Kategoria: Artykuły

TRIAGONAL z drugą płytą „Dichotomy of Body”

Zgodnie z obietnicą, w ramach drugiej części przygód z łódzkim zespołem TRIAGONAL (biografię przeczytacie TU), chcielibyśmy zachęcić was do zapoznania się z drugą pełnowymiarową płytą zespołu pt. „Dichotomy of Body”.

Premiera nowego albumu ROTENGEIST

O ROTENGEIST napisano na łamach Atmospherica już bardzo wiele (poniżej artykułu znajdziecie wszystkie linki do materiałów o zespole), możecie wyobrazić sobie, że towarzyszymy zespołowi od samego początku ich historii, czyli od 2007 roku (czasy pierwszego „Promo 2007”), gdy Katarzynę, założycielkę pisma, ujęło to bezkompromisowe, świeże podejście do thrash metalu.

Nowe EP „Księga Samotnika” od SICKROOM

Dziś prezentujemy wam zespół, który w pierwszej kolejności oczarował nas pozamuzycznie, a następnie już całkowicie zgodnie z muzyczną etykietą. SICKROOM, bo o nim mowa, jest kapelą generalnie grającą heavy metal i nie lubiącą kategoryzacji oraz zamykania się na dany gatunek.To co wyróżnia ich najświeższe, wydane w styczniu 2017 roku EP pt. „Księga Samotnika” to magia ukryta w polskich tekstach

Ważna ankieta dotycząca Atmospheric Magazine!!

Zapraszamy serdecznie do wypełnienia tej ważnej ankiety dotyczącej funkcjonowania naszego magazynu.

Docent – death metalowy wykładowca (1970-2005)

Docent.Vader_foto (1)

„Docent death metalowy wykładowca” (1970-2005)

/wspominkowy artykuł poświęcony mojemu ulubionemu perkusiście/

Dzień 18-go sierpnia 2016 r. dla wielu z Was nie wyróżnia się niczym szczególnym. Natomiast dla mnie i wielu innych fanów muzyki metalowej (szczególnie osób lubujących się w grze na perkusji) jest w szczególny sposób warty zapamiętania. To właśnie 11 lat temu odszedł od nas Krzysztof „Docent” Raczkowski, legendarny perkusista polskiej formacji VADER.

12. unikalnych teledysków z nieunikalnym motywem, których prawdopodobnie nie widzieliście

Muzyka metalowa, jako silna alternatywa dla mainstreamowych mediów, zawsze kreowała we własnym zakresie pewien specyficzny mikro-świat, który pozwalał słuchaczom przenieść się na niwę „innego systemu” – a samym twórcom dać możliwość wysławiania się poprzez potężniejszą i ambitniejszą muzykę, która jest we władaniu mocy przekazywania i wysyłania odczuć, motywów i doświadczeń, jak jeszcze żadne inne medium. Teledyski stały się poniekąd wizualnym dopełnieniem uczuć i idei zawartych w muzyce, często tworząc własne uniwersa, mogące rozszerzać się na tyle, ażeby uczynić ze słuchacza widza. Teledyski można także traktować jako autorskie wizje fonii, czyli jako uporządkowane spektralne sinusoidy, tworzące obrazy, prezentowane pod dyktando muzyki.

Ku pamięci Pawła Habko (1977-2012)

operis.media_logoW marcu 2012 zmarł Paweł Habko, człowiek ważny dla rozwoju sceny metalowej w Polsce południowo-wschodniej. Od wielu lat (myślę, że około piętnastu) organizował koncerty w takich miastach jak Sanok, Przemyśli, Krosno itp., w ostatnim okresie działał pod banderą agencji Operis Media. To dzięki niemu dawno temu zagrał w Sanoku (w nieodżałowanej dyskotece „Art Club”) dzisiaj „wielki” BEHEMOTH i to on wspierał masę podziemnych zespołów, które z jego pomocą miały możliwość „wypłynięcia”, zaprezentowania się szerszej publiczności. Paweł był niezłomny w swoich działaniach, jednak całe życie walczył też o swoje zdrowie. Któregoś dnia walkę tę przegrał, pozostanie jednak w naszej pamięci, jako świetny człowiek i prawdziwy pasjonat swojego hobby. [Kasia]

Nowa generacja brutalności

132882_132883

Znacie smolistą bryłę o nieskończonej ilości ścian i osi symetrii? Ja znam, zwie się POLSKĄ SCENĄ METALOWĄ, w całym swym koźlim majestacie. Latami przechodziła wiele przeobrażeń, ale nie można rzec, że kiedykolwiek była „słabsza” od zagranicznych – może nie zawsze byliśmy archetypami czy prekursorami, nie przecieraliśmy szlaków, ale oraliśmy grunt pod – na prawdę – silną, ciężką i zbitą masę. Wychowałem się w otoczeniu niezwykle różnorodnym, od KATA przez ROOTWATER i PROLETARYAT na SACRILEGIUM kończąc, zdążyłem się zmierzyć w tym czasie z wieloma opiniami, wieloma światopoglądami i poznać scenę od wewnątrz – wyrabiało się wtedy we mnie poczucie alienacji muzycznej, metalowi rodacy często oskarżali sami siebie o mizerność i nicość dokonań – KAT, TSA, VADER, CETI i do przodu, ale nic poza tym – poza tym głębokie podziemie i wieloletnie raczkowanie. Następnie z czarciej posoki, zrodził się BEHEMOTH i coś odżyło w tej Polsce – materiały na prawdę godne uwagi wreszcie zaczęły budzić szerszy podziw, po prostu materia zaczęła krążyć. Jak mikroelementy w układzie krążenia, ten organizm zaczął wreszcie żyć – elementy dotarły do szerszego spektrum odbiorców, przestały cieszyć tylko garstki najwierniejszych fanów. Żyliśmy wiele lat w cieniu tragedii jaka spotkała DECAPITATED, patrzyliśmy na notowania listy Billboardu, na niezniszczalnego Petera – z boku wyrastali gracze, którzy równie ładnie bawili publiczność na koncertach – VIRGIN SNATCH, FRONTSIDE i inne, które do dziś pozostały nieco w cieniu. Celowo pomijam tu wiele zespołów, które wpłynęły silnie na Polską SCENĘ, ale jest to zamierzane – wiodący ascetyzm zaprowadzi nas od razu do czasów współczesnych, o historii bowiem zapisano już za wiele. A co oferuje nam współczesność? Koniec ery polskich tytanów – DECAPITATED, VADER, BEHEMOTH. Pomimo, że są i tworzą, to nie stanowią już szkieletu i jego osi – dziś Polska dzierży maczugę. Maczugę naszpikowaną jadowitymi kolcami. Kto domyślny, ten już wie, że jest to era black metalu, niepozornej i spokojnej muzyki dla samotników, którą można umilać sobie rytualne klęczenie na ziarnku bluszczu. Dziś widzę, że fani żyją ŚLĄSKIEM – za sprawą, między innymi znanego multinstumentalisty, który lubi śpiewać o polskim klimacie i tradycjach – Nihila. Niektórzy już dawno spoglądali na FURIĘ z litością, a potem przecież narodziły się jeszcze FDS, MOROWE, SEAGULLS…, CSSABA, a następnie solowy projekt Sarsa o enigmatycznym tytule DUSZĘ WYPUŚCIŁ, przy którym słyszałem najczęściej opinie typu „Co ona tam pie*oli?” – a niech pie*oli, idealnie wpasowało się to w klimat. Kontynuując, zapewne wielu słuchaczom mogło to zbrzydnąć, mogli mieć dość tego „produktywnego” Śląska i pościgu za pieniążkami, ale kto… nie poczuł choć na moment sympatii do arcydzieła „Piekło.Labirynty.Diabły” – toż to nawet Sławek puszczał w Radiu Białystok. Kto nie czuł się jak na pięknej, zamarzniętej polskiej hali z FURIĄ? A może kto nie dogorywał z MASSEMORDem? massemord-tourA Nihil zaiste stanowi tylko część Śląskiego imperium węglowego amoku. Chyba niewiele było płyt, na które czekałbym za taką niecierpliwością jak na IPERYT – nie zawiodłem się przy tanecznych rytmach „No State Of Grace”. Nie zawiódłbym się też przy nowym INFERNAL WAR. Jednak odchodząc od mistycznego Śląska, trochę na wschód… MGŁA, MGŁA na którą mało kto nie czekał, oczywiście z tych, którzy widzą w black metalu siłę narodową – płyta Z sercami ku nikomu (na wolno przetłumaczone, by było bliższe sercom), z miejsca stała się najczarniejszą perłą apokaliptycznego roku 2012. Bezapelacyjnie zmiotła i zamiotła – MGŁA ustanowiła nowy podział siły na polskim froncie, który krystalizował się od pewnego czasu. Kiedy jeszcze KRIEGSMASCHINE powróci po perfekcyjnym splicie z INFERNAL WAR, to zapowiada się prawdziwy południowy armagedon. Lodowo-militarno-wiosenny. Krocząc dalej ścieżką kriegu, nieco ku górze mapy – po MGLE, możemy natknąć się na… SZRON, który dokończył w 2012 roku dzieła spustoszenia. Przypieczętował nowy kurs, dobił maruderów i wraz z genialnym BLAZE OF PERDITION finalnie wykuł tron. Powracając jednak do korzeni zmian… czekaliśmy na NOMAD, czekaliśmy na PANDEMONIUM, ale osobiście się zawiodłem – oba wróciły z przytupem, oba wpadały w ucho i przyjemnie pieściły zmysły, ale uznałem je za pobożne umilacze na trasie metamorfozy POLSKIEJ METALOWEJ SCENY. Niemniej jednak, ostatnie lata zdołały przywitać nas dwoma zapierającymi dech w w piersiach powrotami – które już w rzeczywistości, na wszystkich płaszczyznach odbioru zmiażdżyły i doprowadziwszy do szaleństwa niejednego fana… znikły w czeluści. MASTIPHAL i CHRIST AGONY, bo to o nich mowa – osobiście bliższy jest mi ten drugi gracz, zwłaszcza z dobrze znaną personą na wokalu, ale MASTIPHAL zawsze cieszył się u mnie sympatią, ze względu na wkład w i/oraz szerzenie idei podziemia. Ale, ażeby pokazać inne oblicze POLSKIEJ SCENY wkroczę na głęboką wodę – to co usłyszałem od ETERNAL DEFORMITY w tym roku sprawiło, że ucieszyłem się z faktu, że nigdy nie szalałem za DREAM THEATER czy innymi progresywnymi zespołami, tutaj bowiem (po raz drugi) zostałem nakarmiony najwyższej klasy awangardową muzyką, jakiej inne kraje mogą nam pozazdrościć. Dodając do tego OBSCURE SPHINX, które bardzo długo przymierzało się do wydania płyty, ale gdy to nastąpiło… ukazało się nam dzieło, na miarę BLINDEAD, zespołu, który jest dla mnie od wielu lat indykatorem jakości alternatywy w Polsce, tak skutecznym przy opisie nowych wytworów tego gatunku, np. PROGHMA-C. ANTIGAMA jest, co prawda, solidnym tworem, także w swojej niszy, progresywnym, ale BLINDEAD ma coś czego inni nie mają (poza tym samym wokalistą), ani u nas, ani za granicą – jądra bólu. Którego z kolei mogliśmy po części uświadczyć na wielu polskich nagraniach depressive black czy funeral doom – tutaj warto wskazać na wschodzący CIEŃ, który na fali sukcesu ETERNAL DEFORMITY, załapał się na parę koncertów i przez to zyskał uznanie, zasłużone. Ale CIEŃ to tylko jeden księżyc, ja widzę ich nieco więcej – wystarczy nadmienić COLD EMPTY 35385_cold_empty_universe_constantly_creating_myself_in_the_space_of_lifeUNIVERSE, tak cenione zagranicą za kosmiczny klimat. Można by było wymieniać mnogość teraźniejszych alternatywnych zespół w Polsce, ale na pewno wszyscy dostali by z chęcią, wreszcie obiadek – soczystego kotleta. Pieczonego na piekielnym ogniu polskiego death metalu. W tej branży można było zaobserwować najwięcej zmian, tuzy odeszli, starszacy odsunęli się, kraina się rozstąpiła – otworzyła się nieograniczona przestrzeń dla tysięcy wymiataczy. O ile old school death metal pozostał u nas w podziemiu, wraz z melodic deathem to główne nurty t.j. brutal death i sam death rosły aż po szczyty międzynarodowego poziomu. Grindcore pominę, choć również byłoby sporo pisania – wzrastające marki jak GNIDA mają szansę podbić najbardziej mięsne serca. Ale sedno, sedno, sedno… Lata 2010-2013… Metalowy Eden – już wtedy TRAUMA rozpieściła nas wybitnym „Archetype Of Chaos” i do dziś czekamy na kontynuacje. A potem to już istny wysyp… HATE, AZARATH, LOST SOUL, STILLBORN, DEUS MORTEM czy mniejsze marki jak BANISHER, MESMERIZED, GORTAL, EFFECT MURDER albo coś z fantastycznej sceny industial deathu – EMPTY PLAYGROUND, żeby tak coś dać na przykład… I tu niespodzianka – czas na podsumowanie. Death metal jest rzecz oczywista, także dobrem narodowym, skądinąd nawet bliższym audytorium, ale wystarczy się w po prostu wsłuchać w szum zniszczenia, bez zbędnego opisywania. I jakież wnioski wypływają z tego wszystkiego? Zdecydowanie odeszliśmy od idei tradycjonalizmu, jest to szerokie zagadnienie-proces, ponieważ obecnie nawet scena pagan i folk metalowa uległa spłyceniu. ARKONA, NORTH, SALTUS już nie karmią drzewami i pogańską chęcią podbijania świata. PERCIVAL SCHUTTENBACH stał się zbyt rozpoznawalny by pociągnąć za sobą młodą falę, THY WORSHIPER chyba już zrezygnował po świetnej zapowiedzi nowej płyty, SLAVLAND jest na urlopie – nie ulegliśmy zdziczeniu, ani nie jesteśmy bardziej atawistyczni. Zostaliśmy brutalami. POLSKA SCENA METALOWA pragnie, łaknie i pożąda brutalności, którą najłatwiej odnaleźć w BLACK METALU. To stamtąd polski metal czerpie wodę, by móc dalej kuć. Death metal spod znaku STILLBORN? Chorobliwie dziki, porywający. Nowy AZARATH? Brutalne bluźnierstwo. A może podać wam ikonę metamorfozy? Posłuchajcie TURIN TURAMBAR. Do tego… chcemy paradoksalnie mrozu, zimna, chłodu (może już dość za oknem), w efekcie czego, wszystkie oczekiwania scalają się w jedno oblicze – Polski jako centrum zimnego, trochę eksperymentalnego, brutalnego deathu i blacku, nowej generacji zniszczenia.

[Vexev]

DEMON VOMIT: Wybierając groteskę: „Brutal Blasphemy”

demon.vomit_logo

Mrok przyjacielem człowieka / Upadły wilk: CHRIST AGONY „Condemnation” / BURZUM „Fallen”

Trudno pisać o muzyce, o dźwiękach, będących znakami samymi w sobie, symbolami ciężaru gatunkowego kamieniołomu. Na kowadło, pod młot pójdą dwa albumy: „Condemnation” (2008, 2011 – reedycja) CHRIST AGONY i „Fallen” (2011) BURZUM. Spotkanie norwesko-polskie, jak sądzę, nie jest przypadkowe. Cezar dedykował płytę (niekoniecznie nagrobkową) „Potępienie” pamięci swojej zmarłej matki Elżbiety (1945-2007). O Varga Vikernesa przypadkach powstało już wiele tomów, niektóre z nich zawierają tony bzdur, podziemny twór o rodowodzie ciemnej strony mocy, BURZUM – Dunkelheit, cieszy się niesłabnącą popularnością legendy o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim. Nie o mitologię zaś chodzi, a o metalurgię.

christ.agony_condamnation

Tytuł albumu „Condemnation”, dywizji Cezara, grupy CHRIST AGONY, znaczy tyle, co „potępienie, skazanie, ostra krytyka”. Pierwszy numer na płycie, z otwieraczem „Prologo Mena” w wykonaniu gościa z formacji LUX OCCULTA, nazywa się „Devil’s Invocation” i nie wiadomo, czy dla jaj trwa 6 minut i 6 sekund. To swoiste miażdżące ciasteczko jest rzeczywistym, bezpośrednim zwrotem do wyższej instancji z prośbą o pomoc w tworzeniu dzieła, o natchnienie. Potem może być już tylko ogniście, tak dopływamy do numeru 3, jednego z najmocniejszych, najbardziej monumentalnych fragmentów, zatytułowanego „Condemnation part I”, w którym słyszymy w końcówce pompatyczne, bombastyczne zawodzenie Reyasha, znanego choćby ze współpracy z zespołem VADER. Ów basista wyje niczym poraniony wilk: „Swim and use your powers, swim and swear, You shall reach the pain… you shall feel… you shall live…”. Znaczy to: „Płyń i użyj swych sił, płyń i przysięgaj. Masz osiągnąć ból, powinieneś poczuć, powinieneś żyć…” Czy to autodestrukcja? Autokreacja podmiotu? Samopotępienie Cezara? Samokrytyka była wszak modna, ale w latach 50-tych XX wieku, ta konfesja zaś przypomina lirykę żałobną, pogrzebową, funeralną, epitafia, epicedia, elegie i treny. W kawałku 5, tuż po „Kuszeniu Zagubionego, Straconego”, Cezar melodeklamuje, melorecytuje swe sekretne światy, tajemnice, „słowa niczym łzy” („March Manifesto”), a wszystko to w rytm apokaliptycznie sfuzzowanej gitary, potępieńczego basu de profundis, i ogłuszających blastów Icanraza. Czym bowiem jest pływanie w chrześcijańskiej gnojówce? Czy satanizm nie jest odbiciem w lustrze głupoty Ojca Dyrektora? Odpowiedź daje numer 7, niczym zaślepiony osioł: „nie ma gwiazd, nie ma prawdy, nie ma wolności…” Poczucie beznadziei… („Condemnation part II”). Wyznaniem, wyzwaniem niech będzie też utwór 9, najbardziej epicki „The Levitha Suite”: „To jest manifest grzechu – manifest kłamstw i prawd wszelkiego rodzaju…” Symptomatyczny ma tytuł ostatni kawałek: „Purgatory Beast” (Oczyszczająca Bestia), w którym słyszymy przedzierający się przez przestrzeń piekielnych dźwięków głos Cezara: „Nothingness fills” („Nicość napełnia”), jakoby zaproszenie: „Napij się ze mną Pustki…” Czy zatem dzieło CHRIST AGONY jest deklaracją wiary w Szatana, czy może raczej wyznaniem sceptycyzmu, płynącego ze źródła utraty kogoś bliskiego? Czy tym kimś była matka Cezara? Zostawmy ten wątek psychoanalitykom. Dość na tym, że album „Condemnation” uważam za jedno z najciekawszych dokonań polskiego black metalu.

burzum_fallen

Varg Vikernes (i jego projekt BURZUM), po płycie „Belus” (2010) nagranej po opuszczeniu więzienia przez wyżej wymienionego delikwenta, osławionego dzięki zasztyletowaniu kolegi po fachu i podpalaniu kościołów (syndrom „chłopca z zapałkami” może być fikcją, wskazują na to autorzy książki „Władcy Chaosu. Krwawe powstanie satanistycznego metalowego podziemia”, Michael Moyniham i Didrik Soderlind), nie milczał zbyt długo, nie kazał na siebie czekać wyznawcom Mrocznego Narcyzmu. Album „Fallen” („Upadły”) nagrany został w listopadzie 2010 roku, w tym samym studiu Grieghallen, pod okiem tego samego producenta, Pyttena, co pamiętny „De Mysteriis Dom Sathanas” (1993) grupy MAYHEM, do którego Vikernes nagrał linię basu. Gitarzysta zespołu MAYHEM, Euronymous, skończył dzięki Vargowi („varg” w języku staronordyckim znaczy „wilk ognia, podpalacz”) z nożem w głowie właśnie w roku 1993. „Fallen” ukazał się na początku roku 2011, owiany dreszczem niepewności, czy mit demona sprosta muzycznemu przesłaniu doskonałych płyt: „Det som en Gang var”, „Hvis Lyset tar Oss”, „Filosofem” i „Belus”. Odbiorców, tych z nawykiem do mroku, lasów, trupich czaszek, wilków i węży, szokuje już na pewno okładka, która prezentuje fragment obrazu „Douleur d’amour” (tłumaczenie angielskie: „Elegy”) z 1899 roku, francuskiego przedstawiciela akademizmu, malarza Williama – Adolphe Bouguereau (1825-1905). Tworzył on wielkie kompozycje figuralne o tematyce religijnej, mitologicznej i historycznej, specjalizował się w idealizowanych aktach kobiecych. Obraz wykorzystany na okładce albumu BURZUM przedstawia zasmuconą, nagą kobietę (prawdopodobnie Wenus), pochyloną, opartą, spoczywającą na płycie nagrobnej. Ten fragment ujął Vikernes. Całość dzieła przedstawia jednak coś więcej, u dołu obrazu widzimy siedzącego u stóp nagrobka cherubina (prawdopodobnie jest to Kupido), który ociera malutkimi dłońmi łzy. Malarstwo Francji mogła przybliżyć Vargowi obecna żona muzyka, która pochodzi z tego kraju. Toksyczne relacje Vikernesa z matką, która samotnie wychowywała syna w procesie narastającego narcyzmu, są podłożem z dziedziny psychoanalizy, ten wątek nie zajmuje nas tym razem zbyt szczegółowo. Interesuje mnie wydźwięk muzyki i tekstu. Bulgoczący głos z bagien, dochodzący z pierwszego utworu „Fra Verdenstreet” („Z drzewa świata” – wszystkie teksty z albumu „Fallen” w tłumaczeniu Anny Nowińskiej), dopada nas otwierając na przedziwną przestrzeń, która po minucie i trzech sekundach wprowadzi w charakterystyczny dla najlepszych lat BURZUM trans, pamiętny choćby z epickich, monumentalnych albumów „Hvis Lyset tar Oss” (1993) i „Filosofem” (1996). Sam twórca wyznacza pokrewieństwo „Fallen” z „Det som en Gang var” (1992), przyznaję, da się je wyczuć, szczególnie z utworami – kamieniami milowymi tamtego okresu: „Key to the Gate”, „Lost Wisdom”. Numer 2 z najnowszej płyty to „Jeg faller” („Upadam”), opowiadający o spadaniu liściem z konarów drzewa w kierunku korzeni, na ziemię, pod ziemię. Nowością na pewno jest zwykły, czysty głos Vikernesa w refrenie, zwiastującym ataraksję, stoicki spokój, pogodzenie z losem. Najlepszy, moim skromnym zdaniem, utwór na płycie, to numer 3, „Valen” („Upadły”) – rasowy, przysadzisty jak galop konia wagi ciężkiej, opowiadający o pragnieniu śmierci („Śmierć była tu pierwsza. Zapomnienie zawsze zwycięży. Mrok dał narodziny światłu.”). Następne dwa kawałki niosą posmak ekspiacji („Vanvidd” – „Szaleństwo” i „Enhver til stitt” – „To, na co zasługujesz”). „Vanvidd”: „Przerażona kreatura w cieniach, (…) Nienawidzona przez większość, lecz kochana przez najlepszych. (…) Jasne włosy, chytry uśmiech, Błękitne spojrzenie zza swego szala, skóra biała jak mleko, zęby białe jak kreda, Jej śmiech przeraża większość z nas.” Jakże nordycki wymiar ma ten tekst… „Enhver til stitt”: „Idę za swym koniem, prosto do lasu, Krwawię; mokry od własnej krwi. Upadam, lecz znów wstaję. (…) Światło się wzmaga. Bogini księżyca podchodzi do mnie. Nie jest mi już zimno. Jestem ogrzany przez księżycowy blask.” Samousprawiedliwienie zbrodni Wikinga, jedynej formy kontaktu z drugim człowiekiem, odwiecznym wrogiem, chrześcijańskim ojczymem, nieobecnym ojcem, podłym sukinsynem. Oto nad wyraz spokojna pokuta. Ludzie, którzy zamykają w klatkach dzikie zwierzęta, nic nie są w stanie pojąć. Stąd wkładka do płyty, obdarzona grafikami Ludwiga Pietscha i Lorenza Frolicha, które przedstawiają scenki rodzajowe z mitologii nordyckiej: wściekłego Odyna z toporem, z włócznią, kozła, oddającego mocz do świętego naczynia. Do tego pulsujący, wprowadzający w trans rytm i hipnotyczny, momentami rozdzierający głos Vikernesa, który przypomina o jego wilczym rodowodzie. Szósty kawałek nosi tytuł „Budstikken” („Wiadomość”) i takie oto niesie przesłanie: „Dobre duchy z głębi umysłu, Nigdy nie sięgnięte przez pustynnego boga, Ze starego źródła krainy naszych przodków, Ze starej studni szacunku. Morduj tchórzliwy tłum wroga. Głodny i śpiewający motłoch, Czarodziejki i ci, co łamią przysięgi. Niech ich krew użyźni naszą ziemię.” Nic dodać, nic ująć. Monoteistyczna zaraza judaizmu, chrześcijaństwa i islamu panoszy się na świecie od tysięcy lat, można z nią walczyć na drodze dyskursu filozoficznego, można też mieczem, toporem, bombą atomową. Reakcją obronną, skażonego totalitaryzmem jedynego, słusznego boga, organizmu, jest starożytny politeizm, mitologia nordycka, wierzenia przodków Vikernesa. Czas na nocne łowy Wikingów. Przypominają się najwspanialsze albumy BATHORY: „Blood Fire Death”, „Hammerheart” i „Twilight of The  Gods”. Wszystkie chwyty dozwolone, byle były skuteczne. Numer 7 (ostatni, jak 7 grzechów głównych) przynosi dźwięki rodem z piwnicznej izby, splecione z rytualnymi bębnami… Tytuł „Til Hel og tilbake igjen” („Do Hel i z powrotem”) przywołuje władczynię krainy zmarłych śmiercią naturalną, boginię Hel z mitologii nordyckiej, pół-kobietę, pół-szkielet, na jej lewej dłoni kruk (left hand path), funkcja żeńska, symbol Natury, wiecznego do niej powrotu. Tak znów powrót do Kobiety, Pramatki, Wenus stanowi ukłon Vikernesa w stronę niewinności, dzieciństwa, infantylizmu kolesia z dzidą… Varg pochylił się nad swoją głupotą i zapłakał niczym Wenus nad nagrobkiem z okładki albumu „Fallen”.

Tak wygląda wyrównanie rachunków ze zmarłymi, zabitymi, spalonymi na stosie. Czy nie jest tym samym pokłon Cezara, lidera CHRIST AGONY? Czyż nie tak rodzi się smutek myśli? Wszak muzyka jest projekcją emocji… Frustracją Niedopowiedzianego…

[Jarosław Błahy – notka o autorze]