Kategoria: Artykuły muzyczne (o zespołach, płytach)

LUX OCCULTA: Czy zbudzą się Rogate Dusze, czyli Dionizji ciąg dalszy?!

 

Image

 

PROLOG

Długo zastanawiałem się, co napisać we wstępie do tego artykułu, bo cóż można powiedzieć o kapeli, która jest doskonale znana i pomimo upływu lat i braku nowych nagrań oraz wieści z jej obozu, wciąż wzbudza masę emocji?! Choć członkowie zespołu rozrzuceni są po różnych miastach i krajach, to fakt, że mają ze sobą stały kontakt, pozwala mieć nadzieję, że to jeszcze nie koniec tej wspaniałej grupy. No a że jakiś czas temu Jaro Szubrycht wspomniał coś o powrocie LUX OCCULTA, to teraz na forach internetowych, koncertach zaprzyjaźnionych kapel czy imprezach towarzyskich aż huczy od domysłów i plotek na ten temat. Co by się jednak nie wydarzyło, zespół ten na stałe wpisał się w historię metalowego undergroundu jako jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych aktów, który zainspirował dziesiątki innych grup.

Gwoli wyjaśnienia – w artykule nie starałem się analizować muzyki LUX OCCULTA, rozbierać ją na czynniki proste itd., bo wydaje mi się, że każdy z Was uczynił to już dziesiątki razy. Zależało mi jednak, żeby przedstawić najważniejsze fakty z historii kapeli, kilka anegdot i nieznanych do tej pory ciekawostek. Na wspominki udało mi się namówić Jurka (klawisze), Petera (gitara), Jaro.Slava (wokal) oraz wieloletniego wydawcę zespołu Tomka Krajewskiego (Pagan Records). Przytoczyłem też niektóre wypowiedzi muzyków z archiwalnych wywiadów. Dowiecie się więc, jakie były początki oraz przebieg całej kariery „luksusowego” bandu oraz czego można się spodziewać po ewentualnym przebudzeniu się tych rogatych dusz…

ImageMoja znajomość tematu LUX OCCULTA na samym początku wiąże się z osobą Jara Szubrychta – jednego z moich najlepszych ówczesnych przyjaciół z undergroundu. Wydawca Diabolic Noise `zine, promotor i późniejszy wokalista TERROR, który następnie przekształcił się w HAEMORRHAGE, na początku lat `90 prowadził ze mną ożywioną korespondencję, a z czasem zaczęliśmy się widywać na suto zakrapianych imprezach z okazji moich wizyt w Dukli czy też Jarka w Bieszczadach. Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością muzyczną Jara na jakimś przeglądzie kapel w Przeworsku, gdzie występował z HAEMORRHAGE. Występ ten przypadł mi do gustu, a – z tego, co pamiętam – docenili go również jurorzy wyróżniając kapelę. Na tym samym przeglądzie wystąpił również inny dukielski zespół o morderczej nazwie BLASPHERION. To właśnie dwóch kolesi z tej grupy odpowiedzialnych jest za powołanie do życia LUX OCCULTA…

 

POCZĄTKI

Mamy początek 1994 roku. Przekazuję głos Peterowi: „Na początku było słowo… Nie, na początku był niesamowity głód grania, głowa pełna pomysłów, nieprawdopodobna determinacja, by w dwutysięcznym mieście znaleźć kilku osobników lubiących metal i zarazem potrafiących trzymać instrumenty we właściwym położeniu. Razem z G`Amesem naszkicowaliśmy w moim ciasnym pokoiku muzyczny zarys dwóch pierwszych utworów, które później znalazły się na jedynej naszej taśmie demo „The Forgotten Arts” i metodą eliminacji rozpoczęliśmy poszukiwania pełnego składu. W ciągu jednego wieczoru i spożyciu kilku buteleczek ukraińskiego spirytusu skompletowaliśmy właściwie cały trzon zespołu.”

Parę dni później obaj gitarzyści zaproponowali posadę wokalisty Jarkowi Szubrychtowi, który przyjął pseudonim Jaro.Slav i od tej pory zajął się, oprócz wokali, sferą liryczną oraz PR zespołu. Po krótkim czasie kolejnymi członkami stali się: basista Jackie oraz perkusista Aemil. Okazało się jednak, że to nie koniec formowania składu, ponieważ wizja muzyczna LUX OCCULTA obejmowała również instrumenty klawiszowe. Wracamy więc do wspomnień Petera: „Potrzebowaliśmy jeszcze tylko klawiszowca. Jedynym, którego znaliśmy i mieścił się osobowościowo w ogólnym zarysie powstającej grupy, był U.Reck. Ale on miał jeden minus – nie był metalowcem. Był, o zgrozo, kojarzony z DEPECHE MODE! Na szczęście świetnie się nam razem piło wódeczkę i jeździło na dupy. Tak, tak black metalowcy też jeździli na dupy:-).”

A jak swoje dojście do ekipy LUX OCCULTA wspomina U.Reck? „To były fajne, beztroskie czasy. Dwóch kumpli od wspólnej wódeczki i wypraw na kobitki zaprosiło mnie na jedną z pierwszych prób założonego właśnie młodzieżowego zespołu muzycznego o profilu metalowym;-). Miałem wówczas mierne pojęcie o ich wyczynach, bo jak dotąd „popełnili” dwa numery, których prawie nikt nie słyszał:-). Wpadłem jednak do dukielskiego kina, gdzie czekał mały syntezatorek Yamaha pożyczony od innego kolegi. Jedyną klawiaturą, z jaką wcześniej miałem do czynienia, była klawiatura akordeonu, ale to nic – posłuchałem, poczułem, co poczuć miałem, no i następny utwór zrobiliśmy już wspólnie. I tak oto sześciu przystojnych, młodych ludzi z małej mieściny na końcu świata, pomimo braku umiejętności przyzwoitego grania na jakimkolwiek instrumencie, rozpoczęło wielką przygodę z muzyką;-).”

Jak to zwykle bywa na początku, jest ogromne parcie na granie, tworzenie nowych numerów, bez względu na czyhające na każdym kroku niedogodności. Zwłaszcza w tamtych czasach i w takim miejscu jak podkarpacka Dukla, problem był szczególnie ze sprzętem i miejscem do grania, częstotliwością prób etc. „Zespół powstał chyba na przełomie stycznia i lutego. Co ciekawe nie mieliśmy instrumentów, sprzętu i… sali prób” – wspomina Peter – Jednak do dzisiaj pamiętam tę oczywistą oczywistość tamtych dni: kapela będzie grała choćby – zacytuję G`amesa – „skały srały”. Nie było przeszkód nie do pokonania, sprawa rozbiła się nawet o burmistrza miasta („Chłopaki, ja was rozumiem, ja też kiedyś byłem hippisem”:-)). Pierwsze próby mieliśmy w kinie „Promień” w Dukli. Sprzęt (oj, to za poważne słowo na eksponaty, jakimi dysponowaliśmy) rozstawialiśmy na scenie pod ekranem. Można więc powiedzieć, że od pierwszych chwil dobrze czuliśmy się na scenie. Ciekawostką niech będzie fakt, że zaraz po naszych próbach w tej samej sali odbywały się spotkania Świadków Jehowy. Wielu z nich przybywało wcześniej, mogli więc z rodzinami rozkoszować się widokiem naszych „występów”.”

Image

I wszystko jasne. Początek był charakterystyczny dla większości zespołów rozpoczynających działalność w latach świetności sceny undergroundowej… Jednak już wtedy zaczęła zarysowywać się wyjątkowość muzyki LUX OCCULTA – charakterystyczna chwytliwość, połączona z niezwykle mrocznym klimatem oraz nieodzowną dawką brutalności.

Grupa zaczęła myśleć o pierwszych nagraniach… „Pierwsza sesja – wspomina Peter – odbyła się w owym kinie na dwuśladowym magnetofonie. Na jednym śladzie wszystkie instrumenty, a na drugim głos Jaro.Slava. Całkiem nam się to spodobało. Co prawda słyszeliśmy o studiu Manek w Sanoku, ale był to odległy wyjazd (60 km:-)) i nagranie było kosztowne, jak na nasze skromne kieszonkowe.” Miałem okazję słyszeć ten materiał – nie brzmiał aż tak tragicznie;-), bo w owym czasie było mnóstwo demówek brzmiących dużo gorzej, a posiadających status niemalże kultowy. Mimo wszystko nagrania zrobione na rozlatującej się perkusji, klejonych naciągach i kultowych eltronach nie mogły zadowolić. Jednak w przypadku muzyki sekstetu z Dukli potrzebna była zdecydowanie lepsza jakość. „Na szczęście zwyciężył rozsądek.” – podsumowuje Peter. Chłopaki wysupłali parę groszy z sakiewek i w lipcu 1995 roku na tydzień zaszyli się w Manek Studio, by zarejestrować materiał na debiutancki materiał…

„THE FORGOTTEN ARTS”

„Pierwsze demo nagrane za kilkaset złotych uzyskanych drogą „zrzuty” – wspomina U.Reck – to pierwsza i siłą rzeczy niezdarna próba ogarnięcia muzyki, która w nas wtedy siedziała. Mnóstwo zapału, miejscami wręcz brawury i bezkrytycyzmu – bo trudno ten zestaw utworów uznać za kamień milowy w dziejach metalu;-). Jednak demo swe zadanie spełniło – szybko nadszedł kontrakt, będący chyba premią za świeżość w podejściu do ciężkiego, ale niepozbawionego specyficznego klimatu grania. A był to rok 1995 i zasadniczo rządził black metal w najprawdziwszej z prawdziwych postaci;-).” A o urokach pierwszego studyjnego doświadczenia tak mówi Peter: „W studio, oprócz Manka (właściciela), przywitały nas pralki i pranie rozwieszone nad perkusją. Demo rodziło się w bólach przez kilka dni. Nagrywaliśmy, jedliśmy, spaliśmy w tych samych pomieszczeniach. Łazienki niestety nie było… Black metal pełną piersią. Na chwałę Szatana nie myliśmy się kilka dni:-). Mogło to być kanwą powstania utworu zatytułowanego „Sweetest Stench Of The Dead”, zamieszonego na kolejnym wydawnictwie.”

Image

I tak rodził się kult!!! Materiał „The Forgotten Arts” okazał się strzałem w dziesiątkę na mocno skostniałej scenie black metalowej, choć gdybym w tamtych czasach tak nazwał tę muzykę, naraziłbym się ostro członkom LUX OCCULTA, którzy wespół ze swoim wydawcą (Pagan Rec.) ochrzcili ją occult metalem!!! „Myślę, że ten szyld – tłumaczył wówczas Jaro.Slav – dobrze charakteryzuje mroczną atmosferę naszej muzyki i tekstów, a jednocześnie nie szufladkuje nas jednoznacznie. A to dla nas bardzo ważne, bo chcemy mieć pełną swobodę poruszania się po różnych gatunkach szeroko pojętego metalu. I nie tylko metalu.”

ImageOd samego początku, oprócz muzyki, bardzo ważny dla zespołu był również koncept tekstowy i wizualny. Zastanawiam się, jak wielu z Was zachodziło w głowę, co przedstawia okładka pierwszego demo LUX OCCULTA?! Odpowiedzi udzieli Peter: „Już wtedy całemu procesowi powstawania wydawnictwa przyświecał koncept wymyślony przez Jaro.Slava. Brakowało tylko okładki. Ale cóż to za problem dla młodej, prężnej grupy? Niestraszna nam była pogoda (zwłaszcza G`amesowi), więc wybraliśmy się nad pobliską rzekę, gdzie ów delikwent w stroju Adama zanurzył się pod wodą, a my tatusiowym aparatem pstrykaliśmy zdjęcia. Efekt tej sesji można podziwiać na okładce „The Forgotten Arts.” – po czym Peter dodaje: Zdradziłem największą tajemnicę zespołu. G`ames mnie zabije…:-)”

Wspomnieliśmy o kontrakcie, który kapela podpisała w niemalże ekspresowym tempie. I to z nie byle kim, bo z mającą niezwykłą renomę na podziemnej scenie wytwórnią Pagan, która miała w owym czasie w swoim katalogu zespół właśnie rozpoczynający swoją niesamowitą karierę – BEHEMOTH.

Tak więc nagranie demo dobiegło końca, kasety zostały rozesłane i… Opowieść kontynuuje Peter: „Po nagraniu demo, w celu odreagowania stresu, postanowiliśmy pojechać na kilkudniowy harcerski wypad nad jezioro solińskie. Przed tym wyniszczającym wyjazdem wysłaliśmy jeszcze cieplutkie piosenki do kilkunastu mniej lub bardziej znanych wytwórni. Aby ograniczyć koszty, „The Forgotten Arts” nagrywaliśmy kasując jakieś pirackie kasety z domowych zasobów. Wyjazd był bardzo udany. Już pierwszego dnia, w kilka chwil po przyjeździe rozpętaliśmy największą zadymę w historii tego pola namiotowego. Przez cały dalszy pobyt nasza ekipa traktowana była z należytym szacunkiem przez pozostałych biwakowiczów. Co ciekawe, podczas tego pobytu wstępną propozycję wydania naszego materiału zaoferował kolega z grupy CARRION OF TORRENT, który – nie wiadomo skąd – znalazł się w pobliżu naszego obozowiska. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po powrocie z tej krajoznawczej wycieczki w skrytce pocztowej czekały na nas niespodzianki. Parę propozycji wydawniczych, w tym jedna najciekawsza – od Tomasza z Pagan Records. Kilka telefonów, kilka listów i wszystko było załatwione. Te cudowne czasy undergroundu! Żadnych umów, kontraktów na piśmie – ot, taka deklaracja słowna. Wiele lat później trochę się to na nas zemściło, ale to już temat na inną opowieść.” A gdy zapytałem Tomka Krajewskiego o to, jak doszło do zawarcia umowy z LUX OCCULTA, odparł: „Zwyczajnie – niezwyczajnie. Podesłali mi taśmę, a ja po prostu odpadłem po jej przesłuchaniu. Świeżość i przebojowość muzy – to było coś niesamowitego. Do tego świetne teksty. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie;-). Zresztą do dzisiaj bardzo lubię to demo. Ciekawostką może być fakt, że sporo osób mocno odradzało mi wydanie tego materiału. Nie powiem, kto, żeby ich dzisiaj nie zawstydzać:-)… Muzyka LUX OCCULTA dla ortodoksyjnych black metalowców wydawała się zbyt mało radykalna, a dla death metalowców za mało brutalna, ale koniec końców trafiła do wszystkich.”

Świę… tfu, nieświęta prawda!!! Ziarno zostało zasiane, ale właściwy boom miał dopiero nastąpić. Póki co, jesienią 1995 roku LUX OCCULTA zadebiutowała na scenicznych deskach. Występ miał miejsce w Krośnie na Przeglądzie Amatorskich Zespołów Muzycznych. Kapela zajęła III miejsce, ale co ważniejsze, od razu przypadła do gustu sporej grupce lokalnych metalowców, którzy przyszli tego wieczora do Domu Kultury. Pamiętam jak niedługo po tym koncercie otrzymałem list od Jaro.Slava, w którym napisał: „Zrobiliśmy piekło!!!”. Tak, w owym czasie było to istne piekło. No i w jednym z utworów (bodajże „Sweetest Stench Of The Dead”) chłopaki wystąpili z wiolonczelistką!!! Ktoś mi poda przykład, który z zespołów muzyki ekstremalnej w tamtym czasie odważył się na coś podobnego?
W styczniu `96 oficjalnie ukazała się kaseta „The Forgotten Arts”, a już w marcu grupa ponownie weszła do Manek Studio, by w ciągu dwóch tygodni zarejestrować materiał na debiutancki album.

„FOREVER ALONE. IMMORTAL”

Głos ma U.Reck: „Pełnowymiarowy debiut LUX OCCULTA to był debiut realizatorski pewnego młodego, nieobliczalnego człowieka [Manka Kurasza – właściciela studia – red.], który przy tej okazji po raz pierwszy w swym studio nagrywał materiał na „płytę kompaktową”;-). Sporo rzeczy zrobić się więc „nie dało”, ale i sporo się udało. Skład bez zmian, umiejętności trochę więcej, zapału jeszcze więcej. W dalszym ciągu kolektywny sposób pracy nad kompozycjami. Po latach kilka utworów z „Forever Alone. Immortal” się broni (faworyt? „Bitter Taste Of Victory”;-)), inne nie, ale to był naprawdę ważny i duży krok, który pozwolił nam uwierzyć w siebie i w zespół.”

Płyta odniosła wielki sukces na krajowej scenie (i nie tylko), a kapela została bezapelacyjne obwołana nadzieją roku w większości fachowych magazynów metalowych. Jak wspomniał U.Reck, muzyka stała się jeszcze lepsza, bardziej oryginalna i rozpoznawalna. Ponadto po raz pierwszy na szerszą skalę Jaro stworzył w warstwie tekstowej koncept-album, co w późniejszym czasie stało się tradycją. Dlaczego? Najlepiej wyjaśni to sam zainteresowany: „Nie lubię i nigdy nie lubiłem słuchać pojedynczych piosenek. Zawsze puszczam sobie całe płyty, od początku do końca. Tak samo traktowałem materiały LUX OCCULTA, więc w naturalny sposób myślałem o nich jako o obszernych opowieściach, w których utwory pełnią tylko rolę rozdziałów.”

ImageA co przedstawia okładka „Forever Alone. Immortal”? Tradycyjnie wielu głowiło się, co, do cholery, na niej jest. Jedni dopatrywali się w tym obrazku mrocznego, diabelskiego przesłania, inni widzieli na nim cuda… A prawda jest taka, że obraz zdobiący tę płytę jest niczym innym jak fotografią rośliny, a konkretniej aloesu… Mam nadzieję, że wyjawiając takie tajemnice nie zaszkodzę kultowi LUX OCCULTA;-). Panowie, wybaczcie!

W pewnym sensie „Forever Alone. Immortal” wieńczy „dziewiczy” okres działalności grupy, który w następujący sposób podsumowuje Jaro.Slav: „Może nie od pierwszej próby, ale już od skomponowania „Creation” wiedziałem, że tym razem będzie inaczej, że mamy do zrobienia coś więcej, niż tylko kasetę demo nagraną w sali prób i rozprowadzaną wśród kumpli. Chociaż z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że pewne rzeczy zrobiliśmy zbyt szybko i niedbale, ale przynajmniej doskonale się bawiliśmy. Świat nie byłby uboższy bez „The Forgotten Arts” czy „Forever Alone. Immortal”, ale ja na pewno byłbym uboższy bez tych pierwszych prób, sesji nagraniowych w Sanoku i koncertów po najpodlejszych spelunach Podkarpacia.”

W czerwcu `96 doszło do pierwszej zmiany w składzie. Z zespołu został usunięty Aemil, którego miejsce zajął Kriss – perkusista o niezwykłym talencie i dużo wyższych umiejętnościach od poprzednika. Chrztem bojowym Krissa była wrześniowa sesja nagraniowa w Manek Studio, która odbyła się na potrzeby udziału LUX OCCULTA na składance „Czarne zastępy: W hołdzie KAT” firmowanej przez Pagan Records. Kapela nagrała swoją wersję utworu „Czas zemsty”, która okazała się jednym z najjaśniejszych punktów tej kompilacji (obok VADER, BEHEMOTH, LUCIFERION czy INSOMNIA). Również podczas tej wizyty w Sanoku został zarejestrowany stuff projektu HATEBREED, „Dominium Bizzarum”, na którym muzycy LUX OCCULTA pokazali bardzo interesujące, niekiedy industrialne czy wręcz transowe podejście do muzyki ekstremalnej, z mnóstwem ciekawych patentów (m.in. użycie akordeonu ze słynnym motywem z „South Of Heaven”!). Materiał „Dominium Bizzarum” miał zostać wydany przez Przema Popiołka z Infernal Death `zine w jego wytwórni, ale wytwórnia nie powstała, Przemo zgubił gdzieś taśmę matkę… Szkoda!

W grudniu tego samego roku zespół wrócił do studia, aby zarejestrować kilka utworów, które miały ukazać się na EPce. Wydawcą miała być pochodząca z Leska Sunset Records. Ale Książę Ciemności zrobił w balona naszych bohaterów oraz bodajże HOLY DEATH i materiał zarejestrowany podczas tej sesji musiał poczekać aż do czasu wydania „Maior Arcana”. Gwoli kronikarskiego obowiązku podam, że nagrano wtedy nową wersję utworu „Love” (znanego z debiutanckiego demo), „When Horned Souls Awake” (numer, który stał się koncertowym hitem zespołu na wiele lat!) oraz cover DANZIG „Heart Of The Devil”.

Stale rosnąca popularność grupy sprawiła, że LUX OCCULTA grała coraz więcej koncertów w kraju oraz na Słowacji. Nie mogę nie wspomnieć o koncercie z okazji V-lecia NEOLITH, gdzie LUX OCCULTA w trakcie „Czasu zemsty” pluła najprawdziwszą świńską krwią – ku uciesze zgromadzonych maniaków, a przerażeniu personelu, który później miał poważne problemy z usunięciem plam ze sceny! A wszystko ku chwale rogatego!;-)

SALA PRÓB W DUKLI

W międzyczasie kapela zmieniła miejsce na próby. Kto choć raz tam był, nigdy tego nie zapomni. Dziś, z perspektywy czasu myślę, że również to magiczne miejsce miało wpływ na powstanie tak zajebistej muzyki… Mówi Peter: „To ciekawe zagadnienie, chyba nigdy nikt o to nie zapytał. Kto nie odwiedził naszej sali, niech żałuje. A więc kilka zdań opisu dla tych, którzy nigdy tam nie byli… Chyba z 50m2 na piętrze Ratusza Miejskiego stojącego na środku rynku w Dukli. Nieprawdopodobnie strome, wytarte przez tysiące stóp kamienne schody, nieoświetlony korytarz i drzwi do sali prób. Sala nieogrzewana centralnie, wyposażona przez nas w kilka porozkręcanych grzejników z czasów Gomułki, podpiętych „na ostro”. Całe piętro pozbawione kibla, sala wyposażona więc przez nas w różne pojemniczki na siku. Połączenie ciepła grzejniczków oraz zawartości tych pojemników dawało ciekawy efekt… Occult metal sączył się z każdej szczeliny:-). Wnętrze, oprócz sprzętu, wypełniały najróżniejsze gadżety, że wspomnę choćby pentagram z kapsli po Tymbarku, choinkę bożonarodzeniową czynną cały rok, plakaty nagich chłopców czy obryzgane wieprzową krwią plakaty z naszych występów. Ratusz należał do Ośrodka Kultury w Dukli, co ciekawe nikt z włodarzy nigdy nie pofatygował się, aby zlustrować salę prób zespołu młodzieżowego LUX OCCULTA. Klucze do ratusza mieliśmy na własność, próby odbywały się o każdej porze dnia i nocy (choć przyznam, że po 22.00 nigdy nie graliśmy głośno), często też nocowaliśmy tam, do świtu dłubiąc na instrumentach. Myślę, że ta dowolność czasu spotkań też miała wpływ na jakość naszej muzyki. Nie byliśmy skrępowani godzinami prób, montażem sprzętu. Po prostu wchodziliśmy tam, włączaliśmy wzmacniacze i… ogień 666=666.” Uwierzcie Peterowi:-). To właśnie w „zaciszu” tej salki przez kilka pierwszych miesięcy roku 1997 powstawał materiał na kolejną płytę sekstetu…

„DIONYSOS”

ImageJednak zanim chłopaki weszli do studia, aby nagrać album „Dionysos”, po raz pierwszy pojechali na mini-tour do Niemiec w towarzystwie FORSTH i SHADOWS TOWARD MY SKY, grając między innymi w słynnym klubie „Hellraiser” w Lipsku.

W lipcu `97 LUX OCCULTA weszła do olsztyńskiego Selani Studio, by zarejestrować nowy materiał. Po latach U.Reck w dalszym ciągu ma dobre zdanie o tym dziele: „Druga płyta jest zawsze testem na wiarygodność grupy i nam z pewnością udało się pomyślnie ją zaliczyć. Było ostrzej, szybciej, ale i smakowiciej;-). Kompozycje były bardziej przemyślane, lepiej dopracowane i zaaranżowane. Poza tym po raz pierwszy mieliśmy kontakt z kreatywnym i bardzo „młodzieżowym” realizatorem [Andrzejem Bombą – realizatorem dźwięku w Selani – red.]. Jednym słowem było to owocne muzycznie i fantastyczne towarzysko lato w Olsztynie;-). Sądzę, że „Dionysos” był absolutnym maksimum tego, co mogliśmy osiągnąć w tej konwencji i w tamtym składzie, już z nowym, lepszym perkusistą. Album został dobrze przyjęty, a po nim nadeszły pierwsze, naprawdę ważne koncerty i trasy. A w głowie już myśl o wolcie, która miała nadejść;-).”

ImageI wtedy wszyscy wręcz oszaleli na punkcie LUX OCCULTA – zarówno fani, jak i media. Przypominam sobie tłumy, które waliły drzwiami i oknami chociażby na koncert w rzeszowskiej „Mewie”. Organizatorzy przygotowali ok. 400 biletów, a okazało się, że ludzi przyszło prawie dwa razy tyle! Istne szaleństwo! W podsumowaniach roku „Dionysos” śmiało konkurował w kategorii płyta roku z „Black To The Blind” VADERa, a każdy z muzyków zajmował wysokie miejsca za obsługę swojego instrumentu (bez głupich skojarzeń;-)). Mało tego – dionizje opanowały nie tylko nasz kraj. Reakcja na album poza Polską przeszła najśmielsze oczekiwania zespołu i wytwórni. Zwłaszcza w Grecji, kraju Dionizosa pochwałom nie było końca. Tamtejszy „Metal Hammer” uznał nawet „Dionysosa” płytą miesiąca.

ImageW warstwie tekstowej „Dionysos” to po raz kolejny koncept-album: „Chociaż dionizje są utożsamiane jako święto swawoli seksualnych i upijanie się alkoholem – mówi Jaro.Slav – to jest to tylko jedna strona medalu. Dionizje to także bóg paradoksu, irracjonalności, mocno związany ze śmiercią. Ciekawostka: jest to bóg, który umarł i zmartwychwstał, więc mit o zmartwychwstaniu istniał już kilka tysięcy lat temu. Właśnie ta dwoistość zafascynowała mnie. Myślę, że Dionizos jest bardzo ludzki w tym sensie, że posiada dwa przeciwstawne pierwiastki rywalizujące ze sobą.” Ta dionizyjska koncepcja LUX OCCULTY zyskała aplauz nawet skrajnych grup: „Dionysosa” chwalili Grecy, nawet greccy nacjonaliści, którzy pisali do mnie maile i listy, że generalnie wszyscy inni za wycieranie sobie gęby helleńską mitologią mają wpierdol, ale ja ujdę z życiem, bo zrobiłem to z wyczuciem i znajomością tematu. Grupa THE ELYSIAN FIELDS, która wydała płytę w Earache, zamieściła we wkładce takie oświadczenie, w której protestowała, że ma dość tego, że ktoś miesza się w greckie klimaty. Całość była utrzymana w tonie: „odwalcie się od Grecji” i takie tam. A ja dostałem od tych gości list, w którym normalnie napisali, że nasz „Dionysos” to masakra, że oni sami chcieliby napisać takie dionizyjskie teksty. Ja wtedy padłem na kolana. Ale to nie ja napisałem te teksty. One powstawały przez tysiąclecia, ja je po prostu zebrałem i w transie napisałem teksty dla LUX OCCULTA. To nie jest tak, że wymyśliłem je od zera. To prawda, czytałem książki religioznawcze, studiowałem stare rytuały dionizyjskie i cytaty z tych rytuałów także są w moich tekstach. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wierzę, że Dionizos był ze mną.” – opowiada dalej Jaor.Slav.

ImageEuforii, która towarzyszyła przyjęciu albumu, nie zmąciły nawet zmiany w składzie. Ba, z perspektywy czasu okazało się, że wyszły one zespołowi na dobre. W styczniu `98 z LUX OCCULTY zostali usunięci: gitarzysta G`Ames oraz basista Jackie. Ich miejsce zajęli cholernie zdolni muzycy ze stawiającej pierwsze kroki krośnieńskiej grupy DECAPITATED: gitarzysta Vogg i basista Martin. O personalnych roszadach mówi Peter: „Martin zastąpił Jacka, a Vogg G`Amesa (z którym założyłem kapelę). Było bardzo bolesne z punktu widzenia koleżeństwa i odbiło się na naszych stosunkach na wiele lat. Cóż, heavy metal to nie łaskotki. Zmiana podyktowana była przede wszystkim… miłością… Chłopaki zakochali się i inne instrumenty bardziej zaprzątały ich uwagę:-). Martin i Vogg – tak zwani „młodzi”, zawstydzili nas (zwłaszcza mnie) swoją techniką. Dzięki nim mogliśmy pokonać kolejne bariery muzycznej edukacji. Ze względu na różnicę wieku dość długo docieraliśmy się, ale wspólne biesiady i wyjazdy scaliły nas bardzo mocno.” Dołączenie do zespołu „świeżej krwi” z trochę innej strony przedstawia Jaro: „Przed pierwszym koncertem, jaki mieliśmy grać z nimi, w Warszawie, tłumaczyłem im: „chłopaki, wiecie, machajcie głową…”. Bałem się, że na scenie będą mniej żywiołowi niż ich poprzednicy, że trema ich zje. Jednak później po prostu umarłem. Oni kręcili takie młyny, że moich starych kości chyba nigdy tak nie rozruszałem. Potrafili całkowicie oddzielić różne elementy ciała, kończyny. Grali technicznie, a przy tym było to zupełne szaleństwo. Tak naprawdę wspaniały, najlepszy skład LUX OCCULTA, jaki mógłbym sobie wyobrazić.”

To właśnie nowi muzycy nadali jeszcze większej mocy koncertom LUX OCCULTA, których było coraz więcej: w marcu `98 trasa z DAMNATION i SACRIVERSUM, maj/czerwiec – kolejny tour, tym razem w towarzystwie HATE i CHRIST AGONY czy też występy w roli co-headlinera na festiwalach: Festering Blood na Słowacji (z DEVILYN, KRABATHOR) czy też rodzimym Novum Vox Mortis z udziałem blackowców z DARK FUNERAL. Do tego doszły dziesiątki pojedynczych gigów na terenie całego kraju.

„MAIOR ARCANA”

ImageWe wrześniu 1998 ukazała się długo oczekiwana płyta „Maior Arcana (The Words That Turn Flesh Into Light)”, która zawierała utwory nagrane w grudniu `96, remasterowaną wersję demówki „The Forgotten Arts” i cover THE SISTERS OF MERCY „Burn”. Dodatkowo do każdego egzemplarza została dołączona książeczka „Prawo światła”, zawierająca wszystkie teksty Jaro.Slava napisane dla LUX OCCULTA, w polskich tłumaczeniach oraz opatrzone komentarzem autora. Album miał być ściśle limitowany do 1500 sztuk, ale coś mi się nie wydaje, ponieważ w dalszym ciągu można go zdobyć…

Po bardzo intensywnej koncertowej promocji płyty „Dionysos”, chłopaki zabrali się za komponowanie trzeciego albumu, który okazał się kamieniem milowym w historii LUX OCCULTA oraz – jak wspomniał U.Reck – świadomie wykonaną woltą w kierunku muzyki jeszcze bardziej objechanej czy wręcz awangardowej. Jak się później okazało, nie przez wszystkich zaakceptowaną…

„MY GUARDIAN ANGER”

W grudniu 1998 roku grupa ponownie weszła do Selani Studio, aby zarejestrować płytę przez wielu określaną jako szczytowe osiągnięcie dukielskiej bandy. Oddajemy głos głównemu kompozytorowi „My Guardian Anger” – U.Reck’owi: „Całkowite wywróciliśmy dotychczasowy sposób pracy nad utworami. Co prawda komponując ten materiał, wespół z Peterem, z pewnością nadaliśmy mu klimat charakterystyczny dla LUX OCCULTA, jednak – co najważniejsze – totalnie przewietrzyliśmy naszą muzykę. Nie zastanawialiśmy się nad formą, konwencją, liczyły się konkretne dźwięki. Nasze muzyczne fascynacje znalazły na „My Guardian Anger” naturalne odzwierciedlenie. Album jest, jak zwykle, koncepcyjny, ale spójny jak nigdy dotąd. Mane. Tekel. Fares… Powstaniu płyty towarzyszyła fantastyczna atmosfera i od początku wiedzieliśmy, że robimy naprawdę ważną rzecz. Oczywiście studyjna rejestracja nie byłaby możliwa bez „rewolucji personalnej”;-). To dzięki bardzo młodym wówczas muzykom z mało komu wtedy znanego DECAPITATED udało nam się muzykę lepiej zaaranżować i profesjonalnie zarejestrować. Do tego drugi rozdział współpracy z Andrzejem Bombą (zdecydowanie współproducentem materiału) pozwolił osiągnąć zupełnie nową jakość.”

Premiera „My Guardian Anger” odbyła się w sierpniu 1999 roku i moim skromnym zdaniem jest to album kompletny – genialnie zaaranżowany, zagrany i nagrany. Przy tym ogromnie odważny, poruszający się w rejonach, do których wstęp mają tylko najbardziej świadomi muzycy. A poza tym to prawdziwa metalowa petarda, płyta niezwykle brutalna, w której jednak co chwilę następują nieoczekiwane zwroty akcji.

ImageWarstwa tekstowa to istny majstersztyk, który potrafił docenić nawet nieżyjący już Adrian Wasilewski – jeden z najlepszych autorów tekstów w historii muzyki metalowej, który współpracował m.in. z VADER. Jaro.Slav nie krył zadowolenia z takiego obrotu sprawy: „Moje teksty chwalił Adrian Wasilewski, dla mnie wzór niedościgły. Mówił, że sam by lepszych nie napisał i choć pewnie mówił tak tylko przez grzeczność, był to największy komplement, jaki wówczas mogłem usłyszeć – po czym dodaje: Jeżeli chodzi o te teksty, ja je napisałem, ale niekoniecznie odzwierciedlają mnie. Chciałem przedstawić bardzo różne punkty widzenia. Ten album jest bardziej intelektualny, przemyślany. Wiesz, siedzisz przy biurku, w ręce masz karty Tarota, patrzysz, jak się układają, myślisz nad nimi.”

Płyta spotkała się z naprawdę rewelacyjnym przyjęciem, a sprzedaż sięgnęła kilkunastu tysięcy egzemplarzy, co jak na podziemny zespół było wynikiem wręcz niebywałym. „My Guardian Anger” został wybrany przez czytelników magazynu „Thrash’em All” albumem roku, Jaro.Slav został wokalistą roku, a reszta muzyków uplasowała się w ścisłej czołówce podsumowania!

W trakcie sesji w Selani powstał pierwszy i jak do tej pory jedyny teledysk LUX OCCULTA, do utworu „Kiss My Sword”, który był emitowany przez kilka stacji telewizyjnych oraz ukazał się jako dodatek do kompaktowej wersji albumu.

Jednak, gdy chłopaki przygotowywali się do serii koncertów promujących „My Guardian Anger”, przez ich szeregi przewinęła się istna fala plag. Na krótko przed występem na Thrash’em All Festival Kriss zmiażdżył sobie łokieć (była nawet obawa, że już nigdy nie zagra na bębnach). W trybie awaryjnym na zastępstwo został ściągnięty Kuba z DEVILYN i po kilku godzinach prób zagrał świetnie przyjęty przez maniaków koncert. Gdy Kriss dochodził do sprawności, najpierw Jaro skręcił kostkę, a następnie U.Reck złamał nogę! Na szczęście chłopakom udało się przezwyciężyć niemoc koncertową i w marcu 2000 roku wrócili na deski grając mini trasę w towarzystwie szwedzkiego GARDENIAN. W maju LUX OCCULTA wystąpiła jako niespodzianka na festiwalu Metalmania w katowickim „Spodku”, wywołując radość kilku tysięcy fanów.

ZMIANA WYDAWCY

Jak się później okazało, „My Guardian Anger” to ostatnia płyta nagrana dla Pagan Rec. Na pytanie o ulubiony materiał nagrany przez LUX OCCULTA, szef tej stajni – Tomek Krajewski odpowiada: „Trudne pytanie. Każdy jest zupełnie inny i każdy ma w sobie coś specjalnego, co sprawia, że niemożliwe jest wymienienie jakiegoś zdecydowanego faworyta. Powiem tylko, że jakoś nie darzę większą sympatią ostatniej produkcji „The Mother And The Enemy”. Nie wiem, nie rozumiem tej płyty. Do mnie ona zupełnie nie dotarła. Złośliwi mogą powiedzieć, że dlatego, ponieważ została wydana dla innej wytwórni, ale to nieprawda.” A jak wspomina lata współpracy z Pagan Jaro.Slav? „Tomek bardzo nam pomógł, my pomogliśmy jemu. Lubiliśmy się, spędziliśmy razem wiele cudownych chwil [mafia musztardowa, spanie w wydmie jedzącej okulary, dotykanie się pin…mi:-) – red.], wypiliśmy hurtowe ilości napojów wyskokowych, przeżyliśmy niejedną mrożącą krew w żyłach przygodę. Ale potem zaczęło się psuć z różnych powodów, o których nie ma potrzeby wspominać. Wymienię tylko jeden, młodszym artystom ku przestrodze: wydawca nie może być jednocześnie waszym managerem. To nie działa. Dzisiaj żadnych animozji pomiędzy nami nie ma, zresztą jakiegoś dramatu nigdy nie było. Po prostu każdy poszedł swoją drogą i uczucie wystygło. Ale życzę Tomkowi jak najlepiej. To facet z prawdziwą pasją i bardzo bliskim mi poczuciem humoru.”
Image
W czerwcu grupa podpisała dwupłytowy deal z portugalską wytwórnią Maquiavel Music, a miesiąc później zagrała jako co-headliner na dwóch dużych festiwalach: czeskim Silesia Fest (m.in. z BEHEMOTH, DARK FUNERAL, ALTAR) oraz Castle Party w Bolkowie. Wakacje skończyły się dla kapeli występem jako jednej z gwiazd festiwalu Thrash’em All.
Koncerty jedynie zaostrzyły apetyty fanów na nowy album LUX OCCULTA…

„THE MOTHER AND THE ENEMY”

Kapela, ponaglana przez wytwórnię, pomimo tego, że materiał jeszcze nie był w całości skomponowany, zamknęła się na dwa miesiące (sierpień – wrzesień 2001) w częstochowskim Studio 333. Tam, pod okiem Bartka Kuźniaka (byłego basisty MORDOR) rozpoczęły się nagrania płyty „The Mother And The Enemy”…

Największe problemy podczas sesji były związane z Krissem, który w owym czasie stracił ochotę do grania. „Myślę, że te wszystkie kontuzje – stwierdził Jaro.Slav – odciągnęły go od muzyk. Przestało mu się chcieć, przestało mu zależeć. Od dłuższego czasu dawał nam do zrozumienia, że chce odejść. Próbowaliśmy go zatrzymać prośbą i groźbą. Ale okazało się, że niepotrzebnie, bo nie można zatrzymać kogoś, kto rzeczywiście już nie ma ochoty nic robić. Weszliśmy z nim do studia. Nagrał trzy utwory. Niestety okazało się, że pozostałego materiału nie jest w stanie już skończyć. Dlatego pożegnał nas już na zawsze i musieliśmy skorzystać z pomocy perkusisty sesyjnego, Gerarda Niemczyka [ex SCHISMATIC, MORDOR, HOLY DEATH i tysiące innych grup – red.], z którym dokończyliśmy nagrania”. W trakcie realizacji tego materiału zespół skorzystał także z pomocy innych muzyków, którzy bezsprzecznie jeszcze bardziej podnieśli atrakcyjność muzyki. Na „The Mother And The Enemy”, oprócz mocnych, brutalnych, death/black metalowych motywów, można usłyszeć wstawki industrialno-jazzowo-triphopowe. Nad całością po raz kolejny czuwał U. – lider LUX OCCULTA, którego fascynacje muzyczne już wtedy były bardzo odległe od tego, czego na co dzień słucha przeciętny polski heavy metalowiec: „Brzmienie numerów metalowych jest bardzo ostre, bardzo agresywne, bardzo metalowe. Zauważ, że są to numery tak brutalne, jak nigdy dotąd. LUX OCCULTA tak ostro nie grała. Z drugiej strony w utworach pojawiają się zupełnie niemetalowe patenty, zupełnie inne klimaty. To jest bardzo skontrastowana płyta.” I chyba jest to najbardziej odważny i zakręcony album, jaki kiedykolwiek ukazał się w Polsce. Temat „inności” tego krążka ciągnie Jaro: „Te metalowe utwory, od których zaczęliśmy, rzeczywiście mają struktury odmienne od tego, co graliśmy wcześniej i od tego, co w ogóle przeważnie się gra w metalu. Ale to przede wszystkim ze względu na aranżacje i rytmikę, ponieważ uwolniliśmy wyobraźnię i stosowaliśmy takie rytmy i podziały, których inni – nie wiem, dlaczego – w metalu nie wykorzystują.”

ImageWarstwa liryczna „The Mother And The Enemy” po raz pierwszy nie jest koncept-albumem, choć nie do końca, co wyjaśnia Jaro.Slav: „Nie, to nie jest koncept w takim znaczeniu, w jakim płytami koncepcyjnymi nazywa się jakieś tam historie opowiedziane przy pomocy poszczególnych rozdziałów czy piosenek. Ale jest jakaś główna myśl, która przewija się w większości utworów, właściwie wszystkich poza „Gambit” i „Pied Piper”. I jest to myśl bardzo nihilistyczna, tzn. poddająca w wątpliwość właściwie wszystko – wszystkie moje teksty z poprzednich płyt, które tak bardzo wychwalały ludzkie indywiduum, ludzkie życie i cały świat. W „Mother Pandora” jest taki wers, że życie jest nienaturalnym stanem i tak naprawdę naturalny jest niebyt, nieistnienie. I cały ten album mniej więcej jest o tym. Tytuł „The Mother And The Enemy” oznacza naturę, która nas rodzi, jest naszą matką, ale tylko po to, żeby nas zabić. I właśnie takie jest główne przesłanie tekstów.”

Premiera płyty miała miejsce 19-go listopada 2001, na świecie nakładem Maquiavel, zaś w Polsce dzięki firmie Metal Mind, która przy okazji wykupiła licencję i wydała poprzednie materiały grupy.
Recenzje w prasie, jak i opinie fanów były skrajnie odmienne – od peanów na cześć twórców „The Mother And The Enemy”, po niewybredne epitety i oskarżenia o zdradzenie „metalowych korzeni” itp. Prawda jest taka, że niektórzy twardogłowi po prostu nie dorośli bądź też nie byli w stanie docenić geniuszu i otwartości muzycznej tego krążka. Mimo wszystko przez czytelników opiniotwórczego magazynu „Thrash`em All”, „The Mother And The Enemy” została uznana płytą roku, wyprzedzając takie tuzy rodzimej sceny jak VADER, HATE czy DEVILYN, a kapela uplasowała się na trzecim miejscu ustępując jedynie VADER i BEHEMOTH.

Jednak sam proces przygotowania albumu i sesja nagraniowa zapowiadały, że coś niedobrego zbiera się nad LUX OCCULTA. Okres ten wspomina U.: „To był bardzo ciemny czas, zarówno w życiu osobistym, jak i w zespole. Niejednemu z nas świat się wtedy prawie zawalił, więc ta muzyka musi boleć. Uważam te utwory za najlepsze w historii LUX OCCULTA. Byłem przerażony tym, co rodzi się w mojej głowie – mnóstwo schorowanej wściekłości, bunt, ale i niemoc. Niestety nie wszystko udało się zrobić zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Presja czasowa ze strony wydawcy sprawiła, że weszliśmy do studia będąc w połowie drogi, z fatalną atmosferą w grupie, która podczas sesji praktycznie się rozsypała. W zasadzie jedynie dzięki absolutnej determinacji Jarka, Wacka i mojej oraz pomocy osób trzecich płyta została wtedy skończona i ujrzała światło dzienne. Nie wszystko zostało do końca dopracowane, zaaranżowane, a przede wszystkim zrealizowane, niemniej według mnie w tych utworach drzemie ogromna siła. A tak naprawdę to chciałbym kiedyś, w ramach jakiejś terapii sięgnąć raz jeszcze po ten materiał, dopracować do końca i nagrać z szalonym realizatorem w studio, które kosztuje 100 mln dolarów za godzinę;-).”

Pomimo tych problemów kapela ruszyła w charakterze jednej z gwiazd objazdowego Thrash’em All Festival (obok VADER i KRISIUN). Jednak kilka ostatnich koncertów była zmuszona zagrać bez Petera, który – z ciężkim sercem – postanowił odejść z LUX OCCULTA. Tak wyjaśnia motywy swojej decyzji: „Patrząc z mojej perspektywy, spowodowane to było dwoma przyczynami. Pierwszy to braki techniczne w opanowaniu instrumentu, zatrzymałem się w miejscu, nie rozwijałem się w kierunku rozwoju zespołu. Byłem też sfrustrowany możliwościami naszego drugiego gitarzysty. Vogg’owi nuty po prostu wypływały z gitary. Nie podziałało to na mnie motywująco, chociaż mogło. Drugi powód to ówczesne problemy osobiste.”

CISZA…

Po powrocie z trasy chłopaki próbowali jeszcze szukać nowych muzyków, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Efektem było zawieszenie działalności LUX OCCULTA na czas bliżej nieokreślony. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy była znikoma promocja ze strony wytwórni Maquiavel Music. Wspominając współpracę z szefem tejże wytwórni, Jaro.Slav nie przebiera w słowach: „Głupek i mitoman o wybujałych ambicjach. A ja nie mniejszy głupek, że w te wszystkie pierdoły wierzyłem. Szkoda czasu na komentowanie.” Nic dodać, nic ująć.

O zupełnie innych powodach rozpadu grupy mówi U.: „Trudno było nam pozbierać się po rozsypce w roku 2001. Konsekwencją wyboru pozamuzycznej drogi zawodowej było pojechanie każdego z nas w swoim kierunku oraz przejście przyśpieszonego kursu dojrzewania i odpowiedzialności za pojawiające się rodziny;-). – ale dodaje: Niemniej bez muzyki żyć niepodobna, więc każdy coś tam kombinował, by sobie radochy nieco uczynić;-).”

No tak, ciężko było sobie wyobrazić, by tak pracowite bestie całkowicie odpuściły sobie muzykę, dlatego też Jaro pojawił się gościnnie na debiucie VIRGIN SNATCH, Vogg i Martin zajęli się karierą coraz prężniej rozwijającego się w tym czasie DECAPITATED, Kriss po kilku miesiącach przerwy wrócił do grania – tym razem w NEOLITH. Również z NEOLITH związały się muzyczne drogi U. – najpierw gościnnie od roku 1996, a od płyty „Immortal” na stałe zasilił szeregi tej formacji. A w międzyczasie pomógł w sesjach nagraniowych takich tuzów jak VADER, BEHEMOTH czy ostatnio CHRIST AGONY.
Przez lata swojej działalności LUX OCCULTA doczekała się na scenie niesamowitego szacunku oraz sporej rzeszy oddanych i wiernych fanów. Czy był to zespól popularny? W pewnym sensie tak, choć była to innego rodzaju popularność od tej, którą znamy z tabloidów;-). Temat komentuje Peter: „Nie bardzo wiem, co powiedzieć, bo to słowo nie pasuje do LUX OCCULTA. Nie byliśmy rozpoznawani na ulicach, nie zarabialiśmy kasy, nie graliśmy setek koncertów. Po prostu robiliśmy swoje, nie oglądając się na trendy, nurty, gusta. Najprościej mówiąc, graliśmy taką muzykę, która w danym momencie podobała się nam najbardziej, a zarazem chcieliśmy ją nagrać najlepiej, jak potrafiliśmy. Banał? Być może, ale na pewno nie dla nas w tamtych czasach. Być może to, co osiągnęliśmy, opierało się na tej prostej szczerości chłopaków z Beskidu Niskiego.”

A być może mieli trochę pecha, że w momentach ciekawych propozycji koncertowych (jak np. trasa po Europie w towarzystwie SATYRICON – po wydaniu „My Guardian Anger” czy też koncerty w krajach byłego ZSRR) pojawiały się kontuzje muzyków albo zobowiązania w pracy bądź na uczelniach. Być może zabrakło jeszcze większej determinacji i postawienia wszystkiego na jedną kartę? Choć wydaje mi się, że to drugie odpada, bo z tego, co wiem, chłopaki zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje pociągałoby za sobą poświęcenie się w 100% muzyce i raczej nie mieli ambicji zostania drugim VADER czy BEHEMOTH… Muzyka to po prostu ich pasja i hobby, co było wyraźnie słychać w każdym nagraniu od samego początku istnienia LUX OCCULTA.

POWRÓT?

ImageZasiane jakiś czas temu ziarno powrotu LUX OCCULTA, co jakiś czas powraca. Postanowiłem więc zapytać o to samych zainteresowanych. Peter: „Przyszłość jest już teraz – jak pisał Carl Sagan. W tej chwili formalnie nie jestem członkiem grupy… Nie wiem, czy LUX OCCULTA zmartwychwstanie, mam jednak przeczucie, że wszystko się jeszcze może wydarzyć. Zazwyczaj podczas jakichś spotkań przy wódeczce nieśmiało przewija się wątek nagrania nowej muzyczki. Jednak jeśli już wracać, to z materiałem, którego nie musielibyśmy się wstydzić, który byłby godnym następcą wszystkich wcześniejszych wydawnictw. Po co coś nagrywać tylko po to, by nagrać i zadowolić czekających fanów. To nie byłoby w porządku w stosunku do nich, jak i nas samych. Cóż, na pożegnanie chciałem pozdrowić wszystkich, którzy przez lata wspierali nas w każdy możliwy sposób. Ja również mam nadzieję, że kiedyś pojawi się nowa płyta LUX OCCULTA.” Jaro.Slav: „Przyszłość LUX OCCULTA będzie albo świetlana, albo w ogóle jej nie będzie. Mamy sporo pomysłów i nowych doświadczeń, na pewno nie popełnilibyśmy tylu głupich błędów, co 10 czy 15 lat temu, ale… Nie mamy czasu. Każdy ma swoje życie, pracę, rodzinę. Nie wiem, czy będziemy mogli sobie pozwolić na takie czasochłonne i kosztowne hobby jak zespół occult metalowy”. Znamy już zdanie Petera i Jarka, jednak myślę, że najwięcej do powiedzenia na ten temat ma główny kompozytor i mózg LUX OCCULTA – U. I to właśnie do niego będzie należało ostatnie słowo, bo… Tak o jego ewentualnym braku w kapeli powiedział kiedyś Jaro.Slav w kontekście zawieszenia i wznowienia działalności: „Bez niego nie ma LUX OCCULTA! Może mogłaby być inna grupa, możemy sobie coś tam grać, ale nie jako LUX OCCULTA. Ten zespół jako taki przestaje istnieć. Ale go nie zabraknie, dopóki U. będzie żył. Prędzej ja mógłbym zwątpić w swoją postawę i zaangażowanie w kapelę niż w jego zaangażowanie. On po prostu wkłada w to całe serce. Ja udzielam wywiadów, bo to ja jestem gadułą, ale on się wypowiada muzycznie, jest dyrektorem”. Ok, więc Dyrektorze – jaka przyszłość przed LUX OCCULTA? „LUX OCCULTA wróci z bardzo dobrą płytą;-). Jedno jest pewne – nie ma powrotu do przeszłości, a formuła pozostaje skrajnie otwarta. Czy to będzie jeszcze metal? Nie mam pojęcia, bo na razie dysponuję zarysami zaledwie kilku utworów. Nikt z nas nie wiąże jednak z tym projektem oczekiwań finansowych, więc zrobimy materiał, którego będzie się nam chciało słuchać w 2009 czy 2010 roku, a może i w 2030;-). Po okresie totalnego krytycyzmu własnych dźwięków, znów zaczyna mi się podobać to, co tworzę, a do tego, obok starych muzycznych przyjaciół, jak Jarek i Wacek – Voggiem zwany, mam w zanadrzu fantastycznych muzyków chętnych do współpracy. Więc wierzę, że będzie gicio;-).”

Tak więc trzymamy Dyrektora i resztę muzyków LUX OCCULTA za słowo i czekamy na nowe nagrania zespołu!!!

 

[Levi / Atmospheric #15]

Lux Occulta, www.myspace.com/luxocculta

DEATH SEA: Klasyka podziemia

 

Image

 

Death metalowy zespół DEATH SEA został założony jesienią 1993 roku w Krakowie. W pierwszym składzie znaleźli się: Jarosław „Misiu” Kochman – bas, Gerard Niemczyk – perkusja, Grzegorz „Grysik” Bryła (obecnie VIRGIN SNATCH) – gitara, Mateusz „Rzeźnik” Wabik – wokal. Wszyscy muzycy mieli już większe lub mniejsze doświadczenie muzyczne.

ImagePo kilku miesiącach prób powstało „Promo Tape `94”, które zostało nagrane na czterośladowym magnetofonie Taskam, a zostało wydane ze środków własnych (autorem logo oraz bardzo ubogiej oprawy graficznej był basista Jarek). Muzyka kwartetu z tej kasety promocyjnej osadzona była w tradycji death metalu przełomu lat `80/`90. Utwory („Almost Extinct”, „Final Deception”, „Death Sea” i „Forever Forget”) były inspirowane kapelami DEATH, CYNIC, PESTILENCE, ATHEIST, NOCTURNUS. Materiał zebrał pozytywne recenzje w prasie undergroundowej (np. w zine`ach „Psycho”, „Purgatory”, „Flatline News”). Doceniano DEATH SEA za wskazywanie perspektyw rozwoju dla gatunku, jakim był death metal i dobre umiejętności. Ale byli też tacy edytorzy, którym nie przypadł ten stuff do gustu – wytykano mu wtórność, słabej jakości brzmienie lub niezbyt oryginalną nazwę („Ibidem”, „Galeic Stigmata”).

Na koncertach kapela DEATH SEA – szczególnie w Krakowie – była przyjmowana dobrze.

ImagePomimo krótkiego stażu, w 1994 r. grupa podpisała kontrakt na jedną płytę z firmą Loud Out i zarejestrowała pełnowymiarowy materiał w studiu Beat Music Center w Katowicach. W tym samym roku zespół zagrał dwa koncerty na festiwalu muzyków rockowych w Jarocinie. Niestety wytwórnia Loud Out zbankrutowała i drugi materiał DEATH SEA ukazał się tylko w formie kasetowej w roku 1995 nakładem Baron Rec. Jego tytuł to „Imagination World”. Autorem obrazu, który posłużył za okładkę, był Zbigniew Krzywdziak. Oprócz starszych utworów zamieszczono na tym materiale cztery nowsze („Ivy”, „Sensation Of Glowing”, „Beyond The Reason”, instrumentalny „Symbolic Way Of Expression”), które zawierały więcej partii akustycznych. Ponadto kapela wykorzystała pomysły charakterystyczne dla doom metalu, rocka progresywnego czy muzyki latynoamerykańskiej, bez utraty typowej w death metalu dynamiki i brutalności.

W roku 1994 szeregi DEATH SEA zasilił drugi gitarzysta Piotr Szczuciński, który następnie zastąpił na basie – kończącego przygodę z graniem – Jarosława Kochmana. Pod koniec 1994 r. od grupy odszedł Gerard Niemczyk, a zasilił ją Krystian „Pinokio” Skowiniak.
W połowie roku 1995 zaczął powstawać kolejny materiał DEATH SEA, po którym została jedynie nieprofesjonalna taśma z próby: ok. 20 minut jeszcze bardziej technicznego, ale też bardziej brutalnego death metalu niż ten na „Imagination World”.
Na początku roku 1996 nastąpiła kolejna zmiana personalna – zespół opuścił Mateusz Wabik, a nowym wokalistą został Filip „Zielony” Zieliński. W drugie połowie lat `90 grupa dużo koncertowała.
Zespół funkcjonował z przerwami i w różnych składach do roku 2001, grając wiele koncertów. Później nieco zmienił wykonywaną przez siebie muzykę, stała się ona bliższa nowoczesnemu thrash metalowi w klimatach TESTAMENT czy FEAR FACTORY.

Image

Muzycy, którzy udzielali się w DEATH SEA, równolegle, a także po rozwiązaniu tejże grupy grali w wielu różnych zespołach, które stanowiły część krakowskiej sceny metalowej.
Grzegorz Bryła był sesyjnym gitarzystą DISINTERMENT. Był też przymierzany do składu VIOLENT DIRGE, ale z powodu, iż musiałby dojeżdżać do Warszawy, nie dołączył do tego zespołu. Grał także w SYMBOLIC IMMORTALITY, VIRGIN SNATCH, ANAL STENCH.
W 2001 roku Grzegorz Bryła oraz Filip Zieliński powołali do istnienia thrash metalową kapelę VIRGIN SNATCH, z którą odnoszą duże sukcesy, nagrywają płyty i koncertują.
Gerard Niemczyk to bardzo rozchwytywany perkusista. Dodatkowo potrafi grać na gitarze, basie i klawiszach. Zahaczył o ogrom przeróżnych grup, głównie jako muzyk sesyjny lub gościnnie wspomagając je na koncertach (MORDOR, HOLY DEATH, SCHISMATIC, SYMBOLIC IMMORTALITY, LUX OCCULTA, GLADIATOR, VINCENT BECK GROUP itp.). Uczestniczył również w licznych projektach free-jazzowych i bluesowych.
Jarosław Kochman, przed DEATH SEA, był basistą nieznanej thrashowej formacji POLTERGEIST.
Mateusz Wabik wcześniej był wokalistą SAMHAIN i gościnnie udzielał się w jednym utworze DISINTERMENT.
Piotr Szczuciński oraz Krystian Skowiniak wcześniej byli muzykami SAMHAIN oraz DISINTERMENT.
Ponadto Krystian Skowiniak znalazł się w pierwszym składzie THY DISEASE, przewinął się przez ANAL STENCH, obecnie gra w thrashowym RETRIBUTION.
Sam DISINTERMENT to zespół, który powstał jakby na gruzach SAMHAIN – kapeli która działała krótko (1993-1994), miała na koncie reh`a i rozprowadzane tylko do zinów demo „Winds Of Destiny” (a ślad po nim pozostał zaledwie w trzech czy czterech zine`ach).

 

[Mateusz Wabik, Kasia / Atmospheric #14]

AS I DIE: Echo doom metalu…

Image

Moda na doom metal przeminęła chyba bezpowrotnie. Dziś taka muzyka najczęściej jest zwyczajnie nudna i wtórna wobec osiągnięć tego stylu sprzed kilku lat, a już tylko takie jej określenie wywołuje u słuchaczy awersję i jest dla nich odpychające. A co powiedzielibyście, gdyby pewien zespół z Sosnowca zaproponował Wam brutal gothic, gdyż tym terminem posługuje się w opisie swojej twórczości czyli natchnione łączenie doom z death, thrash, heavy, climatic, atmospheric (ha!) i innymi pierdołami? Well, dla mnie taka fuzja to przyszłość klimatycznego grania…
ImageMowa o AS I DIE. Na początku porównywano ich do PARADISE LOST, MY DYING BRIDE, THEATRE OF TRAGEDY. Oni sami twierdzą, że inspiruje ich po prostu każda dobra muzyka. Od wirtuoza instrumentów elektronicznych Klausa Schulze, przez DEAD CAN DANCE, po dużo nam bliższe grupy MORBID ANGEL, ANGEL CORPSE. Utwory zespołu faktycznie są wypadkową różnych stylów, jednak nie jest to bezmyślne mieszanie i na pewno nie ulega wątpliwości, że wciąż jest to metal. Urozmaicenia muzyki nie należy mylić z jej nadmiernym pokomplikowaniem. To, co pozornie wydaje się nie aż tak łatwe do przyswojenia, przy odpowiednim nastawieniu samo dociera do otwartego umysłu. Przede wszystkim AS I DIE nie smęci, co sugerowałoby wcześniejsze umiejscowienie kapeli. Stawia na energię i dynamikę. Jeśli zwalnia to tylko po to, by przyśpieszyć z tym większym wykopem. Najłagodniejsza jest wiolonczela, klawisze i sporadyczny wokal żeński, bo to gitary rytmiczne i solowa nadają tonu całości. Niezwykłą atmosferę ma jedna z kompozycji zatytułowana najprościej, „Instrumental”, w której jakby plemienne bębenki wprawiają w lekki transik. Ponoć Cinkowi zdarza się tworzyć na chaju, więc coś w tym musi być. Można popaść w tępe odrętwienie i ocknąć się dopiero na drugiej stronie. Lustra? Życia? AS I DIE… O tym traktują przecież bardzo osobiste teksty Banana.
Grupa powstała pod koniec ’95, a w jej szeregi weszli muzycy SAGE, MORITURUS, DEADLY VISION. Stosunkowo szybko przygotowali pierwsze demo „The Rain”. Wszystkie cztery umieszczone na nim numery, poddane obróbce i ulepszeniu, znalazły się także na kolejnym i na razie ostatnim materiale sprzed dwóch lat „Senses”. Zarejestrowane na nowo, po dopracowaniu, tj. przearanżowaniu i dodaniu do nich solówek, doskonale dopasowały się do pozostałych sześciu premierowych utworów. Całość trwa 50 min., więc nie ma uczucia niedosytu po przesłuchaniu. Podstawę, czyli perkusję, gitary, bas i wiolę zespół nagrał samodzielnie, zaś wokale, sola i klawisze w katowickim Cyber Studio. Tam również zmiksowano ten stuff. Żadnym zaskoczeniem nie są częste zmiany personalne w AS I DIE, które m.in. osłabiły aktywność koncertową. Kapela nie grała na żywo zbyt dużo, przeważnie u siebie (woj. Śląskie), teraz jednak – po ustabilizowaniu się składu – sytuacja powinna się poprawić. Zespół robi obecnie intensywne próby, których efektem jest nowy repertuar. W planach następne nagrania.

 

[Kasia / Atmospheric #10]

 

As I Die, Marcin Korzewka, 1-go Maja 68/51, 41-200 Sosnowiec

LAAZ ROCKIT: Powrót legendy thrash metalu

 

Image

Powrót legendy thrash metalu

 

Powroty do łask thrashowych legend lat `80 to temat niezwykle aktualny, bo jak inaczej nazwać wydanie przez METALLICĘ albumu, który wskrzesił brzmienie zespołów z początków kariery? Ale nie oni sami zostali na polu bitwy. Także panowie z LÄÄZ ROCKIT wrócili do świata żywych i przyznać trzeba, że wyszło im to całkiem nieźle!

Image

Po tym jak w roku 2005 zespół ogłosił, że wyrusza w trasę koncertową, celem nagrania DVD uwieczniającego dotychczasowe dokonania (wydanego w roku następnym pod tytułem „Live Untold”), nikt jednak nie przypuszczał, iż całkowita reaktywacja kapeli nastąpi tak szybko, a już na pewno wydanie przez LÄÄZ ROCKIT nowego krążka było poza strefą marzeń. A jednak! Amerykanie dali wszystkim, którzy ich skreślili, solidnego kopa w dupę!

ImageOstatnia pozycja w dyskografii LÄÄZ ROCKIT – „Left For Dead”, to prawdę mówiąc najbardziej thrashowy tytuł ostatnich lat. Już pierwszy utwór z płyty, którym jest „Brain Wash”, szybki z zadziornym riffem, odwołuje się do starego grania i wszyscy sceptycy będą musieli podkulić ogon w geście uznania. Pomimo tylu lat spędzonych na scenie, nie ma tutaj mowy o odcinaniu kuponów od wcześniejszych dokonań. W stu procentach świeże pomysły użyte przez zespół odzwierciedlają znakomitą formę, w której LÄÄZ ROCKIT znajduje się pod koniec pierwszej dekady XXI-go wieku.

O świetności „Left For Dead” świadczyć mogą odważne plany koncertowe ekipy, które zakładają zaprezentowanie podczas występów większości nowego materiału, w przeciwieństwie do w ostatnim czasie wskrzeszanych „legend”, zapełniających swoją setlistę utworami sprzed lat.

Skoro już mowa o powrotach, należy wspomnieć o zespole TESTAMENT, który właśnie z chłopcami z LÄÄZ ROCKIT odegrał udaną trasę koncertową, która udowodniła światu, że thrash żyje i ma się dobrze! W planach obu thrashowych gigantów jest wydanie DVD, z zarejestrowanymi koncertami pochodzącymi z owej wspólnej trasy.

Gwoli ścisłości, pierwszy etap działalności LÄÄZ ROCKIT zakończył się w roku `89, kiedy basista Willy Lange starał się o zajęcie miejsca tragicznie zmarłego Cliffa Burtona. Gdy jednak basistą został Jason Newsted, Willy popadł w depresję, porzucając granie i oddając się sprawom osobistym.
Po drodze był jeszcze projekt Willy’ego pod szyldem DUBLIN DEATH PATROL, w skład którego weszli jeszcze Chuck Billy znany z TESTAMENT, były wokalista EXODUS – Steve Souza oraz kilku innych mało znanych muzyków. Grupa ta ma do tej pory na swoim koncie jedną płytę „DDP 4 Life”. Muzyka wykonywana przez ten projekt odbiega od dokonań muzyków w ich macierzystych zespołach. Jak twierdzą sami zainteresowani, we wspólnym graniu ze sobą odwołują się do swoich wczesnych inspiracji muzyką rockową spod znaku MOTORHEAD, UFO, SCORPIONS, THIN LIZZY.

Ale to już przeszłość (do której jednak warto wracać choćby ze względu na dokonania kapeli w pierwszym okresie aktywności). Teraz grupa LÄÄZ ROCKIT rozpoczęła swoje drugie życie, które już podczas pierwszego zderzenia z fanami obdarowało ich miażdżącą ilością ciężkiego i zabójczo szybkiego napieprzania.

[Jimbo]

Lääz Rockit, http://laazrockit.ning.com / www.myspace.com/thelaazrockit

ROTTING CHRIST: Jeźdźcy z Południa

 

Image

 

Jeźdźcy z Południa

Pochodzą z południa Europy, dokładnie z Grecji. Kraju, w którym niepodzielnie króluje muzyka narodowa. Jednak ROTTING CHRIST, bo o nich mowa, niewiele z muzyką gorącej Grecji ma wspólnego. A to za równo za sprawą swojego ciężkiego, siermiężnego jak średniowieczna zbroja brzmienia, jak i wyszukanego jak na Greków image`u.

Brygada, którą dowodzi Sakis pełniący w zespole rolę wokalisty oraz gitarzysty, w tekstach swoich utworów prezentuje starożytne, greckie wierzenia, które są w tej warstwie punktem wyjścia. Jak przystało na rodowitych Greków, utwory śpiewane są przez Sakisa w ojczystym języku.

W muzyce ROTTING CHRIST na próżno szukać inspiracji pochodzących od wojowników z krajów Nordów. Zespołowi przez okres swojej działalności udało się wypracować własny styl, choć droga do tego była niezwykle zawiła, poczynając od blackowego łojenia w stu procentach, po formę dzisiejszą, niezwykle melodyjną. Wszystko to okraszone technicznie sprawnym basistą, którego partie przy pierwszej próbie zapoznania z grupą cholernie mnie zaskoczyły. I było to pozytywne zaskoczenie.

Image ROTTING CHRIST, od roku pańskiego `87 czyli pierwszego roku swojego pobytu na ziemi, wydał dziewięć długogrających krążków. Ostatni z nich, „Theogonia”, pochodzący sprzed dwóch lat zawiera dziesięć utworów, które potrafią zmiażdżyć małżowiny uszne! Na uwagę zasługuje „Kervanos Kivernitos”, wyróżniający się pośród pozostałych utworów zawartych na krążku silnie zaznaczoną partią basisty, Andreasa. Album „Teogonia” można polecić fanom zadziornej sekcji rytmicznej, wyrafinowanych riffów oraz wokalu nie przypominającego wytaczanych w bój średniowiecznych armat.

 

[Jimbo]

Rotting Christ, www.rotting-christ.com / www.myspace.com/rottingchristabyss

KAT: Uwaga! Sataniczny, groźny i bardzo zły KAT!


Uwaga! Sataniczny, groźny i bardzo zły KAT!

 

Niektóre polskie zespoły muzyczne zaczęły się specjalizować w gatunku muzyki wywodzącej się od rocka, na przykład w heavy metalu i black metalu. Najważniejszym z nich był zespół „KAT” z Katowic, laureat Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie w 1984 roku. Właściwie ten zespół, wzorem zachodnich, zaczął propagować sceny satanistyczne w trakcie występów. Teksty piosenek, czarne stroje muzyków, ekrany z symbolami satanistycznymi, trupie czaszki, petardy, świece dymne itp. oraz niezwykle głośna muzyka – sprawiają rzeczywiście piekielne wrażenie. Od początku 1985 roku zaczęły działać fan-kluby tego zespołu. Rozpoczęto także omawiać elementy satanizmu, który szczególnie wśród młodzieży stał się popularny. Wokalista i ideolog grupy – Roman Kostrzewski jest autorem takich utworów tekstów satanistycznych jak np.: „Noce Szatana”, „Diabelski dom”, „Czas Zemsty”, „Trzy szóstki”, „Metal i piekło”, „Czarne zastępy”, „Morderca”, „Masz mnie wampirze” i „Wyrocznia”, które wyrażają dążenia realizacji katechizmu satanistycznego zawartego w „Czarnej Biblii” oraz zapowiedź nadejścia „Czasu Zemsty”. Nie ulega wątpliwości, że twórczość R. Kostrzewskiego pozostaje pod wrażeniem tej książki. Natomiast drugi nurt tej twórczości związany jest z dążeniem do niczym nie krępowanej młodzieńczej swobody, przemieszania przemocy i perwersji seksualnej, wyobrażeniami świata piekielnego i jego „herosów”, a przede wszystkim na rytuałach i obrzędowości satanistycznej zgodnie z regułą La Vey`a. Zatem w piosenkach często nawiązuje się do tych elementów, np:

 

Image„Daję ci właściwy klucz
Diabelskiego domu skarb
Kamień z procy Antychrysta.
Spójrz na wielki czarny ołtarz
Kiedyś leżała na nim twoja matka
Wiedźma.
Rzuciła seks,
Wolność, zemstę i pieniądz”.


W kwietniu 1986 roku na Festiwalu Muzyki Heavy-Metal „Metalmania 86” w Katowicach zespół „KAT” po raz pierwszy zaprezentował na scenie show muzyczny, który odczytano jako „Czarną Mszę”. Powtórzenie tego spektaklu nastąpiło 3l lipca 1986 roku na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie.

 

[fragment książki (pisownia oryginalna) pt. „Od hippisów do satanistów” autorstwa
kryminologa, policjanta i nauczyciela akademickiego Jerzego Wójcika, Kraków 1992]

KORSARZ: Galeria IX Mrocznych Obrazów

 

Image

Życie dla wielu filozofów to bezowocna egzystencja nasączona gotowym schematem, narzuconym nam przez naszych bliskich. Dojrzewanie i pęd ku dorosłości nieprzerwanie zbliża nas do ostatecznego rozrachunku. Im bliżej końca, tym więcej wątpliwości. Umysł tworzy filozoficzne pytanie skierowane do samego siebie. Czy aby na pewno zrobiłem wszystko, co się dało? Podsumowanie osobistych dokonań ciąży na sercu, gniotąc je bezlitośnie. Wielu z nas nie posiada daru akceptacji swojego losu. Przez to opłakany i smutny staje się nasz koniec… Wszyscy pytamy siebie i innych, co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze? Dobra materialne, ilość zdobytych tytułów naukowych, zaspokojone ego i wewnętrzna satysfakcja? Czy umiejętność bycia szczęśliwym, odczuwającym namacalne i niewidzialne piękno? Myślę, że zdolność bycia wrażliwym człowiekiem zbliża nas do stanu, w którym świat postrzegany jest zupełnie inaczej. A mianowicie w sposób artystyczny. Jeśli jesteście wrażliwi i spragnieni nowych doświadczeń, nie obca jest Wam filozofia pióra i muzycznej awangardy, zachęcam Was do zapoznania się z twórczością Krzysztofa Bilińskiego (znanego również jako Korsarz). Być może przyniesie Wam ona ukojenie…

Choć muzyka KORSARZa tworzona była w czasach nam współczesnych, jest ona naznaczona piętnem przemijalności dawnych czasów, w których słowo pisane było największą mądrością, a ludzkość niewykształcona karmiona była obrazem Biblii Pauperum… Mamy tutaj do czynienia nie tylko z poetyczną ucztą muzyczną, ale także artystyczno-malarską zadumą obrazów Mariusza Rymarczyka, które tworzą osobliwe wizje: modlitwy, miłości, nadziei, zaufania, potęgi, nostalgii, tęsknoty i samotności. Obrazy stają się kluczem do filozofii życia widzianej różnymi oczami bohaterów, występujących w przedstawionej opowieści. W świat swych najmroczniejszych malarskich dzieł wprowadza nas sam Mistrz, mityczny Lucyfer niosący światło poznania swoim niecodziennym gościom. Wernisaż przepełniony jest gorącą dyskusją zebranych. Monologi i dywagacje prowadzą nas kolejno przez dziewięć zaklętych komnat, w których znajdują się najbardziej mroczne obrazy tworzone przez całe życie wspomnianego Mistrza ceremonii. Aby poruszać się między nimi swobodnie, potrzebny jest odpowiedni klucz, który starają się odnaleźć przybyli goście. Mistrz poucza ich, snując opowieść, która trwa niczym nocny, księżycowy sen…

ImageKrzysztof Biliński, odpowiadający za całą muzykalną otoczkę, zbudował pewnego rodzaju baśń czytaną przez niezwykle utalentowany głos Krzysztofa Bigaja. Trudno bezpośrednio określić ramy, w jakich porusza się nasz autor. Element klasycznej awangardy, połączonej z gotycko-metalową kwintesencją stanowi chyba najbardziej dokładny z możliwych opis.

„Galeria IX Mrocznych Obrazów” to płyta niezwykła, zaopatrzona w książeczkę z tekstami oraz płytę multimedialną. Zdradzać więcej szczegółów mi niepodobne. Przybliżę Wam jednak cztery najbardziej poruszające mną muzyczne fragmenty. Inspirujące literacką myśl prowadzącą do wyzwolenia umysłu spod sztywnych i zardzewiałych kajdan oświatowych…

 

Niektórzy znajdują w niej siłę i ukojenie, inni wprowadzają się w świat mistyfikacji.

 

„Modlitwa”

ImageChciałoby się rzec, że jest to muzyka piękna i romantyczna. Ale czy te dwa słowa, używane przecież codziennie mogą oddać jej prawdziwe uczucie? Ciężko zamknąć to w jakimkolwiek znaku graficznym. Ja mam nieodparte wrażenie, że przenoszę się w czasy średniowiecznych klasztorów, których zimny oddech przenika moją skórę. Zapach wilgoci obecny w powietrzu usypia, wprowadza w stan zadumy. Muzyka utworu „Modlitwa” oparta jest na niezwykle melodycznej linii gitary, wspomaganej podczas refrenu dźwiękiem organów. W treści gitary pobrzmiewają rycerskie wątki aranżacyjne. I w zasadzie większość partii gitar jest oparta na stylu klasycznym, które dopiero po odpowiednim czasie wybrzmiewają tym mocnym, metalicznym brzmieniem pogańskim. Utwór został opatrzony tekstem Tadeusza Micińskiego, człowieka często niedocenianego, będącego dla innych geniuszem i mistrzem poetycznej sztuki słowa. Nie chcę opisywać czegoś, co stanowi koncept. Każdy odnajdzie swoją właściwą interpretację, kiedy słuchając muzyki weźmie do rąk zamieszczony egzemplarz książeczki. „Otom zbłąkany wśród piasków pustyni: Pożar zwątpienia pali głowę mą […]”. Być może odnosi się to do kuszenia Pana Jezusa na pustyni? Może skierowane jest do wszystkich nas, poszukujących prawdy? Jedynej i prawdziwej wiary, bez której, jak twierdzą zebrani goście, życie staje się niepełne. Dynamiczny refren doskonale oddaje ducha nostalgii. Głos Krzysztofa Bigaja to istny ewenement. Nie jest on typowym wokalistą, jakiego znacie ze swoich domowych płytotek. To osobowość poety, zaklęta w umiejętności dobrego wokalisty, którego emisja głosu zdaje się być dla Projektu KORSARZ niezastąpiona.

„[…] Tak naprawdę satanizm rodzi się wśród wielkich marzycieli, zmieniając ich marzenia
w twardą, praktyczną rzeczywistość.”

 

Image„Komnata Piąta (Potęga)”

Bez wątpienia w tym i innych odsłonach przemowy demonicznego bohatera, któremu głosu udzielił Krzysztof Biliński, drzemie diabeł. Okropny i przesterowany głos wygłasza swoje orędzie. Muzyczna warstwa przeraża swoją cmentarną wizją końca świata. Nieziemskie dźwięki syntezatorów, w które wpleciono delikatne stuknięcia fortepianowych młoteczków, budują grozę i strach przed nieznanym… Gdy powraca spokój, utwór powoli przechodzi w kolejny dialekt. Spokojny, lecz tylko na chwilę. Później kolejne wrota niepewności zostają otwarte…

 

„Gdy myśli błądzą w krainach cieni,
otwieram pradawny gabinet luster – tam twarze moje
w grotesce żyć oglądam pełen goryczy i bólu.”

„Ciemna strona jaźni”

To najbardziej mroczny i metalowy twór na płycie. Galopada podwójnej stopy ścigająca się z black metalowym riffem przypomina o przemowie kogoś, będącego ponad wszystkim, co żywe i śmiertelne. Doskonały tekst Bilińskiego przywodzi na myśl okultystyczną modlitwę. Element cierpienia w „koronie z gwiezdnych cierni” czy w „labiryncie kamiennych kurhanów” zabija resztkę sumienia. Podążamy za przemawiającym nauczycielem, stajemy się jego własnością. Nie istniejemy jako ludzie, jesteśmy zwykłym pyłem roznoszonym przez gniewny wiatr.

Na sam koniec chciałem napisać Wam o jedynym, zawartym na płycie utworze, który przyjął rolę swoistego promotora „Galerii IX Mrocznych Obrazów”. Dołączona do wydawnictwa płyta multimedialna zawiera także ruchomy obraz, będący oprawą wizualną do muzyki tego utworu. „Pasje Nocy” – zawładnęły moim sercem. Wprowadzając je w smutne i gorączkowe drżenie. Tak prawdziwa i szczera sztuka zdarza się jednak bardzo rzadko. Stworzyć ją może jedynie osoba umiejąca uchwycić swoje uczucia za pomocą zwykłej kartki papieru i pióra, czasem również za pomocą niezwykłych nut. Intymność nocy staje przed Wami w swym najbardziej okazałym obliczu księżycowej pełni. Oddajcie się w jej ręce, dajcie się unieść własnej wyobraźni. Niech prowadzą Was duchy „ouija”…

Image

„Stałem się samotny z iskrą Boga w duszy, Czarny Pegaz prowadzi mnie przez Noc.”

„Pasje Nocy”

ImageZazwyczaj łatwo krytykuje się dokonania innych. Bez głębszego zastanowienia potrafimy wydawać sądy, często sprzeczne z prawdziwym stanem rzeczy. Jeszcze trudniej przychodzi nam szczera ocena czyjegoś wysiłku. Szkoda, że tym samym odbieramy sobie prawo do drogi, której przeżycia mogą wzbogacić naszą życiową mądrość. Jako iż „Pasje Nocy” to utwór opatrzony teledyskiem, muszę niejako połączyć ze sobą obraz i muzykę. Rozgraniczanie na dwie osobne części nie ma większego sensu. Wyobraźcie więc sobie rozmywające się światło dnia i nadchodzący wieczór wraz z czarną plamą gwieździstego nieba. Wszystko dookoła wiruje, światła lamp rozmywają się w Waszych oczach, a jedyne bezpieczne miejsce – dom, oddala się błyskiem okien. Wspomnienia powracają z nieokreśloną siłą. Na stole świece i album ze zdjęciami. Dziecinna zabawka przywołuje łzy. Butelka traci swą alchemiczną zawartość. Zmysły łączą się w cierpienie… Muzyka płynie delikatnie, oswaja nas ze swoją obecnością. Jestem zdumiony i pełen podziwu dla tego Dzieła. Każdy szczegół został dokładnie dopracowany. KORSARZ solidnie dopracował synchronizację scenariusza z dźwiękiem: szelest kart księgi, zamknięcie tajemniczej butelki. Mimo iż produkcja jest zupełnie amatorska, nie odczuwa się tego. Pomysł rzuconych kości i ich liczba końcowa, piwniczne drzwi czy zbliżenie literatury okultystycznej na półce świadczy o geniuszu i niesamowitym wyczuciu sytuacji. Człowiek sam zaczyna popadać w letarg. Czuje ogromny ciężar. Tego nie można słuchać i oglądać bez zastanowienia. Tego typu sztukę należy przeżywać, łączyć się z nią. Pojawia się nawet dwuczłonowa solówka. Rozdzielona na partię klasyczną i tę bardziej rockową. Poprzedza ją piękna sentencja Fryderyka Nietzschego: „Do każdej duszy odrębny świat przynależy, dla każdej duszy jest inna dusza zaświatem.” Zbliżając się powoli do końca, wszystko staje w miejscu. Zmęczeni drogą łapiemy zimne wieczorne powietrze. Ręce spoczywają na kolanach. Zmierzamy przez ciemność, tak naprawdę nie wiadomo, dokąd. Z oddali widać płonące ognisko, słychać tupot koni. Podmiot liryczny zwierza się, tracąc siłę: „Jak tak ciężko, kiedy nie ma dokąd iść, kiedy dom cmentarzem się stał. A bez ciebie nie zbuduje nikt świątyni…”. Choć słaby, zaczyna biec dalej. Samotny, skruszony, zanika…

 

[Sabian]

Image

ARUM: „Na krawędzi życia i śmierci”

 

Image

 

Historia ARUM ma swoje źródło w działalności GRUUNKS. Ten zespół zrealizował w latach `89 – `94 dwa materiały zawierające mieszankę death i thrash, które jednak nie zyskał większego rozgłosu. Jedynie w rodzinnej Brazylii chłopaki wyrobił sobie silną pozycję na scenie undergroundowej głównie poprzez koncerty. Być może ten brak znaczących sukcesów spowodowany był tym, że muzycy, po prostu paczka przyjaciół, czego dzisiaj nie ukrywają, chcieli wówczas przede wszystkim pić i bawić się, a tym samym nie traktowali jeszcze swojego grania zbyt poważnie. Taką prostą filozofię mieli w tamtym okresie. Nomen omen, pierwsza taśma kapeli nosiła znamiennie do niczego nie zobowiązujący tytuł „Ted Beer”, a umieszczone na nim teksty również nie należały do ambitnych i wyszukanych. Członkowie grupy utrzymują, że o ile nigdy nie dbali o liryki, do komponowania zawsze przykładali się solidnie. Tak więc chociaż najstarsze dokonania zespołu ponoć nie były niczym wyjątkowym, z pewnością stanowiły dobry początek i punkt wyjścia do kolejnych muzycznych poszukiwań, które w całej okazałości zaprocentowały trochę później.

Nowa kapela, ARUM właśnie, powstała, po czterech latach przerwy w działalności, na zgliszczach rozwiązanego m.in. z powodu problemów personalnych GRUUNKS. Skąd ta zmiana nazwy? Bez szczególnego powodu, chociaż na pewno nowy szyld (autorem logo jest sam Christophe Szpajdel) miał zamknąć pewien rozdział i otworzyć następny, tak, aby słuchacze nie mieli wyraźnych skojarzeń z przeszłością. W składzie formacji znaleźli się nowi ludzie i tym razem obrany kierunek i styl bardzo zbliżył się do black metalu. Założyciel obydwu zespołów i najważniejsza w nich postać, wokalista i gitarzysta Marcelo, mimo iż w wcześniej grał różną muzykę (obecnie ma jeszcze poboczny projekt ze swoją dziewczyną, w którym jest miejsce na flet, skrzypce, wiolonczelę) i prywatnie słucha odmiennych zespołów (SLAYER, MORBID ANGEL, IRON MAIDEN, EMPEROR, DIMMU BORGIR, a także jazzu, klasyki, rocka progresywnego), swoją koncepcję odnośnie profilu artystycznego ARUM uzasadnia tym, że generalnie nie lubi nadmiernego kombinowania i mieszania gatunków w obrębie jednej kapeli. I bez wątpienia takie podejście do tworzenia jest słuszne i zdrowe.
Image Przejawem działalności nowostworzonej grupy i owocem wielu prób było demo-CD „Beyond Your Death”, z którego wybrane utwory znalazły się na kilku kompilacjach. Później chłopaki ujawnili pełnię swoich możliwości na debiutanckiej płycie „Fierce Everlasting Tempest”, która zbiera całkiem pozytywne recenzje w prasie podziemnej oraz oficjalniej w Brazylii i za granicą. Trzymiesięczna sesja nagraniowa odbyła się studiu Cantano, a jaj wydaniem zajęła się w marcu `01 Demise Rec. Było to wówczas pierwsze przedsięwzięcie tej wytwórni, a później zaopiekowała się jeszcze np. MISTYFIER czy MYSTERIIS. Promocją ARUM zajmuje się nie tylko firma, ale także w dużym stopniu sam Marcelo, który rozsyła materiały do zinów z różnych krajów i pisze do fanów osobiście. Zresztą w samej Polsce ma wielu zwolenników swojej twórczości, miał nawet plan przylecieć do nas, jednak niestety nie został on zrealizowany. Obecnie zespół pracuje nad utworami przeznaczonymi na drugi album, który być może zostanie wkrótce zarejestrowany.

Image Twórcą wszystkich utworów z „Fierce Everlasting Tempest” jest Marcelo, ale nad aranżacjami pracuje wspólnie z pozostałymi członkami, więc być może właśnie z powodu takiego sprzężenia sił repertuar zespołu ostatecznie nie dusi się w ramach typowego czystego, zimnego black metalu. Charakterystyczne dla tej kapeli jest choćby to, że sporo linii melodycznych zostało rozpisanych na gitarę akustyczną i klawisze. Wprawdzie keybordy czasami są jeszcze zbyt nieśmiało wykorzystywane, ale ogólnie spełniają istotną funkcję. Zwłaszcza jak imitują fortepian, robi się naprawdę poważnie i wyniośle Poza tym ponieważ jest to stosunkowo nowy element w twórczości grupy, gdyż ten instrument pojawił się na poprzednim materiale zaledwie w śladowych ilościach, na kolejnych produkcjach powinno być go znacznie więcej. Ten zabieg nie jest jednak wyrazem niekonsekwencji przy realizowaniu pierwotnych założeń, o których była mowa wyżej. Chodzi tu raczej o kontrast nastrojów i umiejętne przemieszanie szybkich, ostrych riffów z bardziej wysublimowanymi wstawkami jakby z innej bajki. Według mnie największym atutem zespołu jest więc niebywała umiejętność stopienia ze sobą na tle bogatego syntezatorowego podkładu dwóch rodzajów gitar, elektrycznej i klasycznej. Na krążku pojawił się także cały akustyczny kawałek. Jest to właściwie taka niewinna balladka, może jeszcze mało wirtuozerska, ale na pewno urocza. Jej umieszczenie na środku płyty też nie mogło być przypadkowe, ponieważ wbrew pozorom nie zakłóca ona surowego brzmienia albumu, a stanowi doskonałe ukojenie przed następującą później nawałnicą perkusisty i pozostałych muzyków. Tak więc ARUM sprawdza się zarówno w klasycznym black metalu jak i wtedy, jak zapuszcza się w bardziej odległe muzyczne rejony. Mam wrażenie, że komponowanie w tej kapeli odbywa się na zasadach niczym nie skrępowanego procesu wyłapywania najbardziej ciekawych pomysłów, a chłopaki po prostu mimo woli poddają się emocjom, podążają za klimatem muzyki, nie trzymają się żadnych sztywnych wytycznych. Jeśli wymaga tego chwila, zwalniają, a kiedy trzeba, przyśpieszyć. Z ogromnym wyczuciem smaku łączą za sobą szaleństwo z zadumą, delikatność z brutalnością, melodię z ekstremą, piękno z brzydotą, spokój z hałasem. Utwory są na ogół posklejane z mniejszych, odmiennych stylistycznie i tylko pozornie nie przystających do siebie fragmentów, ponieważ jest w ich zestawieniu ze sobą pewna logika i z pewnością ujednolica je, scala odpowiednio wtopiony w instrumenty wokal Marcela. Obojętnie czy jest to przenikliwy, chropowaty krzyk czy szept czystym głosem, wyciszona recytacja. Tempa na płycie są wszelakie, od wolnych, przez średnie, po szybkie. Pojawia się trochę solówek. Podoba mi się brzmienie albumu. Jest przybrudzone i ciemne, jak na black metal przystało. Zbytnia klarowność zabiłby przecież podziemnego ducha tej muzyki, a tak, trzeba się nieco natrudzić, aby zgłębić zakamarki struktury dźwiękowej, dotrzeć do jej dna i wyłowić wszystkie niespodzianki.

Interesująco przedstawiają się również teksty ARUM. Pokazują, że Marcelo, autor większości z nich, bardzo dojrzał wewnętrznie i chce przekazać słuchaczom konkretne myśli i przesłanie. Przyznaje, że od jakiegoś czasu jest zafascynowany okultyzmem, itp. i dużo czyta na ten temat. Mówi, że piorunujący wpływ wywarła na nim także lektura „Księgi Prawa” A.Crowley`a. Nie uściśla wprawdzie, czy utożsamia się choćby z przesłankami Thelemy, jednak nie ukrywa, że satanizm sam w sobie jest mu bliski, mimo iż, co równocześnie zaznacza, nie jest w tym względzie żadnym radykalistą czy fanatykiem. Nie popada po prostu w bezrozumne zaślepienie jakąkolwiek ideologią.
Dwa fragmenty z „Fierce Everlasting Tempest” są przesiąknięte rebelianckim duchem i mają sarkastyczny podtekst. Przełom wieków sprzyja milenijnym rozważaniom o sensie egzystencji i kierunku, od którego zmierzamy. Znalazło to odbicie w utworze „Futura”, który jest apokaliptyczną wizją przyszłości. Świat ziemski skazany jest na zagładę, ponieważ człowiek pogwałcił prawa natury. Sami sprowokowaliśmy bieg wydarzeń, podpisaliśmy na siebie wyrok, skazaliśmy się na destrukcję. Poprzez wojny, mordy, irracjonalne decyzje i czyny, dewastację środowiska, ogólną miernotę. Zbliżającej się katastrofy, zagłady miliardów istnień nie da się zatrzymać. Gatunek ludzki wyginie na zawsze, zakończy swoje bytowanie, przejdzie do historii planety. Nie będziemy mieli drogi ucieczki ani gdzie się schronić. Chociaż dla odmiany z kompozycji „Idyll Perished” przebija wola walki o ocalenie. Wiara, że potrafimy otworzyć wszystkie bramy, dostrzec światło, posiąść prawdziwą mądrość, poznać przeznaczenie i nadzieja, że uda się odbudować cały porządek z chaosu i zgliszczy. Kreatorem nowego, wyśnionego raju (?) miałby tu być ten jedyny wybraniec, który przekroczył granice życia i śmierci.
Pozostałe liryki z „Fierce Everlasting Tempest” to portret psychologiczny właśnie tego bohatera, który staje na krawędzi życia i śmierci… Noszę w sobie pragnienie by być nieśmiertelnym. Pod osłoną nocy, w blasku płomieni będę pić krew, aby żyć wiecznie. Czas mija nieubłaganie, a we mnie wzrastają niepohamowane żądze. Czekałem na tę chwilę. Zawierzam siłom ciemności i wsłuchuję się w wycie wilków. Ruszam w podróż, wędruję w poszukiwaniu królestwa nieprzemijającej szczęśliwości. Nie będę czekał na naturalny zgon, wezmę los w swoje ręce. Ten jeden raz stanę ponad Bogiem i będę Bogiem dla samego siebie. Zaufam Szatanowi, popełnię samobójstwo. Przedawkuję. Dławię się nienawiścią do tych, którzy mnie wyśmiewali. Nie mam kogo kochać. Jest już za późno na twoje przeprosiny. Mam dosyć twoich kłamstw. Żal, dezaprobata, tęsknota, litość – targają mną te wszystkie uczucia. Zatraciłem gdzieś swoją osobowość, nigdy nie zrealizowawszy swoich marzeń. Postradałem zmysły. Nie wiem, kim jestem. Wstrzykuję narkotyk. Umieram w cierpieniach, sparaliżowany przez strach.  Samotny, zapomniany. Boje się. Płaczę. Zgrzeszyłem. Umieram. Odchodzę w nieznane. Czy ja śnię? Inkubus i Morfeusz wzywają mnie. Podążam za nimi nie zastanawiając się. Są moimi przewodnikami, prowadzą mnie, wskazują właściwą drogę. Moje martwe ciało ulatuje. Obmywa mnie krwawy deszcz. Marznę, nic nie widzę. Szybuję ponad wzgórzami, blisko chmur i księżyca. Szukam po omacku zagubionej duszy. Dopiero teraz mogę pomścić wszystkie krzywdy, których doznałem za życia. Nie będę dla ciebie miłosierny. Twój koszmar i terror dopiero się zaczyna. Walczyłem pokonałem śmierć, znalazłem przeznaczenie. …„Willothewisp Blooming In Wrath”, „Towards Immortality”, „Vanquished Serenade”, „Gazing Into A Horizon Of Serenity”, „Beyond Your Death”…
„Quando sovet saeclum in failla. Ante thronum flammis acribus addictis. Domine inferni, voca me…” Oto ostatnie słowa, jakie padają na „Fierce Everlasting Tempest”. Stanowią podsumowanie i motto całości.

ARUM, podobnie jak mnóstwo szczególnie młodych kapel pod każdą szerokością geograficzną, ciągle borykał się z kłopotami personalnymi. Zresztą z tego powodu GRUUNKS w swoim pierwotnym składzie przestał istnieć. Nawet ostatnio Marcelo był przez pewien okres jedynym członkiem zespołu, gdyż ci ludzie, którzy stworzyli z nim płytę, opuścili grupę (jeden z nich przeszedł do nowomodnej kapeli hardcore`owej, inny całkowicie zerwał z graniem, itp.). Dokooptowani na próbę gitarzysta CENTENNIAL i basista MORCROF nie sprawdzili się, na stałe zastąpili ich dopiero muzycy z ERIS MAESTUS. Te częste zmiany na pewno są przykładem na determinację Marcela, który mimo chwil zmęczenia i wątpliwości nie rezygnuje z działalności formacji. Jednak czy oznacza to zarazem, że jest on liderem-tyranem, od którego wcześniej czy później uciekają pozostali współpracownicy? On sam wypowiada się na ten temat w ten sposób: „Moi dawni koledzy (no może z wyjątkiem przyjaciela zawsze gotowego do pomocy czyli Thomasa Roberto) nie byli w stanie poświęcić się całkowicie dla zespołu, dlatego często wszystkim musiałem się sam zajmować. W ich żyłach nie płynął metal, który traktowali tylko jako epizod i woleli się np. uczyć, nadal kształcić. Cóż, każdy chce iść przez życie łatwą ścieżką, zarabiać dużo pieniędzy, a niestety jeśli kapela nie staje się środkiem zarobkowania, wielu porzuca takie kosztowne, wymagające poświęceń hobby. Ja to wiem, choć oni sami się do tego nie przyznali. To jest poważny problem, że z tego powodu musiałem się rozstać z chłopakami. Młode grupy, takie jak moja, które nie mają jeszcze renomy jak SEPULTURA, KRISIUN czy ANGRA, nie są szanowane i doceniane. W Brazylii żyje się dobrze, ale metalowcom. Trzeba więc być prawdziwym wojownikiem metalu i nie oglądać się na prawa, jakimi rządzi się społeczeństwo Młodzi tego nie rozumieją. A dla mnie muzyka to jeden z najważniejszych powodów do życia”.

ImageImageImage

Czy ARUM kiedykolwiek trafi do większej wytwórni o zasięgu światowym, jeżeli takowa okazałaby tym swoje zainteresowanie, trudno powiedzieć. Marcelo utrzymuje, że najbardziej ceni sobie scenę undergroundową, a rynek oficjalny kojarzy mu się wyłącznie z kasą, graniem pod publiczkę, aby tylko mieć więcej profitów. Ciekawe, czy nadal byłby takiego zdania, gdyby otrzymał jakąś naprawdę dobrą propozycję kontraktu (?). Ale skończmy to gdybanie, które do niczego nie prowadzi, ponieważ liczy się to, że lider ARUM po prostu szczerze zaangażuje się w sprawy podziemia i naprawdę jest dumny ze wszystkiego, co robi, uważa to za część swojej osobowości. Poza tym korespondencja z nim to czysta przyjemność i dlatego tym bardziej twierdzę, że warto się z nim skontaktować. Gorąco do tego zachęcam i polecam „Fierce Everlasting Tempest”.

 

[Kasia / Atmospheric #11]

Arum, Marcelo Miranda, Rua Nebraska, 251 apt 53, So Paulo – SP, Cep 04560-010, Brazil; blackgoat@ig.com.br; www.arumblackmetal.com / www.myspace.com/arumblackmetal
Demise Rec., Av. Almir de Souza Ameno, 371, apto 102, Funcionários – Timóteo/MG, CEP: 35180-000, Brazil; info@demiserecords.com; www.demiserecords.com

HOLY DEATH: Przebudzenie i aktywność Necronosferatusa

 

Image

 

Krakowski HOLY DEATH to zespół z 10-letnim stażem, jednak od dawna milczy. Czy jest jeszcze ktoś, kto zastanawia się, co dzieje się z nim obecnie? Otóż pragnę poinformować wszystkich zainteresowanych, że Necronosferatus wcale nie popadł w śmiertelną stagnację, a szykuje się do triumfalnego, mam nadzieję, powrotu na scenę z nowymi ludźmi i z premierową muzyką. A więc grupa istnieje nadal. Nawet jeśli dość opornie, borykając się z wieloma różnymi problemami bez widocznych na zewnątrz rezultatów, najważniejsze iż konsekwentnie.
Przypomnijmy, że ostatni przejaw działalności HOLY DEATH to płyta „Evil”, którą zamykała świetna wersja „The Freezing Moon” MAYHEM oczywiście. Miała ona być zapowiedzią większego i ważniejszego dzieła „Lucyfer”, które do dziś nie ujrzało światła dziennego. Wcześniej kapela planowała zarejestrować w Manek Studio, z sesyjnym gitarzystą Damianem Kuraszem, numery takich klasyków jak BLACK SABBATH, MANOWAR, RUNNING WILD, JUDAS PRIEST, KISS, AC/DC, MOTORHEAD na album „A Tribute To Heavy Metal”, niestety z powodów ograniczeń finansowych zrezygnowała z tego, przynajmniej na razie.

W międzyczasie Leszek stworzył projekt ambient PORTA INFERNA (recenzja „Seven Gates Of Hell” znajduje się w Atmospheric #8). Również nie miał on być jednorazową przygodą, ale ponieważ żadna wytwórnia nie zrefundowała kosztów nagrania przez wykupienie materiału, rozdział ten wydaje się być zamknięty.

Image Początkowo najnowsze wcielenie HOLY DEATH miało być prawdziwie black metalowe, bez żadnych kompromisów, jednak w obliczu tych innych niezrealizowanych pomysłów, o których mowa była wyżej, wizja ta zaczęła ulegać przeobrażeniom. Na płycie powinno więc się znaleźć 10 najlepszych utworów, właśnie intra klawiszowe typu PORTA INFERNA oraz być może covery, tyle że z gatunku BM (VENOM, CELTIC FROST, BATHORY). Necronosferatus nie ukrywa, iż trudno jest mu znaleźć dobrych muzyków, którzy zarazem mieliby podobne poglądy jak on. Dotyczy to głównie drugiego wioślarza, który dodałby kompozycjom jadu i ekstremy. Nawet ponoć gitarzysta Kuba z LACRIMY i jego kuzyn na basie, którzy z nim teraz grają, zbliżają HOLY DEATH bardziej ku death metalowi, co przecież niekoniecznie go satysfakcjonuje. Zresztą dwa numery, które zespół nagrał dla własnych potrzeb, ostatecznie zostały odrzucone z powodu nie pasujących do całości wokali Kuby. Na tym nie koniec prób i zmian. Sesja płyty stale jest odkładana, więc dziś nosić ma ona tytuł „Forever Burning Ashes”. Leszek nie chciał porzucać poprzedniej koncepcji, ale sami powiedzcie, jak to brzmi „Holy Death Lucyfer” (?). Pozytywną sprawą jest jednak to, iż grupa nie będzie już musiała przyjeżdżać do Sanoka, bo Kuba otworzył prywatne studio, gdzie w komfortowych warunkach pracy nie trzeba będzie liczyć się z czasem. Czekamy więc na wieści, natomiast sam Necronosferatus twierdzi, że będzie to najbrutalniejszy album w historii black metalu, przy zachowaniu charakterystycznych dla kapeli klimatów, który przebije wszystko, co do tej pory ukazało się na krążkach.

Image Jeszcze słówko o „Equilibrium Of Noise `zine”, na którego czele redakcji stał lider HOLY DEATH. „Szóstka” była jego ostatnią odsłoną w wersji gazetowej. Jako „Diabolical Art” magazyn ten istnieje w internecie. Poza tym jest on dostępny na CD-Rom’ie (cena: 20 zł). Oczywiście wciąż jest on w dużym stopniu poświęcone muzyce, np. wyłącznie scenie BM lat ’80, ale nie tylko (vide wywiady z BLEEDING ART, DARK FUNERAL, DIACHRONIA, NEOLITH, USURPER, DECAPITATED, ATROPHIA RED SUN), zaś na dołączonej rugiej płycie umieszczono m.in. EBLIS, DEW OF NOTHING, VESANIA, DE VISION, BLADE OF THE SWORD. Pozostała zawartość to artykuły (Zawisza Czarny, Tarot, Psychodrama, Le Messe Noir, Hrabia Dracula, Luciferic Temple Of Light), opowiadania (Ł. Orbitowski), galerie (Z. Beksiński, R.H. Giger, R. Niec, E. Iwaszko – fotografie, R. Baran – tatuaż, wreszcie Necronosferatus – rysunki, rzeźby, zdjęcia z koncertów, D. Galas, MARDUK). Zespoły oraz wytwórnie zainteresowane promocją, ślijcie materiały do recenzji lub kontaktujcie w celu opublikowania biografii. Strony „Diabolical Art” są też otwarte dla młodych twórców i ich prac oraz innych osób, które mają cos ciekawego do przekazania. Chociaż należy chyba tutaj zauważyć, iż całe to przedsięwzięcie ma wymowę antychrześcijańską, antykatolicką i właśnie do odbiorców o takich zapatrywaniach jest skierowany.

Ps. Leszek ma drugi zespół black metalowy, FLAGRUM.

 

[Kasia / Atmospheric #10]


Holy Death, Leszek Wojnicz-Sianożęcki, P.O.Box 399, 30-960 Kraków 1; holydeath@wp.pl; www.holydeathhorde.com

Sound Riot Records – prezentqacja zespołów

 

Image

 

Przedstawiamy nieco bliżej kilka wybranych kapel zrzeszonych w Sound Riot, a także Dreamlike Music – podwytwórni, która specjalizuje się w dark wave, gotyku, folku, muzyce eterycznej, średniowiecznej itp.

 

Szwedzki INCINERATOR gra crusher/speed thrash metal wzorowany na dokonaniach mistrzów tego gatunku z lat `80 (KREATOR, DESTRUCTION, SLAYER, DARK ANGEL). Tytuł debiutanckiego, 5-utworowego MCD „Thrash Attack” jest więc znamienny. Drugi album grupy został zarejestrowany w Sunlight Studio i jest to kawał surowej, zabójczej muzy; a cover art wykonał grafik pracujący też dla MARDUK i OLD MAN`S CHILD. Basista / wokalista zespołu, Lenny Blade, udziela się równocześnie w NOMINON oraz wziął udział w nagraniu płyty MAZE OF TORMENT.

Początki zespołu ERIDU ARCANE datują się na `93. W krótkim czasie powstało demo „Ars Poetica” i aż po sześciu latach pierwsza płyta długogrająca „Refugee From The Monochromie”. Drugi album kapeli to „The Dying Of An Ageless Day”. Grupa pochodzi z Norwegii, a w swojej twórczości bazuje na irlandzkim folku i kontynentalnej muzyce klasycznej. Trochę to zaskakujące, nieprawdaż? Płyta zawiera dramatyczne w swojej wymowie kompozycje przypominające dokonania chociażby DEAD CAN DANCE z okresu „Aion”. Do powstania krążka przyczynili się inni muzycy sesyjni i narodowa orkiestra symfoniczna. Wśród instrumentarium znalazły się gitary klasyczne, pianino, skrzypce i flet. Całość brzmi bardzo efektownie i ekspresyjnie. Grupa ma w składzie (nową) utalentowaną wokalistkę, o niebiańskiej barwie głosu.

ImageZespół BURIALMOUND (Finlandia) powstał w `94 jako black metalowy UTGARD. Pod tą nazwą nagrał demówki „Northern Glory” i „Nightly Verses”. Zmiana szyldu oznaczała nowy, dojrzalszy okres w działalności grupy oraz bardziej zdecydowane ukierunkowanie agresywnemu death metalowi. W `99 nakładem szwedzkiej Arte De Occulta Prod. ukazała się limitowana EP`ka „Horror”, zaś kontrakt z Sound Riot przyniósł tercetowi BURIALMOUND debiutancką płytę „The Black Death” (11 kompozycji) oraz drugi, 9-utworowy album, którego cover art został zainspirowany powieścią Stephen`a King`a (obydwa zrealizowane w Watercastle Studios). Utwory grupy zawierają w sobie zarówno pierwiastki starego, jak i nowego stylu zespołu. W grze dominuje death bliski INCANTATION, IMMOLATION, AETERNUS, MORBID ANGEL, który scala się mrocznym black metalem (w tym klimacie są też utrzymane teksty typu „Devilspawn”, „Hellbounded Interno Ones”, „Sisters Of Sodomy”). Co więcej, wyróżnia się chwilami grindująca perkusja! Zresztą ogólnie wszyscy muzycy dobrze władają swoimi instrumentami. Tempa są średnio-szybkie, ukierunkowane na zmiany i zwolnienia. Utwory są dość masywne. Niekiedy zespół brzmi chaotycznie, ociężale i monotonnie. Pojawiają się też krótkie solówki. Wokal nie zachwyca niczym wyjątkowym, jest to typowy growl przeplatający się ze złowieszczymi skrzekami. Reasumując, BURIALMOUND to brutalny akt dla death/black maniaków.

FROSTMOON może pochodzić tylko z zimnej Norwegii! Bowiem „Tordenknig” (10 utworów) to surowy, obskurny, nienawistny epic black metal. Album obfituje w tradycyjne melodie i chóry tworzące iście wikińską, aczkolwiek ponurą atmosferę.

ImageFiński LOST IN TWILIGHT wydał w Sound Riot MCD „Planeteer”, który jest jedną z najciekawszych propozycji w ofercie wytwórni. Zawartość tego materiału to progresywny, gotycki metal z przebogato zaaranżowanymi, majestatycznymi klawiszami, przeważnie czystym, ciepłym męskim wokalem i chwytliwymi melodiami. Nie brakuje też ostrzejszych riffów. Wszystkie kompozycje zespołu są dość rozbudowane, następują w nich częste zmiany motywów melodycznych i wahania najróżniejszych klimatów, do nastrojowej zadumy po niepohamowaną euforię. Dzięki tej różnorodności muzyka nie jest nudna, a wręcz po prostu wciąga i fascynuje. Właściwie wachlarz skojarzeń podczas słuchania tych czterech kompozycji z „Planeteer” jest szeroki: od TYPE O NEGATIVE (ten dostojny wokal!) i nowsze wcielenie MOONSPELL, z jednej strony poprzez STRATOVARIUS, a z drugiej CHILDREN OF BODOM, aż do YNGWIE MALMSTEEN`a. Tak więc w LOST IN TWILIGHT miesza się doom, heavy i death z progresywnymi elementami i iście gitarowym graniem. Prywatnie członkowie grupy słuchają różnorodnej muzyki, od black`a po power metal. Ogółem twórczość LOST IN TWILIGHT to piękne, bardzo urzekające granie dla zwolenników spokojniejszej, aczkolwiek bardzo emocjonalnej i uduchowionej muzyki. Album brzmi epicko. A teksty zespołu nawiązują do kultury starożytnej, dotyczą religii i problematyki życia po śmierci (jeden tekst z „Planeteer”, „Vaya Con Diablos”, jest po hiszpańsku!). Nowszy album młodych Finów to nagrany w Astia (nagrywał tam m.in. CHILDREN OF BODOM) album „Modus Operandi”, a dla ci, którzy chcieliby zgłębić całą twórczość kapeli, mogą jeszcze sięgnąć po nagrania demo „Forever Autumn” i „Descending Mist”.

CHAIN COLLECTOR to zespół gwiazd. W składzie kapeli znajdują się muzycy GREEN CARNATION i CARPATHIAN FOREST. Grupa ta zadebiutowała pod szyldem właśnie Sound Riot Rec. albumem zrealizowanym w Dub Studio.

WISH to pierwszy zespół dark/elektro/goth rock z Holandii (powstał w `95) i ponoć jest dobrze znany na scenie industrial/techno. Jego założycielem był ex muzyk THE GATHERING, Bart Smits (dla przypomnienia – śpiewał na „Always”). Po porzuceniu stricte (doom) metalowej przeszłości, stworzył on z dwoma innymi kumplami grupę, która właśnie wkroczyła na nowe stylistyczne terytorium. WISH to obrazujący nadejście apokalipsy chłód spreparowany za pomocą syntezatorów, różnych modułów, sampli, komputera i gitar. Fani tak różnorodnych grup jak NINE INCH NAILS, MARILYN MANSON, RAMMSTEIN, DEPECHE MODE czy też soundtracków do filmów David`a Lynch`a na pewno będą usatysfakcjonowani. Najstarsze dokonania kapeli, które zostały wydane przez Moonlight Rec., to płyta „Monochrome” i mini-album „Jane Doe”, zaś nakładem Sound Riot ukazał się box-MCD „Ground Zero Heaven”. Został on nagrany w jednym z najlepszych studiów holenderskich, RS29, z Oscarem Hellemananem, który pracował m.in. z GOREFEST, WITHIN TEMPTATION i ARIAN, za konsoletą.

GHOST MACHINERY
(Finlandia) wydał w barwach Sound Riot trwający godzinę album „Haunting Remains”. Zawiera on 13 utworów neoklasycznego power metalu. Istnym rodzynkiem na płycie jest cover GARY`ego MOORE`a „Out In The Fields”, w którym gościnnie zaśpiewał (backing vocal) Ville z SENTENCED.

ImageAlbum „Christians To Ashes, Angels To Dust” SATANS BLOOD z `01 to przykład na to, że także w Niemczech można grać typowo szwedzki, rasowy, szybki black metal na poziomie wczesnych dokonań DARK FUNERAL i MARDUK. Kapela ta preferuje szybki, bluźnierczy BM, na który składa się cały czas forsująca mordercze tempo perkusja, wściekłe wokale i nieskomplikowane, ale agresywne riffy. Zmysł słuchu wyostrza świetna produkcja albumu, nie zlewa się ona w bezkształtną całość, jak to często bywa w przypadku zespołów blackowych, bowiem każdy z instrumentów (oraz wokal) został odpowiednio nagłośniony i odgrywa równie istotną rolę w kreacji płyty jako całości. Sporo jest w muzyce Niemców furii i nienawiści kierowanej ku zniewalającej religii. Zresztą na okładce płyty umieszczono rysunek sprzed 500 lat, który przedstawia kuszenie św. Antoniego. Dodatkowo na upiorny image muzyków składają się m.in. stylowe corpse painting i przeróżne narzędzia ostre.

Niemiecki PRONTHER rozpoczął działalność w `96. Muzyka tej grupy z pierwszej wydanej dwa lata później własnymi siłami płyty „Poseidomat” oscyluje w granicach silnie zrytmizowanego metalu, który tym samym śmiało zahacza o estetykę techno. Jednak zarazem zespół nie zapomina w swojej twórczości o wyeksponowaniu melodii i potrafi się oddalić w rejony muzyki ambient. Muzyka PRONTHER jest świeża, chwytliwa i innowacyjna. Niemieckojęzyczne teksty utworów, podobnie jak to ma miejsce u RAMMSTEIN lub OOMPH, dodatkowo uwypuklają specyfikę tego chropowatego, twardego stylu i potęgują napięcie. Podczas pracy w studiu kapela umiejętnie wykorzystuje wszelkie zdobycze najnowszej techniki rejestrowania dźwięku. Sound Riot ma w swojej ofercie drugi album, „Herzschlang”, która zawiera kompozycje premierowe i trzy remiksy kilku utworów z debiutu.

DEMON CHILD
to kolejny zespół z krainy tysiąca jezior, który figuruje w katalogu Sound Riot. Grupa powstała w `00. Specjalizuje się w atmosferycznym black metalu. Jej dorobek obejmuje demo (wydane także jako „7 vinyl) „Sorrow Cast Upon The Angels” i płytę „Shadow Cult”.

Szwedzki HOLOCAUST istnieje od wielu lat, nagrał kilka demówek, a kontrakt z Sound Riot opiewa na dwie płyty. Mini-album „Hellfire Holocaust” (wcześniej dostępny na taśmie wydanej przez Dark Angel Rec.) to 7-utworowa dawka piekielnego death metalu utrzymanego w starych kanonach tego gatunku. Muzyka zespołu jest kombinacją szwedzkiego melodyjnego grania i amerykańskiego, brutalnego, szybkiego death metalu, z małą domieszką thrash`u.

Image NIGHTSIDE to kolejny BM akt wprost z Finlandii. Grupa powstała w `96 (pod nazwą DARKSIDE). Debiutancka płyta chłopaków, „The End Of Christianity”, zawiera nowe kompozycje plus „Demo`97” jako bonus (w międzyczasie była jeszcze EP`ka). Ogółem jest to 12 utworów szybkiego, bezkompromisowego blacka w starym stylu. Właściwie podobna do siebie struktura wszystkich kompozycji i ogólny wizerunek tego kwartetu wyraźnie zdradza, z którego rejonu świata pochodzi NIGHTSIDE. Tempa są zabójcze i raczej jednostajne, niemniej nadają kompozycjom spójności, które w efekcie mają w sobie interesującą motorykę. Pomimo zawrotnej szybkości, gitary są dość melodyjne. Praktycznie nie ma solówek, a w tle słuchać delikatne klawisze. Wokal jest ohydny i toporny. Technicznie i brzmieniowo jest bardzo poprawnie. W końcu muzycy NIGHTSIDE szlifują swój warsztat także w innych, mniejszych kapelach, a utwory z demówki brzmią równie dobrze, jak te nowsze, bowiem zostały one nagrane w słynnym studio Tico-Tico. Podczas konsumpcji „The End Of Christianity” nasuwają się skojarzenia zarówno z diabelską prostotą VENOM jak i z EMPEROR. Najbardziej zapada w pamięć old school`owy i hitowy „Demon Metal”. Nienawistne, ponoć inspirowane snami teksty grupy są iście black metalowe, dotyczą zagadnień związanych z okultyzmem, satanizmem, walką z chrześcijaństwem, a także wizją przyszłości. Podsumowując, muzyka Finów to pełen mocy black metal najwyższej próby.

Muzyka prezentowana przez RUPTURE CHRIST odbiega stylistycznie od większości pozycji z katalogu Sound Riot. Bowiem album „Molesting The Entrails Of The Disemboweled” zawiera klasyczny death/grind! Muzyka zespołu jest oczywiście brutalna, chora i obrzydliwa. Do tego dochodzą pikantne teksty w stylu porno (vide „Puss Filled Pussy”). RUPTURE CHRIST kieruje swoją twórczość do zwyrodnialców rozkochanych w dźwiękach REGURGITATION, LIVIDITY czy MORGUE. Grupa istnieje od `99, pochodzi z USA i przybyła aż do Niemiec, do berlińskiego Mega Wimp Sounds (gdzie pracowali m.in. DISINTER, DEICIDE, MALEVOLENT CREATION, DYING FETUS, DAMNABLE, SETH, BLOOD RED THRONE) w celu zremasterowania płyty.

ImageW barwach Sound Riot ukazały się płyty fińskiego REQUIEM: „The Arrival” i „Mask Of Damnation”. Zespół wykonuje niezwykły w swoim klasycyzmie power metal odwołujący się do dokonań MANOWAR czy HELLOWEEN. Utwory grupy są tradycyjnie długie i monumentalne. Rozpędzone gitary wygrywają wirtuozerskie solówki, klawisze tworzą barwne tła, jest w tej muzyce finezja i przestrzeń. Do tego dochodzą operowe, często chóralne wokalizy (w których słychać też niewiastę) i rzecz jasna w tych wysokich partiach śpiewak REQUIEM może nieźle denerwować tych, którzy nie są zwolennikami wokalu a la KING DIAMOND (niemniej dużej skali głosu odmówić mu nie można). Poza tym wyróżnia się nienaganna technika instrumentalistów (perkusista jest tak precyzyjna jak … automat). Dobrym wzorcem dla Finów musi być MALMSTEEN, członkowie DREAM THEATER i zapewne niektórzy twórcy rocka progresywnego (sugeruje to również układ kompozycji i aranżacje). Oczywiście na płytach REQUIEM podniosłe pieśni sąsiadują z bardziej balladowymi kompozycjami, a także w dynamicznych utworach pojawiają się spokojniejsze wstawki, które tylko dodają dramaturgii twórczości zespołu. Ale ogólnie jest to bardzo melodyjne i pełne polotu granie opatrzone stosownym soundem. O takim, a nie innym brzmieniu zespołu świadczy też fakt, iż chłopaki remasterowali swoje utwory w studiu Finnvox, z którego chętnie korzystają dużo większe heavy metalowe bandy (np. STRATOVARIUS, NIGHTWISH). Niektóre teksty grupy nawiązują do mrocznej twórczości Edgar`a Allan`a Poe. Ponoć muzycy REQUIEM żyją jak prawdziwi rockersi i uwielbiają motocykle. W wywiadach przyznają się do klasycznych korzeni. Znają dokonania Griega, Beethovena, Mozarta, Bacha, Chopina, słuchają także jazzu. Oczywiście nie słychać tego w metalowej muzyce REQUIEM, ale właściwie można założyć, że członkowie zespołu to ludzie o dużej wiedzy i wrażliwości muzycznej, a to trzeba docenić.

ETERNAL GRIEF (Szwecja) powstał na przełomie `95/`96 I początkowo wykonywał death/black. Z czasem zespół porzucił ten drugi człon i skoncentrował się na melodyjnym, typowo szwedzkim death metalu. Obecnie kapela gra techniczną, gitarową muzykę z agresywnym wokalem i klawiszami, w stylu zbliżonym do DARK TRANQUILLITY. Grupa ma na swoim koncie dymówki „Path Of Delight” i „Raped By Chaos”.

Niemiecki AURUM NOSTRUM wykonuje neo-classical dark wave z wiolonczelą, akustycznymi gitarami, żeńskimi i męskimi wokalami oraz klawiszami. Zespół zadebiutował na winylowym splicie „Minister Practices In Bright Sunshine”, który dzielił z SONNE HAGAL.

Duet KIVIKYY to multiinstrumentalista Jukke i wokalistka Hanna – obydwoje znani z AS DIVINE GRACE (grupy nagrywającej dla Avantgarde Music). Wspólnie wydali pod szyldem Sound Riot krążek „Kosto”. Przygotowywali się do tego aż cztery lata. Pomysłodawcą i wykonawcą muzyki KIVIKYY jest jeden człowiek i cała masa syntezatorów puls kobiecy głos. Tak więc „Kosto” to wytwór elektroniki i najnowszych technologii. Produkcja domowego studia. Sama muzyka tandemu to przepiękna mikstura eterycznych melodii, zimnego dark wave, gotyku i fińskiego folku. W warstwie tekstowej „Kosto” to koncept album po części oparty na twórczości hiszpańskiego poety Juan`a Garcia. Jest to epicka historia o naszym przodku, bohaterze wojennym sprzed kilku wieków. Płyta została okazale wydana. Jest to digipack w oprawie ozdobionej średniowiecznymi freskami.

Image Początkowo kapela SVARTSYN działała jako CHALICE i zrealizowała wówczas split-demo z ILLSKA, grupą pierwszego perkusisty DARK FUNERAL. Pod nową nazwą, na początku `95, powstał materiał „A Night Created By The Shadows”. Kolejna demówka, „Digerdoden”, nigdy nie ujrzała światła dziennego. Po dołączeniu do zespołu Draugena, który zahaczył jeszcze o MAYHEM i TORTURE, oraz po podpisaniu kontraktu z Folter Rec. SVARTSYN wydał płytę „The True Legend”. Jej promocja odbyła się na koncertach w Holandii i Niemczech, na których grupa grała obok BEHEMOTH i DESASTER. Rok `97 przyniósł 7-calową EP`kę „Tormentor” i sesję w Sunlight drugiego albumu „Blodline”, który został później wydany przez End All Life Prod. jako limitowany LP. Trzecia produkcja SVARTSYN, która znajduje się w katalogu Sound Riot, to album „…His Majesty”. Został on nagrany w studiu Voisin, a masteringu podjął się współpracujący wcześniej z WITHOUT GRIEF, THORIIUM, BREAKING SILENE Jacob Hansen. Grupa dzieli też „7EP z amerykańską kapelą KRIEG. SVARTSYN to już w tej chwili legenda undergroundowej sceny szwedzkiego black metalu, odwołująca się w swojej twórczości do dorobku DARKTHRONE czy MARDUK. Chłopaki stawiają na piekielną szybkość (wytchnienie przynoszą tylko sekundowe przerwy między utworami), maksymalną agresywność, dobre wyszkolenie instrumentalistów, dopracowane aranżacje, upiorny klimat kompozycji i bluźnierczy przekaz. Black metal Szwedów jest pierwotny, obrzydliwy i barbarzyński. Spowity mrokiem i klątwą. I towarzyszy temu charakterystyczny, brudny, typowo podziemny sound; tak jakby nagrań dokonano przed wieloma laty gdzieś w garażu (tak brzmi chociażby wokal). Kolejna, wydana przez Sound Riot Rec. płyta SVARTSYN to „Destruction Of Man”.

Początki grupy GRAYSCALE sięgają `99. Wówczas zespół działał pod nazwą FOUR BITCHES i zrealizował dwie demówki. Można rzec, iż na „The Lost Lament” zaczął się wyraźniej kształtować styl kapeli oscylujący wokół mroku i melodii. Wraz z przetasowaniami w składzie (na stanowisku wokalisty) uległ zmianie szyld zespołu na GRAYSCALE. Wydany przez Sound Riot Rec. album „When The Ghosts Are Gone” to 10 utworów melancholijnego dark gothic metalu rodem z Finlandii.

Poza powyżej opisanymi pozycjami nakładem Sound Riot ukazały się m.in. następujące płyty: MEMORIZED DREAMS (Norwegia) – „Theatre Of Life” (melodyjny power metal), EXCALION (Finlandia) – „Primal Exhale” (symphonic power metal), GRAND ALCHEMIST (Norwegia) – „Intervening Coma – Celebration” (melodyjny black a la DIMMU BORGIR (żeńskim wokalem i dużą ilością klawiszy), UNCHAINED (Szwecja) – „Unchained” (melodyjny metal, także dla fanów rocka progresywnego), GAIA EPICUS (Norwegia) – „Satrap” i „Symphony Of Glory” (speed power metal), VICIOUS (Szwecja) – „Vile, Vicious And Victorious” i „Blood Arena” (techniczny, szybki death ze zróżnicowanymi wokalami – growle, szkrzeki, śpiew w hard core`owym stylu), MEMORIZED DREAMS (Norwegia) – „Theater Of Life” (melodyjny power metal), MYTHOLOGICAL COLD TOWERS – „Sphere Of Nebaddon – The Dawn Of A Dying Tyffereth” (melodyjny, mistyczny epic doom metal); ponadto: VII GATES „Fire, Walk With Me”, SAVALLION DAWN „The Charge”, MADOG „Fairytales of Darkness”, SHADOW SEASON „The Frozen” i kompilacja „Metal Ostention” vol. 1, która była pierwotnie dodana do #3 zina o tej samej nazwie, a obecnie znajduje się jako oddzielna pozycja w katalogu wytwórni (zawiera 20 zespołów prezentujących wszelkie gatunki muzyki, od typowego metalu po ambient, dark wave, industrial) i wiele, wiele innych wydawnictw.

W ostatnim czasie z Sound Riot związało się wiele nowych grup (m.in. SERPENT RISE – emocjonalny gothic/doom) co wkrótce powinno zaowocować kolejnymi premierami i różnymi niespodziankami z tym związanymi. Tak więc z całą pewnością najlepsze dni tej wytwórni dopiero nadejdą.

 

[Kasia / Atmospheric #12]

 

Sound Riot Rec., Apartado 138, 2564-910 Torres Vedras, Portugal;
www.myspace.com/soundriotrec