważne, żeby była metalowa, zajebista i żeby jej słuchanie wciąż sprawiało nam frajdę!!!

 

Tomek – undermaniak:-):

Co mogę powiedzieć na temat undergroundu XX w.? Czegoś, czego nie tworzyłem, a jedynie uczestniczyłem jako fan i czytelnik… Niestety łezka się kręci w oku, ponieważ ja mam sentyment do tamtych czasów. Do fanzinów robionych metodą wyklejanki lub pisanych na maszynie. Do tony flyerów, które wysypują się z listów. Czy też do wymiany demówkami. Poza tym ten ogrom pracy, który ludzie wkładali w tradycyjne podziemie, naprawdę imponował. A teraz… Może jest łatwiej. Zespoły mają swoje strony www, na których mogą umieszczać bannery innych kapel. Poza tym taka strona to czasem jedna z niewielu form prezentacji grupy spoza trendu, gdyż w żadnym papierzaku bądź webzinie nie miałaby racji bytu. Inną sprawa, że scenę tworzą coraz młodsi słuchacze, zespoły itd., dla których smarowanie znaczków klejem, wysyłanie swoich demówek do papierzaków lub przeciętnego słuchacza jest niepotrzebne. A może nawet jest i śmieszne, gdyż każdy może ściągnąć sobie nagrania z sieci. Niestety parę razy sam spotkałem się z taką sytuacją. I tu idea prawdziwego undergroundu, integracji i przyjaźni z innymi coraz bardziej zanika. Każdy jest anonimowy. Natomiast dużym plusem internetu jest szybki kontakt praktycznie z całym światem.
Bardzo mi się podoba to, że pisma takie jak „Thrash`em All” czy „Metal Jeers” dołączają płyty do swoich gazet. To bardzo dobra forma dotarcia do słuchacza. Tylko czy przeciętni słuchacze dorośli do tego?
Następną kwestią są webziny. Ja sam mam swoje ulubione, które czasami sobie przeglądam. Ale niestety większość z nich nie ma nic wspólnego z podziemiem. Bynajmniej VADER i BEHEMOTH, o których coniektórzy piszą, do niego nie należą. Denerwujące jest też to, że te same webziny chętniej umieszczają recenzje tegoż samego VADERAa i BEHEMOTH`a niż demówki jakiegoś podziemnego zespołu X, którego nikt nie słyszał. Może bym był za podziemiem w sieci, gdyby tworzyły go kompetentne i odpowiedzialne osoby, których niestety brak. Internet daje możliwości lepszej promocji, tylko niestety web-edytorzy nie potrafią lub nie chcą tego wykorzystać.
Zastanawiam się, ile osób, oprócz mnie, zaczytuje się w papierowej prasie. Ile osób dotknie właśnie najnowszego „Atmospheric`a”? Przypuszczam, że ta liczba – w porównaniu z poprzednimi latami – znacznie zmalała. Nie dziwi mnie sytuacja, kiedy tradycyjni edytorzy zawieszają broń, gdyż pojawia się zniechęcenie. To tylko kwestia czasu, kiedy tradycyjne podziemie umrze. Przypuszczam, że za 5-6 lat nikt nie będzie pamiętał o tym, że coś takiego istniało.

 

Adam Mielczanek – ex Metal Center `webzine:

Pytania o webziny stają się lekko – jakby tu dyplomatycznie powiedzieć:-)…? Przynajmniej jak się robi jakiś wywiad, to jeszcze tego samego wieczora może lecieć w eter i tak samo jak ktoś natrzaska fotek z koncertu… To niewątpliwa przewaga. Inna sprawa, że namnożyło się tzw. Dzieci Neostrady, zwanych inaczej Kinder Metalami. I jest trochę webzinów-pułapek…