Kategoria: Artykuły muzyczne (o zespołach, płytach)

Nowe EP „Księga Samotnika” od SICKROOM

Dziś prezentujemy wam zespół, który w pierwszej kolejności oczarował nas pozamuzycznie, a następnie już całkowicie zgodnie z muzyczną etykietą. SICKROOM, bo o nim mowa, jest kapelą generalnie grającą heavy metal i nie lubiącą kategoryzacji oraz zamykania się na dany gatunek.To co wyróżnia ich najświeższe, wydane w styczniu 2017 roku EP pt. „Księga Samotnika” to magia ukryta w polskich tekstach

DEMON VOMIT: Wybierając groteskę: „Brutal Blasphemy”

demon.vomit_logo

Mrok przyjacielem człowieka / Upadły wilk: CHRIST AGONY „Condemnation” / BURZUM „Fallen”

Trudno pisać o muzyce, o dźwiękach, będących znakami samymi w sobie, symbolami ciężaru gatunkowego kamieniołomu. Na kowadło, pod młot pójdą dwa albumy: „Condemnation” (2008, 2011 – reedycja) CHRIST AGONY i „Fallen” (2011) BURZUM. Spotkanie norwesko-polskie, jak sądzę, nie jest przypadkowe. Cezar dedykował płytę (niekoniecznie nagrobkową) „Potępienie” pamięci swojej zmarłej matki Elżbiety (1945-2007). O Varga Vikernesa przypadkach powstało już wiele tomów, niektóre z nich zawierają tony bzdur, podziemny twór o rodowodzie ciemnej strony mocy, BURZUM – Dunkelheit, cieszy się niesłabnącą popularnością legendy o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim. Nie o mitologię zaś chodzi, a o metalurgię.

christ.agony_condamnation

Tytuł albumu „Condemnation”, dywizji Cezara, grupy CHRIST AGONY, znaczy tyle, co „potępienie, skazanie, ostra krytyka”. Pierwszy numer na płycie, z otwieraczem „Prologo Mena” w wykonaniu gościa z formacji LUX OCCULTA, nazywa się „Devil’s Invocation” i nie wiadomo, czy dla jaj trwa 6 minut i 6 sekund. To swoiste miażdżące ciasteczko jest rzeczywistym, bezpośrednim zwrotem do wyższej instancji z prośbą o pomoc w tworzeniu dzieła, o natchnienie. Potem może być już tylko ogniście, tak dopływamy do numeru 3, jednego z najmocniejszych, najbardziej monumentalnych fragmentów, zatytułowanego „Condemnation part I”, w którym słyszymy w końcówce pompatyczne, bombastyczne zawodzenie Reyasha, znanego choćby ze współpracy z zespołem VADER. Ów basista wyje niczym poraniony wilk: „Swim and use your powers, swim and swear, You shall reach the pain… you shall feel… you shall live…”. Znaczy to: „Płyń i użyj swych sił, płyń i przysięgaj. Masz osiągnąć ból, powinieneś poczuć, powinieneś żyć…” Czy to autodestrukcja? Autokreacja podmiotu? Samopotępienie Cezara? Samokrytyka była wszak modna, ale w latach 50-tych XX wieku, ta konfesja zaś przypomina lirykę żałobną, pogrzebową, funeralną, epitafia, epicedia, elegie i treny. W kawałku 5, tuż po „Kuszeniu Zagubionego, Straconego”, Cezar melodeklamuje, melorecytuje swe sekretne światy, tajemnice, „słowa niczym łzy” („March Manifesto”), a wszystko to w rytm apokaliptycznie sfuzzowanej gitary, potępieńczego basu de profundis, i ogłuszających blastów Icanraza. Czym bowiem jest pływanie w chrześcijańskiej gnojówce? Czy satanizm nie jest odbiciem w lustrze głupoty Ojca Dyrektora? Odpowiedź daje numer 7, niczym zaślepiony osioł: „nie ma gwiazd, nie ma prawdy, nie ma wolności…” Poczucie beznadziei… („Condemnation part II”). Wyznaniem, wyzwaniem niech będzie też utwór 9, najbardziej epicki „The Levitha Suite”: „To jest manifest grzechu – manifest kłamstw i prawd wszelkiego rodzaju…” Symptomatyczny ma tytuł ostatni kawałek: „Purgatory Beast” (Oczyszczająca Bestia), w którym słyszymy przedzierający się przez przestrzeń piekielnych dźwięków głos Cezara: „Nothingness fills” („Nicość napełnia”), jakoby zaproszenie: „Napij się ze mną Pustki…” Czy zatem dzieło CHRIST AGONY jest deklaracją wiary w Szatana, czy może raczej wyznaniem sceptycyzmu, płynącego ze źródła utraty kogoś bliskiego? Czy tym kimś była matka Cezara? Zostawmy ten wątek psychoanalitykom. Dość na tym, że album „Condemnation” uważam za jedno z najciekawszych dokonań polskiego black metalu.

burzum_fallen

Varg Vikernes (i jego projekt BURZUM), po płycie „Belus” (2010) nagranej po opuszczeniu więzienia przez wyżej wymienionego delikwenta, osławionego dzięki zasztyletowaniu kolegi po fachu i podpalaniu kościołów (syndrom „chłopca z zapałkami” może być fikcją, wskazują na to autorzy książki „Władcy Chaosu. Krwawe powstanie satanistycznego metalowego podziemia”, Michael Moyniham i Didrik Soderlind), nie milczał zbyt długo, nie kazał na siebie czekać wyznawcom Mrocznego Narcyzmu. Album „Fallen” („Upadły”) nagrany został w listopadzie 2010 roku, w tym samym studiu Grieghallen, pod okiem tego samego producenta, Pyttena, co pamiętny „De Mysteriis Dom Sathanas” (1993) grupy MAYHEM, do którego Vikernes nagrał linię basu. Gitarzysta zespołu MAYHEM, Euronymous, skończył dzięki Vargowi („varg” w języku staronordyckim znaczy „wilk ognia, podpalacz”) z nożem w głowie właśnie w roku 1993. „Fallen” ukazał się na początku roku 2011, owiany dreszczem niepewności, czy mit demona sprosta muzycznemu przesłaniu doskonałych płyt: „Det som en Gang var”, „Hvis Lyset tar Oss”, „Filosofem” i „Belus”. Odbiorców, tych z nawykiem do mroku, lasów, trupich czaszek, wilków i węży, szokuje już na pewno okładka, która prezentuje fragment obrazu „Douleur d’amour” (tłumaczenie angielskie: „Elegy”) z 1899 roku, francuskiego przedstawiciela akademizmu, malarza Williama – Adolphe Bouguereau (1825-1905). Tworzył on wielkie kompozycje figuralne o tematyce religijnej, mitologicznej i historycznej, specjalizował się w idealizowanych aktach kobiecych. Obraz wykorzystany na okładce albumu BURZUM przedstawia zasmuconą, nagą kobietę (prawdopodobnie Wenus), pochyloną, opartą, spoczywającą na płycie nagrobnej. Ten fragment ujął Vikernes. Całość dzieła przedstawia jednak coś więcej, u dołu obrazu widzimy siedzącego u stóp nagrobka cherubina (prawdopodobnie jest to Kupido), który ociera malutkimi dłońmi łzy. Malarstwo Francji mogła przybliżyć Vargowi obecna żona muzyka, która pochodzi z tego kraju. Toksyczne relacje Vikernesa z matką, która samotnie wychowywała syna w procesie narastającego narcyzmu, są podłożem z dziedziny psychoanalizy, ten wątek nie zajmuje nas tym razem zbyt szczegółowo. Interesuje mnie wydźwięk muzyki i tekstu. Bulgoczący głos z bagien, dochodzący z pierwszego utworu „Fra Verdenstreet” („Z drzewa świata” – wszystkie teksty z albumu „Fallen” w tłumaczeniu Anny Nowińskiej), dopada nas otwierając na przedziwną przestrzeń, która po minucie i trzech sekundach wprowadzi w charakterystyczny dla najlepszych lat BURZUM trans, pamiętny choćby z epickich, monumentalnych albumów „Hvis Lyset tar Oss” (1993) i „Filosofem” (1996). Sam twórca wyznacza pokrewieństwo „Fallen” z „Det som en Gang var” (1992), przyznaję, da się je wyczuć, szczególnie z utworami – kamieniami milowymi tamtego okresu: „Key to the Gate”, „Lost Wisdom”. Numer 2 z najnowszej płyty to „Jeg faller” („Upadam”), opowiadający o spadaniu liściem z konarów drzewa w kierunku korzeni, na ziemię, pod ziemię. Nowością na pewno jest zwykły, czysty głos Vikernesa w refrenie, zwiastującym ataraksję, stoicki spokój, pogodzenie z losem. Najlepszy, moim skromnym zdaniem, utwór na płycie, to numer 3, „Valen” („Upadły”) – rasowy, przysadzisty jak galop konia wagi ciężkiej, opowiadający o pragnieniu śmierci („Śmierć była tu pierwsza. Zapomnienie zawsze zwycięży. Mrok dał narodziny światłu.”). Następne dwa kawałki niosą posmak ekspiacji („Vanvidd” – „Szaleństwo” i „Enhver til stitt” – „To, na co zasługujesz”). „Vanvidd”: „Przerażona kreatura w cieniach, (…) Nienawidzona przez większość, lecz kochana przez najlepszych. (…) Jasne włosy, chytry uśmiech, Błękitne spojrzenie zza swego szala, skóra biała jak mleko, zęby białe jak kreda, Jej śmiech przeraża większość z nas.” Jakże nordycki wymiar ma ten tekst… „Enhver til stitt”: „Idę za swym koniem, prosto do lasu, Krwawię; mokry od własnej krwi. Upadam, lecz znów wstaję. (…) Światło się wzmaga. Bogini księżyca podchodzi do mnie. Nie jest mi już zimno. Jestem ogrzany przez księżycowy blask.” Samousprawiedliwienie zbrodni Wikinga, jedynej formy kontaktu z drugim człowiekiem, odwiecznym wrogiem, chrześcijańskim ojczymem, nieobecnym ojcem, podłym sukinsynem. Oto nad wyraz spokojna pokuta. Ludzie, którzy zamykają w klatkach dzikie zwierzęta, nic nie są w stanie pojąć. Stąd wkładka do płyty, obdarzona grafikami Ludwiga Pietscha i Lorenza Frolicha, które przedstawiają scenki rodzajowe z mitologii nordyckiej: wściekłego Odyna z toporem, z włócznią, kozła, oddającego mocz do świętego naczynia. Do tego pulsujący, wprowadzający w trans rytm i hipnotyczny, momentami rozdzierający głos Vikernesa, który przypomina o jego wilczym rodowodzie. Szósty kawałek nosi tytuł „Budstikken” („Wiadomość”) i takie oto niesie przesłanie: „Dobre duchy z głębi umysłu, Nigdy nie sięgnięte przez pustynnego boga, Ze starego źródła krainy naszych przodków, Ze starej studni szacunku. Morduj tchórzliwy tłum wroga. Głodny i śpiewający motłoch, Czarodziejki i ci, co łamią przysięgi. Niech ich krew użyźni naszą ziemię.” Nic dodać, nic ująć. Monoteistyczna zaraza judaizmu, chrześcijaństwa i islamu panoszy się na świecie od tysięcy lat, można z nią walczyć na drodze dyskursu filozoficznego, można też mieczem, toporem, bombą atomową. Reakcją obronną, skażonego totalitaryzmem jedynego, słusznego boga, organizmu, jest starożytny politeizm, mitologia nordycka, wierzenia przodków Vikernesa. Czas na nocne łowy Wikingów. Przypominają się najwspanialsze albumy BATHORY: „Blood Fire Death”, „Hammerheart” i „Twilight of The  Gods”. Wszystkie chwyty dozwolone, byle były skuteczne. Numer 7 (ostatni, jak 7 grzechów głównych) przynosi dźwięki rodem z piwnicznej izby, splecione z rytualnymi bębnami… Tytuł „Til Hel og tilbake igjen” („Do Hel i z powrotem”) przywołuje władczynię krainy zmarłych śmiercią naturalną, boginię Hel z mitologii nordyckiej, pół-kobietę, pół-szkielet, na jej lewej dłoni kruk (left hand path), funkcja żeńska, symbol Natury, wiecznego do niej powrotu. Tak znów powrót do Kobiety, Pramatki, Wenus stanowi ukłon Vikernesa w stronę niewinności, dzieciństwa, infantylizmu kolesia z dzidą… Varg pochylił się nad swoją głupotą i zapłakał niczym Wenus nad nagrobkiem z okładki albumu „Fallen”.

Tak wygląda wyrównanie rachunków ze zmarłymi, zabitymi, spalonymi na stosie. Czy nie jest tym samym pokłon Cezara, lidera CHRIST AGONY? Czyż nie tak rodzi się smutek myśli? Wszak muzyka jest projekcją emocji… Frustracją Niedopowiedzianego…

[Jarosław Błahy – notka o autorze]

REQUIEM: „Within Darkened Disorder”

requiem_logo

REQUIEM to szwajcarski przedstawiciel starej szkoły death metalowej.

Zespół został założony w 1997 roku z inicjatywy Phila Klausera (gitary), Ralpha Inderbitzina (gitary) oraz Rogera Kradolfera (perkusja). Pomimo pewnych roszad związanych ze składem, przez szereg lat, grupa tworzyła brutalną i bezkompromisową muzykę, nie ulegając przy tym żadnym nowym trendom. Poprzez powyższą tendencję, Szwajcarzy wyrobili sobie bardzo dobrą opinię wśród fanów gatunku. Stali się rozpoznawalni, jako ostoja i silna forteca podziemnej muzyki ekstremalnej.

Dotychczas muzyczny dorobek REQUIEM składa się pięciu albumów:

„Nameless Grave” (2001), „Formed At Birth” (2003), „Government Denies Knowledge” (2006), „Premier Killing League” (2007), „Infiltrate… Obliterate… Dominate…” (2009).

Pełni negatywnych emocji, nie dali długo czekać swym fanom na nowe wydawnictwo. „Within Darkened Disorder” to najświeższy krążek grajków z REQUIEM, który ukazał się oficjalnie 6 maja 2011 roku, nakładem niemieckiej wytwórni Twilight-Vertrieb.

Requiem_Band_2011

Reto Crola (perkusja), Ralf Winzer Garcia (wokal/bas), Phil Klauser (gitary)

Materiał zawarty na wydawnictwie z 2011 roku został nagrany w niemieckim Stage-One-Studio (w miejscowości Bühne). „Within Darkened Disorder” to album, który zespół zarejestrował w nieco zmienionym składzie. Osobą odpowiedzialną za linie melodyczne gitar został założyciel bandu Phil Klauser. Jako wokalistę i gitarzystę basowego zaangażowano Ralfa Winzera Garcia. Za zestawem perkusyjnym zasiadł natomiast Reto Crola. Pierwsze ślady bębnów oraz gitar na najnowszą płytę zostały nagrane już w grudniu 2010 roku. Grupa zaangażowała ponadto uznanego niemieckiego inżyniera dźwięku, Andy`ego Classena, którego znamy ze współpracy z m.in. holenderską death/doom metalową grupą ASPHYX, austriackim BELPHERGORem czy włoskim GRAVEWORM. Album składa się z dziesięciu kompozycji. Całość zamyka się w 45 minutach.

REQUIEM „Within Darkened Disorder”

 Requiem__Within.Darkened.Disorder
Lista utworów:

1. I Am Legion

2. Vicious Deception

3. Purified In Flames

4. Omnivore

5. The Plague Without A Face

6. Echoes Of War

7. Symbol Of Nine

8. Feed The Greed

9. Solemn Sacrifice

10. Within Darkened Disorder

Płyta „Within Darkened Disorder” rozpoczyna się miażdżącym uderzeniem w postaci czterominutowego hymnu „I Am Legion”, będącego w swej formie zaiste zabójczą mieszanką. Utwór przesycony jest brutalnością i agresją. Dominują w nim głównie bardzo szybkie partie gitar rytmicznych, przeplatane na przemian z perfekcyjnie i precyzyjnie wykonywanymi blastami oraz potężnie zawodzącym growlem. Dźwięki płynące z „Legionu” z minuty na minutę coraz to boleśniej odciskają swe piętno na naszej świadomości. Gdy nagle następuje nieoczekiwana zmiana tempa, doznajemy wytchnienia, by po chwili znów powrócić na wcześniej obraną ścieżkę morderczego przyspieszenia. Ten schemat budowy utworu powtarza się w dużej mierze w następnych kompozycjach na albumie. REQUIEM zasypuje nas zewsząd wzmożoną dawką ciężkich i „old schoolowych” riffów, powodując przy tym wzmożone bicie serca. Z utworu na utwór utwierdzamy się w przekonaniu, iż stwierdzenie „The real spirit of 90’s US Death Metal!!!” pasuje tutaj doskonale. Zespół zawzięcie brnie do przodu, nie bacząc na żadne przeciwności. Bez najmniejszego potknięcia, czy też zawahania, REQUIEM serwuje kolejne porcje złowieszczej muzyki. I tak dochodzimy do czwartego utworu na płycie – „Omnivore”, który również jest utrzymany w deathowej stylistyce, wydaje się jednak kompozycją bardziej melodyjną i klimatyczną. Następnie pod ciężarem nisko nastrojonych gitar przychodzi nam dalej kroczyć do wcześniej już obranego celu. Każde kolejne takty następnych kompozycji wzmagają w nas coraz większy niepokój. Słychać przy tym także, iż szwajcarscy muzycy hołdują starym zasadom death metalowego rzemiosła. Na „Within Darkened Disorder” nie uświadczymy żadnych efektownych popisów technicznych, skomplikowanych zagrywek gitarowych czy „kosmicznych” solówek. Nacisk jest kładziony przede wszystkim na stworzenie odpowiedniego, siarczystego klimatu. Nie da się ukryć, że muzyka prezentowana przez REQUIEM nie jest zbyt nowatorska ani odkrywcza. Nie zmienia to jednak faktu, że „Within Darkened Disorder” to po prostu kawał dobrego grania. I tak poprzez „Echa Wojny” oraz „Feed to Greed” dochodzimy do przedostatniego kawałka na płycie. „Solemn Sacrifice”, bo taką ma on nazwę, rozpoczyna się w wolniejszym tempie, niż poprzednicy. Oczywiście i w tym wypadku jesteśmy świadkami powtórzenia zabiegów muzycznych znanych nam już ze wcześniejszych utworów. Nagłe przyspieszenie, gęsta linia rytmiczna perkusji, natłok riffów rodem z dobrze wszystkim znanej, starej szkoły. Znużeni natłokiem jednostajnego i ciężkiego grania w końcu osiągamy ostatni dłuższy przystanek podczas tej podróży. Finalną kompozycją na płycie jest utwór nawiązujący tytułem do nazwy albumu – „Within Darkened Disorder”. Został on poprzedzony krótkim samplem, którego nie podejmę się interpretować, gdyż odgłosy, które mamy możliwość usłyszeć, każdej osobie mogą przypominać coś innego. W każdym razie na pewno jest to jakieś urozmaicenie. Później historia znowu się powtarza – szybkie tempo, precyzyjne blasty, potężny wokal, zwolnienie i dawaj od nowa. A na końcu, tak samo jak na początku, uraczono nas niedługim samplem – tym razem bez zawahania stwierdzam, iż jest to posępnie wiejący wiatr.

Zdecydowanie trzeba pochwalić płytę „Within Darkened Disorder” za bardzo dobre brzmienie. Andy Classen potwierdził swe wysokie umiejętności, ustawiając naprawdę potężny i miażdżący sound. Nie ma tutaj nadmiernego upiększania, jednakże wszystkie niuanse są dobrze słyszalne. Podoba mi się również (pod tym samym względem) brzmienie zestawu perkusyjnego. Wokale są bardzo dobrze zestawione i wypośrodkowane z głośnością ścieżek instrumentów, co też zachęca do przesłuchania tego albumu. Podoba mi się również szata graficzna zdobiąca płytę. Jest ona efektem pracy Dana Seagrave. Okłada w pełni odzwierciedla muzyczną zawartość albumu – dominacja chaosu, wojennego klimatu oraz głębokich emocji z otchłani naszej duszy.

Podsumowując, uważam, że „Within Darkened Disorder” to pozycja warta uwagi. Polecam ją przede wszystkim osobom lubującym się w tego typu stylistyce. Jak już wspomniałem, muzyka REQUIEM nie jest specjalnie nowatorska, jednakże nie takie było zamierzenie jej twórców. Phil Klauser i spółka postanowili stworzyć brutalny materiał nawiązujący do amerykańskiej sceny death metalowej lat 90-tych ubiegłego wieku. Jednego możemy być pewni – z pewnością wykonali swoje zadanie w 100%. Płyta emanuje swoistą brutalnością i przytłacza ciężkim brzmieniem (przy tej okazji raz jeszcze wielkie ukłony w stronę A. Classena!). Muszę stwierdzić, że przyjemnie słuchało mi się tego wydawnictwa, pomimo pewnej powtarzalności i jednostajności.

 

[Adam Dzwonnik]

Requiem, www.requiem-net.com, www.myspace.com/requiemdeathmetal

LUX OCCULTA: Czy zbudzą się Rogate Dusze, czyli Dionizji ciąg dalszy?!

 

Image

 

PROLOG

Długo zastanawiałem się, co napisać we wstępie do tego artykułu, bo cóż można powiedzieć o kapeli, która jest doskonale znana i pomimo upływu lat i braku nowych nagrań oraz wieści z jej obozu, wciąż wzbudza masę emocji?! Choć członkowie zespołu rozrzuceni są po różnych miastach i krajach, to fakt, że mają ze sobą stały kontakt, pozwala mieć nadzieję, że to jeszcze nie koniec tej wspaniałej grupy. No a że jakiś czas temu Jaro Szubrycht wspomniał coś o powrocie LUX OCCULTA, to teraz na forach internetowych, koncertach zaprzyjaźnionych kapel czy imprezach towarzyskich aż huczy od domysłów i plotek na ten temat. Co by się jednak nie wydarzyło, zespół ten na stałe wpisał się w historię metalowego undergroundu jako jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych aktów, który zainspirował dziesiątki innych grup.

Gwoli wyjaśnienia – w artykule nie starałem się analizować muzyki LUX OCCULTA, rozbierać ją na czynniki proste itd., bo wydaje mi się, że każdy z Was uczynił to już dziesiątki razy. Zależało mi jednak, żeby przedstawić najważniejsze fakty z historii kapeli, kilka anegdot i nieznanych do tej pory ciekawostek. Na wspominki udało mi się namówić Jurka (klawisze), Petera (gitara), Jaro.Slava (wokal) oraz wieloletniego wydawcę zespołu Tomka Krajewskiego (Pagan Records). Przytoczyłem też niektóre wypowiedzi muzyków z archiwalnych wywiadów. Dowiecie się więc, jakie były początki oraz przebieg całej kariery „luksusowego” bandu oraz czego można się spodziewać po ewentualnym przebudzeniu się tych rogatych dusz…

ImageMoja znajomość tematu LUX OCCULTA na samym początku wiąże się z osobą Jara Szubrychta – jednego z moich najlepszych ówczesnych przyjaciół z undergroundu. Wydawca Diabolic Noise `zine, promotor i późniejszy wokalista TERROR, który następnie przekształcił się w HAEMORRHAGE, na początku lat `90 prowadził ze mną ożywioną korespondencję, a z czasem zaczęliśmy się widywać na suto zakrapianych imprezach z okazji moich wizyt w Dukli czy też Jarka w Bieszczadach. Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością muzyczną Jara na jakimś przeglądzie kapel w Przeworsku, gdzie występował z HAEMORRHAGE. Występ ten przypadł mi do gustu, a – z tego, co pamiętam – docenili go również jurorzy wyróżniając kapelę. Na tym samym przeglądzie wystąpił również inny dukielski zespół o morderczej nazwie BLASPHERION. To właśnie dwóch kolesi z tej grupy odpowiedzialnych jest za powołanie do życia LUX OCCULTA…

 

POCZĄTKI

Mamy początek 1994 roku. Przekazuję głos Peterowi: „Na początku było słowo… Nie, na początku był niesamowity głód grania, głowa pełna pomysłów, nieprawdopodobna determinacja, by w dwutysięcznym mieście znaleźć kilku osobników lubiących metal i zarazem potrafiących trzymać instrumenty we właściwym położeniu. Razem z G`Amesem naszkicowaliśmy w moim ciasnym pokoiku muzyczny zarys dwóch pierwszych utworów, które później znalazły się na jedynej naszej taśmie demo „The Forgotten Arts” i metodą eliminacji rozpoczęliśmy poszukiwania pełnego składu. W ciągu jednego wieczoru i spożyciu kilku buteleczek ukraińskiego spirytusu skompletowaliśmy właściwie cały trzon zespołu.”

Parę dni później obaj gitarzyści zaproponowali posadę wokalisty Jarkowi Szubrychtowi, który przyjął pseudonim Jaro.Slav i od tej pory zajął się, oprócz wokali, sferą liryczną oraz PR zespołu. Po krótkim czasie kolejnymi członkami stali się: basista Jackie oraz perkusista Aemil. Okazało się jednak, że to nie koniec formowania składu, ponieważ wizja muzyczna LUX OCCULTA obejmowała również instrumenty klawiszowe. Wracamy więc do wspomnień Petera: „Potrzebowaliśmy jeszcze tylko klawiszowca. Jedynym, którego znaliśmy i mieścił się osobowościowo w ogólnym zarysie powstającej grupy, był U.Reck. Ale on miał jeden minus – nie był metalowcem. Był, o zgrozo, kojarzony z DEPECHE MODE! Na szczęście świetnie się nam razem piło wódeczkę i jeździło na dupy. Tak, tak black metalowcy też jeździli na dupy:-).”

A jak swoje dojście do ekipy LUX OCCULTA wspomina U.Reck? „To były fajne, beztroskie czasy. Dwóch kumpli od wspólnej wódeczki i wypraw na kobitki zaprosiło mnie na jedną z pierwszych prób założonego właśnie młodzieżowego zespołu muzycznego o profilu metalowym;-). Miałem wówczas mierne pojęcie o ich wyczynach, bo jak dotąd „popełnili” dwa numery, których prawie nikt nie słyszał:-). Wpadłem jednak do dukielskiego kina, gdzie czekał mały syntezatorek Yamaha pożyczony od innego kolegi. Jedyną klawiaturą, z jaką wcześniej miałem do czynienia, była klawiatura akordeonu, ale to nic – posłuchałem, poczułem, co poczuć miałem, no i następny utwór zrobiliśmy już wspólnie. I tak oto sześciu przystojnych, młodych ludzi z małej mieściny na końcu świata, pomimo braku umiejętności przyzwoitego grania na jakimkolwiek instrumencie, rozpoczęło wielką przygodę z muzyką;-).”

Jak to zwykle bywa na początku, jest ogromne parcie na granie, tworzenie nowych numerów, bez względu na czyhające na każdym kroku niedogodności. Zwłaszcza w tamtych czasach i w takim miejscu jak podkarpacka Dukla, problem był szczególnie ze sprzętem i miejscem do grania, częstotliwością prób etc. „Zespół powstał chyba na przełomie stycznia i lutego. Co ciekawe nie mieliśmy instrumentów, sprzętu i… sali prób” – wspomina Peter – Jednak do dzisiaj pamiętam tę oczywistą oczywistość tamtych dni: kapela będzie grała choćby – zacytuję G`amesa – „skały srały”. Nie było przeszkód nie do pokonania, sprawa rozbiła się nawet o burmistrza miasta („Chłopaki, ja was rozumiem, ja też kiedyś byłem hippisem”:-)). Pierwsze próby mieliśmy w kinie „Promień” w Dukli. Sprzęt (oj, to za poważne słowo na eksponaty, jakimi dysponowaliśmy) rozstawialiśmy na scenie pod ekranem. Można więc powiedzieć, że od pierwszych chwil dobrze czuliśmy się na scenie. Ciekawostką niech będzie fakt, że zaraz po naszych próbach w tej samej sali odbywały się spotkania Świadków Jehowy. Wielu z nich przybywało wcześniej, mogli więc z rodzinami rozkoszować się widokiem naszych „występów”.”

Image

I wszystko jasne. Początek był charakterystyczny dla większości zespołów rozpoczynających działalność w latach świetności sceny undergroundowej… Jednak już wtedy zaczęła zarysowywać się wyjątkowość muzyki LUX OCCULTA – charakterystyczna chwytliwość, połączona z niezwykle mrocznym klimatem oraz nieodzowną dawką brutalności.

Grupa zaczęła myśleć o pierwszych nagraniach… „Pierwsza sesja – wspomina Peter – odbyła się w owym kinie na dwuśladowym magnetofonie. Na jednym śladzie wszystkie instrumenty, a na drugim głos Jaro.Slava. Całkiem nam się to spodobało. Co prawda słyszeliśmy o studiu Manek w Sanoku, ale był to odległy wyjazd (60 km:-)) i nagranie było kosztowne, jak na nasze skromne kieszonkowe.” Miałem okazję słyszeć ten materiał – nie brzmiał aż tak tragicznie;-), bo w owym czasie było mnóstwo demówek brzmiących dużo gorzej, a posiadających status niemalże kultowy. Mimo wszystko nagrania zrobione na rozlatującej się perkusji, klejonych naciągach i kultowych eltronach nie mogły zadowolić. Jednak w przypadku muzyki sekstetu z Dukli potrzebna była zdecydowanie lepsza jakość. „Na szczęście zwyciężył rozsądek.” – podsumowuje Peter. Chłopaki wysupłali parę groszy z sakiewek i w lipcu 1995 roku na tydzień zaszyli się w Manek Studio, by zarejestrować materiał na debiutancki materiał…

„THE FORGOTTEN ARTS”

„Pierwsze demo nagrane za kilkaset złotych uzyskanych drogą „zrzuty” – wspomina U.Reck – to pierwsza i siłą rzeczy niezdarna próba ogarnięcia muzyki, która w nas wtedy siedziała. Mnóstwo zapału, miejscami wręcz brawury i bezkrytycyzmu – bo trudno ten zestaw utworów uznać za kamień milowy w dziejach metalu;-). Jednak demo swe zadanie spełniło – szybko nadszedł kontrakt, będący chyba premią za świeżość w podejściu do ciężkiego, ale niepozbawionego specyficznego klimatu grania. A był to rok 1995 i zasadniczo rządził black metal w najprawdziwszej z prawdziwych postaci;-).” A o urokach pierwszego studyjnego doświadczenia tak mówi Peter: „W studio, oprócz Manka (właściciela), przywitały nas pralki i pranie rozwieszone nad perkusją. Demo rodziło się w bólach przez kilka dni. Nagrywaliśmy, jedliśmy, spaliśmy w tych samych pomieszczeniach. Łazienki niestety nie było… Black metal pełną piersią. Na chwałę Szatana nie myliśmy się kilka dni:-). Mogło to być kanwą powstania utworu zatytułowanego „Sweetest Stench Of The Dead”, zamieszonego na kolejnym wydawnictwie.”

Image

I tak rodził się kult!!! Materiał „The Forgotten Arts” okazał się strzałem w dziesiątkę na mocno skostniałej scenie black metalowej, choć gdybym w tamtych czasach tak nazwał tę muzykę, naraziłbym się ostro członkom LUX OCCULTA, którzy wespół ze swoim wydawcą (Pagan Rec.) ochrzcili ją occult metalem!!! „Myślę, że ten szyld – tłumaczył wówczas Jaro.Slav – dobrze charakteryzuje mroczną atmosferę naszej muzyki i tekstów, a jednocześnie nie szufladkuje nas jednoznacznie. A to dla nas bardzo ważne, bo chcemy mieć pełną swobodę poruszania się po różnych gatunkach szeroko pojętego metalu. I nie tylko metalu.”

ImageOd samego początku, oprócz muzyki, bardzo ważny dla zespołu był również koncept tekstowy i wizualny. Zastanawiam się, jak wielu z Was zachodziło w głowę, co przedstawia okładka pierwszego demo LUX OCCULTA?! Odpowiedzi udzieli Peter: „Już wtedy całemu procesowi powstawania wydawnictwa przyświecał koncept wymyślony przez Jaro.Slava. Brakowało tylko okładki. Ale cóż to za problem dla młodej, prężnej grupy? Niestraszna nam była pogoda (zwłaszcza G`amesowi), więc wybraliśmy się nad pobliską rzekę, gdzie ów delikwent w stroju Adama zanurzył się pod wodą, a my tatusiowym aparatem pstrykaliśmy zdjęcia. Efekt tej sesji można podziwiać na okładce „The Forgotten Arts.” – po czym Peter dodaje: Zdradziłem największą tajemnicę zespołu. G`ames mnie zabije…:-)”

Wspomnieliśmy o kontrakcie, który kapela podpisała w niemalże ekspresowym tempie. I to z nie byle kim, bo z mającą niezwykłą renomę na podziemnej scenie wytwórnią Pagan, która miała w owym czasie w swoim katalogu zespół właśnie rozpoczynający swoją niesamowitą karierę – BEHEMOTH.

Tak więc nagranie demo dobiegło końca, kasety zostały rozesłane i… Opowieść kontynuuje Peter: „Po nagraniu demo, w celu odreagowania stresu, postanowiliśmy pojechać na kilkudniowy harcerski wypad nad jezioro solińskie. Przed tym wyniszczającym wyjazdem wysłaliśmy jeszcze cieplutkie piosenki do kilkunastu mniej lub bardziej znanych wytwórni. Aby ograniczyć koszty, „The Forgotten Arts” nagrywaliśmy kasując jakieś pirackie kasety z domowych zasobów. Wyjazd był bardzo udany. Już pierwszego dnia, w kilka chwil po przyjeździe rozpętaliśmy największą zadymę w historii tego pola namiotowego. Przez cały dalszy pobyt nasza ekipa traktowana była z należytym szacunkiem przez pozostałych biwakowiczów. Co ciekawe, podczas tego pobytu wstępną propozycję wydania naszego materiału zaoferował kolega z grupy CARRION OF TORRENT, który – nie wiadomo skąd – znalazł się w pobliżu naszego obozowiska. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po powrocie z tej krajoznawczej wycieczki w skrytce pocztowej czekały na nas niespodzianki. Parę propozycji wydawniczych, w tym jedna najciekawsza – od Tomasza z Pagan Records. Kilka telefonów, kilka listów i wszystko było załatwione. Te cudowne czasy undergroundu! Żadnych umów, kontraktów na piśmie – ot, taka deklaracja słowna. Wiele lat później trochę się to na nas zemściło, ale to już temat na inną opowieść.” A gdy zapytałem Tomka Krajewskiego o to, jak doszło do zawarcia umowy z LUX OCCULTA, odparł: „Zwyczajnie – niezwyczajnie. Podesłali mi taśmę, a ja po prostu odpadłem po jej przesłuchaniu. Świeżość i przebojowość muzy – to było coś niesamowitego. Do tego świetne teksty. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie;-). Zresztą do dzisiaj bardzo lubię to demo. Ciekawostką może być fakt, że sporo osób mocno odradzało mi wydanie tego materiału. Nie powiem, kto, żeby ich dzisiaj nie zawstydzać:-)… Muzyka LUX OCCULTA dla ortodoksyjnych black metalowców wydawała się zbyt mało radykalna, a dla death metalowców za mało brutalna, ale koniec końców trafiła do wszystkich.”

Świę… tfu, nieświęta prawda!!! Ziarno zostało zasiane, ale właściwy boom miał dopiero nastąpić. Póki co, jesienią 1995 roku LUX OCCULTA zadebiutowała na scenicznych deskach. Występ miał miejsce w Krośnie na Przeglądzie Amatorskich Zespołów Muzycznych. Kapela zajęła III miejsce, ale co ważniejsze, od razu przypadła do gustu sporej grupce lokalnych metalowców, którzy przyszli tego wieczora do Domu Kultury. Pamiętam jak niedługo po tym koncercie otrzymałem list od Jaro.Slava, w którym napisał: „Zrobiliśmy piekło!!!”. Tak, w owym czasie było to istne piekło. No i w jednym z utworów (bodajże „Sweetest Stench Of The Dead”) chłopaki wystąpili z wiolonczelistką!!! Ktoś mi poda przykład, który z zespołów muzyki ekstremalnej w tamtym czasie odważył się na coś podobnego?
W styczniu `96 oficjalnie ukazała się kaseta „The Forgotten Arts”, a już w marcu grupa ponownie weszła do Manek Studio, by w ciągu dwóch tygodni zarejestrować materiał na debiutancki album.

„FOREVER ALONE. IMMORTAL”

Głos ma U.Reck: „Pełnowymiarowy debiut LUX OCCULTA to był debiut realizatorski pewnego młodego, nieobliczalnego człowieka [Manka Kurasza – właściciela studia – red.], który przy tej okazji po raz pierwszy w swym studio nagrywał materiał na „płytę kompaktową”;-). Sporo rzeczy zrobić się więc „nie dało”, ale i sporo się udało. Skład bez zmian, umiejętności trochę więcej, zapału jeszcze więcej. W dalszym ciągu kolektywny sposób pracy nad kompozycjami. Po latach kilka utworów z „Forever Alone. Immortal” się broni (faworyt? „Bitter Taste Of Victory”;-)), inne nie, ale to był naprawdę ważny i duży krok, który pozwolił nam uwierzyć w siebie i w zespół.”

Płyta odniosła wielki sukces na krajowej scenie (i nie tylko), a kapela została bezapelacyjne obwołana nadzieją roku w większości fachowych magazynów metalowych. Jak wspomniał U.Reck, muzyka stała się jeszcze lepsza, bardziej oryginalna i rozpoznawalna. Ponadto po raz pierwszy na szerszą skalę Jaro stworzył w warstwie tekstowej koncept-album, co w późniejszym czasie stało się tradycją. Dlaczego? Najlepiej wyjaśni to sam zainteresowany: „Nie lubię i nigdy nie lubiłem słuchać pojedynczych piosenek. Zawsze puszczam sobie całe płyty, od początku do końca. Tak samo traktowałem materiały LUX OCCULTA, więc w naturalny sposób myślałem o nich jako o obszernych opowieściach, w których utwory pełnią tylko rolę rozdziałów.”

ImageA co przedstawia okładka „Forever Alone. Immortal”? Tradycyjnie wielu głowiło się, co, do cholery, na niej jest. Jedni dopatrywali się w tym obrazku mrocznego, diabelskiego przesłania, inni widzieli na nim cuda… A prawda jest taka, że obraz zdobiący tę płytę jest niczym innym jak fotografią rośliny, a konkretniej aloesu… Mam nadzieję, że wyjawiając takie tajemnice nie zaszkodzę kultowi LUX OCCULTA;-). Panowie, wybaczcie!

W pewnym sensie „Forever Alone. Immortal” wieńczy „dziewiczy” okres działalności grupy, który w następujący sposób podsumowuje Jaro.Slav: „Może nie od pierwszej próby, ale już od skomponowania „Creation” wiedziałem, że tym razem będzie inaczej, że mamy do zrobienia coś więcej, niż tylko kasetę demo nagraną w sali prób i rozprowadzaną wśród kumpli. Chociaż z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że pewne rzeczy zrobiliśmy zbyt szybko i niedbale, ale przynajmniej doskonale się bawiliśmy. Świat nie byłby uboższy bez „The Forgotten Arts” czy „Forever Alone. Immortal”, ale ja na pewno byłbym uboższy bez tych pierwszych prób, sesji nagraniowych w Sanoku i koncertów po najpodlejszych spelunach Podkarpacia.”

W czerwcu `96 doszło do pierwszej zmiany w składzie. Z zespołu został usunięty Aemil, którego miejsce zajął Kriss – perkusista o niezwykłym talencie i dużo wyższych umiejętnościach od poprzednika. Chrztem bojowym Krissa była wrześniowa sesja nagraniowa w Manek Studio, która odbyła się na potrzeby udziału LUX OCCULTA na składance „Czarne zastępy: W hołdzie KAT” firmowanej przez Pagan Records. Kapela nagrała swoją wersję utworu „Czas zemsty”, która okazała się jednym z najjaśniejszych punktów tej kompilacji (obok VADER, BEHEMOTH, LUCIFERION czy INSOMNIA). Również podczas tej wizyty w Sanoku został zarejestrowany stuff projektu HATEBREED, „Dominium Bizzarum”, na którym muzycy LUX OCCULTA pokazali bardzo interesujące, niekiedy industrialne czy wręcz transowe podejście do muzyki ekstremalnej, z mnóstwem ciekawych patentów (m.in. użycie akordeonu ze słynnym motywem z „South Of Heaven”!). Materiał „Dominium Bizzarum” miał zostać wydany przez Przema Popiołka z Infernal Death `zine w jego wytwórni, ale wytwórnia nie powstała, Przemo zgubił gdzieś taśmę matkę… Szkoda!

W grudniu tego samego roku zespół wrócił do studia, aby zarejestrować kilka utworów, które miały ukazać się na EPce. Wydawcą miała być pochodząca z Leska Sunset Records. Ale Książę Ciemności zrobił w balona naszych bohaterów oraz bodajże HOLY DEATH i materiał zarejestrowany podczas tej sesji musiał poczekać aż do czasu wydania „Maior Arcana”. Gwoli kronikarskiego obowiązku podam, że nagrano wtedy nową wersję utworu „Love” (znanego z debiutanckiego demo), „When Horned Souls Awake” (numer, który stał się koncertowym hitem zespołu na wiele lat!) oraz cover DANZIG „Heart Of The Devil”.

Stale rosnąca popularność grupy sprawiła, że LUX OCCULTA grała coraz więcej koncertów w kraju oraz na Słowacji. Nie mogę nie wspomnieć o koncercie z okazji V-lecia NEOLITH, gdzie LUX OCCULTA w trakcie „Czasu zemsty” pluła najprawdziwszą świńską krwią – ku uciesze zgromadzonych maniaków, a przerażeniu personelu, który później miał poważne problemy z usunięciem plam ze sceny! A wszystko ku chwale rogatego!;-)

SALA PRÓB W DUKLI

W międzyczasie kapela zmieniła miejsce na próby. Kto choć raz tam był, nigdy tego nie zapomni. Dziś, z perspektywy czasu myślę, że również to magiczne miejsce miało wpływ na powstanie tak zajebistej muzyki… Mówi Peter: „To ciekawe zagadnienie, chyba nigdy nikt o to nie zapytał. Kto nie odwiedził naszej sali, niech żałuje. A więc kilka zdań opisu dla tych, którzy nigdy tam nie byli… Chyba z 50m2 na piętrze Ratusza Miejskiego stojącego na środku rynku w Dukli. Nieprawdopodobnie strome, wytarte przez tysiące stóp kamienne schody, nieoświetlony korytarz i drzwi do sali prób. Sala nieogrzewana centralnie, wyposażona przez nas w kilka porozkręcanych grzejników z czasów Gomułki, podpiętych „na ostro”. Całe piętro pozbawione kibla, sala wyposażona więc przez nas w różne pojemniczki na siku. Połączenie ciepła grzejniczków oraz zawartości tych pojemników dawało ciekawy efekt… Occult metal sączył się z każdej szczeliny:-). Wnętrze, oprócz sprzętu, wypełniały najróżniejsze gadżety, że wspomnę choćby pentagram z kapsli po Tymbarku, choinkę bożonarodzeniową czynną cały rok, plakaty nagich chłopców czy obryzgane wieprzową krwią plakaty z naszych występów. Ratusz należał do Ośrodka Kultury w Dukli, co ciekawe nikt z włodarzy nigdy nie pofatygował się, aby zlustrować salę prób zespołu młodzieżowego LUX OCCULTA. Klucze do ratusza mieliśmy na własność, próby odbywały się o każdej porze dnia i nocy (choć przyznam, że po 22.00 nigdy nie graliśmy głośno), często też nocowaliśmy tam, do świtu dłubiąc na instrumentach. Myślę, że ta dowolność czasu spotkań też miała wpływ na jakość naszej muzyki. Nie byliśmy skrępowani godzinami prób, montażem sprzętu. Po prostu wchodziliśmy tam, włączaliśmy wzmacniacze i… ogień 666=666.” Uwierzcie Peterowi:-). To właśnie w „zaciszu” tej salki przez kilka pierwszych miesięcy roku 1997 powstawał materiał na kolejną płytę sekstetu…

„DIONYSOS”

ImageJednak zanim chłopaki weszli do studia, aby nagrać album „Dionysos”, po raz pierwszy pojechali na mini-tour do Niemiec w towarzystwie FORSTH i SHADOWS TOWARD MY SKY, grając między innymi w słynnym klubie „Hellraiser” w Lipsku.

W lipcu `97 LUX OCCULTA weszła do olsztyńskiego Selani Studio, by zarejestrować nowy materiał. Po latach U.Reck w dalszym ciągu ma dobre zdanie o tym dziele: „Druga płyta jest zawsze testem na wiarygodność grupy i nam z pewnością udało się pomyślnie ją zaliczyć. Było ostrzej, szybciej, ale i smakowiciej;-). Kompozycje były bardziej przemyślane, lepiej dopracowane i zaaranżowane. Poza tym po raz pierwszy mieliśmy kontakt z kreatywnym i bardzo „młodzieżowym” realizatorem [Andrzejem Bombą – realizatorem dźwięku w Selani – red.]. Jednym słowem było to owocne muzycznie i fantastyczne towarzysko lato w Olsztynie;-). Sądzę, że „Dionysos” był absolutnym maksimum tego, co mogliśmy osiągnąć w tej konwencji i w tamtym składzie, już z nowym, lepszym perkusistą. Album został dobrze przyjęty, a po nim nadeszły pierwsze, naprawdę ważne koncerty i trasy. A w głowie już myśl o wolcie, która miała nadejść;-).”

ImageI wtedy wszyscy wręcz oszaleli na punkcie LUX OCCULTA – zarówno fani, jak i media. Przypominam sobie tłumy, które waliły drzwiami i oknami chociażby na koncert w rzeszowskiej „Mewie”. Organizatorzy przygotowali ok. 400 biletów, a okazało się, że ludzi przyszło prawie dwa razy tyle! Istne szaleństwo! W podsumowaniach roku „Dionysos” śmiało konkurował w kategorii płyta roku z „Black To The Blind” VADERa, a każdy z muzyków zajmował wysokie miejsca za obsługę swojego instrumentu (bez głupich skojarzeń;-)). Mało tego – dionizje opanowały nie tylko nasz kraj. Reakcja na album poza Polską przeszła najśmielsze oczekiwania zespołu i wytwórni. Zwłaszcza w Grecji, kraju Dionizosa pochwałom nie było końca. Tamtejszy „Metal Hammer” uznał nawet „Dionysosa” płytą miesiąca.

ImageW warstwie tekstowej „Dionysos” to po raz kolejny koncept-album: „Chociaż dionizje są utożsamiane jako święto swawoli seksualnych i upijanie się alkoholem – mówi Jaro.Slav – to jest to tylko jedna strona medalu. Dionizje to także bóg paradoksu, irracjonalności, mocno związany ze śmiercią. Ciekawostka: jest to bóg, który umarł i zmartwychwstał, więc mit o zmartwychwstaniu istniał już kilka tysięcy lat temu. Właśnie ta dwoistość zafascynowała mnie. Myślę, że Dionizos jest bardzo ludzki w tym sensie, że posiada dwa przeciwstawne pierwiastki rywalizujące ze sobą.” Ta dionizyjska koncepcja LUX OCCULTY zyskała aplauz nawet skrajnych grup: „Dionysosa” chwalili Grecy, nawet greccy nacjonaliści, którzy pisali do mnie maile i listy, że generalnie wszyscy inni za wycieranie sobie gęby helleńską mitologią mają wpierdol, ale ja ujdę z życiem, bo zrobiłem to z wyczuciem i znajomością tematu. Grupa THE ELYSIAN FIELDS, która wydała płytę w Earache, zamieściła we wkładce takie oświadczenie, w której protestowała, że ma dość tego, że ktoś miesza się w greckie klimaty. Całość była utrzymana w tonie: „odwalcie się od Grecji” i takie tam. A ja dostałem od tych gości list, w którym normalnie napisali, że nasz „Dionysos” to masakra, że oni sami chcieliby napisać takie dionizyjskie teksty. Ja wtedy padłem na kolana. Ale to nie ja napisałem te teksty. One powstawały przez tysiąclecia, ja je po prostu zebrałem i w transie napisałem teksty dla LUX OCCULTA. To nie jest tak, że wymyśliłem je od zera. To prawda, czytałem książki religioznawcze, studiowałem stare rytuały dionizyjskie i cytaty z tych rytuałów także są w moich tekstach. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wierzę, że Dionizos był ze mną.” – opowiada dalej Jaor.Slav.

ImageEuforii, która towarzyszyła przyjęciu albumu, nie zmąciły nawet zmiany w składzie. Ba, z perspektywy czasu okazało się, że wyszły one zespołowi na dobre. W styczniu `98 z LUX OCCULTY zostali usunięci: gitarzysta G`Ames oraz basista Jackie. Ich miejsce zajęli cholernie zdolni muzycy ze stawiającej pierwsze kroki krośnieńskiej grupy DECAPITATED: gitarzysta Vogg i basista Martin. O personalnych roszadach mówi Peter: „Martin zastąpił Jacka, a Vogg G`Amesa (z którym założyłem kapelę). Było bardzo bolesne z punktu widzenia koleżeństwa i odbiło się na naszych stosunkach na wiele lat. Cóż, heavy metal to nie łaskotki. Zmiana podyktowana była przede wszystkim… miłością… Chłopaki zakochali się i inne instrumenty bardziej zaprzątały ich uwagę:-). Martin i Vogg – tak zwani „młodzi”, zawstydzili nas (zwłaszcza mnie) swoją techniką. Dzięki nim mogliśmy pokonać kolejne bariery muzycznej edukacji. Ze względu na różnicę wieku dość długo docieraliśmy się, ale wspólne biesiady i wyjazdy scaliły nas bardzo mocno.” Dołączenie do zespołu „świeżej krwi” z trochę innej strony przedstawia Jaro: „Przed pierwszym koncertem, jaki mieliśmy grać z nimi, w Warszawie, tłumaczyłem im: „chłopaki, wiecie, machajcie głową…”. Bałem się, że na scenie będą mniej żywiołowi niż ich poprzednicy, że trema ich zje. Jednak później po prostu umarłem. Oni kręcili takie młyny, że moich starych kości chyba nigdy tak nie rozruszałem. Potrafili całkowicie oddzielić różne elementy ciała, kończyny. Grali technicznie, a przy tym było to zupełne szaleństwo. Tak naprawdę wspaniały, najlepszy skład LUX OCCULTA, jaki mógłbym sobie wyobrazić.”

To właśnie nowi muzycy nadali jeszcze większej mocy koncertom LUX OCCULTA, których było coraz więcej: w marcu `98 trasa z DAMNATION i SACRIVERSUM, maj/czerwiec – kolejny tour, tym razem w towarzystwie HATE i CHRIST AGONY czy też występy w roli co-headlinera na festiwalach: Festering Blood na Słowacji (z DEVILYN, KRABATHOR) czy też rodzimym Novum Vox Mortis z udziałem blackowców z DARK FUNERAL. Do tego doszły dziesiątki pojedynczych gigów na terenie całego kraju.

„MAIOR ARCANA”

ImageWe wrześniu 1998 ukazała się długo oczekiwana płyta „Maior Arcana (The Words That Turn Flesh Into Light)”, która zawierała utwory nagrane w grudniu `96, remasterowaną wersję demówki „The Forgotten Arts” i cover THE SISTERS OF MERCY „Burn”. Dodatkowo do każdego egzemplarza została dołączona książeczka „Prawo światła”, zawierająca wszystkie teksty Jaro.Slava napisane dla LUX OCCULTA, w polskich tłumaczeniach oraz opatrzone komentarzem autora. Album miał być ściśle limitowany do 1500 sztuk, ale coś mi się nie wydaje, ponieważ w dalszym ciągu można go zdobyć…

Po bardzo intensywnej koncertowej promocji płyty „Dionysos”, chłopaki zabrali się za komponowanie trzeciego albumu, który okazał się kamieniem milowym w historii LUX OCCULTA oraz – jak wspomniał U.Reck – świadomie wykonaną woltą w kierunku muzyki jeszcze bardziej objechanej czy wręcz awangardowej. Jak się później okazało, nie przez wszystkich zaakceptowaną…

„MY GUARDIAN ANGER”

W grudniu 1998 roku grupa ponownie weszła do Selani Studio, aby zarejestrować płytę przez wielu określaną jako szczytowe osiągnięcie dukielskiej bandy. Oddajemy głos głównemu kompozytorowi „My Guardian Anger” – U.Reck’owi: „Całkowite wywróciliśmy dotychczasowy sposób pracy nad utworami. Co prawda komponując ten materiał, wespół z Peterem, z pewnością nadaliśmy mu klimat charakterystyczny dla LUX OCCULTA, jednak – co najważniejsze – totalnie przewietrzyliśmy naszą muzykę. Nie zastanawialiśmy się nad formą, konwencją, liczyły się konkretne dźwięki. Nasze muzyczne fascynacje znalazły na „My Guardian Anger” naturalne odzwierciedlenie. Album jest, jak zwykle, koncepcyjny, ale spójny jak nigdy dotąd. Mane. Tekel. Fares… Powstaniu płyty towarzyszyła fantastyczna atmosfera i od początku wiedzieliśmy, że robimy naprawdę ważną rzecz. Oczywiście studyjna rejestracja nie byłaby możliwa bez „rewolucji personalnej”;-). To dzięki bardzo młodym wówczas muzykom z mało komu wtedy znanego DECAPITATED udało nam się muzykę lepiej zaaranżować i profesjonalnie zarejestrować. Do tego drugi rozdział współpracy z Andrzejem Bombą (zdecydowanie współproducentem materiału) pozwolił osiągnąć zupełnie nową jakość.”

Premiera „My Guardian Anger” odbyła się w sierpniu 1999 roku i moim skromnym zdaniem jest to album kompletny – genialnie zaaranżowany, zagrany i nagrany. Przy tym ogromnie odważny, poruszający się w rejonach, do których wstęp mają tylko najbardziej świadomi muzycy. A poza tym to prawdziwa metalowa petarda, płyta niezwykle brutalna, w której jednak co chwilę następują nieoczekiwane zwroty akcji.

ImageWarstwa tekstowa to istny majstersztyk, który potrafił docenić nawet nieżyjący już Adrian Wasilewski – jeden z najlepszych autorów tekstów w historii muzyki metalowej, który współpracował m.in. z VADER. Jaro.Slav nie krył zadowolenia z takiego obrotu sprawy: „Moje teksty chwalił Adrian Wasilewski, dla mnie wzór niedościgły. Mówił, że sam by lepszych nie napisał i choć pewnie mówił tak tylko przez grzeczność, był to największy komplement, jaki wówczas mogłem usłyszeć – po czym dodaje: Jeżeli chodzi o te teksty, ja je napisałem, ale niekoniecznie odzwierciedlają mnie. Chciałem przedstawić bardzo różne punkty widzenia. Ten album jest bardziej intelektualny, przemyślany. Wiesz, siedzisz przy biurku, w ręce masz karty Tarota, patrzysz, jak się układają, myślisz nad nimi.”

Płyta spotkała się z naprawdę rewelacyjnym przyjęciem, a sprzedaż sięgnęła kilkunastu tysięcy egzemplarzy, co jak na podziemny zespół było wynikiem wręcz niebywałym. „My Guardian Anger” został wybrany przez czytelników magazynu „Thrash’em All” albumem roku, Jaro.Slav został wokalistą roku, a reszta muzyków uplasowała się w ścisłej czołówce podsumowania!

W trakcie sesji w Selani powstał pierwszy i jak do tej pory jedyny teledysk LUX OCCULTA, do utworu „Kiss My Sword”, który był emitowany przez kilka stacji telewizyjnych oraz ukazał się jako dodatek do kompaktowej wersji albumu.

Jednak, gdy chłopaki przygotowywali się do serii koncertów promujących „My Guardian Anger”, przez ich szeregi przewinęła się istna fala plag. Na krótko przed występem na Thrash’em All Festival Kriss zmiażdżył sobie łokieć (była nawet obawa, że już nigdy nie zagra na bębnach). W trybie awaryjnym na zastępstwo został ściągnięty Kuba z DEVILYN i po kilku godzinach prób zagrał świetnie przyjęty przez maniaków koncert. Gdy Kriss dochodził do sprawności, najpierw Jaro skręcił kostkę, a następnie U.Reck złamał nogę! Na szczęście chłopakom udało się przezwyciężyć niemoc koncertową i w marcu 2000 roku wrócili na deski grając mini trasę w towarzystwie szwedzkiego GARDENIAN. W maju LUX OCCULTA wystąpiła jako niespodzianka na festiwalu Metalmania w katowickim „Spodku”, wywołując radość kilku tysięcy fanów.

ZMIANA WYDAWCY

Jak się później okazało, „My Guardian Anger” to ostatnia płyta nagrana dla Pagan Rec. Na pytanie o ulubiony materiał nagrany przez LUX OCCULTA, szef tej stajni – Tomek Krajewski odpowiada: „Trudne pytanie. Każdy jest zupełnie inny i każdy ma w sobie coś specjalnego, co sprawia, że niemożliwe jest wymienienie jakiegoś zdecydowanego faworyta. Powiem tylko, że jakoś nie darzę większą sympatią ostatniej produkcji „The Mother And The Enemy”. Nie wiem, nie rozumiem tej płyty. Do mnie ona zupełnie nie dotarła. Złośliwi mogą powiedzieć, że dlatego, ponieważ została wydana dla innej wytwórni, ale to nieprawda.” A jak wspomina lata współpracy z Pagan Jaro.Slav? „Tomek bardzo nam pomógł, my pomogliśmy jemu. Lubiliśmy się, spędziliśmy razem wiele cudownych chwil [mafia musztardowa, spanie w wydmie jedzącej okulary, dotykanie się pin…mi:-) – red.], wypiliśmy hurtowe ilości napojów wyskokowych, przeżyliśmy niejedną mrożącą krew w żyłach przygodę. Ale potem zaczęło się psuć z różnych powodów, o których nie ma potrzeby wspominać. Wymienię tylko jeden, młodszym artystom ku przestrodze: wydawca nie może być jednocześnie waszym managerem. To nie działa. Dzisiaj żadnych animozji pomiędzy nami nie ma, zresztą jakiegoś dramatu nigdy nie było. Po prostu każdy poszedł swoją drogą i uczucie wystygło. Ale życzę Tomkowi jak najlepiej. To facet z prawdziwą pasją i bardzo bliskim mi poczuciem humoru.”
Image
W czerwcu grupa podpisała dwupłytowy deal z portugalską wytwórnią Maquiavel Music, a miesiąc później zagrała jako co-headliner na dwóch dużych festiwalach: czeskim Silesia Fest (m.in. z BEHEMOTH, DARK FUNERAL, ALTAR) oraz Castle Party w Bolkowie. Wakacje skończyły się dla kapeli występem jako jednej z gwiazd festiwalu Thrash’em All.
Koncerty jedynie zaostrzyły apetyty fanów na nowy album LUX OCCULTA…

„THE MOTHER AND THE ENEMY”

Kapela, ponaglana przez wytwórnię, pomimo tego, że materiał jeszcze nie był w całości skomponowany, zamknęła się na dwa miesiące (sierpień – wrzesień 2001) w częstochowskim Studio 333. Tam, pod okiem Bartka Kuźniaka (byłego basisty MORDOR) rozpoczęły się nagrania płyty „The Mother And The Enemy”…

Największe problemy podczas sesji były związane z Krissem, który w owym czasie stracił ochotę do grania. „Myślę, że te wszystkie kontuzje – stwierdził Jaro.Slav – odciągnęły go od muzyk. Przestało mu się chcieć, przestało mu zależeć. Od dłuższego czasu dawał nam do zrozumienia, że chce odejść. Próbowaliśmy go zatrzymać prośbą i groźbą. Ale okazało się, że niepotrzebnie, bo nie można zatrzymać kogoś, kto rzeczywiście już nie ma ochoty nic robić. Weszliśmy z nim do studia. Nagrał trzy utwory. Niestety okazało się, że pozostałego materiału nie jest w stanie już skończyć. Dlatego pożegnał nas już na zawsze i musieliśmy skorzystać z pomocy perkusisty sesyjnego, Gerarda Niemczyka [ex SCHISMATIC, MORDOR, HOLY DEATH i tysiące innych grup – red.], z którym dokończyliśmy nagrania”. W trakcie realizacji tego materiału zespół skorzystał także z pomocy innych muzyków, którzy bezsprzecznie jeszcze bardziej podnieśli atrakcyjność muzyki. Na „The Mother And The Enemy”, oprócz mocnych, brutalnych, death/black metalowych motywów, można usłyszeć wstawki industrialno-jazzowo-triphopowe. Nad całością po raz kolejny czuwał U. – lider LUX OCCULTA, którego fascynacje muzyczne już wtedy były bardzo odległe od tego, czego na co dzień słucha przeciętny polski heavy metalowiec: „Brzmienie numerów metalowych jest bardzo ostre, bardzo agresywne, bardzo metalowe. Zauważ, że są to numery tak brutalne, jak nigdy dotąd. LUX OCCULTA tak ostro nie grała. Z drugiej strony w utworach pojawiają się zupełnie niemetalowe patenty, zupełnie inne klimaty. To jest bardzo skontrastowana płyta.” I chyba jest to najbardziej odważny i zakręcony album, jaki kiedykolwiek ukazał się w Polsce. Temat „inności” tego krążka ciągnie Jaro: „Te metalowe utwory, od których zaczęliśmy, rzeczywiście mają struktury odmienne od tego, co graliśmy wcześniej i od tego, co w ogóle przeważnie się gra w metalu. Ale to przede wszystkim ze względu na aranżacje i rytmikę, ponieważ uwolniliśmy wyobraźnię i stosowaliśmy takie rytmy i podziały, których inni – nie wiem, dlaczego – w metalu nie wykorzystują.”

ImageWarstwa liryczna „The Mother And The Enemy” po raz pierwszy nie jest koncept-albumem, choć nie do końca, co wyjaśnia Jaro.Slav: „Nie, to nie jest koncept w takim znaczeniu, w jakim płytami koncepcyjnymi nazywa się jakieś tam historie opowiedziane przy pomocy poszczególnych rozdziałów czy piosenek. Ale jest jakaś główna myśl, która przewija się w większości utworów, właściwie wszystkich poza „Gambit” i „Pied Piper”. I jest to myśl bardzo nihilistyczna, tzn. poddająca w wątpliwość właściwie wszystko – wszystkie moje teksty z poprzednich płyt, które tak bardzo wychwalały ludzkie indywiduum, ludzkie życie i cały świat. W „Mother Pandora” jest taki wers, że życie jest nienaturalnym stanem i tak naprawdę naturalny jest niebyt, nieistnienie. I cały ten album mniej więcej jest o tym. Tytuł „The Mother And The Enemy” oznacza naturę, która nas rodzi, jest naszą matką, ale tylko po to, żeby nas zabić. I właśnie takie jest główne przesłanie tekstów.”

Premiera płyty miała miejsce 19-go listopada 2001, na świecie nakładem Maquiavel, zaś w Polsce dzięki firmie Metal Mind, która przy okazji wykupiła licencję i wydała poprzednie materiały grupy.
Recenzje w prasie, jak i opinie fanów były skrajnie odmienne – od peanów na cześć twórców „The Mother And The Enemy”, po niewybredne epitety i oskarżenia o zdradzenie „metalowych korzeni” itp. Prawda jest taka, że niektórzy twardogłowi po prostu nie dorośli bądź też nie byli w stanie docenić geniuszu i otwartości muzycznej tego krążka. Mimo wszystko przez czytelników opiniotwórczego magazynu „Thrash`em All”, „The Mother And The Enemy” została uznana płytą roku, wyprzedzając takie tuzy rodzimej sceny jak VADER, HATE czy DEVILYN, a kapela uplasowała się na trzecim miejscu ustępując jedynie VADER i BEHEMOTH.

Jednak sam proces przygotowania albumu i sesja nagraniowa zapowiadały, że coś niedobrego zbiera się nad LUX OCCULTA. Okres ten wspomina U.: „To był bardzo ciemny czas, zarówno w życiu osobistym, jak i w zespole. Niejednemu z nas świat się wtedy prawie zawalił, więc ta muzyka musi boleć. Uważam te utwory za najlepsze w historii LUX OCCULTA. Byłem przerażony tym, co rodzi się w mojej głowie – mnóstwo schorowanej wściekłości, bunt, ale i niemoc. Niestety nie wszystko udało się zrobić zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Presja czasowa ze strony wydawcy sprawiła, że weszliśmy do studia będąc w połowie drogi, z fatalną atmosferą w grupie, która podczas sesji praktycznie się rozsypała. W zasadzie jedynie dzięki absolutnej determinacji Jarka, Wacka i mojej oraz pomocy osób trzecich płyta została wtedy skończona i ujrzała światło dzienne. Nie wszystko zostało do końca dopracowane, zaaranżowane, a przede wszystkim zrealizowane, niemniej według mnie w tych utworach drzemie ogromna siła. A tak naprawdę to chciałbym kiedyś, w ramach jakiejś terapii sięgnąć raz jeszcze po ten materiał, dopracować do końca i nagrać z szalonym realizatorem w studio, które kosztuje 100 mln dolarów za godzinę;-).”

Pomimo tych problemów kapela ruszyła w charakterze jednej z gwiazd objazdowego Thrash’em All Festival (obok VADER i KRISIUN). Jednak kilka ostatnich koncertów była zmuszona zagrać bez Petera, który – z ciężkim sercem – postanowił odejść z LUX OCCULTA. Tak wyjaśnia motywy swojej decyzji: „Patrząc z mojej perspektywy, spowodowane to było dwoma przyczynami. Pierwszy to braki techniczne w opanowaniu instrumentu, zatrzymałem się w miejscu, nie rozwijałem się w kierunku rozwoju zespołu. Byłem też sfrustrowany możliwościami naszego drugiego gitarzysty. Vogg’owi nuty po prostu wypływały z gitary. Nie podziałało to na mnie motywująco, chociaż mogło. Drugi powód to ówczesne problemy osobiste.”

CISZA…

Po powrocie z trasy chłopaki próbowali jeszcze szukać nowych muzyków, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Efektem było zawieszenie działalności LUX OCCULTA na czas bliżej nieokreślony. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy była znikoma promocja ze strony wytwórni Maquiavel Music. Wspominając współpracę z szefem tejże wytwórni, Jaro.Slav nie przebiera w słowach: „Głupek i mitoman o wybujałych ambicjach. A ja nie mniejszy głupek, że w te wszystkie pierdoły wierzyłem. Szkoda czasu na komentowanie.” Nic dodać, nic ująć.

O zupełnie innych powodach rozpadu grupy mówi U.: „Trudno było nam pozbierać się po rozsypce w roku 2001. Konsekwencją wyboru pozamuzycznej drogi zawodowej było pojechanie każdego z nas w swoim kierunku oraz przejście przyśpieszonego kursu dojrzewania i odpowiedzialności za pojawiające się rodziny;-). – ale dodaje: Niemniej bez muzyki żyć niepodobna, więc każdy coś tam kombinował, by sobie radochy nieco uczynić;-).”

No tak, ciężko było sobie wyobrazić, by tak pracowite bestie całkowicie odpuściły sobie muzykę, dlatego też Jaro pojawił się gościnnie na debiucie VIRGIN SNATCH, Vogg i Martin zajęli się karierą coraz prężniej rozwijającego się w tym czasie DECAPITATED, Kriss po kilku miesiącach przerwy wrócił do grania – tym razem w NEOLITH. Również z NEOLITH związały się muzyczne drogi U. – najpierw gościnnie od roku 1996, a od płyty „Immortal” na stałe zasilił szeregi tej formacji. A w międzyczasie pomógł w sesjach nagraniowych takich tuzów jak VADER, BEHEMOTH czy ostatnio CHRIST AGONY.
Przez lata swojej działalności LUX OCCULTA doczekała się na scenie niesamowitego szacunku oraz sporej rzeszy oddanych i wiernych fanów. Czy był to zespól popularny? W pewnym sensie tak, choć była to innego rodzaju popularność od tej, którą znamy z tabloidów;-). Temat komentuje Peter: „Nie bardzo wiem, co powiedzieć, bo to słowo nie pasuje do LUX OCCULTA. Nie byliśmy rozpoznawani na ulicach, nie zarabialiśmy kasy, nie graliśmy setek koncertów. Po prostu robiliśmy swoje, nie oglądając się na trendy, nurty, gusta. Najprościej mówiąc, graliśmy taką muzykę, która w danym momencie podobała się nam najbardziej, a zarazem chcieliśmy ją nagrać najlepiej, jak potrafiliśmy. Banał? Być może, ale na pewno nie dla nas w tamtych czasach. Być może to, co osiągnęliśmy, opierało się na tej prostej szczerości chłopaków z Beskidu Niskiego.”

A być może mieli trochę pecha, że w momentach ciekawych propozycji koncertowych (jak np. trasa po Europie w towarzystwie SATYRICON – po wydaniu „My Guardian Anger” czy też koncerty w krajach byłego ZSRR) pojawiały się kontuzje muzyków albo zobowiązania w pracy bądź na uczelniach. Być może zabrakło jeszcze większej determinacji i postawienia wszystkiego na jedną kartę? Choć wydaje mi się, że to drugie odpada, bo z tego, co wiem, chłopaki zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje pociągałoby za sobą poświęcenie się w 100% muzyce i raczej nie mieli ambicji zostania drugim VADER czy BEHEMOTH… Muzyka to po prostu ich pasja i hobby, co było wyraźnie słychać w każdym nagraniu od samego początku istnienia LUX OCCULTA.

POWRÓT?

ImageZasiane jakiś czas temu ziarno powrotu LUX OCCULTA, co jakiś czas powraca. Postanowiłem więc zapytać o to samych zainteresowanych. Peter: „Przyszłość jest już teraz – jak pisał Carl Sagan. W tej chwili formalnie nie jestem członkiem grupy… Nie wiem, czy LUX OCCULTA zmartwychwstanie, mam jednak przeczucie, że wszystko się jeszcze może wydarzyć. Zazwyczaj podczas jakichś spotkań przy wódeczce nieśmiało przewija się wątek nagrania nowej muzyczki. Jednak jeśli już wracać, to z materiałem, którego nie musielibyśmy się wstydzić, który byłby godnym następcą wszystkich wcześniejszych wydawnictw. Po co coś nagrywać tylko po to, by nagrać i zadowolić czekających fanów. To nie byłoby w porządku w stosunku do nich, jak i nas samych. Cóż, na pożegnanie chciałem pozdrowić wszystkich, którzy przez lata wspierali nas w każdy możliwy sposób. Ja również mam nadzieję, że kiedyś pojawi się nowa płyta LUX OCCULTA.” Jaro.Slav: „Przyszłość LUX OCCULTA będzie albo świetlana, albo w ogóle jej nie będzie. Mamy sporo pomysłów i nowych doświadczeń, na pewno nie popełnilibyśmy tylu głupich błędów, co 10 czy 15 lat temu, ale… Nie mamy czasu. Każdy ma swoje życie, pracę, rodzinę. Nie wiem, czy będziemy mogli sobie pozwolić na takie czasochłonne i kosztowne hobby jak zespół occult metalowy”. Znamy już zdanie Petera i Jarka, jednak myślę, że najwięcej do powiedzenia na ten temat ma główny kompozytor i mózg LUX OCCULTA – U. I to właśnie do niego będzie należało ostatnie słowo, bo… Tak o jego ewentualnym braku w kapeli powiedział kiedyś Jaro.Slav w kontekście zawieszenia i wznowienia działalności: „Bez niego nie ma LUX OCCULTA! Może mogłaby być inna grupa, możemy sobie coś tam grać, ale nie jako LUX OCCULTA. Ten zespół jako taki przestaje istnieć. Ale go nie zabraknie, dopóki U. będzie żył. Prędzej ja mógłbym zwątpić w swoją postawę i zaangażowanie w kapelę niż w jego zaangażowanie. On po prostu wkłada w to całe serce. Ja udzielam wywiadów, bo to ja jestem gadułą, ale on się wypowiada muzycznie, jest dyrektorem”. Ok, więc Dyrektorze – jaka przyszłość przed LUX OCCULTA? „LUX OCCULTA wróci z bardzo dobrą płytą;-). Jedno jest pewne – nie ma powrotu do przeszłości, a formuła pozostaje skrajnie otwarta. Czy to będzie jeszcze metal? Nie mam pojęcia, bo na razie dysponuję zarysami zaledwie kilku utworów. Nikt z nas nie wiąże jednak z tym projektem oczekiwań finansowych, więc zrobimy materiał, którego będzie się nam chciało słuchać w 2009 czy 2010 roku, a może i w 2030;-). Po okresie totalnego krytycyzmu własnych dźwięków, znów zaczyna mi się podobać to, co tworzę, a do tego, obok starych muzycznych przyjaciół, jak Jarek i Wacek – Voggiem zwany, mam w zanadrzu fantastycznych muzyków chętnych do współpracy. Więc wierzę, że będzie gicio;-).”

Tak więc trzymamy Dyrektora i resztę muzyków LUX OCCULTA za słowo i czekamy na nowe nagrania zespołu!!!

 

[Levi / Atmospheric #15]

Lux Occulta, www.myspace.com/luxocculta

DEATH SEA: Klasyka podziemia

 

Image

 

Death metalowy zespół DEATH SEA został założony jesienią 1993 roku w Krakowie. W pierwszym składzie znaleźli się: Jarosław „Misiu” Kochman – bas, Gerard Niemczyk – perkusja, Grzegorz „Grysik” Bryła (obecnie VIRGIN SNATCH) – gitara, Mateusz „Rzeźnik” Wabik – wokal. Wszyscy muzycy mieli już większe lub mniejsze doświadczenie muzyczne.

ImagePo kilku miesiącach prób powstało „Promo Tape `94”, które zostało nagrane na czterośladowym magnetofonie Taskam, a zostało wydane ze środków własnych (autorem logo oraz bardzo ubogiej oprawy graficznej był basista Jarek). Muzyka kwartetu z tej kasety promocyjnej osadzona była w tradycji death metalu przełomu lat `80/`90. Utwory („Almost Extinct”, „Final Deception”, „Death Sea” i „Forever Forget”) były inspirowane kapelami DEATH, CYNIC, PESTILENCE, ATHEIST, NOCTURNUS. Materiał zebrał pozytywne recenzje w prasie undergroundowej (np. w zine`ach „Psycho”, „Purgatory”, „Flatline News”). Doceniano DEATH SEA za wskazywanie perspektyw rozwoju dla gatunku, jakim był death metal i dobre umiejętności. Ale byli też tacy edytorzy, którym nie przypadł ten stuff do gustu – wytykano mu wtórność, słabej jakości brzmienie lub niezbyt oryginalną nazwę („Ibidem”, „Galeic Stigmata”).

Na koncertach kapela DEATH SEA – szczególnie w Krakowie – była przyjmowana dobrze.

ImagePomimo krótkiego stażu, w 1994 r. grupa podpisała kontrakt na jedną płytę z firmą Loud Out i zarejestrowała pełnowymiarowy materiał w studiu Beat Music Center w Katowicach. W tym samym roku zespół zagrał dwa koncerty na festiwalu muzyków rockowych w Jarocinie. Niestety wytwórnia Loud Out zbankrutowała i drugi materiał DEATH SEA ukazał się tylko w formie kasetowej w roku 1995 nakładem Baron Rec. Jego tytuł to „Imagination World”. Autorem obrazu, który posłużył za okładkę, był Zbigniew Krzywdziak. Oprócz starszych utworów zamieszczono na tym materiale cztery nowsze („Ivy”, „Sensation Of Glowing”, „Beyond The Reason”, instrumentalny „Symbolic Way Of Expression”), które zawierały więcej partii akustycznych. Ponadto kapela wykorzystała pomysły charakterystyczne dla doom metalu, rocka progresywnego czy muzyki latynoamerykańskiej, bez utraty typowej w death metalu dynamiki i brutalności.

W roku 1994 szeregi DEATH SEA zasilił drugi gitarzysta Piotr Szczuciński, który następnie zastąpił na basie – kończącego przygodę z graniem – Jarosława Kochmana. Pod koniec 1994 r. od grupy odszedł Gerard Niemczyk, a zasilił ją Krystian „Pinokio” Skowiniak.
W połowie roku 1995 zaczął powstawać kolejny materiał DEATH SEA, po którym została jedynie nieprofesjonalna taśma z próby: ok. 20 minut jeszcze bardziej technicznego, ale też bardziej brutalnego death metalu niż ten na „Imagination World”.
Na początku roku 1996 nastąpiła kolejna zmiana personalna – zespół opuścił Mateusz Wabik, a nowym wokalistą został Filip „Zielony” Zieliński. W drugie połowie lat `90 grupa dużo koncertowała.
Zespół funkcjonował z przerwami i w różnych składach do roku 2001, grając wiele koncertów. Później nieco zmienił wykonywaną przez siebie muzykę, stała się ona bliższa nowoczesnemu thrash metalowi w klimatach TESTAMENT czy FEAR FACTORY.

Image

Muzycy, którzy udzielali się w DEATH SEA, równolegle, a także po rozwiązaniu tejże grupy grali w wielu różnych zespołach, które stanowiły część krakowskiej sceny metalowej.
Grzegorz Bryła był sesyjnym gitarzystą DISINTERMENT. Był też przymierzany do składu VIOLENT DIRGE, ale z powodu, iż musiałby dojeżdżać do Warszawy, nie dołączył do tego zespołu. Grał także w SYMBOLIC IMMORTALITY, VIRGIN SNATCH, ANAL STENCH.
W 2001 roku Grzegorz Bryła oraz Filip Zieliński powołali do istnienia thrash metalową kapelę VIRGIN SNATCH, z którą odnoszą duże sukcesy, nagrywają płyty i koncertują.
Gerard Niemczyk to bardzo rozchwytywany perkusista. Dodatkowo potrafi grać na gitarze, basie i klawiszach. Zahaczył o ogrom przeróżnych grup, głównie jako muzyk sesyjny lub gościnnie wspomagając je na koncertach (MORDOR, HOLY DEATH, SCHISMATIC, SYMBOLIC IMMORTALITY, LUX OCCULTA, GLADIATOR, VINCENT BECK GROUP itp.). Uczestniczył również w licznych projektach free-jazzowych i bluesowych.
Jarosław Kochman, przed DEATH SEA, był basistą nieznanej thrashowej formacji POLTERGEIST.
Mateusz Wabik wcześniej był wokalistą SAMHAIN i gościnnie udzielał się w jednym utworze DISINTERMENT.
Piotr Szczuciński oraz Krystian Skowiniak wcześniej byli muzykami SAMHAIN oraz DISINTERMENT.
Ponadto Krystian Skowiniak znalazł się w pierwszym składzie THY DISEASE, przewinął się przez ANAL STENCH, obecnie gra w thrashowym RETRIBUTION.
Sam DISINTERMENT to zespół, który powstał jakby na gruzach SAMHAIN – kapeli która działała krótko (1993-1994), miała na koncie reh`a i rozprowadzane tylko do zinów demo „Winds Of Destiny” (a ślad po nim pozostał zaledwie w trzech czy czterech zine`ach).

 

[Mateusz Wabik, Kasia / Atmospheric #14]

AS I DIE: Echo doom metalu…

Image

Moda na doom metal przeminęła chyba bezpowrotnie. Dziś taka muzyka najczęściej jest zwyczajnie nudna i wtórna wobec osiągnięć tego stylu sprzed kilku lat, a już tylko takie jej określenie wywołuje u słuchaczy awersję i jest dla nich odpychające. A co powiedzielibyście, gdyby pewien zespół z Sosnowca zaproponował Wam brutal gothic, gdyż tym terminem posługuje się w opisie swojej twórczości czyli natchnione łączenie doom z death, thrash, heavy, climatic, atmospheric (ha!) i innymi pierdołami? Well, dla mnie taka fuzja to przyszłość klimatycznego grania…
ImageMowa o AS I DIE. Na początku porównywano ich do PARADISE LOST, MY DYING BRIDE, THEATRE OF TRAGEDY. Oni sami twierdzą, że inspiruje ich po prostu każda dobra muzyka. Od wirtuoza instrumentów elektronicznych Klausa Schulze, przez DEAD CAN DANCE, po dużo nam bliższe grupy MORBID ANGEL, ANGEL CORPSE. Utwory zespołu faktycznie są wypadkową różnych stylów, jednak nie jest to bezmyślne mieszanie i na pewno nie ulega wątpliwości, że wciąż jest to metal. Urozmaicenia muzyki nie należy mylić z jej nadmiernym pokomplikowaniem. To, co pozornie wydaje się nie aż tak łatwe do przyswojenia, przy odpowiednim nastawieniu samo dociera do otwartego umysłu. Przede wszystkim AS I DIE nie smęci, co sugerowałoby wcześniejsze umiejscowienie kapeli. Stawia na energię i dynamikę. Jeśli zwalnia to tylko po to, by przyśpieszyć z tym większym wykopem. Najłagodniejsza jest wiolonczela, klawisze i sporadyczny wokal żeński, bo to gitary rytmiczne i solowa nadają tonu całości. Niezwykłą atmosferę ma jedna z kompozycji zatytułowana najprościej, „Instrumental”, w której jakby plemienne bębenki wprawiają w lekki transik. Ponoć Cinkowi zdarza się tworzyć na chaju, więc coś w tym musi być. Można popaść w tępe odrętwienie i ocknąć się dopiero na drugiej stronie. Lustra? Życia? AS I DIE… O tym traktują przecież bardzo osobiste teksty Banana.
Grupa powstała pod koniec ’95, a w jej szeregi weszli muzycy SAGE, MORITURUS, DEADLY VISION. Stosunkowo szybko przygotowali pierwsze demo „The Rain”. Wszystkie cztery umieszczone na nim numery, poddane obróbce i ulepszeniu, znalazły się także na kolejnym i na razie ostatnim materiale sprzed dwóch lat „Senses”. Zarejestrowane na nowo, po dopracowaniu, tj. przearanżowaniu i dodaniu do nich solówek, doskonale dopasowały się do pozostałych sześciu premierowych utworów. Całość trwa 50 min., więc nie ma uczucia niedosytu po przesłuchaniu. Podstawę, czyli perkusję, gitary, bas i wiolę zespół nagrał samodzielnie, zaś wokale, sola i klawisze w katowickim Cyber Studio. Tam również zmiksowano ten stuff. Żadnym zaskoczeniem nie są częste zmiany personalne w AS I DIE, które m.in. osłabiły aktywność koncertową. Kapela nie grała na żywo zbyt dużo, przeważnie u siebie (woj. Śląskie), teraz jednak – po ustabilizowaniu się składu – sytuacja powinna się poprawić. Zespół robi obecnie intensywne próby, których efektem jest nowy repertuar. W planach następne nagrania.

 

[Kasia / Atmospheric #10]

 

As I Die, Marcin Korzewka, 1-go Maja 68/51, 41-200 Sosnowiec

LAAZ ROCKIT: Powrót legendy thrash metalu

 

Image

Powrót legendy thrash metalu

 

Powroty do łask thrashowych legend lat `80 to temat niezwykle aktualny, bo jak inaczej nazwać wydanie przez METALLICĘ albumu, który wskrzesił brzmienie zespołów z początków kariery? Ale nie oni sami zostali na polu bitwy. Także panowie z LÄÄZ ROCKIT wrócili do świata żywych i przyznać trzeba, że wyszło im to całkiem nieźle!

Image

Po tym jak w roku 2005 zespół ogłosił, że wyrusza w trasę koncertową, celem nagrania DVD uwieczniającego dotychczasowe dokonania (wydanego w roku następnym pod tytułem „Live Untold”), nikt jednak nie przypuszczał, iż całkowita reaktywacja kapeli nastąpi tak szybko, a już na pewno wydanie przez LÄÄZ ROCKIT nowego krążka było poza strefą marzeń. A jednak! Amerykanie dali wszystkim, którzy ich skreślili, solidnego kopa w dupę!

ImageOstatnia pozycja w dyskografii LÄÄZ ROCKIT – „Left For Dead”, to prawdę mówiąc najbardziej thrashowy tytuł ostatnich lat. Już pierwszy utwór z płyty, którym jest „Brain Wash”, szybki z zadziornym riffem, odwołuje się do starego grania i wszyscy sceptycy będą musieli podkulić ogon w geście uznania. Pomimo tylu lat spędzonych na scenie, nie ma tutaj mowy o odcinaniu kuponów od wcześniejszych dokonań. W stu procentach świeże pomysły użyte przez zespół odzwierciedlają znakomitą formę, w której LÄÄZ ROCKIT znajduje się pod koniec pierwszej dekady XXI-go wieku.

O świetności „Left For Dead” świadczyć mogą odważne plany koncertowe ekipy, które zakładają zaprezentowanie podczas występów większości nowego materiału, w przeciwieństwie do w ostatnim czasie wskrzeszanych „legend”, zapełniających swoją setlistę utworami sprzed lat.

Skoro już mowa o powrotach, należy wspomnieć o zespole TESTAMENT, który właśnie z chłopcami z LÄÄZ ROCKIT odegrał udaną trasę koncertową, która udowodniła światu, że thrash żyje i ma się dobrze! W planach obu thrashowych gigantów jest wydanie DVD, z zarejestrowanymi koncertami pochodzącymi z owej wspólnej trasy.

Gwoli ścisłości, pierwszy etap działalności LÄÄZ ROCKIT zakończył się w roku `89, kiedy basista Willy Lange starał się o zajęcie miejsca tragicznie zmarłego Cliffa Burtona. Gdy jednak basistą został Jason Newsted, Willy popadł w depresję, porzucając granie i oddając się sprawom osobistym.
Po drodze był jeszcze projekt Willy’ego pod szyldem DUBLIN DEATH PATROL, w skład którego weszli jeszcze Chuck Billy znany z TESTAMENT, były wokalista EXODUS – Steve Souza oraz kilku innych mało znanych muzyków. Grupa ta ma do tej pory na swoim koncie jedną płytę „DDP 4 Life”. Muzyka wykonywana przez ten projekt odbiega od dokonań muzyków w ich macierzystych zespołach. Jak twierdzą sami zainteresowani, we wspólnym graniu ze sobą odwołują się do swoich wczesnych inspiracji muzyką rockową spod znaku MOTORHEAD, UFO, SCORPIONS, THIN LIZZY.

Ale to już przeszłość (do której jednak warto wracać choćby ze względu na dokonania kapeli w pierwszym okresie aktywności). Teraz grupa LÄÄZ ROCKIT rozpoczęła swoje drugie życie, które już podczas pierwszego zderzenia z fanami obdarowało ich miażdżącą ilością ciężkiego i zabójczo szybkiego napieprzania.

[Jimbo]

Lääz Rockit, http://laazrockit.ning.com / www.myspace.com/thelaazrockit

ROTTING CHRIST: Jeźdźcy z Południa

 

Image

 

Jeźdźcy z Południa

Pochodzą z południa Europy, dokładnie z Grecji. Kraju, w którym niepodzielnie króluje muzyka narodowa. Jednak ROTTING CHRIST, bo o nich mowa, niewiele z muzyką gorącej Grecji ma wspólnego. A to za równo za sprawą swojego ciężkiego, siermiężnego jak średniowieczna zbroja brzmienia, jak i wyszukanego jak na Greków image`u.

Brygada, którą dowodzi Sakis pełniący w zespole rolę wokalisty oraz gitarzysty, w tekstach swoich utworów prezentuje starożytne, greckie wierzenia, które są w tej warstwie punktem wyjścia. Jak przystało na rodowitych Greków, utwory śpiewane są przez Sakisa w ojczystym języku.

W muzyce ROTTING CHRIST na próżno szukać inspiracji pochodzących od wojowników z krajów Nordów. Zespołowi przez okres swojej działalności udało się wypracować własny styl, choć droga do tego była niezwykle zawiła, poczynając od blackowego łojenia w stu procentach, po formę dzisiejszą, niezwykle melodyjną. Wszystko to okraszone technicznie sprawnym basistą, którego partie przy pierwszej próbie zapoznania z grupą cholernie mnie zaskoczyły. I było to pozytywne zaskoczenie.

Image ROTTING CHRIST, od roku pańskiego `87 czyli pierwszego roku swojego pobytu na ziemi, wydał dziewięć długogrających krążków. Ostatni z nich, „Theogonia”, pochodzący sprzed dwóch lat zawiera dziesięć utworów, które potrafią zmiażdżyć małżowiny uszne! Na uwagę zasługuje „Kervanos Kivernitos”, wyróżniający się pośród pozostałych utworów zawartych na krążku silnie zaznaczoną partią basisty, Andreasa. Album „Teogonia” można polecić fanom zadziornej sekcji rytmicznej, wyrafinowanych riffów oraz wokalu nie przypominającego wytaczanych w bój średniowiecznych armat.

 

[Jimbo]

Rotting Christ, www.rotting-christ.com / www.myspace.com/rottingchristabyss

KAT: Uwaga! Sataniczny, groźny i bardzo zły KAT!


Uwaga! Sataniczny, groźny i bardzo zły KAT!

 

Niektóre polskie zespoły muzyczne zaczęły się specjalizować w gatunku muzyki wywodzącej się od rocka, na przykład w heavy metalu i black metalu. Najważniejszym z nich był zespół „KAT” z Katowic, laureat Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie w 1984 roku. Właściwie ten zespół, wzorem zachodnich, zaczął propagować sceny satanistyczne w trakcie występów. Teksty piosenek, czarne stroje muzyków, ekrany z symbolami satanistycznymi, trupie czaszki, petardy, świece dymne itp. oraz niezwykle głośna muzyka – sprawiają rzeczywiście piekielne wrażenie. Od początku 1985 roku zaczęły działać fan-kluby tego zespołu. Rozpoczęto także omawiać elementy satanizmu, który szczególnie wśród młodzieży stał się popularny. Wokalista i ideolog grupy – Roman Kostrzewski jest autorem takich utworów tekstów satanistycznych jak np.: „Noce Szatana”, „Diabelski dom”, „Czas Zemsty”, „Trzy szóstki”, „Metal i piekło”, „Czarne zastępy”, „Morderca”, „Masz mnie wampirze” i „Wyrocznia”, które wyrażają dążenia realizacji katechizmu satanistycznego zawartego w „Czarnej Biblii” oraz zapowiedź nadejścia „Czasu Zemsty”. Nie ulega wątpliwości, że twórczość R. Kostrzewskiego pozostaje pod wrażeniem tej książki. Natomiast drugi nurt tej twórczości związany jest z dążeniem do niczym nie krępowanej młodzieńczej swobody, przemieszania przemocy i perwersji seksualnej, wyobrażeniami świata piekielnego i jego „herosów”, a przede wszystkim na rytuałach i obrzędowości satanistycznej zgodnie z regułą La Vey`a. Zatem w piosenkach często nawiązuje się do tych elementów, np:

 

Image„Daję ci właściwy klucz
Diabelskiego domu skarb
Kamień z procy Antychrysta.
Spójrz na wielki czarny ołtarz
Kiedyś leżała na nim twoja matka
Wiedźma.
Rzuciła seks,
Wolność, zemstę i pieniądz”.


W kwietniu 1986 roku na Festiwalu Muzyki Heavy-Metal „Metalmania 86” w Katowicach zespół „KAT” po raz pierwszy zaprezentował na scenie show muzyczny, który odczytano jako „Czarną Mszę”. Powtórzenie tego spektaklu nastąpiło 3l lipca 1986 roku na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie.

 

[fragment książki (pisownia oryginalna) pt. „Od hippisów do satanistów” autorstwa
kryminologa, policjanta i nauczyciela akademickiego Jerzego Wójcika, Kraków 1992]