Kategoria: Opowiadania

Krzysztof T. Dąbrowski: Moje Ciało?

I

Tak bardzo chciałbym umrzeć. Nie istnieć. Marzę o tym by Moje Ciało było wreszcie martwe, niezależnie od tego co się będzie dalej działo z mą duszą. Pewnie myślicie, że zwariowałem. Zastanawiacie się, jak można pragnąć własnej śmierci? A jednak zapewniam was – TAK, MOŻNA! Mogę się założyć o wszystko, że gdybyście byli w mojej sytuacji pragnęlibyście dokładnie tego samego. Byłoby to największym marzeniem waszego życia. Nie wierzycie? To posłuchajcie teraz mojej historii. Opiszę wam jedną z wielu koszmarnych nocy. Opowiem ze szczegółami co się wtedy dzieje…

II

Moje Ciało wstaje. Jest noc, nic nie widzę. Chciałbym jeszcze pospać, ale nie mogę bo ono postanowiło zwlec się z łóżka. Dobrze wiem w jakim celu i za to właśnie go nienawidzę. Zresztą, czy ciało to w takiej sytuacji nadal jest moje? Zmierza właśnie do lodówki aby się pożywić, a ja nie mam nad nim żadnej kontroli. Widzę swoją rękę otwierającą plastikowe drzwiczki,wyciągającą ochłap mięsa. To tylko moja ręka, lecz nie ja. Ona robi to sama z siebie. Nie pytając mnie o zgodę, bierze mięso i wpycha je do moich ust. Jestem jak więzień, utknąłem w tej powłoce cielesnej, która poddaje mnie najróżniejszym torturom, zarówno fizycznym jak i psychicznym. Przeżuwam to paskudztwo – jest obrzydliwe, przesiąknięte krwią. Czuję jej metaliczny smak. Chce mi się rzygać, ale tego też nie mogę zrobić. Tak bardzo bym pragnął jeść coś innego, cokolwiek – nawet papka ryżowa, której w dzieciństwie nienawidziłem byłaby teraz jak wykwintny deser! Przełykam. Czuję jak ohydna masa przesuwa się coraz niżej. Ociera się o krtań, a za kilka chwil wypełni mój (nie-mój) żołądek. Czasami nawet próbuję nie myśleć o tym, wyobrażać sobie, że jem coś zupełnie innego, lecz niestety niezbyt mi to wychodzi.

Kątem oka zauważam zegar, jest piętnaście po pierwszej. Ciało znowu ruszy na łowy – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Używając moich dłoni ubiera się, bierze kluczyki do samochodu, buteleczkę z eterem, watę i nóż – a ja mogę tylko patrzeć. Wiem, że dziś w nocy zginie kolejna kobieta… i nie mogę nic zrobić by temu zapobiec!

Owszem, od czasu do czasu przejmowałem kontrolę nad swym ciałem, ale było to tylko wtedy gdy zezwoliło mi na to, To Coś. Właśnie – TO COŚ – a czym to jest nie mam pojęcia; obawiam się, że zostałem opętany przez ducha lub coś jeszcze gorszego.

Myślę, że nie ma nikogo, kto byłby w stanie mi pomóc. Pewnie zastanawiacie się dlaczego nie popełniłem samobójstwa by powstrzymać mordercze zapędy mego ciała. Wyobraźcie sobie, że próbowałem, starałem się z tym walczyć. Bywało tak, że wybiegałem z domu z zamiarem udania się na najbliższy komisariat. Zawsze koniec był taki sam – nogi (MOJE NOGI!) odmawiały posłuszeństwa i już po kilku krokach traciłem w nich czucie. Me ciało maszerowało z powrotem, do domu. Z punktu widzenia postronnego obserwatora musiało to wyglądać bardzo zabawnie – facet, w płaszczu narzuconym luźno na piżamę, biegnie potykając się o własne nogi; nagle zatrzymuje się, jakby zaliczył zderzenie z niewidzialną ścianą, po czym wykonuje gwałtowny zwrot w tył i spokojnym już krokiem idzie w drugą stronę. Musiało to wyglądać przekomicznie; mnie jednak wcale nie było do śmiechu.

Po kilku takich daremnych próbach postanowiłem targnąć się na własne życie. Miałem wrażenie, że uda mi się to zaskoczyć. Błyskawicznie sięgnąłem po nóż, z zamiarem wbicia go w klatkę piersiową. Niestety, byłem cały czas kontrolowany. Chwile pozornej wolności były tak naprawdę tym samym, czym dla więźnia jest wyjście na spacerniak; wcale nie staje się on wtedy wolnym człowiekiem. Moja ręka jakby skamieniała, w ułamku sekundy, dosłownie nie byłem w stanie nią poruszyć. Ostrze było zaledwie kilka centymetrów od skóry. Tak mało brakowało…

Jedziemy samochodem – Moje Ciało i ja. Przemierzamy, oświetlone mdłym światłem, opustoszałe ulice. Gdzieniegdzie trafiają się grupki podpitej młodzieży wracającej z imprezy. Od czasu do czasu widzę kogoś samotnie wracającego do domu – tej nocy przeżyje – ciało nigdy nie atakuje w centrum miasta; ono jest cwane i nie chce żadnych przypadkowych świadków.

Zaczyna lekko padać. wycieraczki poruszają się leniwie z jednostajnym zgrzytem. Jest mi strasznie smutno. Boję się. Krzyczę w mym ciele, lecz ono niewzruszone siedzi spokojnie i kręci tą pieprzoną kierownicą. Auto pokonuje kolejne zakręty – grzecznie, bez pośpiechu, zgodnie z przepisami choć o tej porze jest nikłe prawdopodobieństwo tego, że zostanie zatrzymane do kontroli.

Nawet gdyby się trafił patrol i upierdliwy gliniarz, który przyczepiłby się o coś, to i tak To Coś by z tego wybrnęło. Jest piekielnie inteligentne – wiele razy zdarzało się, że potrafiło załatwić sprawy z pozoru nie do załatwienia.

Wyjechaliśmy na przedmieścia. Ruch jest praktycznie zerowy – od czasu do czasu przejedzie tylko rozklekotany nocny autobus i to wszystko. Ciało się cieszy. Widzę w lusterku swą uśmiechniętą gębę. Im więcej czasu upływa, od chwili gdy to wszystko się zaczęło, tym bardziej jej nienawidzę. To już nie jest moja twarz – to ohydna morda bezwzględnego mordercy. Przez to wszystko co się dzieje coraz mniej identyfikuję się ze swoim ciałem. Z dnia na dzień jest mi ono bardziej obce.

A wszystko zaczęło się w dniu moich trzydziestych trzecich urodzin. Przez cały dzień czułem się jakoś tak nieswojo – wtedy myślałem, że to może atak przygnębienia, w końcu miesiąc wcześniej zostawiła mnie dziewczyna (po pięciu latach)!

Ech, piękna była… proste, długie blond włosy, gdzieniegdzie nieco ciemniejsze ale generalnie koloru świeżego siana. Twarz miała delikatną, prawie dziewczęcą; nie wyglądała na trzydzieści lat. Była zgrabną, długonogą kobietą z krągłym pełnym biustem – za takimi większość samców ogląda się niemalże odruchowo, nie bacząc na to, że za chwilę mogą dostać w twarz od swojej rozwścieczonej samiczki. Na dodatek miałem wrażenie, że mamy bardzo podobne charaktery i przez to idealnie do siebie pasujemy. Tak, dziewczyna była jak marzenie – po prostu cud, miód, orzeszki! BYŁA.

To co mnie dręczyło tego feralnego dnia nie było jednak przygnębieniem. Wtedy tego nie rozpoznałem, lecz teraz wiem, że było to podskórne, niesprecyzowane wrażenie czyjejś obecności. Byłem sam, a jednak czułem się jakbym miał jakiegoś nieproszonego, niewidzialnego gościa. Pewnie każdy z was czasami tak ma. Być może w takiej właśnie chwili, gdy wydaje wam się, że ktoś stoi za waszymi plecami; po tym jak się odwrócicie i nikogo nie zobaczycie (uznając to przeczucie za wymysł waszej fantazji) – być może okaże się, że za wami NAPRAWDĘ czai się jakaś niewidzialna istota, demon lub duch. Całkiem możliwe, że rozważa przejęcie waszego ciała w swe władanie – że chce was OPĘTAĆ!

To zaatakowało w nocy, gdy już prawie spałem – poczułem nagły, silny ucisk na piersi, a potem stwierdziłem, że jestem sparaliżowany. Bałem się jak jasna cholera! Wtedy jeszcze miałem nadzieję, że to może paraliż przysenny, zaś w najgorszych przypuszczeniach uznałem, iż być może właśnie dostałem zawału i za chwilę umrę. Okazało się jednak, że mogą człowieka spotkać gorsze rzeczy niż WŁASNA ŚMIERĆ!

Samochód parkuje na pustym nie oświetlonym parkingu. Z jednej strony jest ulica, dalej zajezdnia autobusowa, za nią niewielki osiedlowy stadion i leżące w oddali blokowisko (bezpieczna odległość); z drugiej rozciąga się las, koło którego przebiega wąska ścieżka. Prowadzi ona do znajdującego się nieco dalej osiedla domków jednorodzinnych.

Ciało wysiada i widzę, że zmierza w kierunku nieprzeniknionych ciemności, Idzie do lasu. Sam nigdy bym tam nie poszedł. Bałbym się tego na co mógłbym się tam natknąć; wściekłych psów, bandziorów czy agresywnych pijaków. Nawet jakby nie było tam żywej duszy to i tak miałbym pietra. Trawiłby mnie lęk metafizyczny. Lękałbym się bytów bezcielesnych – wierzę, że nasz świat i ten drugi, duchowy, przenikają się nawzajem. I nieważne, że moje myślenie byłoby irracjonalne – bo przecież taki błąkający się po tym świecie duch mógłby równie dobrze nawiedzić mnie podczas pięknego słonecznego dnia co i nocą w ciemnym lesie – reagowałbym tak jak większość ludzi. Przerażałby nieprzenikniony mrok nocy i to co może on skrywać. Taka pierwotna fobia.

Teraz zaś kucam ukryty w krzakach, za plecami mam czerń lasu. Nadal się boję. Lęk ten przeplata się z nadzieją, że może coś mnie zaatakuje i zabije to cholerne ciało, że zostanę uwolniony. Moje oczy obserwują ścieżkę. Ma powłoka cielesna czai się jak drapieżnik w oczekiwaniu na zbliżającą się ofiarę. Czasami zadaję sobie pytanie – czy ten potwór, w którym bije moje serce to tylko opętany człowiek, czy też może ja jestem obłąkany, chory psychicznie, a z choroby tej wynika niemożność kontrolowania siebie i swych czynów.

Słyszę kroki. To Coś je słyszy! Boję się i jednocześnie modlę o to, by był to mężczyzna, by dziś nie było żadnej ofiary. Niestety to kobieta. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie jest blondynką o delikatnej dziewczęcej twarzyczce i nie przypomina mojej byłej – a głównie w takich gustuje To Coś! A swoją drogą czy to naprawdę był mój wybór? A może To Coś mieszkało WE MNIE od czasu mych narodzin i podejmowało ZA MNIE najważniejsze życiowe decyzje? Może nigdy tak naprawdę nie miałem wolnej woli? Czyżbym był tylko nosicielem Tego Czegoś?

Moje najgorsze obawy spełniają się – to młoda nastolatka, filigranowa blondynka. W świetle księżyca ja i ciało widzimy, że ma delikatne rysy twarzy. To już jej koniec. Mogę bluzgać na To Coś. Mogę błagać. Grozić. Modlić się. Mogę się nie wiem jak wytężać by To powstrzymać. Wszystko na nic. Ciało podbiega do dziewczyny i MOJĄ DŁONIĄ przyciska do jej twarzy watkę nasączoną eterem. Nastolatka wypręża się, sztywnieje, trwa tak przez chwilę po czym wiotczeje. Nóż okazał się tym razem zbędny. Czuję zapach tandetnych perfum, wymieszany z alkoholowo-papierosianym smrodkiem. Taszczę ją w kierunku samochodu. Po kilku chwilach związana i zakneblowana ląduje w bagażniku. Nie ma najmniejszych szans – umrze jeszcze tej nocy. Jestem zrozpaczony a moja (nie-moja) twarz uśmiecha się od ucha do ucha. Ciału poszło jak z płatka. Ciału albo Temu Czemuś – sam nie wiem jak mam To nazywać i szczerze mówiąc wisi mi to, bo co to ma za znaczenie? To absolutnie nie ma znaczenia. Żadnego! Jedynym istotnym faktem jest to, że dziś zostanie zamordowana czyjaś córka, a jej zrozpaczeni rodzice miesiącami, a może nawet latami, będą jej szukać. Na próżno!

Ciało, wytrawny kierowca, spokojnie przejeżdża korytarzami ulic. Skręcamy w wąską, ciemną uliczkę. Przed nami na poboczu stoi policyjny radiowóz. Zbliżamy się do niego, powoli, bez pośpiechu. Pragnę, tak bardzo pragnę by nas zatrzymano. Ech, gdyby ludzie mieli zdolności telepatyczne; krzyczałbym teraz bezgłośnie za pomocą moich myśli – TU JEST MORDERCA! ZATRZYMAJ GO PALANCIE! TY TĘPY FIUCIE! ZATRZYMAJ GO! NATYCHMIAST!

Mijamy policję. Legitymują jakiegoś naprutego w trzy dupy jegomościa. Gdyby tylko wiedzieli kto ich właśnie mija, gdyby wiedzieli…

Prowadzony przez To Coś samochód skręca. Ciemnoniebieska nadzieja niknie za rogiem. Jedziemy dalej do, niegdyś mojego, domu. Dziś jest to dla mnie znienawidzona trupiarnia. Tak, w piwnicy zalane betonem są kości kilkunastu kobiet.

CMENTARZYSKO!

Być może w tej chwili dziewczyna w bagażniku odzyskuje przytomność. Nawet nie chcę myśleć jak bardzo jest przerażona. Zastanawiam się jak Bóg może na coś takiego pozwolić, na takie okrucieństwo. Dlaczego choć raz tego nie przerwie?

Często boję się tego, co mnie czeka po upragnionej śmierci. Czy jestem skazany na cierpienia w piekle czy też zostanie mi to darowane? Przecież to nie ja morduję tylko ciało, a ciało to nie dusza! A jeśli dusza jest chora?

Zbliżamy się do samotnie stojącego jednopiętrowego budynku, kiedyś mojego domu. Okala go wysoki żywopłot. Wjeżdżamy. Ciało otwiera bagażnik. Widzę dziewczynę – jest przytomna, oczy ma szeroko otwarte i próbuje krzyczeć mimo knebla w ustach. Moja (nie-moja) ręka łapie ofiarę za włosy i podnosi. Boże jak ją to musi boleć! A to dopiero preludium tego co nastąpi. Za kilka minut zacznie się najgorsze. Jakże byłbym wdzięczny losowi gdybym nie musiał już dalej uczestniczyć w tym okrutnym spektaklu. Niestety, nic z tego, będę siedział w pierwszym rzędzie, aż do samego końca i nawet oczu nie pozwolą mi zamknąć.

To Coś ciągnie wijącą się ofiarę do domu. Otwiera drzwi. Zbliża się do zejścia do piwnicy. Schodzi. Czuję jak ciało nastolatki obija się o schody. Moja ręka włącza światło. Przez chwilę nic nie widzę a potem moim oczom ukazuje się dobrze znany widok – wysłużony fotel ginekologiczny, stół do przeprowadzania sekcji zwłok i zestaw zardzewiałych noży chirurgicznych. Niosę dziewczynę ku temu posępnemu tronowi – dziś będzie królową zwyrodniałych marzeń mieszkającego w mym ciele potwora. Ech, gdyby to był tylko film, gdyby ktoś przewinął go trochę, tak by było już po wszystkim. Ciało sadza nastolatkę na fotelu po czym rozcina więzy krępujące nogi. Przerażona próbuje mnie kopać. To Coś uspokaja ją jednym silnym uderzeniem łokcia w brzuch. Ofiara nieruchomieje. Oprawca moimi rękoma sprawnie zdziera z niej spodnie i majtki. Mocuje jej nogi w stalowych uchwytach fotela unieruchamiając je.

Boże jestem taki bezsilny! Dlaczego nic nie zrobisz? Dlaczego tego nie przerwiesz? PUK! PUK! PUK! Jest tam, kurwa, kto?!

Jak zwykle nikogo nie ma…

Jak zwykle znowu przepraszam za bluźnierstwo i ponownie mam nadzieję, że moje wołanie w końcu kiedyś zostanie usłyszane.

Tymczasem Moje Ciało zdejmuje spodnie i widzę mojego (nie-mojego) nabrzmiałego penisa. To okropne. Nie jestem ani trochę podniecony, brzydzę się wręcz tym co się stanie! To będzie GWAŁT! Niestety nie mam najmniejszego wpływu na moje przyrodzenie.

To Coś wbija na siłę członka w krocze uwięzionej dziewczyny i nie przeszkadza mu nawet to, że ona właśnie ma miesiączkę.

Nie JESTEM mordercą! Nie JESTEM zwyrodnialcem! Nie JESTEM gwałcicielem! A jednocześnie jestem…

Gdybym normalnie poznał tą dziewczynę. Gdybyśmy chodzili na randki to jakbym ją teraz widział nagą, w normalnych warunkach, to byłbym podniecony. Bardzo! Dziewczyna jest śliczna. Ja jednak czuję obrzydzenie bo Moje Ciało ją gwałci. Poza tym zbyt wiele widziałem okropności. Nie jestem jak taki pierwszy lepszy chirurg, który potrafi oddzielić widoki wnętrza ludzkiego ciała od prywatnego życia. Taki lekarz wraca do domu i może kochać się z żoną, i nie widzi wtedy tych wszystkich flaków i krwi, tylko piękną kobietę. Ja nie mam takiej natury. Moje Ciało jak skończy gwałcić, zabije tą biedną dziewczynę i znowu będę musiał oglądać te okropności. Teraz gdy patrzę na urodziwą przedstawicielkę płci pięknej to widzę tylko skryte pod cieniutką powłoką skóry wnętrzności, krew, wypchane kałem jelita i obrzydliwie śliski tłuszcz. Czując przyjemny zapach kobiety wiem, że tylko cieniutka warstewka skóry oddziela mnie od okropnego smrodu bebechów i płynów ustrojowych. W tym momencie gdy Ciało zaczyna ją mordować, na moich oczach, nie jestem już w stanie odbierać jej jako cierpiącej przerażonej istoty ludzkiej. Widzę tylko krew i wnętrzności. To zbyt mocny widok. Czuję tylko obrzydzenie! Jestem pewien, że gdyby To Coś opuściło kiedykolwiek moje ciało i zwróciło mi wolność, to już nigdy nie mógłbym być z kobietą. Stałbym się dziwakiem. Odszczepieńcem. Wiem jedno; gdyby To Coś zwróciło mi wolność – ZABIŁBYM SIĘ. Nie wahałbym się ani chwili. Bałbym się, że To Coś zmieni zdanie i zechce powrócić.

III

Oszczędzę wam dalszych szczegółów. Powiem tylko tyle – ten potwór, który opanował moje ciało, gdy tylko skończy gwałcić, poderżnie dziewczynie gardło. Potem rozetnie jej brzuch i wypatroszy – po to tylko, by w lodówce było świeże mięsko.

Zaspokojone, najedzone i zadowolone, Moje Ciało (MOJE WIĘZIENIE!), przez najbliższe dwa, trzy tygodnie znowu będzie odgrywało przed światem rolę sympatycznego pracownika banku, który codziennie sumiennie wykonuje nudną papierkową robotę. A ja będę, przez ten czas, tkwił w nim; ubezwłasnowolniony, dręczony potwornymi wyrzutami sumienia. Czy nadal się dziwicie, że pragnę własnej śmierci?

[Krzysztof T. Dąbrowski]

Krzysztof T. Dąbrowski: Przepraszam pana, czy to żart?

Jak co dzień, o 13:30, Marek wyszedł z firmy by przetrącić coś ciepłego w pobliskim lunch-barze. Gdy opuścił chłodne wnętrze biurowca zalała go fala słonecznego żaru. Oślepiony przez słońce zamrugał powiekami. Stał przez parę sekund przyzwyczajając wzrok i nagle opanowało go przeczucie, że dzieje się coś dziwnego. Zmrużył oczy.

Ulica wypełniona była stojącymi samochodami.

Taki korek, tutaj? – zdziwił się.

Kierowcy zamiast siedzieć w autach, wściekając się i trąbiąc raz po raz, stali obok i niepewnie się rozglądali. Niektórzy z przejęciem słuchali radiowych wiadomości.

Po drugiej stronie ulicy, przy witrynie sklepu z telewizorami, zebrał się kilkudziesięcioosobowy tłum.

Zupełnie jakby była wyprzedaż – pomyślał.

Dopiero teraz, z opóźnieniem, dotarł do jego uszu niesamowity jazgot setek odbiorników radiowych i ponury pomruk rozemocjonowanych ludzi.

Co jest grane? Co się dzieje?

Pierwsze skojarzenie jakie mu przyszło do głowy to, że może właśnie zaczął się kolejny 11.09, tyle tylko, że dla odmiany w Polsce. Zaraz potem oczyma wyobraźni ujrzał scenę z filmu „Znaki”, gdzie nad największymi miastami świata wisiały złowrogie flotylle statków kosmicznych obcej cywilizacji.

Spojrzał na niebo. Było takie jak zawsze, błękitne, upstrzone gdzieniegdzie niegroźnymi puszystymi chmurkami.

Przebiegł przez ulicę i lawirując między autami dotarł do sklepu z telewizorami. Z trudem wcisnął się w kotłujący się podniecony tłum i po paru chwilach udało mu się ujrzeć to, co wywołało takie zamieszanie.

Lodowaty dreszcz przebiegł mu po karku, aż zadzwonił zębami jakby nagle dostał ataku febry. Serce zaczęło walić jak młot coraz bardziej przyspieszając. Zazwyczaj byłby przerażony. Myślałby, że dopadł go przedwczesny zawał i za udział w korporacyjnym wyścigu szczurów przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę. Ale teraz nie zwracał na to uwagi. Stał ściskany przez gęstniejący tłum, sparaliżowany lękiem a jednocześnie zafascynowany tym, co zobaczył.

– Przepraszam pana, czy to żart? – spytał drżącym głosem staruszek stojący obok niego.

W pierwszej chwili Marek nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Wyrwany z przerażającego transu w głowie miał kompletną pustkę. Jeśli to, co widział, ma być końcem wszystkiego, to lepiej, żeby staruszek miał tego świadomość. Czas na to, by się z tym faktem pogodzić, uporządkować swoje życie, pomodlić się, czy… w ułamku sekundy stać się buddystą wierzącym w zjednoczenie z Wyższą Energią.

– To nie jest film? – dopytywał się z niedowierzaniem.

– Niestety – odparł Marek.

Niebo, na ekranie telewizora, upstrzone było czarnymi sześcianami.

Co to jest? Czy coś dziwnego wydarzyło się w tym całym chorym eksperymencie ze zderzaczem hadronów? Może naukowcy stworzyli dziwadełko – niespotykaną materię, która rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i przemienia znane nam cząsteczki w podobne sobie, niespotykane w naszym świecie?

Wyrwami w chmurach też nie było można tego nazwać – przecież musiały by być widoczne gwiazdy a nie jedynie martwa nieprzenikniona czerń. I jeszcze te dziwne kształty… może to UFO? Przecież pojawiało się draństwo tak nagle i praktycznie znikąd – w jednej sekundzie błękit nieba, chmurka i nagle BUM! zamiast chmurki smolisty sześcian…

Rozległ się histeryczny kobiecy krzyk, niewiarygodnie wysoki, aż cierpła skóra na karku.

Marek chciał zobaczyć co się dzieje, ale nie mógł się odwrócić – był unieruchomiony przez napierającą ludzką masę.

Coraz więcej krzyków. Ktoś się głośno modlił, ktoś inny histerycznie śmiał.

Nacisk tłumu trochę zelżał i Marek mógł się wreszcie poruszyć. Spojrzał w niebo. Pojawił się na nim czarny sześcian, który pochłonął fragment drapacza chmur.

W ciele mężczyzny zapanowało istne tornado. Serce biło jak oszalałe. Żołądek ściśnięty w bolesnym skurczu. Pot spod pach ściekał zimnymi strużkami a w uszach narastał jednostajny szum. Zaczęło mu się robić słabo i byłby zemdlał gdyby nie myśl, która huknęła mu w głowie jak uderzona przez żartownisia tuż przy uchu papierowa torebka:

Marta! Alicja! O Boże! – przypomniał sobie, że przecież, gdzieś tam, na drugim końcu miasta, są dwie przerażone kobiety. Sens jego życia. Żona i córka.

Drżącą ręka wyciągnął komórkę. Palec latał mu jak u dręczonego delirką pijaczyny, ale w końcu udało mu się wyszukać odpowiedni numer. Przycisnął telefon do ucha. Nagle na niebie pojawiło się kilka nowych sześcianów. Jeden z nich wchłonął przelatujący samolot i przesłonił słońce. Ulicę zalał złowieszczy cień. W słuchawce wybrzmiał komunikat, że sieć jest przeciążona.

A jakże by, kurwa, inaczej – pomyślał wściekły.

Wiedział, że musi się do nich jak najszybciej dostać. Przejął go lęk o to, czy tam, gdzie mieszkają, wszystko jest jeszcze w porządku. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje, żaden samochód nie wchodził w rachubę.

Może pobiec? Nie, to raczej niemożliwe – czy koleś wypalający codziennie paczkę papierosów mógłby przebiec przez pół miasta niczym maratończyk na dopingu?

Marek stał bezradnie lustrując okolicę nerwowymi spojrzeniami. Potrącany przez biegających chaotycznie rozwrzeszczanych ludzi, poganiany narastającą paniką, w końcu ujrzał rozwiązanie i już po chwili był obok opartego o skuter chłopaczka, który  z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w niebo. Popchnął go i błyskawicznie wskoczył na siedzenie. Silnik był na chodzie. Marek wcisnął pedał gazu i ruszył lawirując między samochodami i ludźmi.

Albo to koniec świata, albo przechodzimy w inny wymiar. Tak, czy tak, 1: 0 dla cholernych Majów, a kolesiowi ten skuterek już się na nic nie przyda – odruchowo zaczął się sam przed sobą usprawiedliwiać.

Wjechał na wolny od samochodów chodnik. Trąbiąc bez przerwy zygzakował między odskakującymi w ostatniej chwili ludźmi. Nie zamierzał niechcący kogoś przedwcześnie uśmiercić – ot, tak na wszelki wypadek, jakby się miało okazać, że to jeszcze nie jest koniec świata.

Wszystko pociemniało. Sześciany pojawiały się tak szybko, jak pryszcze na twarzy dojrzewającego nastolatka. Miasto tonęło w półmroku tylko gdzieniegdzie rozświetlanym kolumnami słonecznego światła.

Marek pędził na skuterze, tak szybko jak to było tylko możliwe. Zimny wiatr boleśnie wciskał mu się w uszy, zmroził wysuszone gardło. Oczy łzawiły. Ryzykował, że za chwilę zginie – zderzy się z czymś lub kimś. Z drugiej strony, gdyby jechał ostrożniej mógłby nie dotrzeć na czas. Nie utuliłby Alicji i Magdy. Nie wyszeptałby im kojącym głosem, że wszystko będzie dobrze (choć wiedział, że  tak nie  będzie). Nie usłyszałyby po raz ostatni jak bardzo je kocha.

A może to tylko sen? – zdziwił się, że mu to wcześniej nie przyszło do głowy i była to jego ostatnia myśl; ułamek sekundy później przestał istnieć. Zniknął w nicości sześcianu, który pojawił się na jego drodze.

Marek został wykasowany z rzeczywistości.

——–

Planeta N’shaar. Czas: przed ziemskim końcem świata.

N’shaar, miejsce tak dziwne, że człowiekowi ciężko by było  sobie wyobrazić. Smoliście czarna kulka dryfująca w mlecznobiałym wszechświecie. Z zewnątrz wyglądała na martwą i istotnie na jej powierzchni nie było ani jednego żywego organizmu – za to jej wnętrze, to już zupełnie inna sprawa; tętniło życiem. Przeorane ogromnymi tunelami przypominało gąbkę. Tunele pokryte były świecącymi jaskrawą zielenią gigantycznymi naroślami, które w rzeczywistości były miastami. W jednej z „narośli” – w mieście Gaa’nth kończyły się przygotowania do ważnego eksperymentu. Na obrzeżach miasta, w strefie przylegającej do powierzchni tunelu znajdował się kompleks laboratoriów HNAA’CS. W miejscu tym rozwijane były najbardziej zaawansowane technologie.

Szary, rozmyty kształt będący w rzeczywistości jednym z mieszkańców planety, przekazał za pomocą uderzenia myślowego polecenie do biotera (specyficznego komputera mającego wytworzyć sztuczną rzeczywistość i sztuczne życie).

Pojawiła się seria rozbłysków. Zgromadzeni w pomieszczeniu naukowcy wyostrzyli moany by móc odbierać wiązki myślokształtów. Nie potrzebowali wykresów, opisów, zdjęć, wszystkie eksperymenty zawsze doświadczali na sobie za pomocą zmysłu zwanego moaną. W ciągu ichnich kilku minut odebrali z biotera ogromny przekaz myślokształtów świadczący o tym, że eksperyment zakończy się sukcesem. Ich umysły przeniknęły symulację wszechświata i przefiltrowały miliardy lat jej istnienia. W kilku potężnych błyskach myśloksztaltów otrzymali wiedzę o sztucznym świecie.

Świecie, na którym powstał symulant życia – nieprawdziwe istoty, zwące siebie ludźmi. Zaistniały na chwilę w tysięcznej części ostatniej sekundy trwania eksperymentu. Niestety N’shaaranie nie mogli sobie pozwolić na to, by eksperyment trwał dłużej. Mimo, że smutek, okrucieństwo i wszystkie te straszne uczucia, które odebrali jako przekaz myślokształtów z ludzkiej planety, były bardzo ciekawe, choć przerażające (jako, że N’shaaranie nigdy czegoś takiego nie doświadczyli – po prostu nie znali tych uczuć), musieli eksperyment przerwać. Według wyliczeń jeszcze kilka tysięcznych sekundy i rozwój techniczny Ziemian osiągnąłby ryzykowny poziom. Zaistniałoby zagrożenie, że nauczą się podróżować między wymiarami. Oznaczałoby to, że teoretycznie mogliby nawet przeniknąć do n’shaarańskiego wszechświata i stać się prawdziwymi materialnymi bytami.

Ludzki wszechświat został wykasowany. Eksperyment zakończył się pełnym sukcesem.

——–

Ostatnie chwile istnienia naszego wszechświata: Ziemia. USA.Dom Stephena Wintersa w Los Angeles

Stało się to, o czym Stephen od dawna wiedział. Patrząc w zadumie na znikającą rzeczywistość, zastanawiał się, jaki to wszystko miało sens? Dlaczego tak się szarpał, ośmieszał w oczach świata usiłując powiedzieć ludziom prawdę? Jakie to miało znaczenie? Jakie w ogóle cokolwiek miało znaczenie, skoro z góry było przesądzone, że świat przestanie istnieć. Zresztą… „istnieć” – dobre sobie! Przecież Ziemia i wszechświat, cała rzeczywistość, tak naprawdę nigdy nie miały miejsca.

Gdy Stephen skończył badania, gdy ujrzał ich wyniki, w ciągu kilkunastu sekund całkowicie osiwiał. Przeraziło go to, co odkrył. Straszliwa prawda. Szarpał się potem wewnętrznie sam ze sobą. Przez kilka dni zastanawiał się, czy zachować tę wiedzę dla siebie, czy ujawnić ją światu. Ostatecznie uznał, że ludzie mają prawo wiedzieć. I co to dało? Nic! Publiczne go wyśmiano.

Ogłosił, że wszechświat i cała otaczająca ich rzeczywistość jest tak naprawdę gigantycznym hologramem; skomplikowanym komputerowym programem. A oni wszyscy uznali go za pomyleńca a jego największe odkrycie okrzyknięto największą brednią wszech czasów.

Stał przy oknie i patrzył jak ten cały hologram znika, sześcian po sześcianie, klaster po klastrze, znika z boskiego dysku twardego.

Z jednej strony było to przygnębiające – świadomość, że się nigdy nie istniało – a z drugiej czuł ogromną satysfakcję bo wiedział, że ci wszyscy, którzy go wyśmiewali teraz musieli zmienić zdanie, uznać jego wielkość i geniusz! Ponura to satysfakcja… bo i po co chwała i uznanie, gdy się właśnie powoli przestaje istnieć?

To koniec wszystkiego, ale czy ludzkość nie zasłużyła na taki los?

[Krzysztof T. Dąbrowski]

Krzysztof T. Dąbrowski: Do domciu!!!

– Czyś ty naprawdę tak skretyniała? Kiedy wreszcie spadną ci klapki z oczu?! – grzmiał wzburzony męski głos. – Jak można być tak naiwnym i łykać te bajeczki. Przecież oni nas chcą wyprzedać!

Boże znowu się kłócą o tą głupią politykę – westchnęła rozżalona Martynka – mogliby sobie wreszcie dać z tym spokój, przecież ta ich awantura i tak niczego nie zmieni – pomyślała, bo jak na swoje niecałe sześć lat była już bardzo spostrzegawczą dziewczynką.

Nie cierpiała polityki i polityków, bo ci dorośli byli naprawdę bardzo, bardzo głupi i to przez nich rodzice się codziennie kłócą; gdyby mogła to pogoniłaby tych wszystkich pieniaczy gdzie pieprz rośnie!

Wzięła karteczkę i napisała koślawymi drukowanymi literami:

„Idę na spacerek, bo nie mogę słuchać tych waszych krzyczeń!!!”

Otworzyła cichutko drzwi i wyszła z domu. Obejrzała się jeszcze za siebie. Na drzwiach wejściowych przymocowana była niewielka metalowa tabliczka, a na niej białymi stylizowanymi literami pisało „J.i M. Micińscy”; nieco wyżej zaś były cyfry oznaczające numer ich mieszkania – 13.

Może to naprawdę przynosi pecha – zadumała się Martynka ssąc kciuk. Obróciła się i zaczęła zbiegać po schodach; nie było sensu zjeżdżać windą – w końcu mieszkała raptem na czwartym piętrze.

Gdy wybiegła z chłodnej klatki schodowej, uderzyła ją fala gorąca. Lato tego roku było wyjątkowo upalne.

Nikt nie chce mieć udara – pomyślała – ale ja jestem jeszcze za mała na udara. – Upał, nie upał, najważniejsze, że nie musi już słuchać tych okropnych krzyków i wyzwisk!

Słońce prażyło niemiłosiernie, przez co osiedle było kompletnie opustoszałe – nawet ptaki gdzieś się wszystkie pochowały.

Zza bloku wyszło dwoje uśmiechniętych młodych ludzi, a pomiędzy nimi wesoła dziewczynka; szczęśliwa rodzina. Martynka, gdy tak patrzyła na ten sielankowy obrazek, pomyślała o tym jakich ma okropnych rodziców.

– Czasami chciałabym, żeby ich nie było! – fuknęła zdenerwowana. – A niech ich wszyscy diabli wezmą!

Powietrze drżało od gorąca, przechodnie zniknęli za rogiem sąsiedniego bloku. Z krzaczka, rosnącego do tej pory w spokoju, urwała kawałek gałązki. Już miała się schylić, by pobawić się w robienie wzorków na rozgrzanym asfalcie, gdy poczuła przeraźliwe zimno – zupełnie jakby nagle znalazła się na biegunie polarnym. Miała wrażenie, jakby w jej ciało wbito tysiące lodowatych szpikulców. Krzyknęła płaczliwie. Dziwne zjawisko minęło równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawiło.

Usiadła zszokowana na krawężniku.

Może jestem chora i miałam ataka temperatury? – pomyślała, powoli dochodząc do siebie.

Pamiętała, że mamusia mówiła jej kiedyś – „jak się jest chorym to trzeba leżeć w łóżeczku, bo jak się w nim nie leży to przychodzą niedobre bakterie i robią krzywdę”(na przykład lekko szczypiące gardło zaczyna nagle strasznie boleć).

Uznała, że nie będzie ryzykować i lepiej już słuchać tej ich awantury, niż potem cierpieć ból gardła, a i tak pyskówkę miałaby na dokładkę.

Zrezygnowana weszła do klatki. Postanowiła wjechać windą – wdrapywanie się na czwarte piętro, to w końcu nie to samo, co zbieganie na dół – zwłaszcza jak się jest ciężko chorym, co nie?

Wcisnęła przycisk z cyfrą cztery. Oczyma wyobraźni widziała nacierające zewsząd hordy krwiożerczych, złośliwych bakterii; takich samych jak w tej okropnej reklamie z płynem do mycia ubikacji! Wzdrygnęła się zdegustowana.

Wysiadając na swoim piętrze zauważyła, że wygląda ono jakoś inaczej – tak troszkę obco. Spojrzała na ścianę – wszystko się zgadza; „Pani Winda nigdy się nie myli i zawsze dowiezie na właściwe piętro, trzeba tylko wiedzieć jaki wcisnąć guziczek” – tak mówiła jej babcia i jak do tej pory zawsze się to sprawdzało.

Rozejrzała się zaniepokojona. Piętro wyglądało inaczej. Czyżby babcia nie miała racji? Czy to możliwe, że Pani Winda jednak czasami się myli? Ale przecież numerek na ścianie się zgadza!

Nieważne, chyba mam chorobliwe przyzwidzenia – stwierdziła i podeszła do drzwi, które wyglądały tak jak zawsze. Pomalowane szaroburą farbą, z przytwierdzoną doń trzynastką; nawet tabliczka wyglądała identycznie.

Martynka nacisnęła klamkę.

Zamknięte.

Dlaczego zamknęli drzwi, skoro wiedzieli, że jestem na spacerku? A może karteczka spadła?

– No to klops! – mruknęła pod nosem.

I jak ja się teraz dostanę do środka? Przecież jestem za niska żeby dosięgnąć do dzwonka – zmartwiła się.

Postanowiła, że spróbuje podskoczyć i przycisnąć przycisk – a nóż widelec się uda?

Po dwóch nieudanych próbach uznała, że nie tędy droga.

– Może to nie kurturarne, ale sami tego chcieliście, jestem ciężko schorowana i nie mam wyboru – zaczęła z całej siły uderzać piąstkami w drzwi.

Otworzyła jej jakaś obca pani.

– A ty czego chcesz dziewczynko? – usiłowała zagaić w sympatyczny sposób, lecz wcale nie wyglądała na sympatyczną osobę.

– A co pani tu robi… i to w moim domku, co?!

Kobieta wyglądała na co najmniej zaskoczoną tym pytaniem.

– Kto panią tu wpuścił? Jest pani wyłamywaczką?!

– Dziecko, ależ coś ci się pomyliło, to nie jest twój dom. Chyba pomyliłaś piętro.

– Ja… ja… – zaczął jej się łamać głos, bo to niewątpliwie była zła wyłamywaczka i uświadomiła sobie, że jak najszybciej coś z tym fantem musi zrobić! – Ja tu mieszkam! Ja idę na policję i oni zaraz panią zamkną! – Obróciła się na pięcie i zbiegła po schodach pozostawiając oszołomioną wyłamywaczkę samej sobie.

Gdy wybiegła na zewnątrz, uznała, że nie wie gdzie szukać policjantów.

– No tak, no ładnie no! – denerwowała się. – Jak są potrzebni to ich nie ma!

Po chwili wpadła na niegłupi pomysł – przecież mam komórkę, mogę zadzwonić do mamy!

Wyciągnęła telefon i przez chwilę szukała właściwego numeru. Gdy się połączyła do jej uszu dotarł zadziwiająco piskliwy, kobiecy głosik.

– Mamusia? – Wyszeptała niepewnie.

– Pomyłka – pisnęła kobieta i rozłączyła się.

Martynka sprawdziła jeszcze raz, mając nadzieję, że wcisnęła coś nie tak jak trzeba, ale o dziwo numer się zgadzał – wyraźnie pisało przy nim „MAMUSIA”.

Ojej – przeraziła się – ojejku, ja chciałam żeby ich nie było, żeby diabli wzięli moich rodziców!

Oczka się zaszkliły, a usta wygięły w podkówkę.

– Przepraszam panie Boże – rzekła drżącym z przejęcia głosikiem. – Zrobię wszystko, tylko zrób tak żebym znowu miała rodziców… i domek, proszę…

Nic się nie wydarzyło.

Usiadła na krawężniku i zaczęła cichutko pochlipywać.

Nagle poczuła przeraźliwe zimno – takie samo jak przed kilkunastoma minutami – aż zaczęła dzwonić zębami.

Podobnie jak wtedy, tak i teraz, całe to dziwne zjawisko po chwili minęło.

A więc nie jestem chora! To tak Bóg spełnia nasze życzonka! – Uśmiechała się od ucha do ucha, ocierając łzy.

– Juhuuu, do domciu! – wykrzyknęła radośnie i pognała do klatki. Miała w sobie teraz tyle energii, że nawet nie chciało jej się czekać na Panią Windę – zaczęła wbiegać, robiąc susy co dwa stopnie. Zziajana, ale szczęśliwa wbiegła na swoje piętro.

Tym razem wszystko było na swoim miejscu, nie dostrzegła żadnych niepokojących zmian. Nawet nie przejęła się tym, że drzwi były zamknięte.

– Wybaczam wam – krzyknęła radośnie i niepomna tego, że może dostać burę, zaczęła łomotać piąstkami w drzwi.

Gdy te się otworzyły, ujrzała swoją mamę.

Mama zmarszczyła brwi i spytała zaskoczonym głosem:

– A kim ty jesteś dziewczynko? I czemu tak się do nas dobijasz?

– Mamusiu, to przecież ja, Martynka!

– Dziewczynko, ależ tobie coś się pomyliło. Ja nie mam córeczki, tylko synka, Patryczka – odrzekła głaszcząc po czuprynie tęgiego, również bardzo zdziwionego, chłopca.

[Krzysztof T. Dąbrowski]

Miles z Talesu: Miles, sercem lody stawiam

PODZIAŁ I

Dwie ciemne postaci wyłaniające się zza rogu jasnej bramy, minęły rozkładające się ścierwo ciemnobrunatnego kundla. Wokół tylko ciemność, mgła i rozkładające się już od miesięcy cholerne ścierwa. Smród i mała sodoma. Cudownie wilgotne mury starego miasta, zdawały się cierpliwie znosić obrazoburcze napisy w stylu: “Miles, ty spedalony wieszczu, myj zęby”, albo “Każdy Miles to gniot, każdy gniot jest jak orgazm”… cokolwiek to miało znaczyć.
–      To ciekawe, że nie ma miejsca na lodziarnię w naszym mieście…- sentymentalnie zaczął Miles.
–     Ależ drogi Milesie, w naszym mieście są lodziarnie.- czule odpowiedziała Milesna.
To, że Milesna nie zawsze potrafiła złapać falę, na jakiej nadawał wieszcz, było znane wszystkim, którzy choć trochę uczestniczyli w życiu kulturalnym miasta, bądź też spędzali weekendy na nielegalnych, acz za to jak przyjemnych zlotach wyrywaczy rzęs. To w ogóle ciekawa sprawa, która jak bumerang wracała w namiętnych pogaduszkach wszystkich kościelnych dewot na deptaku im. Alberta Rzęsy.
–      Czy ja ci przerywam…- rzekł poirytowany Miles.
–    Nie- odpowiedziała Milesna, chcąc, nie chcąc, bo akurat nikogo w pobliżu nie było.
–    Tak więc zamknij swą powiekę, bo nigdy już rzęsy nie wyrwę ci, ma Milesno. Mówiąc o lodziarni, nie mam na myśli tych wszystkich…
–    Hmm…
–    Zadaj mi pytanie, Milesno.
–    Pytanie oto jest ci ono, Milesie, wieszczu ty my, luby jeno, ono brzmieć musi: jak bardzo jesteś skomplikowany w swej cudnej zawiłości, mój ty spośniarzu jeden, wszelki, rzeknij, a będę uzdrowiona, jako…
–    Kobieto, czy wiesz, że to jest początek książki?
–    Hmm…
–    Co ciekawe, co ciekawe, co sobie pomyśli czytelnik po tak głupim wstępie jaki tu zadałaś.
Zostawiając takie oto nierozwiązane zagadnienie szli dalej ulicą pełną niespodzianek, nie zauważając jak jeno chyżo   przeszli do następnego podziału….

PODZIAŁ II

“…kwestie poruszane, znajdują swe ujście wewnątrz zawiłego umysłu Milesa, wokół którego to wszystko wybucha niczym mała armatka…” – taka to była notatka. Beznadziejnie rewolucyjna jak na te stabilne czasy, kiedy to sztuka się wokół ustabilizowała. Awangarda stała się konieczna, nie istniały konwenanse, ani też nikt nie koniugował, cokolwiek to ma znaczyć.  Jedynym medium niosiącym te stare podziały były rzeki pełne zakrętów, szepcące o zamierzchłych czasach, kiedy awangardowcem to było ciężko być. Nawet za cenę kiczu poświęcano się i oddawano we władanie awangardy. Dzisiejsza sztuka była sama w sobie awangardowa i pełna ezoteryki. Ezoteryka była na każdym kroku, nawet seks stał się straszliwie ezoteryczny. Szcześliwie skończyły się problemy z nieudanym pożyciem milionów par. Orgazm u kobiet następował automatycznie po uwolnieniu się ciała astralnego. Mężczyzna szczytował w momencie rozwiązania wcale nieskomplikowanego heksagramu metodą tupi-tup… Seks stał się wręcz alternatywą dla totalitarnych systemów. Granice przestały istnieć. W jednej chwili, lewitując można było znaleźć się w sypialni gwiazdy hollywoodzkiego kina i rozwiązać wcale nieskomplikowany heksagram. Świat stał się w końcu globalną wioską. Awangarda, seks, wszechogarniający pokój… Ziemia byłaby rajem, gdyby nie fakt, iż wciąż pojawiały się nowe ścierwa przy kanałach miejskich. Prawdziwa zmora.
–    Śniła mi się zmora, Milesna…- zawołał przerażony Miles po przeczytaniu notatki.
–    Kochany, Milesie, jestem przekonana, że twój zawiły umysł wygenerował te wizje nazbyt irracjonalnie, stąd kropelki potu na twych piętach- próbowała uspokoić rozdrażnionego do granic wytrzymałości termicznej Milesa- wcale…
–    Wcale…- powiedział zahipnotyzowany Miles.
–    Nie…
–    Nie…- jego głos przybierał niebezpiecznie podniecający ton
–    Pozwolisz…- Milesna zdawała się gubić tok swojego rozumowania.
–    Pozwolisz…. Nie…. Wcale…
Tego było już za wiele, Milesna uwolniła swoją powłokę astralną. Ciało upadło w pobliżu pralki firmy “Rwi”, a okrzyk rozkoszy przeszył kolana Milesa, niczym nóż wbity w masło… Zaczęła się orgia zmysłów, totalne przemieszanie awangardowego seksu ezoterycznego z kulinarnymi wstawkami przynoszonymi wprost z ulicy. Zapach rozkładającego się ścierwa przy kanale, przestał istnieć. Zostali sami w tym nie-stanie. Wszelka moc obliczeniowa Milesa napawała otuchą na lepszy orgazm Milesnę. Tak też się stało, spazmy jakich doznała tym razem, rozświetliły miasto za dnia… rozświetlić miasto za dnia do tej pory potrafił tylko Miles…. Nic dziwnego, skoro był maltretowany w dzieciństwie przez swojego pogańskiego ojca, który straszył go odwłokiem samego Odyna.

miles.z.talesu_sercem

PODZIAŁ III

Ciemność w pokoju nie wystarczała, by skryć wyciek erotycznych myśli, które wylewały się z głowy Milesa wprost na nowy, perski dywan. Nagromadzona energia powodowała, iż ściany stały się mokre i żrące niczym soki trawienne. Miles popadł w trans absolutny. Jego wizja stała się nad wyraz pokręcona. Kaktusy stojące na parapecie nie były już tylko prezentem urodzinowym, ich mięsiste wnętrze zdawało się drgać pod wpływem wibracji, jakie roztoczyły się w pomieszczeniu. Miles wykonał proste zadanie matematyczne, wynik skądinąd znajomy… 3125. Pięć do potęgi piątej. Takie proste. Olśniony Miles otworzył oczy, pomieszczenie zmieniło swój wygląd diametralnie, co więcej, poczuł tuż przy sobie zapach perfum, które były dołączane tylko i wyłącznie jako reklamówka do burżuazyjnego czasopisma, “Coolwywood”.
–    “Ada- da-  aw ruk  principias”- wypowiedział jeszcze w stanie nieświadomości Miles zaklęcie swego zboczonego ojca, który jak wiadomo, straszył go odwłokami. Widok, który ujrzał wraz z pierwszym przebłyskiem i tak niskiej samoświadomości zwalił go ponownie w pościel, kolorową niczym w pedalskich kreskówkach Walta Disneya.
–    Pamela?
–    Miles?
–    Nie święty krasnolud, kurde memol!
–    Skarbie ty mój, skąd znasz zaklęcia tak tajemne, czy…
–    …że co, białogłowo?
–    Czy wiesz, że na zawsze już pozostanę niewolnicą twego tajemnego języka…
Hmm, całkiem nieźle- pomyślał Miles. Ta malutka bestyjka była, jak mi zdawało jedyną samiczką, poza zasięgiem naszej ziemskiej powłoki. Zdawała się, jako jedyna opierać wszelkim nonkonformistycznym zabiegom w celu posiadania rozkroczy… eeem, znaczy się rozkoszy… Ciekawe czy będę w stanie uwolnić jej ciało astralne a i samemu przeprowadzić proste działanie prowadzące do rozwiązania niezbyt skomplikowanego heksagramu. Dzięki ci, ojcze, za to żeś był tak potężnym magiem, wybaczam ci, że w wieku lat pięciu nasypałeś mi dwa przecinek trzy kilo soli w zwieracze! Twoje zaklęcia chyba skutkują…
–    Milesie, od tak dawna chciałam cię spotkać, by móc podziękować ci osobiście za poem, który stworzyłeś na moją cześć. No i oczywiście sowicie wynagrodzić- rzekła rezolutnie Pamela.
Jak ona cudnie się rumieni- walczył z myślami Miles. Mam tylko nadzieję, że nie zjawi się tu przez żadne szczeliny czasowe Milesna… a jeżeli nawet! Zrozumie, w końcu to jest jej rok, będzie musiała wybaczyć. Sponsorem tego cholernego roku jest literka “M”.
–    Milesie…
–    Pamelo…
Po tym krótkim wstępie zapadli się w międzygalaktyczne wibracje, które uniosły ich lekko i frywolnie pośród całej rozpusty czasu minionego i tegoż, co tuż tuż za rogiem. Odwieczne poszukiwanie mędrców, ich teorie stają się dla tej pary rzeczywistością poza nierzeczywistością. Delikatne łodygi papirusów zasadzone bezpośrednio na  drewnianej podłodze, zdawały się oddychać przyspieszenie. Miles i Pamela oddają się uczuciu, jakie znali tylko pierwotni Druidzi. Po nieskończonej ilości skończonego czasu, Pamela uwalnia się z bytu cielesnego, oddając swoje istnienie astralne na pastwę Milesa. Uczynny bard, opiewał silnym głosem podszeptu jej wdzięki, uprzednio jedynie marząc co noc o tych chwilach. Heksagram jaki pojawił się na horyzoncie zdawał się nie do rozwiązania. Miles jednakże postanowił nie zaprzepaścić takiej szansy, mogła się już nigdy nie nadarzyć. Metodą całkowania i kombinacji z permutacją osiągnął doskonały wynik, wynik, którego nie potrafił uzyskać nikt żyjący, ani rozkładający się. Spojrzawszy na Pamelę, z radością stwierdził, że ta w tym czasie uwolniła doskonale swoją postać astralną. Wyglądał jak wyłuskana pestka słonecznika na rozgrzanym oleju. Oboje zapadli się błogo w nie-stan.
–    Milesie- usłyszał idiotycznie słodki głos.
–    Co jest, mój wężu rodem z moczar?
–    Wiesz, maleją mi piersi…
–    Która godzina?
–    To nie ma nic wspólnego z upływem czasu!- rzuciła zdenerwowana Pamela.
–    Ma, babo! Jeżeli jest już trzynasta dwadzieścia trzy, to po mnie. Milesna posieka mnie jak jajo na…
–    Miles! Cycki mi maleją, a ty mi tu prawisz o jakiś zazdrosnych sukach!
–    Hm, może da się to wyjaśnić racjonalnie.
–    Że niby jak?! Ra… co?
–    Może ci te selikony, czy jak one, rozpuściły się od nadmiernej produkcji meskaliny w krwioobiegu, którą produkujemy podczas oddawania się uciechom duchowym. Wiesz, taki odlot międzygalaktyczny jaki miałaś…
Dopiero teraz spojrzał na nią. Widok był, hm całkiem interesujący. Pamela na pierwszy rzut oka mogła mieć jakieś czternaście lat…
–    Pamela, to jest chyba poważna, acz bardzo miła sprawa. Ty się odmładzasz!
–    Tak? To… dobrze?
–    Tak, poczekam jeszcze z kwadrans, kiedy to osiągniesz wiek jedenastu lat i chyba będziesz znów dziewicą… chyba.
–    Ja nigdy nie byłam dziewicą, to znaczy, urodziłam się dziewicą, ale lekarze już wtedy wiedzieli, że będę sławna. Oni znali się na tych całych kombinacjach czasoprzestrzennych. Pochodzili ze starożytnego Egiptu…
–    No tak i nie mogli sobie odmówić, by wychędożyć słodziutką Pamelkę…
–    A czy i ty jesteś pedofilem?
–    Najdurniejsze pytanie, jakie dane jest mi słyszeć. Jasne!
–    Miles, wiesz co… Ja się kurczę, nie mam już włosów łonowych.
–    Bo i nie miałas ich przed godziną…. Hmm, myślę Pam, że twój czas zaczął biec w drugą stronę. To się zdarza najgłupszym blondynkom… Hm, nie tylko blondynkom, brunetkom, szatynkom, rudym, łysym babom też. Przykro mi, ale to dla ciebie będzie lepsze niżeli cały ten gówniany biznes porno, w którym obracasz się pomiędzy 22 a 6 rano.
–    Myślisz? A może… Miles, mi wyrastają zęby…
–    To mleczaki. Przykro mi, Pam, ty głupia babo, muszę się ulotnić.
–    Mileszz…
–    Rzeknij mi jeszcze jeno szybko, gdzie tu masz szczeliny… poza tą pomiędzy twymi kiczałami! Szczeliny czasowe…
Miles musiał się już zdać sam na siebie. Leżący obok niemowlak pomalutku zaczął przeistaczać się w zygotę. Zmusił się do postawienia swego ciała w pozycji ti-pi-szower, by wyczuć niewyczuwalny przepływ międzygalaktycznego powietrza. Po chwili ciszy posłyszał delikatne drżenie. Zdążył jeszcze kątem oka dojrzeć mokrą plamę nasienia wsysaną przez wielkiego penisa. Biedna Pamelka- pomyślał i zniknął, wedle starej zasady rodu Milesów.

PODZIAŁ IV – i nikt Cię nie zmusza do czytania tego.

Po wielce wyczerpującej scenie miłości Milesa i nadmiernego wysiłku w doborze słów przez narratora, czas na małe wyluzowanie. Narrator- pozwolicie- zajara sobie fajkę z główną postacią tego czegoś, co czytasz.
–    Hail Miles!
–    Cześć idioto, znów będziesz mnie wkurzał swoim: “Ależ Milesie, musisz robić to z odrobiną gracji i wyczuciem artystycznym”? Mam cię głęboko w mym otworze, palancie nadęty.
–    Miles, bo wytnę ten Podział….
–    Wycinaj !

[ciach!]

PODZIAŁ V

Raz do roku, 1 grudnia (gdzieś w czasie- światowy dzień Aids), urządzano w wielkiej szopie pełnej Istot Stamtąd zbiorową orgię na podstawie powieści Zbigniewa Nienackiego, pt. “Wielki Las”, jakby ktoś, kurwa, pytał. Jednakże mieszkańcy tej historii poczyniali to w celu przetrwania swego zmutowanego gatunku.
–    Milesna, wiesz, sponsorem tego roku jest literka “M”… Znasz zasady prokreacji, “M” jak Milesna, musisz się udać dzisiejszej nocy z nami do tej zgniłej obory na wielkie ti-putiputi-tup siup ba. Milesna, wedle mych skomplikowanych obliczeń za blisko 275 dni będę parszywym opiekunem jakiegoś bękarta poczętego w ten przeklęty dzień.
–    Czyż to nie cudowne? Zawsze…
–    Cudowne- rzekł jak tylko fałszywie potrafił Miles.
–    Będę okropną matką! W końcu. Moje dzieciństwo było przepełnione pseudo fantastyczną, cukierkowatą miłością. Matka zawsze ubierała mnie w jakieś różowe beciki i karmiła dziwacznymi podrobami najlepszych marek…
Miles zaczął wycofywać się w kierunku drzwi… Znał te wszystkie pokiełbaszone opowiadania Milesny na pamięć- zostało mu to jeszcze z czasów, gdy udawał, iż naprawdę go to interesuje. Doprawdy irytujący jest brak wyczucia sytuacji istot niższych… skoro są stworzone tylko i wyłącznie do stawiania heksagramów, jak wymagać myślenia od nich? Sam zaś pogrążył się w piekielny wir myślowy- co jak co, ale Milesna nie może doczekać się potomka… Nie widział siebie w roli karcącego ojca. Wolność ponad wszystko… utrata statusu twórcy, mogłaby ujemnie wpłynąć na jego moc obliczeniową. Siak, trzeba coś wymyślić.

Zapłodnienie staje się skuteczne o tyle, o ile Słońce, Księżyc i Mars staną w odpowiedniej konfiguracji… która ma miejsce właśnie 1 grudnia każdego roku. Priorytetem staje się wiec ta cała kosmiczna energia spływająca na ludzkie obliczenia. Sprawa, może i kosmiczna, jednakże warta rozwalenia od środka. Miles zaciera ręce. Czyn, którego nie odważyłby się dokonać żaden największy Wojownik Światła i Ciemności leży w zasięgu ręki jego samego.
– Bogowie, dodajcie mi sił!- rzekł cichutko przejęty Miles.

PODZIAŁ VI

By nie trzymać w zbyt wielkim napięciu czytelnika, przytoczę od razu monolog Przewrotowca, który wygłosił w ciemniejącym pokoju przy tysiącu świateł skierowanych w jego otwór wydalniczy:
–    Einap, śizd  ikleiw ńeizd. Żómop im ćawrtezrp ębórp….. ufff, odwrócę się plecami do lustra, będzie łatwiej.
Zapętlone słowa obijały się o ścianę i zmierzały we właściwym szyku ku lustrzanemu Bogu.
–    Wrzucę sobie nieco co, szefie tu tego tu i tego tu, i proszę wskaż mi drogę gdy zbłądzę…
Czerwona ryba na wigwamie podpalała  fajkę w postaci konia nieroba. Koń nierób był stworem, który eksplorował wszelkie widoki tylko i wyłącznie na swój użytek. Koń nierób, jak zwykle zresztą, otwierał szczurom brzuchy i wygrzebywał z nich tajemnicze klucze- te znów dopasowywał pan Mrow do swego pięciokątnego mieszkania, gdzie zalęgły się podręczniki gatunku X. Na kartach historie kroczyły niczym czworonożne gady pozbawione małżowiny ustnej i prawa do dotarcia na miejsce. W miejscu, na które ważył się on sam wyciągnąć rękę znalazł coś na kształt latającego spodka… Wsiadając, zrozumiał, zrozumiał Miles, że przebywając tą potężną drogę, powinien zostawić głowę w domu- ta, niestety nie mieściła się w potężnym wehikule. Cóż czynić, zostawił głowę, a nawet jedną dłoń, by ta w razie czego nie okazała się być zbyteczna już na linii orbit Słońca, Księżyca i Marsa. Płynął długo…
Obudziwszy się we własnym łożu, postanowił sprawdzić datę, był 1 grudzień. Pełen obaw szeptał:
–    Odlot, niesamowity odlot, to jak najbardziej oniryczna jazda. Byłem w jądrze Marsa, nigdy nie zapomnę widoku zakrwawionych kwiatów, uginających się pod ciężarem mego majestatu. Cóż to był za szatański odlot! Ileż we mnie niepokoju. Czy mi się udało- zadrżał Miles- czy dzisiejszy spęd tych zboczeńców każe być mi przykutym do końca mych dni do zapewne koślawego tworu, jaki powity zostanie przez spedaloną Milesnę? Toć ja, prawdziwy mężczyzna nie mogę sobie na to pozwolić. To takie moralne!
W tym czasie za oknem zaczęły się dziać dziwne sprawy… smrody rozkładających się ścierw zaczęły znikać (jeżeli już wcześniej w tej historyjce nie znikły). Rzeki zaczęły płynąć pod prąd a komunikacja miejska jak stała bez ruchu, tak ruszyła z impetem. Milesa zaczęła dopadać nieśmiała myśl: “Naruszyłem, naruszyłem prawa przyrody”
–    I nawet nie pamiętam jak to dokładnie się odbyło- rzekł już głośno.
Cuda odbywały się wokół a nasz bohater zacierał ręce i poklepywał się z krzywy kręgosłup.

Podziały VII do XXII są najnudniejszą pseudoprozą, jaką dziadowskie łapska autora pozostawiły na tym wstrętnym Padole. Kogo interesują, niech napisze do samego autora, może dostanie jakąś paranoiczną odpowiedź, albo butem w mordę- na jedno wychodzi. Przejdźmy więc do:

PODZIAŁ XXIII

Siedząca, skulona postać rzekła:
–    Miles, ta obora była straszna. Nie chcę żadnego bachora…
Milesowi opadły ręce poniżej kolan. Co za ród! Kobieto, jesteś bramą diabła. Ty dotknęłaś drzewa Szatana i ty pierwsza pogwałciłaś prawo boskie! Jak z takimi współpracować, albo działać przeciw?! Kto pamięta czasy, kiedy to samo kobiece spojrzenie psuło mleko krowom? Ach, co za debilne to by czasy! Jak to kiedyś napisałem w swym wspaniałym dziele, “Wojna przeciwko kobietom”: “Sam Diabeł drży przed ich (kobiet!) destrukcyjną bezmyślnością”. W końcu Szatan też ma obsesję seksu. Mógł a nawet powinien owe panienki zapładniać, dla pomnożenia czarciego pomiotu. Zaś czynił to interesująco. Oto sam, stworzony ze zgęstnienia powietrza nie dysponował własną spermą. Więc brał ją od onanistów i wisielców. Tak, to ta biblijna opowieść o szanownym Onanie, który odmówił zapłodnienia żony brata swego, miast tego zrzucał nasienie Szatanowi na użytek… Śmierdząca sprawa… A swoją drogą szatan często pojawia się w postaci capa. Czy nie z tego powodu, że koza była ulubionym domowym zwierzęciem u Żydów? A zlot czarownic to sabat. Dziwnie podobne słowo do szabasu. Świat na głowie postawić, planetom drogę zmylić, a ród kobiecy nadal niezdecydowany pozostanie…  Ach, cóż za paranoja, bliska schizofrenii brodatego Jahwe! A dogmaty kiedyś rzekły: nie pożądaj żony bliźniego swego, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Rzeczy! Cóże, za rzecz zachwiać wszechświat, pół biedy… za babę jednak! Przypomina mi się, jak to swego czasu korespondowałem z Pawłem, pseudonim święty, co to listy miast do Koryntian słać, to mu się kiełbasiło i mnie słał. Coś szło to tak, czy jak, ale dobrze szło:
„Albowiem mężczyzna nie jest stworzony ze względu na kobietę, ale kobieta ze względu na mężczyznę”.
Ci wszyscy jebnięci… święci..? czy to ważne. W każdym razie, niektóre z nich to fajne chłopy były, nie zapomnę imprez z jednym, wystarczyła studnia wody w pobliżu i hola do białego świtu. Teraz to po orbitach planet trza się rozbijać, a baba:
–    Miles, czy jesteś zły…? Może za rok znów sponsorem roku będzie literka “M”…..
Cóż za szczęście, że anioły są bezpłciowe.

[Miles z Talesu]

Poezja: Życie jest stanem umysłu

„Life it is a state of mind…”

I nie są to tylko nagie słowa wypowiedziane przez Mr. Doctor’a z DEVIL DOLL… To esencja człowieczeństwa.
Bo czymże jest umysł? Jest on nadal tajemnicą nawet dla najbardziej wnikliwych filozofów i lekarzy. Chińscy medycy widza w umyśle „Czi”, homeopaci nazywają go siłą witalną. Czy umysł ogranicza się tylko do skomplikowanej masy komórek nerwowych – neuronów, mających zdolność myślenia, osądzania, odczuwania, regulowania oraz komunikowania się? Nie, to jest definicja mózgu. Ogólnie mówiąc używamy słowa „umysł” w odniesieniu do takich rzeczy jak poznanie, pamięć uczucia, inteligencja, rozum, percepcja czy rozsądek. Wydaje się, jakby umysł zamieszkiwał całe ciało.
Ale jak odgadnąć co dzieje się w ludzkim umyśle, co człowiekowi w duszy gra, gdy twarz nie mówi nic?

„Zdemolowany Pokój Duszy”

ja nie wiem
czy jest tak
że w głębi siebie stworzony
na zewnątrz zatroskany zdaję się być jedynie
i cichy
przemyśliwuję swoje szały prawdo stwórcze
i niewiele po mnie widać

nie sposób nic wywnioskować
ze zdemolowanego pokoju
w którym ćwiczę
karkołomną
ekwilibrystykę
duszy

Marek Maganiusz Kielgrzymski
„Inkubator Jaźni”
Stres wpływa na umysł – na sposób w jaki myślimy i czujemy. Jest pod tym względem wielce destrukcyjny. Łatwo dojść do siebie po jakimś odosobnionym przykrym wydarzeniu – takim jak zły dzień w pracy czy kłótnia z dziewczyną lub chłopakiem. Jednak wydaje się, że stres utrzymujący się przez dłuższy czas może wręcz doprowadzić do zmiany osobowości…

„Przed Klęską”

Podejdź do lustra prawdy
Spójrz w głąb oczu swych
Cóż to!?
Strach ucztuje, bawiąc się
Igrając uczuciami Twymi.
To ja?!
Nie poznajesz otaczającego świata
Tak dobrze Ci znanego.
I cóż teraz?
Walcz z tym zamętem
W drodze do umysłu swego.
Boję się.
Nie widzę już przyszłości
Dla Ciebie, czarny kruk
Przesłonił mi widok.
Umrę

Arthur Mieczkowski
„Urok samotnych łez”
Uczucia potrafią być straszliwą siłą niszczącą. Podobnie jest ze wspomnieniami, które degradują umysł właściciela, zmieniają jego życie w trupia egzystencję.

* * *

Leżę na kartce bezsilności
Nie jestem już ptakiem
Nie buduję gniazd
Noce przesypiam
Dnie marnotrawię
Topię się w szarości
Z jednej na drugą stronę
Wiersza się przenoszę
Nie taki ból straszny
Gdy podcinają skrzydła
Łzawią krwią barwione
Tylko wspomnienia

Arthur Mieczkowski
„Skrzydła złudzeń”

Czasem po prostu się Tobą bawią…

„Czwartek”

Desperackie nadzieje
Skaczą mi po półkach
Pomiędzy książkami
Wzbijając tumany kurzu
Od lat tam osiadłego

Bezczeszcząc rękopisy
Wielkich Poetów Minionego Stulecia
Bezczelnie grają w karty
Naszymi wspomnieniami

Jokerem jest Twój strach
Żywią się nim
A gdy nie są głodne
Przymilnie wtulają się w nasze objęcia…

Paweł Sikorski

… a czasem są po prostu niemiłe. Ale jest na to sposób.

„Dystans”

Obojętnie obserwuję świat.
Spłoszyłam myśl.
Uciekła
nieśmiała.
Myśli niechciane
przychodzą.
„Czy ty nie masz
żadnych miłych wspomnień?”
Nie zapomnieć,
w smugach mgły przemijania
nie zapomnieć.
Myśleć, trwać,
grać w wariacką tą ruletkę
z życiem.
Tu jestem,
świat jest obok.
Obserwuję ludzi,
gram w ruletkę.
Każdy dzień jest ciekawostką,
doświadczeniem.
Jestem obok,
obserwuję grę, tą szaloną telewizję,
co dzień, aż do końca…

Diana Malinowska
„Pamiętnik dekadenta”
Aby zapobiec destrukcji własnego ja można też umysł zamienić w twierdzę nie do zdobycia. Wtedy czujemy się tak bezpieczni nie wpuszczając nikogo do środka, ale jednocześnie zawsze czegoś nam brakuje…

„Zmierzch Grudniowy”

Na brzegu lustra
Usiadł słowik.
Kaloryfer faluje,
Wygina się jak harmonia.

W moich czterech ścianach jestem bezpieczna.
Moje cztery ściany są w mojej głowie
To moja twierdza.
Umysł jest twierdzą.
W moim umyśle mroczne tańczą płomienie,
Płonie smutno wieczorny ogień

Na brzegu lustra
Usiadła myśl.
Deliryczne cienie
Zachodu słońca.
Nadchodzi zmierzch.

Diana Malinowska
„Sen psychopaty”
Czasami jednak nasza twierdza staje się naszym wiezieniem. Jesteśmy tam osaczeni, ścigani przez własne myśli, jesteśmy intruzem we własnych snach. Nasz własny cień jest naszym wrogiem.

* * *

Kataklizmy świata i tak
Już mnie nie dosięgną
Zamknąłem się w czterech ścianach
Mojego umysłu
Nieobecny dla Was
Nieobecny dla siebie
Co dzień gwałcę własne poczucie estetyki
Spoglądając w lustro
Szukając w nim odpowiedzi na pytanie
Którego nikt nie odważy się zadać […]

Paweł Sikorski
Na szczęście jest jeszcze wyobraźnia. To fakt, że to ona jest sprawczynią wielu smutków jakie nas nawiedzają, ale potrafi też wyrwać nas z więzienia, jakie sobie nieświadomie wybudowaliśmy, potrafi pokazać nam parę weselszych stron z albumu życia. Potrafi pocieszyć…

* * *

Wyobraźnia
Miejsce
Gdzie samotność
Nie dokucza
Gdzie bycie
Sobą
Nie jest
Obowiązkiem

Elżbieta Kopacz

… a stąd już tylko krok do snu…

„Chcę”

W ogrodzie zbłąkanych myśli
Gdzie bluszcz me stopy tuli
Zobaczyć chcę siebie
Z góry chcę spojrzeć na swe martwe ciało
Pogardliwie przysypać je gruzem łez.

Później chcę zasnąć
I śnić o krainie
Gdzie śmierć jest czymś słodkim
Miłym…
A dusze bliskich lgną do mnie
W sadzie zbłąkanych spojrzeń
Szukać chcę kamiennych grobów
Zajrzeć do wnętrza i wchłonąć ten strach
Zobaczyć w nicości swe martwe ciało
I ocknąć się z nogami wrośniętymi w ziemię
Stać się częścią mego snu
I… nie obudzić się.

Robert Puzio

To prawda, są różne sny. I one nie zawsze są piękne, ale warto zanurzyć się w sen, choćby po to, aby poczuć, że…

* * *

Jestem wolny
Zataczam się gdy wieje wiatr
Moknę gdy pada deszcz
Patrzę w gwiazdy
Pajęczyną nade mną
(ściana w akademiku)

Robert Malinowski
To wszystko jest życiem, tym wszystkim jest umysł… Życie jest stanem umysłu…
[Paweł / Atmospheric #10]