Kategoria: Artykuły

Mrok przyjacielem człowieka / Upadły wilk: CHRIST AGONY „Condemnation” / BURZUM „Fallen”

Trudno pisać o muzyce, o dźwiękach, będących znakami samymi w sobie, symbolami ciężaru gatunkowego kamieniołomu. Na kowadło, pod młot pójdą dwa albumy: „Condemnation” (2008, 2011 – reedycja) CHRIST AGONY i „Fallen” (2011) BURZUM. Spotkanie norwesko-polskie, jak sądzę, nie jest przypadkowe. Cezar dedykował płytę (niekoniecznie nagrobkową) „Potępienie” pamięci swojej zmarłej matki Elżbiety (1945-2007). O Varga Vikernesa przypadkach powstało już wiele tomów, niektóre z nich zawierają tony bzdur, podziemny twór o rodowodzie ciemnej strony mocy, BURZUM – Dunkelheit, cieszy się niesłabnącą popularnością legendy o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim. Nie o mitologię zaś chodzi, a o metalurgię.

christ.agony_condamnation

Tytuł albumu „Condemnation”, dywizji Cezara, grupy CHRIST AGONY, znaczy tyle, co „potępienie, skazanie, ostra krytyka”. Pierwszy numer na płycie, z otwieraczem „Prologo Mena” w wykonaniu gościa z formacji LUX OCCULTA, nazywa się „Devil’s Invocation” i nie wiadomo, czy dla jaj trwa 6 minut i 6 sekund. To swoiste miażdżące ciasteczko jest rzeczywistym, bezpośrednim zwrotem do wyższej instancji z prośbą o pomoc w tworzeniu dzieła, o natchnienie. Potem może być już tylko ogniście, tak dopływamy do numeru 3, jednego z najmocniejszych, najbardziej monumentalnych fragmentów, zatytułowanego „Condemnation part I”, w którym słyszymy w końcówce pompatyczne, bombastyczne zawodzenie Reyasha, znanego choćby ze współpracy z zespołem VADER. Ów basista wyje niczym poraniony wilk: „Swim and use your powers, swim and swear, You shall reach the pain… you shall feel… you shall live…”. Znaczy to: „Płyń i użyj swych sił, płyń i przysięgaj. Masz osiągnąć ból, powinieneś poczuć, powinieneś żyć…” Czy to autodestrukcja? Autokreacja podmiotu? Samopotępienie Cezara? Samokrytyka była wszak modna, ale w latach 50-tych XX wieku, ta konfesja zaś przypomina lirykę żałobną, pogrzebową, funeralną, epitafia, epicedia, elegie i treny. W kawałku 5, tuż po „Kuszeniu Zagubionego, Straconego”, Cezar melodeklamuje, melorecytuje swe sekretne światy, tajemnice, „słowa niczym łzy” („March Manifesto”), a wszystko to w rytm apokaliptycznie sfuzzowanej gitary, potępieńczego basu de profundis, i ogłuszających blastów Icanraza. Czym bowiem jest pływanie w chrześcijańskiej gnojówce? Czy satanizm nie jest odbiciem w lustrze głupoty Ojca Dyrektora? Odpowiedź daje numer 7, niczym zaślepiony osioł: „nie ma gwiazd, nie ma prawdy, nie ma wolności…” Poczucie beznadziei… („Condemnation part II”). Wyznaniem, wyzwaniem niech będzie też utwór 9, najbardziej epicki „The Levitha Suite”: „To jest manifest grzechu – manifest kłamstw i prawd wszelkiego rodzaju…” Symptomatyczny ma tytuł ostatni kawałek: „Purgatory Beast” (Oczyszczająca Bestia), w którym słyszymy przedzierający się przez przestrzeń piekielnych dźwięków głos Cezara: „Nothingness fills” („Nicość napełnia”), jakoby zaproszenie: „Napij się ze mną Pustki…” Czy zatem dzieło CHRIST AGONY jest deklaracją wiary w Szatana, czy może raczej wyznaniem sceptycyzmu, płynącego ze źródła utraty kogoś bliskiego? Czy tym kimś była matka Cezara? Zostawmy ten wątek psychoanalitykom. Dość na tym, że album „Condemnation” uważam za jedno z najciekawszych dokonań polskiego black metalu.

burzum_fallen

Varg Vikernes (i jego projekt BURZUM), po płycie „Belus” (2010) nagranej po opuszczeniu więzienia przez wyżej wymienionego delikwenta, osławionego dzięki zasztyletowaniu kolegi po fachu i podpalaniu kościołów (syndrom „chłopca z zapałkami” może być fikcją, wskazują na to autorzy książki „Władcy Chaosu. Krwawe powstanie satanistycznego metalowego podziemia”, Michael Moyniham i Didrik Soderlind), nie milczał zbyt długo, nie kazał na siebie czekać wyznawcom Mrocznego Narcyzmu. Album „Fallen” („Upadły”) nagrany został w listopadzie 2010 roku, w tym samym studiu Grieghallen, pod okiem tego samego producenta, Pyttena, co pamiętny „De Mysteriis Dom Sathanas” (1993) grupy MAYHEM, do którego Vikernes nagrał linię basu. Gitarzysta zespołu MAYHEM, Euronymous, skończył dzięki Vargowi („varg” w języku staronordyckim znaczy „wilk ognia, podpalacz”) z nożem w głowie właśnie w roku 1993. „Fallen” ukazał się na początku roku 2011, owiany dreszczem niepewności, czy mit demona sprosta muzycznemu przesłaniu doskonałych płyt: „Det som en Gang var”, „Hvis Lyset tar Oss”, „Filosofem” i „Belus”. Odbiorców, tych z nawykiem do mroku, lasów, trupich czaszek, wilków i węży, szokuje już na pewno okładka, która prezentuje fragment obrazu „Douleur d’amour” (tłumaczenie angielskie: „Elegy”) z 1899 roku, francuskiego przedstawiciela akademizmu, malarza Williama – Adolphe Bouguereau (1825-1905). Tworzył on wielkie kompozycje figuralne o tematyce religijnej, mitologicznej i historycznej, specjalizował się w idealizowanych aktach kobiecych. Obraz wykorzystany na okładce albumu BURZUM przedstawia zasmuconą, nagą kobietę (prawdopodobnie Wenus), pochyloną, opartą, spoczywającą na płycie nagrobnej. Ten fragment ujął Vikernes. Całość dzieła przedstawia jednak coś więcej, u dołu obrazu widzimy siedzącego u stóp nagrobka cherubina (prawdopodobnie jest to Kupido), który ociera malutkimi dłońmi łzy. Malarstwo Francji mogła przybliżyć Vargowi obecna żona muzyka, która pochodzi z tego kraju. Toksyczne relacje Vikernesa z matką, która samotnie wychowywała syna w procesie narastającego narcyzmu, są podłożem z dziedziny psychoanalizy, ten wątek nie zajmuje nas tym razem zbyt szczegółowo. Interesuje mnie wydźwięk muzyki i tekstu. Bulgoczący głos z bagien, dochodzący z pierwszego utworu „Fra Verdenstreet” („Z drzewa świata” – wszystkie teksty z albumu „Fallen” w tłumaczeniu Anny Nowińskiej), dopada nas otwierając na przedziwną przestrzeń, która po minucie i trzech sekundach wprowadzi w charakterystyczny dla najlepszych lat BURZUM trans, pamiętny choćby z epickich, monumentalnych albumów „Hvis Lyset tar Oss” (1993) i „Filosofem” (1996). Sam twórca wyznacza pokrewieństwo „Fallen” z „Det som en Gang var” (1992), przyznaję, da się je wyczuć, szczególnie z utworami – kamieniami milowymi tamtego okresu: „Key to the Gate”, „Lost Wisdom”. Numer 2 z najnowszej płyty to „Jeg faller” („Upadam”), opowiadający o spadaniu liściem z konarów drzewa w kierunku korzeni, na ziemię, pod ziemię. Nowością na pewno jest zwykły, czysty głos Vikernesa w refrenie, zwiastującym ataraksję, stoicki spokój, pogodzenie z losem. Najlepszy, moim skromnym zdaniem, utwór na płycie, to numer 3, „Valen” („Upadły”) – rasowy, przysadzisty jak galop konia wagi ciężkiej, opowiadający o pragnieniu śmierci („Śmierć była tu pierwsza. Zapomnienie zawsze zwycięży. Mrok dał narodziny światłu.”). Następne dwa kawałki niosą posmak ekspiacji („Vanvidd” – „Szaleństwo” i „Enhver til stitt” – „To, na co zasługujesz”). „Vanvidd”: „Przerażona kreatura w cieniach, (…) Nienawidzona przez większość, lecz kochana przez najlepszych. (…) Jasne włosy, chytry uśmiech, Błękitne spojrzenie zza swego szala, skóra biała jak mleko, zęby białe jak kreda, Jej śmiech przeraża większość z nas.” Jakże nordycki wymiar ma ten tekst… „Enhver til stitt”: „Idę za swym koniem, prosto do lasu, Krwawię; mokry od własnej krwi. Upadam, lecz znów wstaję. (…) Światło się wzmaga. Bogini księżyca podchodzi do mnie. Nie jest mi już zimno. Jestem ogrzany przez księżycowy blask.” Samousprawiedliwienie zbrodni Wikinga, jedynej formy kontaktu z drugim człowiekiem, odwiecznym wrogiem, chrześcijańskim ojczymem, nieobecnym ojcem, podłym sukinsynem. Oto nad wyraz spokojna pokuta. Ludzie, którzy zamykają w klatkach dzikie zwierzęta, nic nie są w stanie pojąć. Stąd wkładka do płyty, obdarzona grafikami Ludwiga Pietscha i Lorenza Frolicha, które przedstawiają scenki rodzajowe z mitologii nordyckiej: wściekłego Odyna z toporem, z włócznią, kozła, oddającego mocz do świętego naczynia. Do tego pulsujący, wprowadzający w trans rytm i hipnotyczny, momentami rozdzierający głos Vikernesa, który przypomina o jego wilczym rodowodzie. Szósty kawałek nosi tytuł „Budstikken” („Wiadomość”) i takie oto niesie przesłanie: „Dobre duchy z głębi umysłu, Nigdy nie sięgnięte przez pustynnego boga, Ze starego źródła krainy naszych przodków, Ze starej studni szacunku. Morduj tchórzliwy tłum wroga. Głodny i śpiewający motłoch, Czarodziejki i ci, co łamią przysięgi. Niech ich krew użyźni naszą ziemię.” Nic dodać, nic ująć. Monoteistyczna zaraza judaizmu, chrześcijaństwa i islamu panoszy się na świecie od tysięcy lat, można z nią walczyć na drodze dyskursu filozoficznego, można też mieczem, toporem, bombą atomową. Reakcją obronną, skażonego totalitaryzmem jedynego, słusznego boga, organizmu, jest starożytny politeizm, mitologia nordycka, wierzenia przodków Vikernesa. Czas na nocne łowy Wikingów. Przypominają się najwspanialsze albumy BATHORY: „Blood Fire Death”, „Hammerheart” i „Twilight of The  Gods”. Wszystkie chwyty dozwolone, byle były skuteczne. Numer 7 (ostatni, jak 7 grzechów głównych) przynosi dźwięki rodem z piwnicznej izby, splecione z rytualnymi bębnami… Tytuł „Til Hel og tilbake igjen” („Do Hel i z powrotem”) przywołuje władczynię krainy zmarłych śmiercią naturalną, boginię Hel z mitologii nordyckiej, pół-kobietę, pół-szkielet, na jej lewej dłoni kruk (left hand path), funkcja żeńska, symbol Natury, wiecznego do niej powrotu. Tak znów powrót do Kobiety, Pramatki, Wenus stanowi ukłon Vikernesa w stronę niewinności, dzieciństwa, infantylizmu kolesia z dzidą… Varg pochylił się nad swoją głupotą i zapłakał niczym Wenus nad nagrobkiem z okładki albumu „Fallen”.

Tak wygląda wyrównanie rachunków ze zmarłymi, zabitymi, spalonymi na stosie. Czy nie jest tym samym pokłon Cezara, lidera CHRIST AGONY? Czyż nie tak rodzi się smutek myśli? Wszak muzyka jest projekcją emocji… Frustracją Niedopowiedzianego…

[Jarosław Błahy – notka o autorze]

A1 Rh+


Mojej Kasi, Mojej Wiedźmie, Istocie Najbliższej Mi Pod Księżycem
„The murder is the ritual” –  Varg Vikernes aka. Count Grishnackh, na początku roku 1993, na kilka miesięcy przed zamordowaniem Oysteina Aarsetha aka. Euronymousa, lidera satanistycznego zespołu Mayhem, w odpowiedzi na pytanie Gavina Baddeley’a, czy zniknięcia ludzi w Norwegii mają związek z satanistycznymi rytuałami.

Źródło: Stealing Auras. An interview with Count Grishnackh, founder of Burzum, murderer of Euronymous, w: Gavin Baddeley, Lucifer Rising: A Book of  Sin, Devil Worship and Rock’n’Roll, Plexus, London 1999, s.207.

Uczucia protopatyczne to inaczej popędy (appetitus – łac.), czyli popęd do utrzymania siebie przy życiu, do zaspokojenia pragnienia i głodu oraz popęd seksualny, płciowy. Emocje archaiczne to złość, gniew, nienawiść, zazdrość i pożądanie…
Istnieje wyjaśnienie historyczne, związane z przyjściem Hebrajczyków do Kanaanu i ujarzmieniem przez nich Kanaanejczyków. Naczelnym bóstwem Kanaanu była Bogini – Wąż – symbol tajemnicy życia. Grupa uprawiająca kult męskiego bóstwa odrzuciła go. Innymi słowy, w opowieści o Ogrodzie Edeńskim mamy do czynienia z historycznym  odrzuceniem i unicestwieniem Bogini – Matki , odtrąceniem wartości typowo matriarchalnych (wolności, równości i miłości) . W Starym Testamencie Boginię kanaanejską określa się mianem „Obrzydliwość”  – widać tu wyraźnie obsesję, paranoję Hebrajczyków. Podobnie jest w mitologii Babilonu, Marduk, orędownik młodszych bogów, unicestwił Tiamat, pramacierz wszystkiego. Rozbił jej czaszkę maczugą, rozłamał na dwie części „jak suszoną rybę”, Marduk, przedstawiany w ikonografii zawsze z Wężem – Smokiem. W mitologii germańskiej, Thor, bóg burzy i płodności, syn Odina (ger. Wotan, bóg wojny, ojciec umarłych – ekstaza, szał, magia runiczna, Downer – grzmot), jedzie rydwanem zaprzężonym w dwa kozły, w ręku dzierży młot… Zabija Węża i sam ginie po zwycięskiej walce. Walhalla i Walkyrie są tu toposem sił Natury.
Mitologia grecka przynosi dobrego geniusza, uskrzydlonego Węża, udzielającego tchnienia życia… Jest nim Agathos Daimon.  Z kolei w Persji mamy Ahrimana (Aion – czas gr.), złego ducha, który zamieszkuje podziemne królestwo, wyobrażany jest z głową lwa, wokół jego ciała owinięty Wąż, piękne, perskie bóstwo.  Patronem sztuk wyzwolonych zaś jest Astaroth, książę piekielny, wstrętny anioł, który siedzi na smoku, w ramionach trzyma Węża…  Mitologia hebrajska, słynąca z poczucia wstrętu i winy, oznacza Beliala (hebr. Niegodziwiec), utożsamianego ze strumieniem zagłady, to duch i książę ciemności z posmakiem Węża…  Bardzo podobny jest Belzebub – Pan Much, Pan Kupy Gnoju (hebr. Baal – książę, zabal – gnój) . Jakże odmienna pod tym względem jest starożytna Grecja, wznosząca Dionizosa, utożsamienie płodności, cyklu biologicznego, wiecznego odradzania, Nietzscheańskiego powrotu (odpowiednik germański – Dis). Dionizos jest okazywany jako kozioł, byk, fallus… Wąż.  Mitologia gocka przedstawia Hel (gockie Halja), władczynię krainy zmarłych, jej rodzice to Loki i olbrzymka Angrboda , Goci czynią swoją powinność bez paranoidalnego obrzydzenia. W Biblii dwuznaczny jest jednak Lucyfer, Upadły Anioł, Niosący Światło (ang. Lucifer, od łac. Lux – światło, ferre – nieść), mimo tego, że owiany Jutrzenką , jest przecież Księciem Ciemności.
Groteskowe ujęcie rzeczywistości biblijnej proponuje Cavanna, oto jak przedstawia Węża: „I pod płaszczem widać było nagość Jana Chrzciciela. Nagość była długa i czarna. I zwisała bardzo nisko, i bardzo było ją czuć, i bały się jej małe dzieci. W rzeczy samej, lepiej by było, żeby Jan Chrzciciel miał guziki.”  Żarty na bok, Wąż, według Campbella, to ruchomy przewód pokarmowy – i tyle. Z tym zwierzęciem nie ma żadnej dyskusji. Życie żyje dzięki zabijaniu i samozjadaniu się, odrzucaniu śmierci i odradzaniu się – jak Księżyc. Jest to jedna z tajemnic, którą próbują wyrazić te symboliczne, paradoksalne formy: Wąż jako pierścień, pożerający własny ogon, Wąż zrzucający skórę, tak jak Księżyc rzucający cień, to wszystko, by narodzić się na nowo bez defektów, samobójstwo metaforyczne.  Stąd aztecki bóg zodiaku – Quetzalcoatl, upierzony Wąż, bóstwo Księżyca, Wiatru. Jeszcze inkaska, staro meksykańska Quilla, Bogini – Matka Księżyc. I asyryjski demon o czterech skrzydłach, imieniem Pazuzu, duch huraganu, epidemii, strachu, posiada ogon skorpiona… Egipska Bogini Sothis, symbol wilgoci i płodności… Romans Lilith i Samaela, stosunek miłosny, akt seksualny, Samael jest aniołem śmierci, ślepym aniołem.  Zaćmienie umysłu jest istotą wiary, jest bazą każdej religii. „Napisane jest w Talmudzie, że jeśli dziecko uśmiecha się w noc szabasu albo pełni księżyca, to znak, że bawi się z nim Lilith.”   Na początku XX wieku (1910-1915), kilkunastu maturzystów w sennym Drohobyczu, w tym Bruno Schulz, snuło wizję powrotu Białej Bogini (ekstatyczny erotyzm, sodomia) , zastanówmy się więc, jaki to wszystko ma związek z faktem, iż jednak bardzo lubimy morderców, szczególnie seryjnych, i czy doprawdy, jak pyta psycholog David M. Buss, każdy z nas jest potencjalnym zabójcą?
Sądzę, iż pierwotne instynkty, uczucia archaiczne, emocje protopatyczne, pozwolą puścić strumień światła w kierunku symboliki zła, mitologii Szatana, Czarnych Mszy, Ścieżki Lewej Ręki (Left Hand Path)… Bowiem w tym kontekście również pojawia się chęć uduszenia Matki, stąd Narcyz nieświadomie będzie niszczył osobowości żeńskie (słynne ofiary z nagich kobiet w ikonografii Black Masses, czy ofiary z synów pierworodnych, noworodków, niemowląt, u Indian z Florydy, matka w ten sposób miała poświęcać dziecko kultowi Słońca, cierpiąc przy tym dwuznacznie). Jest to jednak błędem w sztuce religii Natury, skrzywieniem obrazu, dewiacją, która wynika z psychopatologii, Kobieta bowiem (Tiamat – Kali – Baphomet), jest niezniszczalna, i jako taka stanowi podmiot satanistycznego kultu (Bogini, Kapłanka). Stąd u niektórych gorliwych wyznawców płci męskiej, pojawia się tęsknota za ringiem wolnym i pierwszym starciem z równym sobie przeciwnikiem, partnerem, jak w starożytnym Meksyku (słynne, krwawe ofiary w Tabasco), gdzie wyrywano serce, otwierano nożem pierś jeńca wojennego, by wydobyć z niej pompę ssąco – tłoczącą i pożreć ją. W ten właśnie sposób Varg Vikernes (Burzum) zasztyletował Euronymousa (Mayhem), w jego własnym mieszkaniu (1993), przyczyn zabójstwa nigdy nie wyjaśnił, to, co mówił na ten temat w wywiadach, z powodzeniem można potraktować jako brednie. Długoletni pobyt w norweskim więzieniu (wyrok obejmował jeszcze udział w paleniu kościołów), po doskonałej, hipnotycznej płycie „Filosofem”, zaowocował niebywałym albumem „Belus”, który, paradoksalnie stanowi mroczny kult Słońca – okładka płyty przedstawia zdjęcie promieni słonecznych, rozproszonych, rozszczepionych przez gałęzie drzew, przez ich liście… Magia Lasu. W tym momencie, przypominam Eden, Las z „Antychrysta” Larsa von Triera, filmu o totalnej nieobecności Dziecka, Kobiety i Mężczyzny… Do najmocniej krwawych scen zaliczam chwilę autokastracji Kobiety, obcięcia przez nią sobie łechtaczki ostrymi nożyczkami… Króluje Chaos… i poczucie Braku, nieuchwytnej Tęsknoty za czymś, co przychodzi z Ziemi…
DionisosMit o zamordowaniu Dionizosa przez tytanów w celu wyjaśnienia kondycji człowieka w świecie, o poćwiartowaniu go rytualnym, staje się protoplastą uczuć. Misterium to skupiało się na postaciach Bachantek (taniec, oszołomienie przez wino, szaleństwo w lasach, na odludziu, w najdzikszych ostępach, rozdzieranie żywych byków, wcieleń lub epifanii Dionizosa – „diasparmagata”, przy wierzeniach, że to jego zjadają, pożerając surowe mięso – „omofagia”). Historia śmierci Dionizosa, rozszarpanego przez tytanów, zdarzyła się, gdy bóg  dzieckiem będący bawił się… „Homo ludens”. Tytani, prowadzeni przez Herę, ofiarowali mu najpierw zabawki, po czym zmasakrowali go i pocięli na kawałki. Następnie ugotowali jego członki i upiekli je w postaci szaszłyku.  Automatycznie nasuwa się asocjacja z obrazami Hieronimusa Boscha, nie wiedzieć czemu, dla przykładu z „ Kuszeniem św. Antoniego”, gdzie metafora pieczystego – nieczystego, świnia, funkcjonuje jako symbol nieokiełznanego seksu i grzesznej namiętności.  Podczas gdy ofiara z byka, inaczej pamiętne z „Jądra ciemności” Josepha Conrada taurobolium (świetne ujęcie z filmowej adaptacji tej powieści, pod tytułem „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli), oraz kojarzona z nią Mitra – Egri bicaver, jest po prostu krwią zwierzęcia, nie boga,  nie ma nic wspólnego z boskim erotyzmem. Tropiąc dalej woń absurdu, przypomina się Warai Hannya (śmiejąca się Hannya), upiorna wiedźma, która w ludowych, japońskich wierzeniach i baśniach odżywiała się krwią niemowląt.  Czy wreszcie słynny cytat: „Bóg polecił Mojżeszowi: – I spalisz całego tego barana na ołtarzu. Jest to ofiara całopalenia dla Pana, miła woń, ofiara spalana dla Pana.” (Księga Wyjścia, ST).
Gaja, zmęczona ciągłym rodzeniem, prosi swych synów, tytanów, by pomogli jej zemścić się na swym zbyt wymagającym małżonku. Kronos, który nienawidzi swego ojca, a raczej tego, co w nim niezmienne, wiecznej teraźniejszości, ostrym nożem, który otrzymał od Matki Ziemi (Gai – Nietzscheańska La Gaya Scienza), odcina Uranosowi jądra w chwili, gdy ten kładzie się na swej żonie, by ją zapłodnić po raz kolejny. Ze zranionego boga tryska krew, skrapia ziemię i morskie odmęty. Gaja ponownie jest w ciąży, zapłodniona tym razem nie nasieniem, lecz krwią, i wydaje na świat Erynie (boginie zemsty), gigantów, nowe pokolenie nimf (oraz, według niektórych wersji, satyra Sylena). Ocean, w który wpadła sperma zmieszana z krwią, rodzi jedną jedyną młodą kobietę, Afrodytę, najpiękniejszą, budzącą miłość.
Kronos łączy się ze swą siostrą, tytanką Reą, która rodzi mu trzy córki i trzech synów (3+3=6!), z których najmłodszym jest Zeus. Kronos chce wykorzystać swoją władzę. Gaja grozi mu kastracją, on, przerażony utratą męskości, postanawia połykać swe dzieci natychmiast po ich urodzeniu. Rea uratowała Zeusa, który stał się bezsprzecznie tyranem, nie obchodziły go losy ludzkie.  Kompleks Kronosa to przeciwległy kraniec mitu Edypa – Freud powinien się nad tym zastanowić. Kronos, połykający własne dzieci, chce zniszczyć swe potomstwo, by zatrzymać przyszłość i pozostać tym, czym się jest. Stamtąd wywodzą się po kolei: Adonis, zniewieściały kochanek o jałowym nasieniu, któremu przyrodzenie zmiażdżył dzik (odyniec); Attis, androgyniczny potwór, zrodzony z kamienia zapłodnionego przez Zeusa, z woli bogów wykastrowany, przekształca się w boginię Kybele (I wersja mitu).  Attis, kochanek Kybele, zdradzał ją z nimfą wodną, żałował swego czynu tak gorąco, że postanowił się samo okaleczyć i dokonał aktu autokastracji (II wersja mitu).  A wszystko to spowite mgłą lasu i krwi… W starożytnym Rzymie, w czasie Święta Sosny, za czasów Klaudiusza, silnie czczono Kybele. „Arbor intrat” – drzewo wkracza, to było tak, jak podczas Wielkich Dionizji w trakcie przesilenia wiosennego.
Joseph Campbell w Potędze mitu zwraca uwagę na przypadek człowieka, który staje się łowcą – drapieżnikiem. Freudyści mówią: Zwierzę jest ojcem. Jeśli jesteś mężczyzną, pierwszym wrogiem dla ciebie jest ojciec. Jeśli jesteś chłopcem, każdy wróg może być potencjalnie, psychologicznie skojarzony z wizerunkiem ojca. Zwierzę stało się ojcowskim obrazem Boga, którego trzeba pożreć, nie unicestwić.
Znany światu jest przypadek Johna Haiga, który otrzymał przydomek „londyńskiego wampira” (wyznania przez niego spisane w celi śmierci, latem 1949 roku, przed wykonaniem wyroku przez powieszenie, przytacza Jean – Paul Roux). John Haig sam siebie opisuje jako osobę dziwną i skomplikowaną: głęboko niezrównoważony, żyjący w świecie koszmarów skąpanych w czerwonej mgle, przekonany, że powoduje nim obca siła, nieodparta, niemal boska (schizofrenia paranoidalna), ogarnięty przemożnym pragnieniem picia krwi. Pewnego dnia Haig skaleczył się przypadkiem w rękę i zlizał krew z rany. Był to przełom w jego życiu. Poderżnął gardło 9 osobom. Pierwszą ofiarę trzymał nad zlewem i usiłował nabrać czerwonego płynu do szklanki. Krew to życie, sama istota życia, jak powiadają świadkowie Jehowy, jedni z największych „krwiopijców” pod słońcem, którzy zakazują transfuzji, ponieważ Biblię traktują literalnie. W mitologii prasłowiańskiej podaje się przykład, w którym Bóg Jessa tworzy pokolenia innych Bogów z krwi Trygława. Oto inne przykłady tych, których zwiemy dzikusami: Gilles de Rais (1404 – 1440), odpowiedzialny za 400 dzieciobójstw; Elżbieta Bathory (ok. 1560 – 1614), która podobno poderżnęła gardło ponad 650 młodym dziewczętom, a pewnego dnia wzięła kąpiel w świeżej krwi z 80 wieśniaczek.
gilles.de.raisGilles de Rais wyznał, że większą rozkosz sprawiało mu mordowanie dzieci, przyglądanie się odrywaniu ich główek i członków, picie ich krwi, niż cielesne obcowanie z nimi.  W 1435 roku zaczął eksperymentować z okultyzmem pod przewodnictwem Francesco Prelati’ego, który wmówił Rais, że może odzyskać roztrwoniony przez siebie majątek, poświęcając dzieci demonowi zwanemu „Barron”. Służący zwabiali młodych chłopców do majątku, gdzie Rais ich gwałcił, torturował i ranił, często masturbując się w pozycji siedzącej na ofierze. Dzieci zginęło 80 – 200, sugestie o 600 są przesadzone. Wiek 8 – 16 lat, obojga płci, choć Rais zdecydowanie wolał chłopców, podobnie, jak dyrygent chóru poznańskich „Słowików”, Wojciech Krollop, czy arcybiskup diecezji poznańskiej, Juliusz Paetz. W 1440 roku de Rais został skazany na śmierć za morderstwa, sodomię i herezję.
Erzsebeth Bathory (siostrzenica Stefana, króla Polski), maltretowała służące, by się nie starzeć… Pewnego razu poniekąd uderzyła w twarz tak mocno, że krew z nosa ofiary padła na lica hrabiny… i zmarszczki zniknęły. Anna Darvulia wykorzystała złudzenie, jako wiedźma z prawdziwego zdarzenia, i przekazała Elżbiecie starożytną mądrość. Potem sprawy przyjęły oczekiwany przez gawiedź obrót: Bathory pożerała służki żywcem, urządzała kąpiele lecznicze w wannie wypełnionej krwią (pomysł ten powinien zostać opatentowany we współczesnych sanatoriach z serii SPA), po czym została oskarżona o wampiryzm i czarnoksięstwo, bądź zdaniem innych, sprytnie w to wszystko wrobiona przez uroczego kuzyna, chrześcijanina, żądnego religijnej władzy, pieniędzy, który to właśnie w tym celu podrzucał pod jej posiadłość zwłoki kobiet w szczątkach.
Kontekstów niech dostarczą historia religii i mitologia, oto przykłady: pierwszym będzie Kingu, syn pramacierzy, Bogini Tiamat. Matka chciała go uczynić panem bogów, jednakże Marduk zwycięża moce świata podziemnego i Ea stwarza ludzi z krwi Kingu  (Ea – babiloński bóg mądrości i zaklęć, wielki artysta, „płodziciel”, kozłoryba, „król dobrej rady”, jego królestwem jest podziemny ocean wód słodkich ). Kolejnym niech będzie Venus (łac. pożądanie), staroitalska Bogini wiosny i ogrodów. Juliusz Cezar wprowadził kult Venus Genetrix (płodność). Następnie powierzono jej, pod imieniem Venus Cloacina, opiekę nad urządzeniami kanalizacyjnymi nad Forum Romanum („cloaca maxima”) . Następny przykład to Drude (gocki, nordycki, grecki – deptać), żeńskie istoty demoniczne, które trwożą człowieka we śnie… Drudenfus jest środkiem ochronnym przeciwko złym duchom, „stopa drudzka” to przecież inaczej pentagram…
Wróćmy zatem do naszego ukochanego Vikernesa, powróćmy doń rytem inicjacyjnym, albowiem po wbiciu noża w głowę ofiary, miał on wielki problem z wyciągnięciem tegoż sztućca z czaszki gitarzysty zespołu Mayhem. Otóż u Aborygenów w Australii, gdy jakiś chłopiec staje się zanadto niesforny, pewnego pięknego dnia przychodzą po niego mężczyźni; są nadzy, z wyjątkiem dołu tułowia przysłoniętego paskami skóry białego ptaka, które za pomocą własnej krwi nakleili sobie na ciele. Przychodzą w charakterze duchów. Chłopiec usiłuje szukać schronienia u matki, a ona musi udawać, że próbuje go bronić. Jednak mężczyźni zabierają go, odtąd matka jest już niepotrzebna, chłopiec nie może już wrócić do Matki, jest w innej strefie. Chłopców umieszcza się na świętym terenie mężczyzn, gdzie poddawani są ciężkim próbom – obrzezaniu, podcięciu moszny, muszą też napić się ludzkiej krwi. Tak jak w dzieciństwie pili mleko matek, tak teraz piją krew mężczyzn. Chłopiec wraca do wioski jako mężczyzna, tam wybrano mu już narzeczoną. Chłopca wyprowadzono z dzieciństwa, jego ciało poznaczono bliznami, poddano go obrzezaniu i podcięciu. Ma teraz ciało mężczyzny. Po całej tej imprezie nie ma już szans, aby z powrotem wskoczyć w skórę chłopczyka. W naszej kulturze możemy spotkać faceta 45 – letniego, który próbuje być posłuszny ojcu. Taki gość idzie do psychoanalityka, który wykonuje za niego robotę. W Nowej Gwinei, Papuasi wychodzą z dzieciństwa poprzez zabójstwo (Varg Vikernes!), picie krwi ofiary, niektóre plemiona odcinają głowy (Headhunters). Polowanie na głowy jest aktem świętym, zabijaniem uświęconym. Młody człowiek, nim otrzyma zezwolenie na małżeństwo i ojcostwo, musi udać się na łowy i kogoś zabić, upolować mężczyznę. Bez śmierci nie może być narodzin.
burzum_FilosofemPodobnie rzecz ma się z paleniem kościołów przez Skandynawów na początku lat 90-tych XX w., rytuał ten staje się aktem zemsty za stosy Wielkiej Inkwizycji, za zbrodnie chrześcijaństwa dokonane na starożytnych ludach Wikingów, jest to sardoniczny chwyt rodem z „Pisma nieświętego” Cavanny, równie prześmiewczy i ironiczny, co Latający Cyrk Monty Pythona, „Żywot Briana”, „Monty Python i św. Graal”, „The Meaning of Life” etc. Acz reprezentanci True Norwegian Black Metal czynili to nie tylko dla jaj. Myślę, że zabójstwo dokonane przez Vikernesa, był to mord rytualny, inicjacyjny, sygnalizujący opuszczenie dzieciństwa, czego dowodem niech będą dojrzałe płyty „Filosofem” (1996) i „Belus” (2010). Ofiara w takim wypadku traktowana jest zawsze instrumentalnie, jako pretekst (vide Rene Girard „Kozioł ofiarny”) – to tworzy sieć powiązań z postacią Raskolnikowa – zbrodnia jako sprawdzian, test, czy jest się pasożytem, wszą, czy też człowiekiem niezwykłym? (F. Dostojewski „Zbrodnia i kara”). Usprawiedliwieniem zabójcy jest jego metamorfoza po akcie z użyciem siekiery lub noża, swoiste dojrzewanie, dorastanie do trumny, refleksje i bliskość obłędu, przecież zamordowane siekierą kobiety były wrzodem na zdrowej tkance społeczeństwa, pryszczem, czyrakiem, którego należało wycisnąć i unicestwić („seek and destroy” – słynna metoda armii amerykańskiej, wykorzystywana w czasie potyczek z Indianami, w czasie wojny w Wietnamie, potem w Iraku i Afganistanie), przecież Euronymous był sukinsynem, tak to sobie tłumaczą mordercy początkowo… Sam Raskolnikow jest taki wrażliwy, inteligentny, błyskotliwy… niczym aniołek – cherubin o twarzy dziecka – Varg Vikernes. Jego fizjonomia przed i tuż po dokonaniu zabójstwa miała wiele wyrazów: dziewczęcy, zacięty, subtelny, tęskniący, natchniony, wręcz Chrystusowy, nazistowski, drwiący, niezrównoważony, głupkowaty – jednak skupiały się one w jeden rys – ryt narcystyczny. Po opuszczeniu więzienia Narcyz nabrał wody w usta, twarz poorana doświadczeniem, jak opisałby ją zapewne Dostojewski, pełna bruzd, zmarszczek, włos siwy i przerzedzony, pozostała tylko zaciętość i dojrzały ból, który mówi, że najwięcej światła znajdujemy w mroku, im ciemniej, tym jaśniej. To stara prawda, znana przez Lucyfera i fotografików (syndrom ciemni). Słońce rozproszone przez pryzmat gałęzi drzew w lesie, przez ich liście… „Belus”. Rozbicie empatii, czarna dziura w kosmosie początkowo wciąga jak bagno, potem wypluwa, żeby wessać jeszcze bardziej (Raskolnikow całuje Matkę Ziemię, Vikernes zaszywa się na wsi, w lesie, niańczy gromadkę dzieci, które spłodził na przepustkach), ponieważ przed swoją, swojsko śmierdzącą Naturą nie ma ucieczki. Podobnie jak przed Śmiercią i autodestrukcją. Mrok histerii narcystycznej, który starałem się opisać dużo wcześniej w pewnym eseju  , w przypadku Raskolnikowa ulega rozproszeniu. Ten nawrócony grzesznik, syn marnotrawny ma szansę całkowicie się odmienić (to jakaś fantasmagoria, końcówka powieści Dostojewskiego jest tak sterylna, jak, nie przymierzając, sztuczna szczęka). Rodion Romanowicz, po trzecim przywołaniu na własną prośbę przypowieści „O wskrzeszeniu Łazarza” przez Sonię Marmieładow, córkę alkoholika – samobójcy, która jako prostytutka pełni funkcję Chrystusa, przyznaje się do winy i oddaje dobrowolnie w ręce sędziego śledczego, Porfirego Pietrowicza, tym samym skazując siebie samego na lata katorgi syberyjskiej.
Piewca Mroku, Vikernes, po opuszczeniu więzienia, nagrywa album „Belus”, w tym samym studiu The Grieg Memorial Hall (pamięci Edvarda Griega), pod okiem tego samego producenta (Pytten), co w roku 1993, 17 lat wstecz. Wtedy to właśnie Varg uczestniczył w projekcie „De Mysteriis Dom Sathanas” grupy Mayhem, nagrał tam linię basu, a gitarzystą był Euronymous. W tym czasie Vikernes dokonał był zabójstwa. Warto mieć świadomość, na jaką katorgę psychiczną, rzeźnię pamięci, skazał siebie Varg z własnego wyboru. Być może dlatego powstała tak fantastyczna płyta, jak „Belus”, która przenosi mnie w świat „Obcego” Alberta Camusa: Mersault, po zabójstwie Araba na plaży (bo było bardzo gorąco, słońce oślepiało etc.), w celi śmierci, czekając na szafot, chce, by zgromadzona publiczność przed wykonaniem wyroku, powitała go okrzykami nienawiści, obrzuciła błotem wyzwisk, zgniłymi pomidorami i jajami, wtedy lżej mu będzie znieść ciężar braku łez na pogrzebie matki…
vikernesCzy zatem powiodło się zdetronizowanie Wielkiej Bogini? Czy Marduk doprawdy zdołał unicestwić Tiamat? Babka – stara Tiamat, Otchłań, Pramacierz wszystkiego, niewyczerpane źródło przybywa w kształcie wielkiej ryby. Kiedy otwiera paszczę, młody bóg Babilonu, zuch Marduk wysyła wiatr w jej gardło i ten wiatr rozdziera ją na kawałki, które Marduk jeszcze ćwiartuje na strzępki i formuje z nich niebo i ziemię. Rzecz w tym, że w starych mitologiach Matki – Boginie, bóstwa te, same były wszechświatem, tak więc wielki wyczyn stwórczy Marduka był nadprogramowy i bezpodstawny. On wcale nie musiał siekać jej na kawałki i robić z nich wszechświata, gdyż ona już była wszechświatem. Górę bierze jednak mit męsko zorientowany, a więc to on, Marduk (Jahwe, Mojżesz, Zeus, Chrystus, Budda, Allach, Mahomet) staje się – pozornie – stwórcą.  Mitologia jest sublimacją obrazu matki, na przykład w starożytnym Egipcie Matka – Niebo, Bogini Nut: w jednej ze świątyń na suficie postać Nut robi ogromne wrażenie, bo potrafi budzić lęk, a jednocześnie jest bardzo zmysłowa. Idea Bogini – narodziłeś się z matki, ale ojca możesz nie znać albo też on już nie żyje   (sic!). Bogini połyka słońce, połyka je na zachodzie a rodzi je na wschodzie . Protoplazma przez cały czas jest w ruchu, przelewa się, ma zdolność kształtowania – protoplazma w formie trawy jest pożerana przez protoplazmę w formie krowy, tam z kolei protoplazma w formie ptaka nurkuje po protoplazmę w formie ryby – fantastyczne odczucie zaglądania w jakąś Otchłań, z której wszystko się wynurzyło . Tiamat – Kali – Baphomet. Upaniszady: „Cudowne, jestem pokarmem, jestem zjadaczem pokarmu!” Jestem Naturą, a Natura jest mną. Fallus (Lingam – płodzący bóg) wnika w waginę (Joni) Bogini. Lingam – ośrodek woli mocy, panowania, sukcesu, podboju, ujarzmienia, miażdżenia i deptania innych – agresja .
To dlatego, że Pan wybił wszystko, co pierworodne w ziemi egipskiej, zostało ustanowione święto Wielkiej Nocy. To dlatego, że Herod zabił wszystkie noworodki w Betlejem, będzie żyło dzieciątko Jezus . Coś za coś, judeochrześcijański merkantylizm zawsze zakładał miliony kozłów ofiarnych, czyli niewinnych istot. Oto wymowny dowód, świetna interpretacja piątego przykazania dekalogu „Nie zabijaj”, w następnym rozdziale ST czytamy: „Idź do Kanaanu i zabij wszystkich, którzy tam są.” Jak widać, mamy do czynienia z patriotyzmem lokalnym, szowinizmem (gentilis – niewierny, goj – osoba nie należąca do tego samego porządku). Teraz możemy sobie wyobrazić, co czuł Vikernes, chcąc opuścić dzieciństwo raz a dobrze, chcąc wytrącić z równowagi postawę roszczeniową, myślenie życzeniowe, charakterystyczne dla fazy edypalnej, która rozpatruje religię po Freudowsku, Lacanowsku, religię na zasadzie substytutu jako stosunek do ojca . Chęć zgładzenia ojca  (tego zrobić nie mógł), spowodowała zabójstwo Euronymousa, swoiste wyjście z dzieciństwa, jak w Papui Nowej Gwinei. Akt zemsty za krzywdę matki, niech krew ojca wypiją ruchome piaski, niech potem trąba powietrzna puści ją w wir, ruch kolisty, karawanę planet, pijany taniec, niech tajfun czyni cuda na pustyni… A Kobieta, Matka, niech odejdzie spokojnie w Las, wraz ze zwierzętami… I powije „Sono L’ Antichristo” (Diamanda Galas).

[Jarosław Błahy – notka o autorze]

Przypisy / bibliografia:

1.    J. Campbell, Potęga mitu, przeł. I. Kania, Kraków 1994, s.81.
2.    J. J. Bachofen, Matriarchat. Studium na temat ginajkokracji świata starożytnego podług natury religijnej i prawnej, przeł. R. Reszke, Warszawa 2007.
3.    J. Campbell, Potęga mitu, op. cit., s. 269.
4.    M. Lurker, Leksykon bóstw i demonów, przeł. J. Prokopiuk, R. Stiller, Warszawa 1999, s. 17-18.
5.    Ibidem, s. 19-20.
6.    Ibidem, s. 38.
7.    Ibidem, s. 51.
8.    Ibidem, s. 52.
9.    Ibidem, s. 78-79.
10.    Ibidem, s. 112.
11.    Ibidem, s. 159.
12.    Cavanna, Pismo nieświęte. Czyli przygody Boga i małego Jezuska, przeł. P. i E. Knothe, Warszawa 1993, s. 187.
13.    J. Campbell, Potęga mitu, op. cit., s.81.
14.    M. Lurker, Leksykon…, op. cit., s.225.
15.    M. Rudwin, Diabeł w legendzie i literaturze, przeł. J. Illg, Kraków 1999, s.119.
16.    J. Gondowicz, Magiczna bogini ciała, Konteksty 2010 nr 1, s.95-105.
17.    D. M. Buss, Morderca za ścianą, przeł. A. Nowak, Gdańsk 2007.
18.    J. – P. Roux, Krew. Mity, symbole, rzeczywistość, przeł. M. Perek, Kraków 1994, s.258.
19.    Ibidem, s. 305 – 306.
20.    R. Przybylski, Pustelnicy i demony, Kraków 1994, s. 167.
21.    J. – P. Roux, op. cit., s. 309 – 311.
22.    Ibidem, s. 242.
23.    Ibidem, s. 298.
24.    Ibidem, s. 299.
25.    Ibidem, s. 307.
26.    Ibidem, s. 308.
27.    Ibidem, s. 309.
28.    J. Campbell, op. cit., s. 123.
29.    J. – P. Roux, op. cit., s. 28 – 29.
30.    Ibidem, s. 42.
31.    M. Lurker, Leksykon bóstw i demonów, op. cit., s. 143.
32.    Ibidem, s. 84.
33.    Ibidem, s. 269.
34.    Ibidem, s. 81.
35.    J. Campbell, Potęga mitu, op. cit., s. 135.
36.    J. Błahy, Histeria narcystyczna, „[fo:pa]” 2008, nr 17, s. 28 – 33.
37.    J. Campbell, Potęga mitu, op. cit., s. 266.
38.    Ibidem, s. 260.
39.    Ibidem, s. 263.
40.    Ibidem, s. 264.
41.    Ibidem, s. 271.
42.    J. – P. Roux, Krew. Mity, symbole, rzeczywistość, op. cit., s. 218.
43.    J. Lacan, Funkcja i pole mówienia i mowy w psychoanalizie, przeł. B. Gorczyca i W. Grajewski, Warszawa 1996, s. 52.

Raport z Ameryki Południowej

Ameryka Południowa to dla nas bardzo odległy i nieznany zakątek. Cechuje go piękno krajobrazów, egzotyczna kultura, gorąca mentalność ludzi. Jednak oprócz tych aspektów należy zwrócić również uwagę na prężnie rozwijającą się scenę metalową, która dorównuje naszej europejskiej pod wieloma względami.

Zespoły z tamtego kontynentu charakteryzuje ambicja, jasno wytyczone cele, determinacja, a przede wszystkim wielki szacunek dla fanów.

Każda kapela z Ameryki Południowej marzy o zdobyciu europejskiego rynku. Przy takim ogromnym zaangażowaniu, z tak bardzo pozytywnym nastawieniem z pewnością ten cel zostanie osiągnięty!

Przedstawiam kilka grup, które wydają mi się szczególnie warte zaprezentowania. Życzę im powodzenia w dalszej działalności i promocji oraz zrealizowania wszystkich planów. Oby ich muzyka bez przeszkód dotarła do Europy, znajdując tu wielu odbiorców oraz sympatyków:-).

 

savages.torment_logo

SAVAGE’S TORMENT

(Kolumbia, death metal)

Kolumbijska kapela SAVAGE’S TORMENT powstała w 2005. Na swym koncie ma jedną płytę z roku 2010, „Eschatology”, która zawiera osiem utworów. Swoją muzykę określa jako techniczny death metal. Zespół cieszy się dużą popularnością wśród kolumbijskich maniaków, jego koncerty są licznie oblegane. Niewątpliwie najbardziej aktywną postacią w grupie jest wokalista Andres, który po wyjściu na scenę roztacza niezaprzeczalną charyzmę:-). Jest posiadaczem najdłuższych włosów, jakie miałam okazję podziwiać:-). Teksty utworów SAVAGE’S TORMENT nawiązują do błędów popełnianych przez społeczeństwo – zbytniego przywiązania do materializmu, zatracenia duchowości. Kapela kultywuje uzyskanie równowagi pomiędzy sferą fizyczną i duchową. Stara się zrównoważyć styl życia z elementami natury takimi jak ogień, woda, światło, ciemność.

savages.torment_foto


Największy sukces:

Otrzymywanie wsparcia od naszych fanów na każdym kroku i na każdym koncercie. Obserwowanie, jak z każdym dniem kapela bardziej się rozwija.

Recepta na udany koncert:

Solidne i maksymalne przygotowanie się do występu, dopracowanie wszystkich szczegółów, dbanie o wysoki poziom techniczny.

Plany i marzenia:

Nasze marzenia są raczej przyziemne: zagranie wielu koncertów, trasy poza granicami naszego kraju, nagrywanie klipów.

Thy.Symphony_logo

 

THY SYMPHONY

(Brazylia, symfoniczny power metal)

Brazylijski zespół THY SYMPHONY powstał w 2001. Tworzy oryginalną muzykę będącą mieszanką różnych wpływów, m.in. muzyki klasycznej, heavy metalu i elementów orkiestrowych. W 2003 grupa nagrała pierwsze demo „Darkness End”, które było rozprowadzane przez brazylijskie dystrybucje. Wydaniem tego materiału była zainteresowana Megahard Records, jednak na skutek komplikacji wytwórnia ta nie wywiązała się ze swoich obietnic. Po zmianach w składzie kapela przygotowała drugi materiał, bardziej dojrzały i cięższy. Został on nagrany w 2008. Nosi nazwę „Harmonizing The World”. Jeden utwór z tego materiału został wydany na kompilacji Hell Of Fire, sponsorowanej przez Nuclear Blast. W 2009 THY SYMPHONY podpisał kontrakt z grecką wytwórnią Sleaszy Rider na wydanie debiutanckiego albumu.

Thy.Symphony_foto

Recepta na udany koncert:

Wiele prób i dobry sprzęt.

Plany i marzenia:

Pragniemy, aby nasz materiał dotarł do Europy, aby przetarł szlaki, tak jak udało się to kapeli SEPULTURA:-). Chcemy być zauważeni i docenieni na światowej scenie.

austpex_logo

 

 

AUSTPEX

(Chile, death/black/doom metal)

 

AUSTPEX powstał w 2007 w Chile. Twórczość zespołu oscyluje w klimacie death, black, doom metalu z dużym uwzględnieniem elementów narodowego folkloru. Uroku muzyce dodają potężne, melodyjne riffy z dużą dawką basu. Utwory naładowane są emocjami wściekłości i rozczarowania:-). Pierwsze i jedyne jak do tej pory demo grupy („Austpex”) zostało nagrane w 2009, zawiera dwa utwory. Kapela przymierza się do nagrania całego albumu. Póki co dużo koncertuje, z każdym dniem zdobywając uznanie coraz większej ilości fanów.

austpex_band

Największy sukces:

Liczne zaproszenia do audycji radiowych i prezentacja muzyki w zagranicznych stacjach.

Recepta na udany koncert:

Pełna mobilizacja wszystkich sił. Do tego dobre nagłośnienie i aktywna publiczność.

Plany i marzenia:

Przede wszystkim nagranie płyty i liczne trasy koncertowe.

arsenal_logo

 

ARSENAL

(Peru, thrash metal)

ARSENAL pochodzi z Peru, jego korzenie sięgają roku 1997. Od 2000 zaczął występować na największych metalowych festiwalach w swoim kraju. Został również nominowany do tytułu najlepszego zespołu roku 2001. Pierwsza płyta „Resistiendo” została wydana w 2007. Zyskała ona wiele pozytywnych recenzji, szczególnie w angielskiej wersji „Metal Hammera”. W 2008 ARSENAL zagrał przed SODOM i DESTRUCTION, a w 2010 r. Dave Moustaine wybrał tę grupę jako support dla MEGADEATH. Obecnie ARSENAL pracuje nad drugim albumem, który ukaże się w roku 2011. Inspiracją dla Peruwiańczyków są dokonania takich zespłów jak: METALLICA, MEGADETH, SLAYER, PANTERA.

arsenal_foto

Największy sukces:

Zagranie przed MEGADEATH. To było nasze marzenie i jesteśmy szczęśliwi, że się spełniło.

Recepta na udany koncert:

Nie mamy jednego przepisu na dobry koncert, ale za najważniejszą kwestię uważamy zagranie koncertu w sposób dynamiczny, aby emanowała z niego potężna energia.

Plany i marzenia:

Naszym największym marzeniem jest światowa trasa, dotarcie do jak największej liczby fanów i pozyskanie ich szacunku.

El.Loco.Cervantes_logo

EL LOCO CERVANTES

(Peru, heavy metal / hard rock)

 

EL LOCO CERVANTES to peruwiański wokalista z ponad 20-letnim stażem oraz ogromnym muzycznym dorobkiem! Już jako 14-latek śpiewał covery AC/DC. Ma niesamowity głos, a oprócz śpiewania zajmuje się również komponowaniem utworów i pisaniem tekstów. Przez ponad 20 lat działalności muzyka, jaką tworzy, bazuje na stylistyce heavy metalu i hard rocka. EL LOCO CERVANTES śpiewał w wielu kapelach, takich jak HISTERYA, SLAUGHTER, ASTAROTH. Jednak największym powodzeniem cieszył się będąc przez wiele lat wokalistą bardzo znanego i cenionego, thrashowego zespołu M.A.S.A.C.R.E. oraz LOCOCERVANTES – starej heavy metalowej formacji, która w Peru ma taki status jak KAT w Polsce. Obecnie występuje jako samodzielny wokalista, jednak nadal udziela się w wielu projektach, m.in. w grupie MIDAS. Cieszy się dużym szacunkiem fanów w całym Peru. Jego koncerty emanują charyzmą i zawsze przyciągają całe rzesze jego wielbicieli.

El.Loco.Cervantes_photo

Największy sukces:

Zdobycie uznania i szacunku tak wielu fanów.

Recepta na udany koncert:

Show pełen energii, całkowite zaangażowanie się, no i dobra promocja koncertu:-).

Plany i marzenia:

Zagranie jako support IRON MAIDEN. Ta kapela zagra w Limie w marcu 2011 i jest duża szansa na spełnienie tego marzenia. Poza tym dotarcie z muzyką do Europy, szczególnie do Polski:-). Pozyskanie kolejnych wiernych fanów! Nagranie kolejnych albumów w języku angielskim.

dezember.012_logo

DEZEMBER 012

(Argentyna, death/black/dark/industrial metal)

W 2009 w Argentynie została założona grupa DEZEMBER 012. Początkowo w jej skład wchodziło tylko trzech członków. Pod koniec pierwszego roku działalności kapelę zasiliło jeszcze dwóch muzyków. Wszyscy są młodzi, ale za to bardzo zaangażowani i pełni pozytywnego nastawienia. Jak można przeczytać na profilu MySpace zespołu, DEZEMBER 012 powstał dla idei wzbudzenia ludzkiego sumienia wobec duchowego chaosu, który sprawia, że ludzie są przyklejeni do materializmu – muzyka tej grupy jest więc przejawem walki z wszelkimi plagami, które atakują ludzką duchowość. Stylistycznie bazuje na death, black, dark i industrial. Obecnie DEZEMBER 012 skupia się na promocji swojej pierwszej EPki „Inject The Shock”.

dezember.012_foto

Największy sukces:

To, że jesteśmy doceniani w naszym kraju jako pionierzy awangardowego kierunku muzycznego.

Recepta na udany koncert:

Energia i duże zaangażowanie muzyków.

Plany i marzenia:

Dotrzeć z muzyką do Europy!

gonetica_logo

GENETICA

(Argentyna, groove metal)

Grupa GENETICA zajmuje bardzo silną pozycję na argentyńskiej scenie metalowej. Od momentu powstania koncertowała z renomowanymi i znanymi kapelami. Zasłynęła za sprawą charyzmatycznego wokalisty, z niezwykle energetycznych i żywiołowych koncertów. Zespół został założony w 1998, a rok później pierwsze przygotował demo z dwoma utworami („Reality” i „Never”). W 2003 wydał pierwszy album pt. „Genetica”, który zawierał dwanaście utworów. Promocja materiału objęła kilka dużych tras koncertowych, jedna z nich była hołdem dla PANTERY, która niewątpliwie jest inspiracją dla Argentyńczyków. W 2006 grupa nagrała kolejną płytę „Golpe Maldito”. Dwa lata później, w rocznicę 10-lecia działalności, kapela wydała EPkę „Genetica 10 Years”. Obecnie GENETICA przygotowuje się do nagrania kolejnego materiału.

genetica_band

Największy sukces:

GENETICA istnieje już 12 lat, nagrała dwa albumy, dużo koncertowała w kraju i poza nim. Dokonanie tego jest  dla nas niewątpliwie sukcesem.

Recepta na udany koncert:

Udany koncert zapewnia ogromny ładunek energii, którą należy przekazać publiczności.

Plany i marzenia:

Naszym marzeniem jest kontynuowanie działalności i zdobywanie nowych fanów.

Ewa (Dark`s Angel Promotion:-)) – darkangelprom@poczta.fm

REQUIEM: „Within Darkened Disorder”

requiem_logo

REQUIEM to szwajcarski przedstawiciel starej szkoły death metalowej.

Zespół został założony w 1997 roku z inicjatywy Phila Klausera (gitary), Ralpha Inderbitzina (gitary) oraz Rogera Kradolfera (perkusja). Pomimo pewnych roszad związanych ze składem, przez szereg lat, grupa tworzyła brutalną i bezkompromisową muzykę, nie ulegając przy tym żadnym nowym trendom. Poprzez powyższą tendencję, Szwajcarzy wyrobili sobie bardzo dobrą opinię wśród fanów gatunku. Stali się rozpoznawalni, jako ostoja i silna forteca podziemnej muzyki ekstremalnej.

Dotychczas muzyczny dorobek REQUIEM składa się pięciu albumów:

„Nameless Grave” (2001), „Formed At Birth” (2003), „Government Denies Knowledge” (2006), „Premier Killing League” (2007), „Infiltrate… Obliterate… Dominate…” (2009).

Pełni negatywnych emocji, nie dali długo czekać swym fanom na nowe wydawnictwo. „Within Darkened Disorder” to najświeższy krążek grajków z REQUIEM, który ukazał się oficjalnie 6 maja 2011 roku, nakładem niemieckiej wytwórni Twilight-Vertrieb.

Requiem_Band_2011

Reto Crola (perkusja), Ralf Winzer Garcia (wokal/bas), Phil Klauser (gitary)

Materiał zawarty na wydawnictwie z 2011 roku został nagrany w niemieckim Stage-One-Studio (w miejscowości Bühne). „Within Darkened Disorder” to album, który zespół zarejestrował w nieco zmienionym składzie. Osobą odpowiedzialną za linie melodyczne gitar został założyciel bandu Phil Klauser. Jako wokalistę i gitarzystę basowego zaangażowano Ralfa Winzera Garcia. Za zestawem perkusyjnym zasiadł natomiast Reto Crola. Pierwsze ślady bębnów oraz gitar na najnowszą płytę zostały nagrane już w grudniu 2010 roku. Grupa zaangażowała ponadto uznanego niemieckiego inżyniera dźwięku, Andy`ego Classena, którego znamy ze współpracy z m.in. holenderską death/doom metalową grupą ASPHYX, austriackim BELPHERGORem czy włoskim GRAVEWORM. Album składa się z dziesięciu kompozycji. Całość zamyka się w 45 minutach.

REQUIEM „Within Darkened Disorder”

 Requiem__Within.Darkened.Disorder
Lista utworów:

1. I Am Legion

2. Vicious Deception

3. Purified In Flames

4. Omnivore

5. The Plague Without A Face

6. Echoes Of War

7. Symbol Of Nine

8. Feed The Greed

9. Solemn Sacrifice

10. Within Darkened Disorder

Płyta „Within Darkened Disorder” rozpoczyna się miażdżącym uderzeniem w postaci czterominutowego hymnu „I Am Legion”, będącego w swej formie zaiste zabójczą mieszanką. Utwór przesycony jest brutalnością i agresją. Dominują w nim głównie bardzo szybkie partie gitar rytmicznych, przeplatane na przemian z perfekcyjnie i precyzyjnie wykonywanymi blastami oraz potężnie zawodzącym growlem. Dźwięki płynące z „Legionu” z minuty na minutę coraz to boleśniej odciskają swe piętno na naszej świadomości. Gdy nagle następuje nieoczekiwana zmiana tempa, doznajemy wytchnienia, by po chwili znów powrócić na wcześniej obraną ścieżkę morderczego przyspieszenia. Ten schemat budowy utworu powtarza się w dużej mierze w następnych kompozycjach na albumie. REQUIEM zasypuje nas zewsząd wzmożoną dawką ciężkich i „old schoolowych” riffów, powodując przy tym wzmożone bicie serca. Z utworu na utwór utwierdzamy się w przekonaniu, iż stwierdzenie „The real spirit of 90’s US Death Metal!!!” pasuje tutaj doskonale. Zespół zawzięcie brnie do przodu, nie bacząc na żadne przeciwności. Bez najmniejszego potknięcia, czy też zawahania, REQUIEM serwuje kolejne porcje złowieszczej muzyki. I tak dochodzimy do czwartego utworu na płycie – „Omnivore”, który również jest utrzymany w deathowej stylistyce, wydaje się jednak kompozycją bardziej melodyjną i klimatyczną. Następnie pod ciężarem nisko nastrojonych gitar przychodzi nam dalej kroczyć do wcześniej już obranego celu. Każde kolejne takty następnych kompozycji wzmagają w nas coraz większy niepokój. Słychać przy tym także, iż szwajcarscy muzycy hołdują starym zasadom death metalowego rzemiosła. Na „Within Darkened Disorder” nie uświadczymy żadnych efektownych popisów technicznych, skomplikowanych zagrywek gitarowych czy „kosmicznych” solówek. Nacisk jest kładziony przede wszystkim na stworzenie odpowiedniego, siarczystego klimatu. Nie da się ukryć, że muzyka prezentowana przez REQUIEM nie jest zbyt nowatorska ani odkrywcza. Nie zmienia to jednak faktu, że „Within Darkened Disorder” to po prostu kawał dobrego grania. I tak poprzez „Echa Wojny” oraz „Feed to Greed” dochodzimy do przedostatniego kawałka na płycie. „Solemn Sacrifice”, bo taką ma on nazwę, rozpoczyna się w wolniejszym tempie, niż poprzednicy. Oczywiście i w tym wypadku jesteśmy świadkami powtórzenia zabiegów muzycznych znanych nam już ze wcześniejszych utworów. Nagłe przyspieszenie, gęsta linia rytmiczna perkusji, natłok riffów rodem z dobrze wszystkim znanej, starej szkoły. Znużeni natłokiem jednostajnego i ciężkiego grania w końcu osiągamy ostatni dłuższy przystanek podczas tej podróży. Finalną kompozycją na płycie jest utwór nawiązujący tytułem do nazwy albumu – „Within Darkened Disorder”. Został on poprzedzony krótkim samplem, którego nie podejmę się interpretować, gdyż odgłosy, które mamy możliwość usłyszeć, każdej osobie mogą przypominać coś innego. W każdym razie na pewno jest to jakieś urozmaicenie. Później historia znowu się powtarza – szybkie tempo, precyzyjne blasty, potężny wokal, zwolnienie i dawaj od nowa. A na końcu, tak samo jak na początku, uraczono nas niedługim samplem – tym razem bez zawahania stwierdzam, iż jest to posępnie wiejący wiatr.

Zdecydowanie trzeba pochwalić płytę „Within Darkened Disorder” za bardzo dobre brzmienie. Andy Classen potwierdził swe wysokie umiejętności, ustawiając naprawdę potężny i miażdżący sound. Nie ma tutaj nadmiernego upiększania, jednakże wszystkie niuanse są dobrze słyszalne. Podoba mi się również (pod tym samym względem) brzmienie zestawu perkusyjnego. Wokale są bardzo dobrze zestawione i wypośrodkowane z głośnością ścieżek instrumentów, co też zachęca do przesłuchania tego albumu. Podoba mi się również szata graficzna zdobiąca płytę. Jest ona efektem pracy Dana Seagrave. Okłada w pełni odzwierciedla muzyczną zawartość albumu – dominacja chaosu, wojennego klimatu oraz głębokich emocji z otchłani naszej duszy.

Podsumowując, uważam, że „Within Darkened Disorder” to pozycja warta uwagi. Polecam ją przede wszystkim osobom lubującym się w tego typu stylistyce. Jak już wspomniałem, muzyka REQUIEM nie jest specjalnie nowatorska, jednakże nie takie było zamierzenie jej twórców. Phil Klauser i spółka postanowili stworzyć brutalny materiał nawiązujący do amerykańskiej sceny death metalowej lat 90-tych ubiegłego wieku. Jednego możemy być pewni – z pewnością wykonali swoje zadanie w 100%. Płyta emanuje swoistą brutalnością i przytłacza ciężkim brzmieniem (przy tej okazji raz jeszcze wielkie ukłony w stronę A. Classena!). Muszę stwierdzić, że przyjemnie słuchało mi się tego wydawnictwa, pomimo pewnej powtarzalności i jednostajności.

 

[Adam Dzwonnik]

Requiem, www.requiem-net.com, www.myspace.com/requiemdeathmetal

Krzysztof T. Dąbrowski: Moje Ciało?

I

Tak bardzo chciałbym umrzeć. Nie istnieć. Marzę o tym by Moje Ciało było wreszcie martwe, niezależnie od tego co się będzie dalej działo z mą duszą. Pewnie myślicie, że zwariowałem. Zastanawiacie się, jak można pragnąć własnej śmierci? A jednak zapewniam was – TAK, MOŻNA! Mogę się założyć o wszystko, że gdybyście byli w mojej sytuacji pragnęlibyście dokładnie tego samego. Byłoby to największym marzeniem waszego życia. Nie wierzycie? To posłuchajcie teraz mojej historii. Opiszę wam jedną z wielu koszmarnych nocy. Opowiem ze szczegółami co się wtedy dzieje…

II

Moje Ciało wstaje. Jest noc, nic nie widzę. Chciałbym jeszcze pospać, ale nie mogę bo ono postanowiło zwlec się z łóżka. Dobrze wiem w jakim celu i za to właśnie go nienawidzę. Zresztą, czy ciało to w takiej sytuacji nadal jest moje? Zmierza właśnie do lodówki aby się pożywić, a ja nie mam nad nim żadnej kontroli. Widzę swoją rękę otwierającą plastikowe drzwiczki,wyciągającą ochłap mięsa. To tylko moja ręka, lecz nie ja. Ona robi to sama z siebie. Nie pytając mnie o zgodę, bierze mięso i wpycha je do moich ust. Jestem jak więzień, utknąłem w tej powłoce cielesnej, która poddaje mnie najróżniejszym torturom, zarówno fizycznym jak i psychicznym. Przeżuwam to paskudztwo – jest obrzydliwe, przesiąknięte krwią. Czuję jej metaliczny smak. Chce mi się rzygać, ale tego też nie mogę zrobić. Tak bardzo bym pragnął jeść coś innego, cokolwiek – nawet papka ryżowa, której w dzieciństwie nienawidziłem byłaby teraz jak wykwintny deser! Przełykam. Czuję jak ohydna masa przesuwa się coraz niżej. Ociera się o krtań, a za kilka chwil wypełni mój (nie-mój) żołądek. Czasami nawet próbuję nie myśleć o tym, wyobrażać sobie, że jem coś zupełnie innego, lecz niestety niezbyt mi to wychodzi.

Kątem oka zauważam zegar, jest piętnaście po pierwszej. Ciało znowu ruszy na łowy – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Używając moich dłoni ubiera się, bierze kluczyki do samochodu, buteleczkę z eterem, watę i nóż – a ja mogę tylko patrzeć. Wiem, że dziś w nocy zginie kolejna kobieta… i nie mogę nic zrobić by temu zapobiec!

Owszem, od czasu do czasu przejmowałem kontrolę nad swym ciałem, ale było to tylko wtedy gdy zezwoliło mi na to, To Coś. Właśnie – TO COŚ – a czym to jest nie mam pojęcia; obawiam się, że zostałem opętany przez ducha lub coś jeszcze gorszego.

Myślę, że nie ma nikogo, kto byłby w stanie mi pomóc. Pewnie zastanawiacie się dlaczego nie popełniłem samobójstwa by powstrzymać mordercze zapędy mego ciała. Wyobraźcie sobie, że próbowałem, starałem się z tym walczyć. Bywało tak, że wybiegałem z domu z zamiarem udania się na najbliższy komisariat. Zawsze koniec był taki sam – nogi (MOJE NOGI!) odmawiały posłuszeństwa i już po kilku krokach traciłem w nich czucie. Me ciało maszerowało z powrotem, do domu. Z punktu widzenia postronnego obserwatora musiało to wyglądać bardzo zabawnie – facet, w płaszczu narzuconym luźno na piżamę, biegnie potykając się o własne nogi; nagle zatrzymuje się, jakby zaliczył zderzenie z niewidzialną ścianą, po czym wykonuje gwałtowny zwrot w tył i spokojnym już krokiem idzie w drugą stronę. Musiało to wyglądać przekomicznie; mnie jednak wcale nie było do śmiechu.

Po kilku takich daremnych próbach postanowiłem targnąć się na własne życie. Miałem wrażenie, że uda mi się to zaskoczyć. Błyskawicznie sięgnąłem po nóż, z zamiarem wbicia go w klatkę piersiową. Niestety, byłem cały czas kontrolowany. Chwile pozornej wolności były tak naprawdę tym samym, czym dla więźnia jest wyjście na spacerniak; wcale nie staje się on wtedy wolnym człowiekiem. Moja ręka jakby skamieniała, w ułamku sekundy, dosłownie nie byłem w stanie nią poruszyć. Ostrze było zaledwie kilka centymetrów od skóry. Tak mało brakowało…

Jedziemy samochodem – Moje Ciało i ja. Przemierzamy, oświetlone mdłym światłem, opustoszałe ulice. Gdzieniegdzie trafiają się grupki podpitej młodzieży wracającej z imprezy. Od czasu do czasu widzę kogoś samotnie wracającego do domu – tej nocy przeżyje – ciało nigdy nie atakuje w centrum miasta; ono jest cwane i nie chce żadnych przypadkowych świadków.

Zaczyna lekko padać. wycieraczki poruszają się leniwie z jednostajnym zgrzytem. Jest mi strasznie smutno. Boję się. Krzyczę w mym ciele, lecz ono niewzruszone siedzi spokojnie i kręci tą pieprzoną kierownicą. Auto pokonuje kolejne zakręty – grzecznie, bez pośpiechu, zgodnie z przepisami choć o tej porze jest nikłe prawdopodobieństwo tego, że zostanie zatrzymane do kontroli.

Nawet gdyby się trafił patrol i upierdliwy gliniarz, który przyczepiłby się o coś, to i tak To Coś by z tego wybrnęło. Jest piekielnie inteligentne – wiele razy zdarzało się, że potrafiło załatwić sprawy z pozoru nie do załatwienia.

Wyjechaliśmy na przedmieścia. Ruch jest praktycznie zerowy – od czasu do czasu przejedzie tylko rozklekotany nocny autobus i to wszystko. Ciało się cieszy. Widzę w lusterku swą uśmiechniętą gębę. Im więcej czasu upływa, od chwili gdy to wszystko się zaczęło, tym bardziej jej nienawidzę. To już nie jest moja twarz – to ohydna morda bezwzględnego mordercy. Przez to wszystko co się dzieje coraz mniej identyfikuję się ze swoim ciałem. Z dnia na dzień jest mi ono bardziej obce.

A wszystko zaczęło się w dniu moich trzydziestych trzecich urodzin. Przez cały dzień czułem się jakoś tak nieswojo – wtedy myślałem, że to może atak przygnębienia, w końcu miesiąc wcześniej zostawiła mnie dziewczyna (po pięciu latach)!

Ech, piękna była… proste, długie blond włosy, gdzieniegdzie nieco ciemniejsze ale generalnie koloru świeżego siana. Twarz miała delikatną, prawie dziewczęcą; nie wyglądała na trzydzieści lat. Była zgrabną, długonogą kobietą z krągłym pełnym biustem – za takimi większość samców ogląda się niemalże odruchowo, nie bacząc na to, że za chwilę mogą dostać w twarz od swojej rozwścieczonej samiczki. Na dodatek miałem wrażenie, że mamy bardzo podobne charaktery i przez to idealnie do siebie pasujemy. Tak, dziewczyna była jak marzenie – po prostu cud, miód, orzeszki! BYŁA.

To co mnie dręczyło tego feralnego dnia nie było jednak przygnębieniem. Wtedy tego nie rozpoznałem, lecz teraz wiem, że było to podskórne, niesprecyzowane wrażenie czyjejś obecności. Byłem sam, a jednak czułem się jakbym miał jakiegoś nieproszonego, niewidzialnego gościa. Pewnie każdy z was czasami tak ma. Być może w takiej właśnie chwili, gdy wydaje wam się, że ktoś stoi za waszymi plecami; po tym jak się odwrócicie i nikogo nie zobaczycie (uznając to przeczucie za wymysł waszej fantazji) – być może okaże się, że za wami NAPRAWDĘ czai się jakaś niewidzialna istota, demon lub duch. Całkiem możliwe, że rozważa przejęcie waszego ciała w swe władanie – że chce was OPĘTAĆ!

To zaatakowało w nocy, gdy już prawie spałem – poczułem nagły, silny ucisk na piersi, a potem stwierdziłem, że jestem sparaliżowany. Bałem się jak jasna cholera! Wtedy jeszcze miałem nadzieję, że to może paraliż przysenny, zaś w najgorszych przypuszczeniach uznałem, iż być może właśnie dostałem zawału i za chwilę umrę. Okazało się jednak, że mogą człowieka spotkać gorsze rzeczy niż WŁASNA ŚMIERĆ!

Samochód parkuje na pustym nie oświetlonym parkingu. Z jednej strony jest ulica, dalej zajezdnia autobusowa, za nią niewielki osiedlowy stadion i leżące w oddali blokowisko (bezpieczna odległość); z drugiej rozciąga się las, koło którego przebiega wąska ścieżka. Prowadzi ona do znajdującego się nieco dalej osiedla domków jednorodzinnych.

Ciało wysiada i widzę, że zmierza w kierunku nieprzeniknionych ciemności, Idzie do lasu. Sam nigdy bym tam nie poszedł. Bałbym się tego na co mógłbym się tam natknąć; wściekłych psów, bandziorów czy agresywnych pijaków. Nawet jakby nie było tam żywej duszy to i tak miałbym pietra. Trawiłby mnie lęk metafizyczny. Lękałbym się bytów bezcielesnych – wierzę, że nasz świat i ten drugi, duchowy, przenikają się nawzajem. I nieważne, że moje myślenie byłoby irracjonalne – bo przecież taki błąkający się po tym świecie duch mógłby równie dobrze nawiedzić mnie podczas pięknego słonecznego dnia co i nocą w ciemnym lesie – reagowałbym tak jak większość ludzi. Przerażałby nieprzenikniony mrok nocy i to co może on skrywać. Taka pierwotna fobia.

Teraz zaś kucam ukryty w krzakach, za plecami mam czerń lasu. Nadal się boję. Lęk ten przeplata się z nadzieją, że może coś mnie zaatakuje i zabije to cholerne ciało, że zostanę uwolniony. Moje oczy obserwują ścieżkę. Ma powłoka cielesna czai się jak drapieżnik w oczekiwaniu na zbliżającą się ofiarę. Czasami zadaję sobie pytanie – czy ten potwór, w którym bije moje serce to tylko opętany człowiek, czy też może ja jestem obłąkany, chory psychicznie, a z choroby tej wynika niemożność kontrolowania siebie i swych czynów.

Słyszę kroki. To Coś je słyszy! Boję się i jednocześnie modlę o to, by był to mężczyzna, by dziś nie było żadnej ofiary. Niestety to kobieta. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie jest blondynką o delikatnej dziewczęcej twarzyczce i nie przypomina mojej byłej – a głównie w takich gustuje To Coś! A swoją drogą czy to naprawdę był mój wybór? A może To Coś mieszkało WE MNIE od czasu mych narodzin i podejmowało ZA MNIE najważniejsze życiowe decyzje? Może nigdy tak naprawdę nie miałem wolnej woli? Czyżbym był tylko nosicielem Tego Czegoś?

Moje najgorsze obawy spełniają się – to młoda nastolatka, filigranowa blondynka. W świetle księżyca ja i ciało widzimy, że ma delikatne rysy twarzy. To już jej koniec. Mogę bluzgać na To Coś. Mogę błagać. Grozić. Modlić się. Mogę się nie wiem jak wytężać by To powstrzymać. Wszystko na nic. Ciało podbiega do dziewczyny i MOJĄ DŁONIĄ przyciska do jej twarzy watkę nasączoną eterem. Nastolatka wypręża się, sztywnieje, trwa tak przez chwilę po czym wiotczeje. Nóż okazał się tym razem zbędny. Czuję zapach tandetnych perfum, wymieszany z alkoholowo-papierosianym smrodkiem. Taszczę ją w kierunku samochodu. Po kilku chwilach związana i zakneblowana ląduje w bagażniku. Nie ma najmniejszych szans – umrze jeszcze tej nocy. Jestem zrozpaczony a moja (nie-moja) twarz uśmiecha się od ucha do ucha. Ciału poszło jak z płatka. Ciału albo Temu Czemuś – sam nie wiem jak mam To nazywać i szczerze mówiąc wisi mi to, bo co to ma za znaczenie? To absolutnie nie ma znaczenia. Żadnego! Jedynym istotnym faktem jest to, że dziś zostanie zamordowana czyjaś córka, a jej zrozpaczeni rodzice miesiącami, a może nawet latami, będą jej szukać. Na próżno!

Ciało, wytrawny kierowca, spokojnie przejeżdża korytarzami ulic. Skręcamy w wąską, ciemną uliczkę. Przed nami na poboczu stoi policyjny radiowóz. Zbliżamy się do niego, powoli, bez pośpiechu. Pragnę, tak bardzo pragnę by nas zatrzymano. Ech, gdyby ludzie mieli zdolności telepatyczne; krzyczałbym teraz bezgłośnie za pomocą moich myśli – TU JEST MORDERCA! ZATRZYMAJ GO PALANCIE! TY TĘPY FIUCIE! ZATRZYMAJ GO! NATYCHMIAST!

Mijamy policję. Legitymują jakiegoś naprutego w trzy dupy jegomościa. Gdyby tylko wiedzieli kto ich właśnie mija, gdyby wiedzieli…

Prowadzony przez To Coś samochód skręca. Ciemnoniebieska nadzieja niknie za rogiem. Jedziemy dalej do, niegdyś mojego, domu. Dziś jest to dla mnie znienawidzona trupiarnia. Tak, w piwnicy zalane betonem są kości kilkunastu kobiet.

CMENTARZYSKO!

Być może w tej chwili dziewczyna w bagażniku odzyskuje przytomność. Nawet nie chcę myśleć jak bardzo jest przerażona. Zastanawiam się jak Bóg może na coś takiego pozwolić, na takie okrucieństwo. Dlaczego choć raz tego nie przerwie?

Często boję się tego, co mnie czeka po upragnionej śmierci. Czy jestem skazany na cierpienia w piekle czy też zostanie mi to darowane? Przecież to nie ja morduję tylko ciało, a ciało to nie dusza! A jeśli dusza jest chora?

Zbliżamy się do samotnie stojącego jednopiętrowego budynku, kiedyś mojego domu. Okala go wysoki żywopłot. Wjeżdżamy. Ciało otwiera bagażnik. Widzę dziewczynę – jest przytomna, oczy ma szeroko otwarte i próbuje krzyczeć mimo knebla w ustach. Moja (nie-moja) ręka łapie ofiarę za włosy i podnosi. Boże jak ją to musi boleć! A to dopiero preludium tego co nastąpi. Za kilka minut zacznie się najgorsze. Jakże byłbym wdzięczny losowi gdybym nie musiał już dalej uczestniczyć w tym okrutnym spektaklu. Niestety, nic z tego, będę siedział w pierwszym rzędzie, aż do samego końca i nawet oczu nie pozwolą mi zamknąć.

To Coś ciągnie wijącą się ofiarę do domu. Otwiera drzwi. Zbliża się do zejścia do piwnicy. Schodzi. Czuję jak ciało nastolatki obija się o schody. Moja ręka włącza światło. Przez chwilę nic nie widzę a potem moim oczom ukazuje się dobrze znany widok – wysłużony fotel ginekologiczny, stół do przeprowadzania sekcji zwłok i zestaw zardzewiałych noży chirurgicznych. Niosę dziewczynę ku temu posępnemu tronowi – dziś będzie królową zwyrodniałych marzeń mieszkającego w mym ciele potwora. Ech, gdyby to był tylko film, gdyby ktoś przewinął go trochę, tak by było już po wszystkim. Ciało sadza nastolatkę na fotelu po czym rozcina więzy krępujące nogi. Przerażona próbuje mnie kopać. To Coś uspokaja ją jednym silnym uderzeniem łokcia w brzuch. Ofiara nieruchomieje. Oprawca moimi rękoma sprawnie zdziera z niej spodnie i majtki. Mocuje jej nogi w stalowych uchwytach fotela unieruchamiając je.

Boże jestem taki bezsilny! Dlaczego nic nie zrobisz? Dlaczego tego nie przerwiesz? PUK! PUK! PUK! Jest tam, kurwa, kto?!

Jak zwykle nikogo nie ma…

Jak zwykle znowu przepraszam za bluźnierstwo i ponownie mam nadzieję, że moje wołanie w końcu kiedyś zostanie usłyszane.

Tymczasem Moje Ciało zdejmuje spodnie i widzę mojego (nie-mojego) nabrzmiałego penisa. To okropne. Nie jestem ani trochę podniecony, brzydzę się wręcz tym co się stanie! To będzie GWAŁT! Niestety nie mam najmniejszego wpływu na moje przyrodzenie.

To Coś wbija na siłę członka w krocze uwięzionej dziewczyny i nie przeszkadza mu nawet to, że ona właśnie ma miesiączkę.

Nie JESTEM mordercą! Nie JESTEM zwyrodnialcem! Nie JESTEM gwałcicielem! A jednocześnie jestem…

Gdybym normalnie poznał tą dziewczynę. Gdybyśmy chodzili na randki to jakbym ją teraz widział nagą, w normalnych warunkach, to byłbym podniecony. Bardzo! Dziewczyna jest śliczna. Ja jednak czuję obrzydzenie bo Moje Ciało ją gwałci. Poza tym zbyt wiele widziałem okropności. Nie jestem jak taki pierwszy lepszy chirurg, który potrafi oddzielić widoki wnętrza ludzkiego ciała od prywatnego życia. Taki lekarz wraca do domu i może kochać się z żoną, i nie widzi wtedy tych wszystkich flaków i krwi, tylko piękną kobietę. Ja nie mam takiej natury. Moje Ciało jak skończy gwałcić, zabije tą biedną dziewczynę i znowu będę musiał oglądać te okropności. Teraz gdy patrzę na urodziwą przedstawicielkę płci pięknej to widzę tylko skryte pod cieniutką powłoką skóry wnętrzności, krew, wypchane kałem jelita i obrzydliwie śliski tłuszcz. Czując przyjemny zapach kobiety wiem, że tylko cieniutka warstewka skóry oddziela mnie od okropnego smrodu bebechów i płynów ustrojowych. W tym momencie gdy Ciało zaczyna ją mordować, na moich oczach, nie jestem już w stanie odbierać jej jako cierpiącej przerażonej istoty ludzkiej. Widzę tylko krew i wnętrzności. To zbyt mocny widok. Czuję tylko obrzydzenie! Jestem pewien, że gdyby To Coś opuściło kiedykolwiek moje ciało i zwróciło mi wolność, to już nigdy nie mógłbym być z kobietą. Stałbym się dziwakiem. Odszczepieńcem. Wiem jedno; gdyby To Coś zwróciło mi wolność – ZABIŁBYM SIĘ. Nie wahałbym się ani chwili. Bałbym się, że To Coś zmieni zdanie i zechce powrócić.

III

Oszczędzę wam dalszych szczegółów. Powiem tylko tyle – ten potwór, który opanował moje ciało, gdy tylko skończy gwałcić, poderżnie dziewczynie gardło. Potem rozetnie jej brzuch i wypatroszy – po to tylko, by w lodówce było świeże mięsko.

Zaspokojone, najedzone i zadowolone, Moje Ciało (MOJE WIĘZIENIE!), przez najbliższe dwa, trzy tygodnie znowu będzie odgrywało przed światem rolę sympatycznego pracownika banku, który codziennie sumiennie wykonuje nudną papierkową robotę. A ja będę, przez ten czas, tkwił w nim; ubezwłasnowolniony, dręczony potwornymi wyrzutami sumienia. Czy nadal się dziwicie, że pragnę własnej śmierci?

[Krzysztof T. Dąbrowski]

Krzysztof T. Dąbrowski: Przepraszam pana, czy to żart?

Jak co dzień, o 13:30, Marek wyszedł z firmy by przetrącić coś ciepłego w pobliskim lunch-barze. Gdy opuścił chłodne wnętrze biurowca zalała go fala słonecznego żaru. Oślepiony przez słońce zamrugał powiekami. Stał przez parę sekund przyzwyczajając wzrok i nagle opanowało go przeczucie, że dzieje się coś dziwnego. Zmrużył oczy.

Ulica wypełniona była stojącymi samochodami.

Taki korek, tutaj? – zdziwił się.

Kierowcy zamiast siedzieć w autach, wściekając się i trąbiąc raz po raz, stali obok i niepewnie się rozglądali. Niektórzy z przejęciem słuchali radiowych wiadomości.

Po drugiej stronie ulicy, przy witrynie sklepu z telewizorami, zebrał się kilkudziesięcioosobowy tłum.

Zupełnie jakby była wyprzedaż – pomyślał.

Dopiero teraz, z opóźnieniem, dotarł do jego uszu niesamowity jazgot setek odbiorników radiowych i ponury pomruk rozemocjonowanych ludzi.

Co jest grane? Co się dzieje?

Pierwsze skojarzenie jakie mu przyszło do głowy to, że może właśnie zaczął się kolejny 11.09, tyle tylko, że dla odmiany w Polsce. Zaraz potem oczyma wyobraźni ujrzał scenę z filmu „Znaki”, gdzie nad największymi miastami świata wisiały złowrogie flotylle statków kosmicznych obcej cywilizacji.

Spojrzał na niebo. Było takie jak zawsze, błękitne, upstrzone gdzieniegdzie niegroźnymi puszystymi chmurkami.

Przebiegł przez ulicę i lawirując między autami dotarł do sklepu z telewizorami. Z trudem wcisnął się w kotłujący się podniecony tłum i po paru chwilach udało mu się ujrzeć to, co wywołało takie zamieszanie.

Lodowaty dreszcz przebiegł mu po karku, aż zadzwonił zębami jakby nagle dostał ataku febry. Serce zaczęło walić jak młot coraz bardziej przyspieszając. Zazwyczaj byłby przerażony. Myślałby, że dopadł go przedwczesny zawał i za udział w korporacyjnym wyścigu szczurów przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę. Ale teraz nie zwracał na to uwagi. Stał ściskany przez gęstniejący tłum, sparaliżowany lękiem a jednocześnie zafascynowany tym, co zobaczył.

– Przepraszam pana, czy to żart? – spytał drżącym głosem staruszek stojący obok niego.

W pierwszej chwili Marek nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Wyrwany z przerażającego transu w głowie miał kompletną pustkę. Jeśli to, co widział, ma być końcem wszystkiego, to lepiej, żeby staruszek miał tego świadomość. Czas na to, by się z tym faktem pogodzić, uporządkować swoje życie, pomodlić się, czy… w ułamku sekundy stać się buddystą wierzącym w zjednoczenie z Wyższą Energią.

– To nie jest film? – dopytywał się z niedowierzaniem.

– Niestety – odparł Marek.

Niebo, na ekranie telewizora, upstrzone było czarnymi sześcianami.

Co to jest? Czy coś dziwnego wydarzyło się w tym całym chorym eksperymencie ze zderzaczem hadronów? Może naukowcy stworzyli dziwadełko – niespotykaną materię, która rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i przemienia znane nam cząsteczki w podobne sobie, niespotykane w naszym świecie?

Wyrwami w chmurach też nie było można tego nazwać – przecież musiały by być widoczne gwiazdy a nie jedynie martwa nieprzenikniona czerń. I jeszcze te dziwne kształty… może to UFO? Przecież pojawiało się draństwo tak nagle i praktycznie znikąd – w jednej sekundzie błękit nieba, chmurka i nagle BUM! zamiast chmurki smolisty sześcian…

Rozległ się histeryczny kobiecy krzyk, niewiarygodnie wysoki, aż cierpła skóra na karku.

Marek chciał zobaczyć co się dzieje, ale nie mógł się odwrócić – był unieruchomiony przez napierającą ludzką masę.

Coraz więcej krzyków. Ktoś się głośno modlił, ktoś inny histerycznie śmiał.

Nacisk tłumu trochę zelżał i Marek mógł się wreszcie poruszyć. Spojrzał w niebo. Pojawił się na nim czarny sześcian, który pochłonął fragment drapacza chmur.

W ciele mężczyzny zapanowało istne tornado. Serce biło jak oszalałe. Żołądek ściśnięty w bolesnym skurczu. Pot spod pach ściekał zimnymi strużkami a w uszach narastał jednostajny szum. Zaczęło mu się robić słabo i byłby zemdlał gdyby nie myśl, która huknęła mu w głowie jak uderzona przez żartownisia tuż przy uchu papierowa torebka:

Marta! Alicja! O Boże! – przypomniał sobie, że przecież, gdzieś tam, na drugim końcu miasta, są dwie przerażone kobiety. Sens jego życia. Żona i córka.

Drżącą ręka wyciągnął komórkę. Palec latał mu jak u dręczonego delirką pijaczyny, ale w końcu udało mu się wyszukać odpowiedni numer. Przycisnął telefon do ucha. Nagle na niebie pojawiło się kilka nowych sześcianów. Jeden z nich wchłonął przelatujący samolot i przesłonił słońce. Ulicę zalał złowieszczy cień. W słuchawce wybrzmiał komunikat, że sieć jest przeciążona.

A jakże by, kurwa, inaczej – pomyślał wściekły.

Wiedział, że musi się do nich jak najszybciej dostać. Przejął go lęk o to, czy tam, gdzie mieszkają, wszystko jest jeszcze w porządku. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje, żaden samochód nie wchodził w rachubę.

Może pobiec? Nie, to raczej niemożliwe – czy koleś wypalający codziennie paczkę papierosów mógłby przebiec przez pół miasta niczym maratończyk na dopingu?

Marek stał bezradnie lustrując okolicę nerwowymi spojrzeniami. Potrącany przez biegających chaotycznie rozwrzeszczanych ludzi, poganiany narastającą paniką, w końcu ujrzał rozwiązanie i już po chwili był obok opartego o skuter chłopaczka, który  z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w niebo. Popchnął go i błyskawicznie wskoczył na siedzenie. Silnik był na chodzie. Marek wcisnął pedał gazu i ruszył lawirując między samochodami i ludźmi.

Albo to koniec świata, albo przechodzimy w inny wymiar. Tak, czy tak, 1: 0 dla cholernych Majów, a kolesiowi ten skuterek już się na nic nie przyda – odruchowo zaczął się sam przed sobą usprawiedliwiać.

Wjechał na wolny od samochodów chodnik. Trąbiąc bez przerwy zygzakował między odskakującymi w ostatniej chwili ludźmi. Nie zamierzał niechcący kogoś przedwcześnie uśmiercić – ot, tak na wszelki wypadek, jakby się miało okazać, że to jeszcze nie jest koniec świata.

Wszystko pociemniało. Sześciany pojawiały się tak szybko, jak pryszcze na twarzy dojrzewającego nastolatka. Miasto tonęło w półmroku tylko gdzieniegdzie rozświetlanym kolumnami słonecznego światła.

Marek pędził na skuterze, tak szybko jak to było tylko możliwe. Zimny wiatr boleśnie wciskał mu się w uszy, zmroził wysuszone gardło. Oczy łzawiły. Ryzykował, że za chwilę zginie – zderzy się z czymś lub kimś. Z drugiej strony, gdyby jechał ostrożniej mógłby nie dotrzeć na czas. Nie utuliłby Alicji i Magdy. Nie wyszeptałby im kojącym głosem, że wszystko będzie dobrze (choć wiedział, że  tak nie  będzie). Nie usłyszałyby po raz ostatni jak bardzo je kocha.

A może to tylko sen? – zdziwił się, że mu to wcześniej nie przyszło do głowy i była to jego ostatnia myśl; ułamek sekundy później przestał istnieć. Zniknął w nicości sześcianu, który pojawił się na jego drodze.

Marek został wykasowany z rzeczywistości.

——–

Planeta N’shaar. Czas: przed ziemskim końcem świata.

N’shaar, miejsce tak dziwne, że człowiekowi ciężko by było  sobie wyobrazić. Smoliście czarna kulka dryfująca w mlecznobiałym wszechświecie. Z zewnątrz wyglądała na martwą i istotnie na jej powierzchni nie było ani jednego żywego organizmu – za to jej wnętrze, to już zupełnie inna sprawa; tętniło życiem. Przeorane ogromnymi tunelami przypominało gąbkę. Tunele pokryte były świecącymi jaskrawą zielenią gigantycznymi naroślami, które w rzeczywistości były miastami. W jednej z „narośli” – w mieście Gaa’nth kończyły się przygotowania do ważnego eksperymentu. Na obrzeżach miasta, w strefie przylegającej do powierzchni tunelu znajdował się kompleks laboratoriów HNAA’CS. W miejscu tym rozwijane były najbardziej zaawansowane technologie.

Szary, rozmyty kształt będący w rzeczywistości jednym z mieszkańców planety, przekazał za pomocą uderzenia myślowego polecenie do biotera (specyficznego komputera mającego wytworzyć sztuczną rzeczywistość i sztuczne życie).

Pojawiła się seria rozbłysków. Zgromadzeni w pomieszczeniu naukowcy wyostrzyli moany by móc odbierać wiązki myślokształtów. Nie potrzebowali wykresów, opisów, zdjęć, wszystkie eksperymenty zawsze doświadczali na sobie za pomocą zmysłu zwanego moaną. W ciągu ichnich kilku minut odebrali z biotera ogromny przekaz myślokształtów świadczący o tym, że eksperyment zakończy się sukcesem. Ich umysły przeniknęły symulację wszechświata i przefiltrowały miliardy lat jej istnienia. W kilku potężnych błyskach myśloksztaltów otrzymali wiedzę o sztucznym świecie.

Świecie, na którym powstał symulant życia – nieprawdziwe istoty, zwące siebie ludźmi. Zaistniały na chwilę w tysięcznej części ostatniej sekundy trwania eksperymentu. Niestety N’shaaranie nie mogli sobie pozwolić na to, by eksperyment trwał dłużej. Mimo, że smutek, okrucieństwo i wszystkie te straszne uczucia, które odebrali jako przekaz myślokształtów z ludzkiej planety, były bardzo ciekawe, choć przerażające (jako, że N’shaaranie nigdy czegoś takiego nie doświadczyli – po prostu nie znali tych uczuć), musieli eksperyment przerwać. Według wyliczeń jeszcze kilka tysięcznych sekundy i rozwój techniczny Ziemian osiągnąłby ryzykowny poziom. Zaistniałoby zagrożenie, że nauczą się podróżować między wymiarami. Oznaczałoby to, że teoretycznie mogliby nawet przeniknąć do n’shaarańskiego wszechświata i stać się prawdziwymi materialnymi bytami.

Ludzki wszechświat został wykasowany. Eksperyment zakończył się pełnym sukcesem.

——–

Ostatnie chwile istnienia naszego wszechświata: Ziemia. USA.Dom Stephena Wintersa w Los Angeles

Stało się to, o czym Stephen od dawna wiedział. Patrząc w zadumie na znikającą rzeczywistość, zastanawiał się, jaki to wszystko miało sens? Dlaczego tak się szarpał, ośmieszał w oczach świata usiłując powiedzieć ludziom prawdę? Jakie to miało znaczenie? Jakie w ogóle cokolwiek miało znaczenie, skoro z góry było przesądzone, że świat przestanie istnieć. Zresztą… „istnieć” – dobre sobie! Przecież Ziemia i wszechświat, cała rzeczywistość, tak naprawdę nigdy nie miały miejsca.

Gdy Stephen skończył badania, gdy ujrzał ich wyniki, w ciągu kilkunastu sekund całkowicie osiwiał. Przeraziło go to, co odkrył. Straszliwa prawda. Szarpał się potem wewnętrznie sam ze sobą. Przez kilka dni zastanawiał się, czy zachować tę wiedzę dla siebie, czy ujawnić ją światu. Ostatecznie uznał, że ludzie mają prawo wiedzieć. I co to dało? Nic! Publiczne go wyśmiano.

Ogłosił, że wszechświat i cała otaczająca ich rzeczywistość jest tak naprawdę gigantycznym hologramem; skomplikowanym komputerowym programem. A oni wszyscy uznali go za pomyleńca a jego największe odkrycie okrzyknięto największą brednią wszech czasów.

Stał przy oknie i patrzył jak ten cały hologram znika, sześcian po sześcianie, klaster po klastrze, znika z boskiego dysku twardego.

Z jednej strony było to przygnębiające – świadomość, że się nigdy nie istniało – a z drugiej czuł ogromną satysfakcję bo wiedział, że ci wszyscy, którzy go wyśmiewali teraz musieli zmienić zdanie, uznać jego wielkość i geniusz! Ponura to satysfakcja… bo i po co chwała i uznanie, gdy się właśnie powoli przestaje istnieć?

To koniec wszystkiego, ale czy ludzkość nie zasłużyła na taki los?

[Krzysztof T. Dąbrowski]

Krzysztof T. Dąbrowski: Do domciu!!!

– Czyś ty naprawdę tak skretyniała? Kiedy wreszcie spadną ci klapki z oczu?! – grzmiał wzburzony męski głos. – Jak można być tak naiwnym i łykać te bajeczki. Przecież oni nas chcą wyprzedać!

Boże znowu się kłócą o tą głupią politykę – westchnęła rozżalona Martynka – mogliby sobie wreszcie dać z tym spokój, przecież ta ich awantura i tak niczego nie zmieni – pomyślała, bo jak na swoje niecałe sześć lat była już bardzo spostrzegawczą dziewczynką.

Nie cierpiała polityki i polityków, bo ci dorośli byli naprawdę bardzo, bardzo głupi i to przez nich rodzice się codziennie kłócą; gdyby mogła to pogoniłaby tych wszystkich pieniaczy gdzie pieprz rośnie!

Wzięła karteczkę i napisała koślawymi drukowanymi literami:

„Idę na spacerek, bo nie mogę słuchać tych waszych krzyczeń!!!”

Otworzyła cichutko drzwi i wyszła z domu. Obejrzała się jeszcze za siebie. Na drzwiach wejściowych przymocowana była niewielka metalowa tabliczka, a na niej białymi stylizowanymi literami pisało „J.i M. Micińscy”; nieco wyżej zaś były cyfry oznaczające numer ich mieszkania – 13.

Może to naprawdę przynosi pecha – zadumała się Martynka ssąc kciuk. Obróciła się i zaczęła zbiegać po schodach; nie było sensu zjeżdżać windą – w końcu mieszkała raptem na czwartym piętrze.

Gdy wybiegła z chłodnej klatki schodowej, uderzyła ją fala gorąca. Lato tego roku było wyjątkowo upalne.

Nikt nie chce mieć udara – pomyślała – ale ja jestem jeszcze za mała na udara. – Upał, nie upał, najważniejsze, że nie musi już słuchać tych okropnych krzyków i wyzwisk!

Słońce prażyło niemiłosiernie, przez co osiedle było kompletnie opustoszałe – nawet ptaki gdzieś się wszystkie pochowały.

Zza bloku wyszło dwoje uśmiechniętych młodych ludzi, a pomiędzy nimi wesoła dziewczynka; szczęśliwa rodzina. Martynka, gdy tak patrzyła na ten sielankowy obrazek, pomyślała o tym jakich ma okropnych rodziców.

– Czasami chciałabym, żeby ich nie było! – fuknęła zdenerwowana. – A niech ich wszyscy diabli wezmą!

Powietrze drżało od gorąca, przechodnie zniknęli za rogiem sąsiedniego bloku. Z krzaczka, rosnącego do tej pory w spokoju, urwała kawałek gałązki. Już miała się schylić, by pobawić się w robienie wzorków na rozgrzanym asfalcie, gdy poczuła przeraźliwe zimno – zupełnie jakby nagle znalazła się na biegunie polarnym. Miała wrażenie, jakby w jej ciało wbito tysiące lodowatych szpikulców. Krzyknęła płaczliwie. Dziwne zjawisko minęło równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawiło.

Usiadła zszokowana na krawężniku.

Może jestem chora i miałam ataka temperatury? – pomyślała, powoli dochodząc do siebie.

Pamiętała, że mamusia mówiła jej kiedyś – „jak się jest chorym to trzeba leżeć w łóżeczku, bo jak się w nim nie leży to przychodzą niedobre bakterie i robią krzywdę”(na przykład lekko szczypiące gardło zaczyna nagle strasznie boleć).

Uznała, że nie będzie ryzykować i lepiej już słuchać tej ich awantury, niż potem cierpieć ból gardła, a i tak pyskówkę miałaby na dokładkę.

Zrezygnowana weszła do klatki. Postanowiła wjechać windą – wdrapywanie się na czwarte piętro, to w końcu nie to samo, co zbieganie na dół – zwłaszcza jak się jest ciężko chorym, co nie?

Wcisnęła przycisk z cyfrą cztery. Oczyma wyobraźni widziała nacierające zewsząd hordy krwiożerczych, złośliwych bakterii; takich samych jak w tej okropnej reklamie z płynem do mycia ubikacji! Wzdrygnęła się zdegustowana.

Wysiadając na swoim piętrze zauważyła, że wygląda ono jakoś inaczej – tak troszkę obco. Spojrzała na ścianę – wszystko się zgadza; „Pani Winda nigdy się nie myli i zawsze dowiezie na właściwe piętro, trzeba tylko wiedzieć jaki wcisnąć guziczek” – tak mówiła jej babcia i jak do tej pory zawsze się to sprawdzało.

Rozejrzała się zaniepokojona. Piętro wyglądało inaczej. Czyżby babcia nie miała racji? Czy to możliwe, że Pani Winda jednak czasami się myli? Ale przecież numerek na ścianie się zgadza!

Nieważne, chyba mam chorobliwe przyzwidzenia – stwierdziła i podeszła do drzwi, które wyglądały tak jak zawsze. Pomalowane szaroburą farbą, z przytwierdzoną doń trzynastką; nawet tabliczka wyglądała identycznie.

Martynka nacisnęła klamkę.

Zamknięte.

Dlaczego zamknęli drzwi, skoro wiedzieli, że jestem na spacerku? A może karteczka spadła?

– No to klops! – mruknęła pod nosem.

I jak ja się teraz dostanę do środka? Przecież jestem za niska żeby dosięgnąć do dzwonka – zmartwiła się.

Postanowiła, że spróbuje podskoczyć i przycisnąć przycisk – a nóż widelec się uda?

Po dwóch nieudanych próbach uznała, że nie tędy droga.

– Może to nie kurturarne, ale sami tego chcieliście, jestem ciężko schorowana i nie mam wyboru – zaczęła z całej siły uderzać piąstkami w drzwi.

Otworzyła jej jakaś obca pani.

– A ty czego chcesz dziewczynko? – usiłowała zagaić w sympatyczny sposób, lecz wcale nie wyglądała na sympatyczną osobę.

– A co pani tu robi… i to w moim domku, co?!

Kobieta wyglądała na co najmniej zaskoczoną tym pytaniem.

– Kto panią tu wpuścił? Jest pani wyłamywaczką?!

– Dziecko, ależ coś ci się pomyliło, to nie jest twój dom. Chyba pomyliłaś piętro.

– Ja… ja… – zaczął jej się łamać głos, bo to niewątpliwie była zła wyłamywaczka i uświadomiła sobie, że jak najszybciej coś z tym fantem musi zrobić! – Ja tu mieszkam! Ja idę na policję i oni zaraz panią zamkną! – Obróciła się na pięcie i zbiegła po schodach pozostawiając oszołomioną wyłamywaczkę samej sobie.

Gdy wybiegła na zewnątrz, uznała, że nie wie gdzie szukać policjantów.

– No tak, no ładnie no! – denerwowała się. – Jak są potrzebni to ich nie ma!

Po chwili wpadła na niegłupi pomysł – przecież mam komórkę, mogę zadzwonić do mamy!

Wyciągnęła telefon i przez chwilę szukała właściwego numeru. Gdy się połączyła do jej uszu dotarł zadziwiająco piskliwy, kobiecy głosik.

– Mamusia? – Wyszeptała niepewnie.

– Pomyłka – pisnęła kobieta i rozłączyła się.

Martynka sprawdziła jeszcze raz, mając nadzieję, że wcisnęła coś nie tak jak trzeba, ale o dziwo numer się zgadzał – wyraźnie pisało przy nim „MAMUSIA”.

Ojej – przeraziła się – ojejku, ja chciałam żeby ich nie było, żeby diabli wzięli moich rodziców!

Oczka się zaszkliły, a usta wygięły w podkówkę.

– Przepraszam panie Boże – rzekła drżącym z przejęcia głosikiem. – Zrobię wszystko, tylko zrób tak żebym znowu miała rodziców… i domek, proszę…

Nic się nie wydarzyło.

Usiadła na krawężniku i zaczęła cichutko pochlipywać.

Nagle poczuła przeraźliwe zimno – takie samo jak przed kilkunastoma minutami – aż zaczęła dzwonić zębami.

Podobnie jak wtedy, tak i teraz, całe to dziwne zjawisko po chwili minęło.

A więc nie jestem chora! To tak Bóg spełnia nasze życzonka! – Uśmiechała się od ucha do ucha, ocierając łzy.

– Juhuuu, do domciu! – wykrzyknęła radośnie i pognała do klatki. Miała w sobie teraz tyle energii, że nawet nie chciało jej się czekać na Panią Windę – zaczęła wbiegać, robiąc susy co dwa stopnie. Zziajana, ale szczęśliwa wbiegła na swoje piętro.

Tym razem wszystko było na swoim miejscu, nie dostrzegła żadnych niepokojących zmian. Nawet nie przejęła się tym, że drzwi były zamknięte.

– Wybaczam wam – krzyknęła radośnie i niepomna tego, że może dostać burę, zaczęła łomotać piąstkami w drzwi.

Gdy te się otworzyły, ujrzała swoją mamę.

Mama zmarszczyła brwi i spytała zaskoczonym głosem:

– A kim ty jesteś dziewczynko? I czemu tak się do nas dobijasz?

– Mamusiu, to przecież ja, Martynka!

– Dziewczynko, ależ tobie coś się pomyliło. Ja nie mam córeczki, tylko synka, Patryczka – odrzekła głaszcząc po czuprynie tęgiego, również bardzo zdziwionego, chłopca.

[Krzysztof T. Dąbrowski]

Miles z Talesu: Miles, sercem lody stawiam

PODZIAŁ I

Dwie ciemne postaci wyłaniające się zza rogu jasnej bramy, minęły rozkładające się ścierwo ciemnobrunatnego kundla. Wokół tylko ciemność, mgła i rozkładające się już od miesięcy cholerne ścierwa. Smród i mała sodoma. Cudownie wilgotne mury starego miasta, zdawały się cierpliwie znosić obrazoburcze napisy w stylu: “Miles, ty spedalony wieszczu, myj zęby”, albo “Każdy Miles to gniot, każdy gniot jest jak orgazm”… cokolwiek to miało znaczyć.
–      To ciekawe, że nie ma miejsca na lodziarnię w naszym mieście…- sentymentalnie zaczął Miles.
–     Ależ drogi Milesie, w naszym mieście są lodziarnie.- czule odpowiedziała Milesna.
To, że Milesna nie zawsze potrafiła złapać falę, na jakiej nadawał wieszcz, było znane wszystkim, którzy choć trochę uczestniczyli w życiu kulturalnym miasta, bądź też spędzali weekendy na nielegalnych, acz za to jak przyjemnych zlotach wyrywaczy rzęs. To w ogóle ciekawa sprawa, która jak bumerang wracała w namiętnych pogaduszkach wszystkich kościelnych dewot na deptaku im. Alberta Rzęsy.
–      Czy ja ci przerywam…- rzekł poirytowany Miles.
–    Nie- odpowiedziała Milesna, chcąc, nie chcąc, bo akurat nikogo w pobliżu nie było.
–    Tak więc zamknij swą powiekę, bo nigdy już rzęsy nie wyrwę ci, ma Milesno. Mówiąc o lodziarni, nie mam na myśli tych wszystkich…
–    Hmm…
–    Zadaj mi pytanie, Milesno.
–    Pytanie oto jest ci ono, Milesie, wieszczu ty my, luby jeno, ono brzmieć musi: jak bardzo jesteś skomplikowany w swej cudnej zawiłości, mój ty spośniarzu jeden, wszelki, rzeknij, a będę uzdrowiona, jako…
–    Kobieto, czy wiesz, że to jest początek książki?
–    Hmm…
–    Co ciekawe, co ciekawe, co sobie pomyśli czytelnik po tak głupim wstępie jaki tu zadałaś.
Zostawiając takie oto nierozwiązane zagadnienie szli dalej ulicą pełną niespodzianek, nie zauważając jak jeno chyżo   przeszli do następnego podziału….

PODZIAŁ II

“…kwestie poruszane, znajdują swe ujście wewnątrz zawiłego umysłu Milesa, wokół którego to wszystko wybucha niczym mała armatka…” – taka to była notatka. Beznadziejnie rewolucyjna jak na te stabilne czasy, kiedy to sztuka się wokół ustabilizowała. Awangarda stała się konieczna, nie istniały konwenanse, ani też nikt nie koniugował, cokolwiek to ma znaczyć.  Jedynym medium niosiącym te stare podziały były rzeki pełne zakrętów, szepcące o zamierzchłych czasach, kiedy awangardowcem to było ciężko być. Nawet za cenę kiczu poświęcano się i oddawano we władanie awangardy. Dzisiejsza sztuka była sama w sobie awangardowa i pełna ezoteryki. Ezoteryka była na każdym kroku, nawet seks stał się straszliwie ezoteryczny. Szcześliwie skończyły się problemy z nieudanym pożyciem milionów par. Orgazm u kobiet następował automatycznie po uwolnieniu się ciała astralnego. Mężczyzna szczytował w momencie rozwiązania wcale nieskomplikowanego heksagramu metodą tupi-tup… Seks stał się wręcz alternatywą dla totalitarnych systemów. Granice przestały istnieć. W jednej chwili, lewitując można było znaleźć się w sypialni gwiazdy hollywoodzkiego kina i rozwiązać wcale nieskomplikowany heksagram. Świat stał się w końcu globalną wioską. Awangarda, seks, wszechogarniający pokój… Ziemia byłaby rajem, gdyby nie fakt, iż wciąż pojawiały się nowe ścierwa przy kanałach miejskich. Prawdziwa zmora.
–    Śniła mi się zmora, Milesna…- zawołał przerażony Miles po przeczytaniu notatki.
–    Kochany, Milesie, jestem przekonana, że twój zawiły umysł wygenerował te wizje nazbyt irracjonalnie, stąd kropelki potu na twych piętach- próbowała uspokoić rozdrażnionego do granic wytrzymałości termicznej Milesa- wcale…
–    Wcale…- powiedział zahipnotyzowany Miles.
–    Nie…
–    Nie…- jego głos przybierał niebezpiecznie podniecający ton
–    Pozwolisz…- Milesna zdawała się gubić tok swojego rozumowania.
–    Pozwolisz…. Nie…. Wcale…
Tego było już za wiele, Milesna uwolniła swoją powłokę astralną. Ciało upadło w pobliżu pralki firmy “Rwi”, a okrzyk rozkoszy przeszył kolana Milesa, niczym nóż wbity w masło… Zaczęła się orgia zmysłów, totalne przemieszanie awangardowego seksu ezoterycznego z kulinarnymi wstawkami przynoszonymi wprost z ulicy. Zapach rozkładającego się ścierwa przy kanale, przestał istnieć. Zostali sami w tym nie-stanie. Wszelka moc obliczeniowa Milesa napawała otuchą na lepszy orgazm Milesnę. Tak też się stało, spazmy jakich doznała tym razem, rozświetliły miasto za dnia… rozświetlić miasto za dnia do tej pory potrafił tylko Miles…. Nic dziwnego, skoro był maltretowany w dzieciństwie przez swojego pogańskiego ojca, który straszył go odwłokiem samego Odyna.

miles.z.talesu_sercem

PODZIAŁ III

Ciemność w pokoju nie wystarczała, by skryć wyciek erotycznych myśli, które wylewały się z głowy Milesa wprost na nowy, perski dywan. Nagromadzona energia powodowała, iż ściany stały się mokre i żrące niczym soki trawienne. Miles popadł w trans absolutny. Jego wizja stała się nad wyraz pokręcona. Kaktusy stojące na parapecie nie były już tylko prezentem urodzinowym, ich mięsiste wnętrze zdawało się drgać pod wpływem wibracji, jakie roztoczyły się w pomieszczeniu. Miles wykonał proste zadanie matematyczne, wynik skądinąd znajomy… 3125. Pięć do potęgi piątej. Takie proste. Olśniony Miles otworzył oczy, pomieszczenie zmieniło swój wygląd diametralnie, co więcej, poczuł tuż przy sobie zapach perfum, które były dołączane tylko i wyłącznie jako reklamówka do burżuazyjnego czasopisma, “Coolwywood”.
–    “Ada- da-  aw ruk  principias”- wypowiedział jeszcze w stanie nieświadomości Miles zaklęcie swego zboczonego ojca, który jak wiadomo, straszył go odwłokami. Widok, który ujrzał wraz z pierwszym przebłyskiem i tak niskiej samoświadomości zwalił go ponownie w pościel, kolorową niczym w pedalskich kreskówkach Walta Disneya.
–    Pamela?
–    Miles?
–    Nie święty krasnolud, kurde memol!
–    Skarbie ty mój, skąd znasz zaklęcia tak tajemne, czy…
–    …że co, białogłowo?
–    Czy wiesz, że na zawsze już pozostanę niewolnicą twego tajemnego języka…
Hmm, całkiem nieźle- pomyślał Miles. Ta malutka bestyjka była, jak mi zdawało jedyną samiczką, poza zasięgiem naszej ziemskiej powłoki. Zdawała się, jako jedyna opierać wszelkim nonkonformistycznym zabiegom w celu posiadania rozkroczy… eeem, znaczy się rozkoszy… Ciekawe czy będę w stanie uwolnić jej ciało astralne a i samemu przeprowadzić proste działanie prowadzące do rozwiązania niezbyt skomplikowanego heksagramu. Dzięki ci, ojcze, za to żeś był tak potężnym magiem, wybaczam ci, że w wieku lat pięciu nasypałeś mi dwa przecinek trzy kilo soli w zwieracze! Twoje zaklęcia chyba skutkują…
–    Milesie, od tak dawna chciałam cię spotkać, by móc podziękować ci osobiście za poem, który stworzyłeś na moją cześć. No i oczywiście sowicie wynagrodzić- rzekła rezolutnie Pamela.
Jak ona cudnie się rumieni- walczył z myślami Miles. Mam tylko nadzieję, że nie zjawi się tu przez żadne szczeliny czasowe Milesna… a jeżeli nawet! Zrozumie, w końcu to jest jej rok, będzie musiała wybaczyć. Sponsorem tego cholernego roku jest literka “M”.
–    Milesie…
–    Pamelo…
Po tym krótkim wstępie zapadli się w międzygalaktyczne wibracje, które uniosły ich lekko i frywolnie pośród całej rozpusty czasu minionego i tegoż, co tuż tuż za rogiem. Odwieczne poszukiwanie mędrców, ich teorie stają się dla tej pary rzeczywistością poza nierzeczywistością. Delikatne łodygi papirusów zasadzone bezpośrednio na  drewnianej podłodze, zdawały się oddychać przyspieszenie. Miles i Pamela oddają się uczuciu, jakie znali tylko pierwotni Druidzi. Po nieskończonej ilości skończonego czasu, Pamela uwalnia się z bytu cielesnego, oddając swoje istnienie astralne na pastwę Milesa. Uczynny bard, opiewał silnym głosem podszeptu jej wdzięki, uprzednio jedynie marząc co noc o tych chwilach. Heksagram jaki pojawił się na horyzoncie zdawał się nie do rozwiązania. Miles jednakże postanowił nie zaprzepaścić takiej szansy, mogła się już nigdy nie nadarzyć. Metodą całkowania i kombinacji z permutacją osiągnął doskonały wynik, wynik, którego nie potrafił uzyskać nikt żyjący, ani rozkładający się. Spojrzawszy na Pamelę, z radością stwierdził, że ta w tym czasie uwolniła doskonale swoją postać astralną. Wyglądał jak wyłuskana pestka słonecznika na rozgrzanym oleju. Oboje zapadli się błogo w nie-stan.
–    Milesie- usłyszał idiotycznie słodki głos.
–    Co jest, mój wężu rodem z moczar?
–    Wiesz, maleją mi piersi…
–    Która godzina?
–    To nie ma nic wspólnego z upływem czasu!- rzuciła zdenerwowana Pamela.
–    Ma, babo! Jeżeli jest już trzynasta dwadzieścia trzy, to po mnie. Milesna posieka mnie jak jajo na…
–    Miles! Cycki mi maleją, a ty mi tu prawisz o jakiś zazdrosnych sukach!
–    Hm, może da się to wyjaśnić racjonalnie.
–    Że niby jak?! Ra… co?
–    Może ci te selikony, czy jak one, rozpuściły się od nadmiernej produkcji meskaliny w krwioobiegu, którą produkujemy podczas oddawania się uciechom duchowym. Wiesz, taki odlot międzygalaktyczny jaki miałaś…
Dopiero teraz spojrzał na nią. Widok był, hm całkiem interesujący. Pamela na pierwszy rzut oka mogła mieć jakieś czternaście lat…
–    Pamela, to jest chyba poważna, acz bardzo miła sprawa. Ty się odmładzasz!
–    Tak? To… dobrze?
–    Tak, poczekam jeszcze z kwadrans, kiedy to osiągniesz wiek jedenastu lat i chyba będziesz znów dziewicą… chyba.
–    Ja nigdy nie byłam dziewicą, to znaczy, urodziłam się dziewicą, ale lekarze już wtedy wiedzieli, że będę sławna. Oni znali się na tych całych kombinacjach czasoprzestrzennych. Pochodzili ze starożytnego Egiptu…
–    No tak i nie mogli sobie odmówić, by wychędożyć słodziutką Pamelkę…
–    A czy i ty jesteś pedofilem?
–    Najdurniejsze pytanie, jakie dane jest mi słyszeć. Jasne!
–    Miles, wiesz co… Ja się kurczę, nie mam już włosów łonowych.
–    Bo i nie miałas ich przed godziną…. Hmm, myślę Pam, że twój czas zaczął biec w drugą stronę. To się zdarza najgłupszym blondynkom… Hm, nie tylko blondynkom, brunetkom, szatynkom, rudym, łysym babom też. Przykro mi, ale to dla ciebie będzie lepsze niżeli cały ten gówniany biznes porno, w którym obracasz się pomiędzy 22 a 6 rano.
–    Myślisz? A może… Miles, mi wyrastają zęby…
–    To mleczaki. Przykro mi, Pam, ty głupia babo, muszę się ulotnić.
–    Mileszz…
–    Rzeknij mi jeszcze jeno szybko, gdzie tu masz szczeliny… poza tą pomiędzy twymi kiczałami! Szczeliny czasowe…
Miles musiał się już zdać sam na siebie. Leżący obok niemowlak pomalutku zaczął przeistaczać się w zygotę. Zmusił się do postawienia swego ciała w pozycji ti-pi-szower, by wyczuć niewyczuwalny przepływ międzygalaktycznego powietrza. Po chwili ciszy posłyszał delikatne drżenie. Zdążył jeszcze kątem oka dojrzeć mokrą plamę nasienia wsysaną przez wielkiego penisa. Biedna Pamelka- pomyślał i zniknął, wedle starej zasady rodu Milesów.

PODZIAŁ IV – i nikt Cię nie zmusza do czytania tego.

Po wielce wyczerpującej scenie miłości Milesa i nadmiernego wysiłku w doborze słów przez narratora, czas na małe wyluzowanie. Narrator- pozwolicie- zajara sobie fajkę z główną postacią tego czegoś, co czytasz.
–    Hail Miles!
–    Cześć idioto, znów będziesz mnie wkurzał swoim: “Ależ Milesie, musisz robić to z odrobiną gracji i wyczuciem artystycznym”? Mam cię głęboko w mym otworze, palancie nadęty.
–    Miles, bo wytnę ten Podział….
–    Wycinaj !

[ciach!]

PODZIAŁ V

Raz do roku, 1 grudnia (gdzieś w czasie- światowy dzień Aids), urządzano w wielkiej szopie pełnej Istot Stamtąd zbiorową orgię na podstawie powieści Zbigniewa Nienackiego, pt. “Wielki Las”, jakby ktoś, kurwa, pytał. Jednakże mieszkańcy tej historii poczyniali to w celu przetrwania swego zmutowanego gatunku.
–    Milesna, wiesz, sponsorem tego roku jest literka “M”… Znasz zasady prokreacji, “M” jak Milesna, musisz się udać dzisiejszej nocy z nami do tej zgniłej obory na wielkie ti-putiputi-tup siup ba. Milesna, wedle mych skomplikowanych obliczeń za blisko 275 dni będę parszywym opiekunem jakiegoś bękarta poczętego w ten przeklęty dzień.
–    Czyż to nie cudowne? Zawsze…
–    Cudowne- rzekł jak tylko fałszywie potrafił Miles.
–    Będę okropną matką! W końcu. Moje dzieciństwo było przepełnione pseudo fantastyczną, cukierkowatą miłością. Matka zawsze ubierała mnie w jakieś różowe beciki i karmiła dziwacznymi podrobami najlepszych marek…
Miles zaczął wycofywać się w kierunku drzwi… Znał te wszystkie pokiełbaszone opowiadania Milesny na pamięć- zostało mu to jeszcze z czasów, gdy udawał, iż naprawdę go to interesuje. Doprawdy irytujący jest brak wyczucia sytuacji istot niższych… skoro są stworzone tylko i wyłącznie do stawiania heksagramów, jak wymagać myślenia od nich? Sam zaś pogrążył się w piekielny wir myślowy- co jak co, ale Milesna nie może doczekać się potomka… Nie widział siebie w roli karcącego ojca. Wolność ponad wszystko… utrata statusu twórcy, mogłaby ujemnie wpłynąć na jego moc obliczeniową. Siak, trzeba coś wymyślić.

Zapłodnienie staje się skuteczne o tyle, o ile Słońce, Księżyc i Mars staną w odpowiedniej konfiguracji… która ma miejsce właśnie 1 grudnia każdego roku. Priorytetem staje się wiec ta cała kosmiczna energia spływająca na ludzkie obliczenia. Sprawa, może i kosmiczna, jednakże warta rozwalenia od środka. Miles zaciera ręce. Czyn, którego nie odważyłby się dokonać żaden największy Wojownik Światła i Ciemności leży w zasięgu ręki jego samego.
– Bogowie, dodajcie mi sił!- rzekł cichutko przejęty Miles.

PODZIAŁ VI

By nie trzymać w zbyt wielkim napięciu czytelnika, przytoczę od razu monolog Przewrotowca, który wygłosił w ciemniejącym pokoju przy tysiącu świateł skierowanych w jego otwór wydalniczy:
–    Einap, śizd  ikleiw ńeizd. Żómop im ćawrtezrp ębórp….. ufff, odwrócę się plecami do lustra, będzie łatwiej.
Zapętlone słowa obijały się o ścianę i zmierzały we właściwym szyku ku lustrzanemu Bogu.
–    Wrzucę sobie nieco co, szefie tu tego tu i tego tu, i proszę wskaż mi drogę gdy zbłądzę…
Czerwona ryba na wigwamie podpalała  fajkę w postaci konia nieroba. Koń nierób był stworem, który eksplorował wszelkie widoki tylko i wyłącznie na swój użytek. Koń nierób, jak zwykle zresztą, otwierał szczurom brzuchy i wygrzebywał z nich tajemnicze klucze- te znów dopasowywał pan Mrow do swego pięciokątnego mieszkania, gdzie zalęgły się podręczniki gatunku X. Na kartach historie kroczyły niczym czworonożne gady pozbawione małżowiny ustnej i prawa do dotarcia na miejsce. W miejscu, na które ważył się on sam wyciągnąć rękę znalazł coś na kształt latającego spodka… Wsiadając, zrozumiał, zrozumiał Miles, że przebywając tą potężną drogę, powinien zostawić głowę w domu- ta, niestety nie mieściła się w potężnym wehikule. Cóż czynić, zostawił głowę, a nawet jedną dłoń, by ta w razie czego nie okazała się być zbyteczna już na linii orbit Słońca, Księżyca i Marsa. Płynął długo…
Obudziwszy się we własnym łożu, postanowił sprawdzić datę, był 1 grudzień. Pełen obaw szeptał:
–    Odlot, niesamowity odlot, to jak najbardziej oniryczna jazda. Byłem w jądrze Marsa, nigdy nie zapomnę widoku zakrwawionych kwiatów, uginających się pod ciężarem mego majestatu. Cóż to był za szatański odlot! Ileż we mnie niepokoju. Czy mi się udało- zadrżał Miles- czy dzisiejszy spęd tych zboczeńców każe być mi przykutym do końca mych dni do zapewne koślawego tworu, jaki powity zostanie przez spedaloną Milesnę? Toć ja, prawdziwy mężczyzna nie mogę sobie na to pozwolić. To takie moralne!
W tym czasie za oknem zaczęły się dziać dziwne sprawy… smrody rozkładających się ścierw zaczęły znikać (jeżeli już wcześniej w tej historyjce nie znikły). Rzeki zaczęły płynąć pod prąd a komunikacja miejska jak stała bez ruchu, tak ruszyła z impetem. Milesa zaczęła dopadać nieśmiała myśl: “Naruszyłem, naruszyłem prawa przyrody”
–    I nawet nie pamiętam jak to dokładnie się odbyło- rzekł już głośno.
Cuda odbywały się wokół a nasz bohater zacierał ręce i poklepywał się z krzywy kręgosłup.

Podziały VII do XXII są najnudniejszą pseudoprozą, jaką dziadowskie łapska autora pozostawiły na tym wstrętnym Padole. Kogo interesują, niech napisze do samego autora, może dostanie jakąś paranoiczną odpowiedź, albo butem w mordę- na jedno wychodzi. Przejdźmy więc do:

PODZIAŁ XXIII

Siedząca, skulona postać rzekła:
–    Miles, ta obora była straszna. Nie chcę żadnego bachora…
Milesowi opadły ręce poniżej kolan. Co za ród! Kobieto, jesteś bramą diabła. Ty dotknęłaś drzewa Szatana i ty pierwsza pogwałciłaś prawo boskie! Jak z takimi współpracować, albo działać przeciw?! Kto pamięta czasy, kiedy to samo kobiece spojrzenie psuło mleko krowom? Ach, co za debilne to by czasy! Jak to kiedyś napisałem w swym wspaniałym dziele, “Wojna przeciwko kobietom”: “Sam Diabeł drży przed ich (kobiet!) destrukcyjną bezmyślnością”. W końcu Szatan też ma obsesję seksu. Mógł a nawet powinien owe panienki zapładniać, dla pomnożenia czarciego pomiotu. Zaś czynił to interesująco. Oto sam, stworzony ze zgęstnienia powietrza nie dysponował własną spermą. Więc brał ją od onanistów i wisielców. Tak, to ta biblijna opowieść o szanownym Onanie, który odmówił zapłodnienia żony brata swego, miast tego zrzucał nasienie Szatanowi na użytek… Śmierdząca sprawa… A swoją drogą szatan często pojawia się w postaci capa. Czy nie z tego powodu, że koza była ulubionym domowym zwierzęciem u Żydów? A zlot czarownic to sabat. Dziwnie podobne słowo do szabasu. Świat na głowie postawić, planetom drogę zmylić, a ród kobiecy nadal niezdecydowany pozostanie…  Ach, cóż za paranoja, bliska schizofrenii brodatego Jahwe! A dogmaty kiedyś rzekły: nie pożądaj żony bliźniego swego, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Rzeczy! Cóże, za rzecz zachwiać wszechświat, pół biedy… za babę jednak! Przypomina mi się, jak to swego czasu korespondowałem z Pawłem, pseudonim święty, co to listy miast do Koryntian słać, to mu się kiełbasiło i mnie słał. Coś szło to tak, czy jak, ale dobrze szło:
„Albowiem mężczyzna nie jest stworzony ze względu na kobietę, ale kobieta ze względu na mężczyznę”.
Ci wszyscy jebnięci… święci..? czy to ważne. W każdym razie, niektóre z nich to fajne chłopy były, nie zapomnę imprez z jednym, wystarczyła studnia wody w pobliżu i hola do białego świtu. Teraz to po orbitach planet trza się rozbijać, a baba:
–    Miles, czy jesteś zły…? Może za rok znów sponsorem roku będzie literka “M”…..
Cóż za szczęście, że anioły są bezpłciowe.

[Miles z Talesu]

Ekranizacja „Władcy Pierścieni” Tolkiena (ankieta)

Ekranizacja „Władcy Pierścieni” Tolkiena



Image
Image Tematem niniejszej ankiety są książki J.R.R. Tolkiena
i ekranizacja „Władcy Pierścieni”…
Bowiem niejednokrotnie zdarzało się tak,
iż literacka twórczość tego autora i jego powieści (np. nazwy krain, imiona własne) były wielką inspiracją dla artystów różnych dziedzin sztuki,

w tym zespołów metalowych i innych osób z kręgu tej muzyki. Wiele osób swoje pseudonimy, nazwy dla kapel, tytuły płyt i utworów, tematykę tekstów czy ilustracje na okładki materiałów zaczerpnęło z popularnej trylogii. Przykłady można mnożyć: MORDOR, GORGOROTH, SUMMONING, HIMMILSBACH, MARILLION, MORGOTH, FANGORN, ORTANK, GANDALF, VALINOR, AGLAROND, ESGAROTH, TALAH DIRNEN, UKUK-HAI, WITCHKING, STORMCROW, „Isengard” LADROS, demo NETHRIAN, „Bilbo” BJORN`a JOHANSEN`a, „Lothlorien” ARTROSIS, Grisznak, Aragorn, Niniel, Nienor, Moria itd.
Natomiast ambitnego zadania przeniesienia Tolkienowskiego „Władcy Pierścieni” na ekrany kin podjął się reżyser Peter Jackson, który w rolach głównych w swoich filmach obsadził m.in.: Elijah`a Wood`a, Viggo Mortenstein`a, Orlando Bloom`a, Iana McKellen`a, Liv Tyler. Poszczególne części tej wysokobudżetowej i spektakularnej produkcji były nominowane do Oscara, szeroko komentowane i spotkały się z ogromnym zainteresowaniem publiczności. Jednak jak to bywa z każdym towarem, na który jest duży popyt, również wokół tego na pewno komercyjnego wydarzenia krąży wszędobylski pieniądz, a towarzyszy temu wielka kampania reklamowa i nie zawsze pozytywna tzw. Tolkieno-mania.
Poniżej znajdują się wypowiedzi kilku osób związanych z metalowym podziemiem, które czytały książki Tolkiena i/lub oglądały kolejne części ekranizacji (tj. „Drużyna Pierścienia”, „Dwie Wieże” i „Powrót Króla”). Wypowiedziały się one na w/w tematy, ustosunkowały się do filmów (i porównały do książki), tego całego zamieszania wokół autora trylogii itp.
Ja ze swojej strony wszystkim panom dziękuję za wzięcie udziału w ankiecie!

 

Image

Tomasz (MUTILATION):

Tolkien mnie zabija… Nie ma co porównywać filmów do książek… Książka to książka, a film to film. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu jedynki byłem strasznie zawiedzony, w sumie książką także. Dla mnie niepotrzebne było kręcenie jedynki, można to było ładnie połączyć z dwójką, no ale to tylko i wyłącznie moje zdanie. Ale „Dwie Wieże” to już był majstersztyk na maxa, kapitalne efekty specjalne, końcówka mnie powaliła, takiej sceny batalistycznej nie widziałem od czasu „Brane Hart” czy „Szeregowca Rayana”. I „Powrót Króla”, hmm, gdy wyszedłem z kina byłem zachwycony i przyznam szczerze, że dalej jestem, to najlepsza część całej trylogii, moim zdaniem dorównuje książce – po prostu masakra!!! Jedyne, czego brakuje, to krwi, no ale to fantasty, więc można przymknąć na ten szczegół oko. Naprawdę odliczałem dni do „Powrotu Króla”, ponieważ wiedziałem, byłem pewny, że się nie zawiodę!!!

Teraz czekam na „Star Wars epizod III”, bo jestem wielkim fanem Gwiezdnej Sagi; w końcu wychowałem się na twórczości Luckasa…No ale trzeba poczekać do `05. Na razie trylogia Tolkiena po prostu rządzi!!! My jako zespół nie inspirujemy się żadnymi filmami, my po prostu kochamy kino!!!

 

Tomasz (THRONEUM):

Trylogię Tolkiena czytałem w 8-mej klasie szkoły podstawowej (of corpse), a było to dość dawno temu. Wtedy kurewsko mi się to podobało, ale nie wiem, jak teraz bym to odbierał. Z drugiej strony nigdy mnie to nie inspirowało i nie wiem, czemu tyle zespołów tak często odwołuje się akurat do tego pisarza. Nie zawiodłem się wersją kinową książki, ale też nie miałem wobec niej żadnych specjalnych oczekiwań…

 

Infamis (Beast Of Prey Rec./Distro):

Tolkienem się nie interesuję, nie mam czasu na fantazje :-). Oczywiście „Władcę Pierścieni” oglądałem i uważam, że fajnie jest to zrobione, ale nic poza tym.

 

Image  

Kuba („Hell `zine”):

Jeśli chodzi o Tolkiena, to nie gustuję w takich klimatach. Jestem osobnikiem, który raczej czyta książki historyczne a nie fantasy. Zdecydowanie wolę np. „Wrzesień 1939 – w relacjach i wspomnieniach” niż „Władcę Pierścieni”. Pewnie na wstępie zostanę zbluzgany przez iście intelektualną młodzież metalową za to, że nie przeczytałem tej kultowej książki, choć nie wykluczam, że to kiedyś zrobię. Może wybór tego, czym się interesuję, jest spowodowany tym, że jestem realistą, racjonalistą, a mój umysł nie dopuszcza innej rzeczywistości, jak taka, która nas otacza. Nie trafiają do mnie takiego typu książki, w których jest jakiś piękny, sztucznie wykreowany świat, gdzie kiedy ktoś zginie, to za parę minut z powrotem wraca do akcji (jeśli wiecie, o co mi chodzi). Bardziej wolę chorą rzeczywistość, która miała miejsce w czasie II Wojny Światowej. Tam jak zostałeś zabity, to nie powracałeś.
Trylogii nie czytałem, ale za to film oglądnąłem i cholernie mi się spodobał. Był to jeden z nielicznych, tak fajnych filmów, jakie oglądałem w ostatnich czasach i który wpłynął na mnie bardzo pozytywnie. Piękne krajobrazy, brzydcy jak moja panna po stosunku orkowie – czego jeszcze można chcieć? Kupę śmiech miałem, jak patrzyłem na ich obślizgłe pyski, z których wydzielała się jakaś ropa czy inne ścierwo :-). To było spoko, ale nie wiem, dlaczego zawsze wygrywa „dobro”? Piękny film, ale też wysokobudżetowy i klient nie płacił za byle gówno tyle kasy.
Ok., przejdźmy do tego, jak takiego typu książki i ich ekranizacje wpływają na społeczeństwo. Takie rzeczy jak gumy do żucia w papierku z twarzą jakiegoś elfa, tudzież innego hobbita to nie jest jakaś tam nowość. Trzeba pamiętać, że wraz z powstawaniem jakieś super ekranizacji rusza „maszyna” zwana kampanią reklamową (w tym celu użycza się np. logo, wizerunki postaci itp.), której zadaniem jest zaopatrzenie w duperele, wszystkich rzeczy począwszy od gum i breloczków, a skończywszy na srajtaśmie (papierze toaletowym). Nie wiem, czy się orientujecie, ale można się wybrać w krainę, w której kręcono tą bajkę. To jedno wielkie pranie mózgu u ludzi bardzo młodych, którzy, jak wiadomo, są podatni na takie rzeczy. Można nawet powiedzieć, że jest to taka mała religia (a tfuu), która w mniejszym lub większym stopniu manipuluje ludźmi i to może doprowadzić do zaskakujących efektów. (np. ktoś po oglądnięciu takiego filmu pomyśli sobie: „jestem nieśmiertelny” i spierdoli się z urwiska). Tak to jest, ale przecież wiadomo, że psycholi jest niemało i szczerze powiedziawszy to każda (także historyczna czy biograficzna) książka może wpłynąć na osobę. Ale „Władca Pierścieni”, to jeszcze nic! Popatrzmy na takiego Dragon Bull czy Pokemony – to jest dopiero rzeźnia. Tam w Japonii to dopiero wymyślają jakieś kurewskie produkcje. Według mnie powinni tego zabronić, ponieważ może doprowadzić do wielu niepotrzebnych tragedii (a chuj z tym, przynajmniej AZARATH będzie miał inspiracje, jak dojdzie do masowych mordów). Pamiętajcie, nie dajcie się omamić, myślcie racjonalnie i nie przekładajcie filmu lub książki na swoje lub czyjeś życie.

 

Image

Gimli – rzeźba (wykonał: ukasz)

Marcin („Pancerfaust `zine”):

Owszem, lubię czytać dzieła Tolkiena (zwłaszcza „Silmarillion”) i uwielbiam film (jedynkę widziałem już 6 razy, dwójkę 3 :-)), ale czy się tym interesuję? Jeśli masz na myśli maniactwo w stylu kupowania każdych wydań „Władcy Pierścieni”, uczenia się na pamięć języka elfów i fragmentów powieści itd to nie :-), takim maniakiem nie jestem, tym bardziej, że bardziej od Tolkiena cenię sobie twórczość Sapkowskiego, który jest moim ulubionym pisarzem. Oczywiście obaj są doskonali na wakacyjne wieczory…

 

Sopel (Sear`promotion):

Jakoś nigdy nie przepadałem za fantastyką, a moje upodobania szły bardziej w kierunku sciene-fiction, chociaż serie komiksów „Thorgal`a” przeczytałem jednym tchem. Co do obecnej manii na punkcie Tolkiena, to odnoszę się do tego jak do każdej manii (podobnie było np. z „Matrix`em” czy „Titanic`iem”), tzn. sceptycznie i działa to na mnie odstraszająco, przez co po Tolkiena w najbliższym czasie nie sięgnę (jak już sięgnę, to pewnie stwierdzę, że jest super, tak jak to było na przykład z „Matrix`em 1”, kiedy go obejrzałem 2-3 lata po premierze). Po prostu nie lubię masówek, kojarzy mi się to z nastoletnim idolowaniem np. boysbandom. Oczywiście nie porównuję Tolkiena do boysbandow, myślę tylko o manii jemu towarzyszącej. Ufff, starczy, bo zaczynam platać :-).

[Kasia / Atmospheric #12]

LUX OCCULTA: Czy zbudzą się Rogate Dusze, czyli Dionizji ciąg dalszy?!

 

Image

 

PROLOG

Długo zastanawiałem się, co napisać we wstępie do tego artykułu, bo cóż można powiedzieć o kapeli, która jest doskonale znana i pomimo upływu lat i braku nowych nagrań oraz wieści z jej obozu, wciąż wzbudza masę emocji?! Choć członkowie zespołu rozrzuceni są po różnych miastach i krajach, to fakt, że mają ze sobą stały kontakt, pozwala mieć nadzieję, że to jeszcze nie koniec tej wspaniałej grupy. No a że jakiś czas temu Jaro Szubrycht wspomniał coś o powrocie LUX OCCULTA, to teraz na forach internetowych, koncertach zaprzyjaźnionych kapel czy imprezach towarzyskich aż huczy od domysłów i plotek na ten temat. Co by się jednak nie wydarzyło, zespół ten na stałe wpisał się w historię metalowego undergroundu jako jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych aktów, który zainspirował dziesiątki innych grup.

Gwoli wyjaśnienia – w artykule nie starałem się analizować muzyki LUX OCCULTA, rozbierać ją na czynniki proste itd., bo wydaje mi się, że każdy z Was uczynił to już dziesiątki razy. Zależało mi jednak, żeby przedstawić najważniejsze fakty z historii kapeli, kilka anegdot i nieznanych do tej pory ciekawostek. Na wspominki udało mi się namówić Jurka (klawisze), Petera (gitara), Jaro.Slava (wokal) oraz wieloletniego wydawcę zespołu Tomka Krajewskiego (Pagan Records). Przytoczyłem też niektóre wypowiedzi muzyków z archiwalnych wywiadów. Dowiecie się więc, jakie były początki oraz przebieg całej kariery „luksusowego” bandu oraz czego można się spodziewać po ewentualnym przebudzeniu się tych rogatych dusz…

ImageMoja znajomość tematu LUX OCCULTA na samym początku wiąże się z osobą Jara Szubrychta – jednego z moich najlepszych ówczesnych przyjaciół z undergroundu. Wydawca Diabolic Noise `zine, promotor i późniejszy wokalista TERROR, który następnie przekształcił się w HAEMORRHAGE, na początku lat `90 prowadził ze mną ożywioną korespondencję, a z czasem zaczęliśmy się widywać na suto zakrapianych imprezach z okazji moich wizyt w Dukli czy też Jarka w Bieszczadach. Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością muzyczną Jara na jakimś przeglądzie kapel w Przeworsku, gdzie występował z HAEMORRHAGE. Występ ten przypadł mi do gustu, a – z tego, co pamiętam – docenili go również jurorzy wyróżniając kapelę. Na tym samym przeglądzie wystąpił również inny dukielski zespół o morderczej nazwie BLASPHERION. To właśnie dwóch kolesi z tej grupy odpowiedzialnych jest za powołanie do życia LUX OCCULTA…

 

POCZĄTKI

Mamy początek 1994 roku. Przekazuję głos Peterowi: „Na początku było słowo… Nie, na początku był niesamowity głód grania, głowa pełna pomysłów, nieprawdopodobna determinacja, by w dwutysięcznym mieście znaleźć kilku osobników lubiących metal i zarazem potrafiących trzymać instrumenty we właściwym położeniu. Razem z G`Amesem naszkicowaliśmy w moim ciasnym pokoiku muzyczny zarys dwóch pierwszych utworów, które później znalazły się na jedynej naszej taśmie demo „The Forgotten Arts” i metodą eliminacji rozpoczęliśmy poszukiwania pełnego składu. W ciągu jednego wieczoru i spożyciu kilku buteleczek ukraińskiego spirytusu skompletowaliśmy właściwie cały trzon zespołu.”

Parę dni później obaj gitarzyści zaproponowali posadę wokalisty Jarkowi Szubrychtowi, który przyjął pseudonim Jaro.Slav i od tej pory zajął się, oprócz wokali, sferą liryczną oraz PR zespołu. Po krótkim czasie kolejnymi członkami stali się: basista Jackie oraz perkusista Aemil. Okazało się jednak, że to nie koniec formowania składu, ponieważ wizja muzyczna LUX OCCULTA obejmowała również instrumenty klawiszowe. Wracamy więc do wspomnień Petera: „Potrzebowaliśmy jeszcze tylko klawiszowca. Jedynym, którego znaliśmy i mieścił się osobowościowo w ogólnym zarysie powstającej grupy, był U.Reck. Ale on miał jeden minus – nie był metalowcem. Był, o zgrozo, kojarzony z DEPECHE MODE! Na szczęście świetnie się nam razem piło wódeczkę i jeździło na dupy. Tak, tak black metalowcy też jeździli na dupy:-).”

A jak swoje dojście do ekipy LUX OCCULTA wspomina U.Reck? „To były fajne, beztroskie czasy. Dwóch kumpli od wspólnej wódeczki i wypraw na kobitki zaprosiło mnie na jedną z pierwszych prób założonego właśnie młodzieżowego zespołu muzycznego o profilu metalowym;-). Miałem wówczas mierne pojęcie o ich wyczynach, bo jak dotąd „popełnili” dwa numery, których prawie nikt nie słyszał:-). Wpadłem jednak do dukielskiego kina, gdzie czekał mały syntezatorek Yamaha pożyczony od innego kolegi. Jedyną klawiaturą, z jaką wcześniej miałem do czynienia, była klawiatura akordeonu, ale to nic – posłuchałem, poczułem, co poczuć miałem, no i następny utwór zrobiliśmy już wspólnie. I tak oto sześciu przystojnych, młodych ludzi z małej mieściny na końcu świata, pomimo braku umiejętności przyzwoitego grania na jakimkolwiek instrumencie, rozpoczęło wielką przygodę z muzyką;-).”

Jak to zwykle bywa na początku, jest ogromne parcie na granie, tworzenie nowych numerów, bez względu na czyhające na każdym kroku niedogodności. Zwłaszcza w tamtych czasach i w takim miejscu jak podkarpacka Dukla, problem był szczególnie ze sprzętem i miejscem do grania, częstotliwością prób etc. „Zespół powstał chyba na przełomie stycznia i lutego. Co ciekawe nie mieliśmy instrumentów, sprzętu i… sali prób” – wspomina Peter – Jednak do dzisiaj pamiętam tę oczywistą oczywistość tamtych dni: kapela będzie grała choćby – zacytuję G`amesa – „skały srały”. Nie było przeszkód nie do pokonania, sprawa rozbiła się nawet o burmistrza miasta („Chłopaki, ja was rozumiem, ja też kiedyś byłem hippisem”:-)). Pierwsze próby mieliśmy w kinie „Promień” w Dukli. Sprzęt (oj, to za poważne słowo na eksponaty, jakimi dysponowaliśmy) rozstawialiśmy na scenie pod ekranem. Można więc powiedzieć, że od pierwszych chwil dobrze czuliśmy się na scenie. Ciekawostką niech będzie fakt, że zaraz po naszych próbach w tej samej sali odbywały się spotkania Świadków Jehowy. Wielu z nich przybywało wcześniej, mogli więc z rodzinami rozkoszować się widokiem naszych „występów”.”

Image

I wszystko jasne. Początek był charakterystyczny dla większości zespołów rozpoczynających działalność w latach świetności sceny undergroundowej… Jednak już wtedy zaczęła zarysowywać się wyjątkowość muzyki LUX OCCULTA – charakterystyczna chwytliwość, połączona z niezwykle mrocznym klimatem oraz nieodzowną dawką brutalności.

Grupa zaczęła myśleć o pierwszych nagraniach… „Pierwsza sesja – wspomina Peter – odbyła się w owym kinie na dwuśladowym magnetofonie. Na jednym śladzie wszystkie instrumenty, a na drugim głos Jaro.Slava. Całkiem nam się to spodobało. Co prawda słyszeliśmy o studiu Manek w Sanoku, ale był to odległy wyjazd (60 km:-)) i nagranie było kosztowne, jak na nasze skromne kieszonkowe.” Miałem okazję słyszeć ten materiał – nie brzmiał aż tak tragicznie;-), bo w owym czasie było mnóstwo demówek brzmiących dużo gorzej, a posiadających status niemalże kultowy. Mimo wszystko nagrania zrobione na rozlatującej się perkusji, klejonych naciągach i kultowych eltronach nie mogły zadowolić. Jednak w przypadku muzyki sekstetu z Dukli potrzebna była zdecydowanie lepsza jakość. „Na szczęście zwyciężył rozsądek.” – podsumowuje Peter. Chłopaki wysupłali parę groszy z sakiewek i w lipcu 1995 roku na tydzień zaszyli się w Manek Studio, by zarejestrować materiał na debiutancki materiał…

„THE FORGOTTEN ARTS”

„Pierwsze demo nagrane za kilkaset złotych uzyskanych drogą „zrzuty” – wspomina U.Reck – to pierwsza i siłą rzeczy niezdarna próba ogarnięcia muzyki, która w nas wtedy siedziała. Mnóstwo zapału, miejscami wręcz brawury i bezkrytycyzmu – bo trudno ten zestaw utworów uznać za kamień milowy w dziejach metalu;-). Jednak demo swe zadanie spełniło – szybko nadszedł kontrakt, będący chyba premią za świeżość w podejściu do ciężkiego, ale niepozbawionego specyficznego klimatu grania. A był to rok 1995 i zasadniczo rządził black metal w najprawdziwszej z prawdziwych postaci;-).” A o urokach pierwszego studyjnego doświadczenia tak mówi Peter: „W studio, oprócz Manka (właściciela), przywitały nas pralki i pranie rozwieszone nad perkusją. Demo rodziło się w bólach przez kilka dni. Nagrywaliśmy, jedliśmy, spaliśmy w tych samych pomieszczeniach. Łazienki niestety nie było… Black metal pełną piersią. Na chwałę Szatana nie myliśmy się kilka dni:-). Mogło to być kanwą powstania utworu zatytułowanego „Sweetest Stench Of The Dead”, zamieszonego na kolejnym wydawnictwie.”

Image

I tak rodził się kult!!! Materiał „The Forgotten Arts” okazał się strzałem w dziesiątkę na mocno skostniałej scenie black metalowej, choć gdybym w tamtych czasach tak nazwał tę muzykę, naraziłbym się ostro członkom LUX OCCULTA, którzy wespół ze swoim wydawcą (Pagan Rec.) ochrzcili ją occult metalem!!! „Myślę, że ten szyld – tłumaczył wówczas Jaro.Slav – dobrze charakteryzuje mroczną atmosferę naszej muzyki i tekstów, a jednocześnie nie szufladkuje nas jednoznacznie. A to dla nas bardzo ważne, bo chcemy mieć pełną swobodę poruszania się po różnych gatunkach szeroko pojętego metalu. I nie tylko metalu.”

ImageOd samego początku, oprócz muzyki, bardzo ważny dla zespołu był również koncept tekstowy i wizualny. Zastanawiam się, jak wielu z Was zachodziło w głowę, co przedstawia okładka pierwszego demo LUX OCCULTA?! Odpowiedzi udzieli Peter: „Już wtedy całemu procesowi powstawania wydawnictwa przyświecał koncept wymyślony przez Jaro.Slava. Brakowało tylko okładki. Ale cóż to za problem dla młodej, prężnej grupy? Niestraszna nam była pogoda (zwłaszcza G`amesowi), więc wybraliśmy się nad pobliską rzekę, gdzie ów delikwent w stroju Adama zanurzył się pod wodą, a my tatusiowym aparatem pstrykaliśmy zdjęcia. Efekt tej sesji można podziwiać na okładce „The Forgotten Arts.” – po czym Peter dodaje: Zdradziłem największą tajemnicę zespołu. G`ames mnie zabije…:-)”

Wspomnieliśmy o kontrakcie, który kapela podpisała w niemalże ekspresowym tempie. I to z nie byle kim, bo z mającą niezwykłą renomę na podziemnej scenie wytwórnią Pagan, która miała w owym czasie w swoim katalogu zespół właśnie rozpoczynający swoją niesamowitą karierę – BEHEMOTH.

Tak więc nagranie demo dobiegło końca, kasety zostały rozesłane i… Opowieść kontynuuje Peter: „Po nagraniu demo, w celu odreagowania stresu, postanowiliśmy pojechać na kilkudniowy harcerski wypad nad jezioro solińskie. Przed tym wyniszczającym wyjazdem wysłaliśmy jeszcze cieplutkie piosenki do kilkunastu mniej lub bardziej znanych wytwórni. Aby ograniczyć koszty, „The Forgotten Arts” nagrywaliśmy kasując jakieś pirackie kasety z domowych zasobów. Wyjazd był bardzo udany. Już pierwszego dnia, w kilka chwil po przyjeździe rozpętaliśmy największą zadymę w historii tego pola namiotowego. Przez cały dalszy pobyt nasza ekipa traktowana była z należytym szacunkiem przez pozostałych biwakowiczów. Co ciekawe, podczas tego pobytu wstępną propozycję wydania naszego materiału zaoferował kolega z grupy CARRION OF TORRENT, który – nie wiadomo skąd – znalazł się w pobliżu naszego obozowiska. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po powrocie z tej krajoznawczej wycieczki w skrytce pocztowej czekały na nas niespodzianki. Parę propozycji wydawniczych, w tym jedna najciekawsza – od Tomasza z Pagan Records. Kilka telefonów, kilka listów i wszystko było załatwione. Te cudowne czasy undergroundu! Żadnych umów, kontraktów na piśmie – ot, taka deklaracja słowna. Wiele lat później trochę się to na nas zemściło, ale to już temat na inną opowieść.” A gdy zapytałem Tomka Krajewskiego o to, jak doszło do zawarcia umowy z LUX OCCULTA, odparł: „Zwyczajnie – niezwyczajnie. Podesłali mi taśmę, a ja po prostu odpadłem po jej przesłuchaniu. Świeżość i przebojowość muzy – to było coś niesamowitego. Do tego świetne teksty. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie;-). Zresztą do dzisiaj bardzo lubię to demo. Ciekawostką może być fakt, że sporo osób mocno odradzało mi wydanie tego materiału. Nie powiem, kto, żeby ich dzisiaj nie zawstydzać:-)… Muzyka LUX OCCULTA dla ortodoksyjnych black metalowców wydawała się zbyt mało radykalna, a dla death metalowców za mało brutalna, ale koniec końców trafiła do wszystkich.”

Świę… tfu, nieświęta prawda!!! Ziarno zostało zasiane, ale właściwy boom miał dopiero nastąpić. Póki co, jesienią 1995 roku LUX OCCULTA zadebiutowała na scenicznych deskach. Występ miał miejsce w Krośnie na Przeglądzie Amatorskich Zespołów Muzycznych. Kapela zajęła III miejsce, ale co ważniejsze, od razu przypadła do gustu sporej grupce lokalnych metalowców, którzy przyszli tego wieczora do Domu Kultury. Pamiętam jak niedługo po tym koncercie otrzymałem list od Jaro.Slava, w którym napisał: „Zrobiliśmy piekło!!!”. Tak, w owym czasie było to istne piekło. No i w jednym z utworów (bodajże „Sweetest Stench Of The Dead”) chłopaki wystąpili z wiolonczelistką!!! Ktoś mi poda przykład, który z zespołów muzyki ekstremalnej w tamtym czasie odważył się na coś podobnego?
W styczniu `96 oficjalnie ukazała się kaseta „The Forgotten Arts”, a już w marcu grupa ponownie weszła do Manek Studio, by w ciągu dwóch tygodni zarejestrować materiał na debiutancki album.

„FOREVER ALONE. IMMORTAL”

Głos ma U.Reck: „Pełnowymiarowy debiut LUX OCCULTA to był debiut realizatorski pewnego młodego, nieobliczalnego człowieka [Manka Kurasza – właściciela studia – red.], który przy tej okazji po raz pierwszy w swym studio nagrywał materiał na „płytę kompaktową”;-). Sporo rzeczy zrobić się więc „nie dało”, ale i sporo się udało. Skład bez zmian, umiejętności trochę więcej, zapału jeszcze więcej. W dalszym ciągu kolektywny sposób pracy nad kompozycjami. Po latach kilka utworów z „Forever Alone. Immortal” się broni (faworyt? „Bitter Taste Of Victory”;-)), inne nie, ale to był naprawdę ważny i duży krok, który pozwolił nam uwierzyć w siebie i w zespół.”

Płyta odniosła wielki sukces na krajowej scenie (i nie tylko), a kapela została bezapelacyjne obwołana nadzieją roku w większości fachowych magazynów metalowych. Jak wspomniał U.Reck, muzyka stała się jeszcze lepsza, bardziej oryginalna i rozpoznawalna. Ponadto po raz pierwszy na szerszą skalę Jaro stworzył w warstwie tekstowej koncept-album, co w późniejszym czasie stało się tradycją. Dlaczego? Najlepiej wyjaśni to sam zainteresowany: „Nie lubię i nigdy nie lubiłem słuchać pojedynczych piosenek. Zawsze puszczam sobie całe płyty, od początku do końca. Tak samo traktowałem materiały LUX OCCULTA, więc w naturalny sposób myślałem o nich jako o obszernych opowieściach, w których utwory pełnią tylko rolę rozdziałów.”

ImageA co przedstawia okładka „Forever Alone. Immortal”? Tradycyjnie wielu głowiło się, co, do cholery, na niej jest. Jedni dopatrywali się w tym obrazku mrocznego, diabelskiego przesłania, inni widzieli na nim cuda… A prawda jest taka, że obraz zdobiący tę płytę jest niczym innym jak fotografią rośliny, a konkretniej aloesu… Mam nadzieję, że wyjawiając takie tajemnice nie zaszkodzę kultowi LUX OCCULTA;-). Panowie, wybaczcie!

W pewnym sensie „Forever Alone. Immortal” wieńczy „dziewiczy” okres działalności grupy, który w następujący sposób podsumowuje Jaro.Slav: „Może nie od pierwszej próby, ale już od skomponowania „Creation” wiedziałem, że tym razem będzie inaczej, że mamy do zrobienia coś więcej, niż tylko kasetę demo nagraną w sali prób i rozprowadzaną wśród kumpli. Chociaż z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że pewne rzeczy zrobiliśmy zbyt szybko i niedbale, ale przynajmniej doskonale się bawiliśmy. Świat nie byłby uboższy bez „The Forgotten Arts” czy „Forever Alone. Immortal”, ale ja na pewno byłbym uboższy bez tych pierwszych prób, sesji nagraniowych w Sanoku i koncertów po najpodlejszych spelunach Podkarpacia.”

W czerwcu `96 doszło do pierwszej zmiany w składzie. Z zespołu został usunięty Aemil, którego miejsce zajął Kriss – perkusista o niezwykłym talencie i dużo wyższych umiejętnościach od poprzednika. Chrztem bojowym Krissa była wrześniowa sesja nagraniowa w Manek Studio, która odbyła się na potrzeby udziału LUX OCCULTA na składance „Czarne zastępy: W hołdzie KAT” firmowanej przez Pagan Records. Kapela nagrała swoją wersję utworu „Czas zemsty”, która okazała się jednym z najjaśniejszych punktów tej kompilacji (obok VADER, BEHEMOTH, LUCIFERION czy INSOMNIA). Również podczas tej wizyty w Sanoku został zarejestrowany stuff projektu HATEBREED, „Dominium Bizzarum”, na którym muzycy LUX OCCULTA pokazali bardzo interesujące, niekiedy industrialne czy wręcz transowe podejście do muzyki ekstremalnej, z mnóstwem ciekawych patentów (m.in. użycie akordeonu ze słynnym motywem z „South Of Heaven”!). Materiał „Dominium Bizzarum” miał zostać wydany przez Przema Popiołka z Infernal Death `zine w jego wytwórni, ale wytwórnia nie powstała, Przemo zgubił gdzieś taśmę matkę… Szkoda!

W grudniu tego samego roku zespół wrócił do studia, aby zarejestrować kilka utworów, które miały ukazać się na EPce. Wydawcą miała być pochodząca z Leska Sunset Records. Ale Książę Ciemności zrobił w balona naszych bohaterów oraz bodajże HOLY DEATH i materiał zarejestrowany podczas tej sesji musiał poczekać aż do czasu wydania „Maior Arcana”. Gwoli kronikarskiego obowiązku podam, że nagrano wtedy nową wersję utworu „Love” (znanego z debiutanckiego demo), „When Horned Souls Awake” (numer, który stał się koncertowym hitem zespołu na wiele lat!) oraz cover DANZIG „Heart Of The Devil”.

Stale rosnąca popularność grupy sprawiła, że LUX OCCULTA grała coraz więcej koncertów w kraju oraz na Słowacji. Nie mogę nie wspomnieć o koncercie z okazji V-lecia NEOLITH, gdzie LUX OCCULTA w trakcie „Czasu zemsty” pluła najprawdziwszą świńską krwią – ku uciesze zgromadzonych maniaków, a przerażeniu personelu, który później miał poważne problemy z usunięciem plam ze sceny! A wszystko ku chwale rogatego!;-)

SALA PRÓB W DUKLI

W międzyczasie kapela zmieniła miejsce na próby. Kto choć raz tam był, nigdy tego nie zapomni. Dziś, z perspektywy czasu myślę, że również to magiczne miejsce miało wpływ na powstanie tak zajebistej muzyki… Mówi Peter: „To ciekawe zagadnienie, chyba nigdy nikt o to nie zapytał. Kto nie odwiedził naszej sali, niech żałuje. A więc kilka zdań opisu dla tych, którzy nigdy tam nie byli… Chyba z 50m2 na piętrze Ratusza Miejskiego stojącego na środku rynku w Dukli. Nieprawdopodobnie strome, wytarte przez tysiące stóp kamienne schody, nieoświetlony korytarz i drzwi do sali prób. Sala nieogrzewana centralnie, wyposażona przez nas w kilka porozkręcanych grzejników z czasów Gomułki, podpiętych „na ostro”. Całe piętro pozbawione kibla, sala wyposażona więc przez nas w różne pojemniczki na siku. Połączenie ciepła grzejniczków oraz zawartości tych pojemników dawało ciekawy efekt… Occult metal sączył się z każdej szczeliny:-). Wnętrze, oprócz sprzętu, wypełniały najróżniejsze gadżety, że wspomnę choćby pentagram z kapsli po Tymbarku, choinkę bożonarodzeniową czynną cały rok, plakaty nagich chłopców czy obryzgane wieprzową krwią plakaty z naszych występów. Ratusz należał do Ośrodka Kultury w Dukli, co ciekawe nikt z włodarzy nigdy nie pofatygował się, aby zlustrować salę prób zespołu młodzieżowego LUX OCCULTA. Klucze do ratusza mieliśmy na własność, próby odbywały się o każdej porze dnia i nocy (choć przyznam, że po 22.00 nigdy nie graliśmy głośno), często też nocowaliśmy tam, do świtu dłubiąc na instrumentach. Myślę, że ta dowolność czasu spotkań też miała wpływ na jakość naszej muzyki. Nie byliśmy skrępowani godzinami prób, montażem sprzętu. Po prostu wchodziliśmy tam, włączaliśmy wzmacniacze i… ogień 666=666.” Uwierzcie Peterowi:-). To właśnie w „zaciszu” tej salki przez kilka pierwszych miesięcy roku 1997 powstawał materiał na kolejną płytę sekstetu…

„DIONYSOS”

ImageJednak zanim chłopaki weszli do studia, aby nagrać album „Dionysos”, po raz pierwszy pojechali na mini-tour do Niemiec w towarzystwie FORSTH i SHADOWS TOWARD MY SKY, grając między innymi w słynnym klubie „Hellraiser” w Lipsku.

W lipcu `97 LUX OCCULTA weszła do olsztyńskiego Selani Studio, by zarejestrować nowy materiał. Po latach U.Reck w dalszym ciągu ma dobre zdanie o tym dziele: „Druga płyta jest zawsze testem na wiarygodność grupy i nam z pewnością udało się pomyślnie ją zaliczyć. Było ostrzej, szybciej, ale i smakowiciej;-). Kompozycje były bardziej przemyślane, lepiej dopracowane i zaaranżowane. Poza tym po raz pierwszy mieliśmy kontakt z kreatywnym i bardzo „młodzieżowym” realizatorem [Andrzejem Bombą – realizatorem dźwięku w Selani – red.]. Jednym słowem było to owocne muzycznie i fantastyczne towarzysko lato w Olsztynie;-). Sądzę, że „Dionysos” był absolutnym maksimum tego, co mogliśmy osiągnąć w tej konwencji i w tamtym składzie, już z nowym, lepszym perkusistą. Album został dobrze przyjęty, a po nim nadeszły pierwsze, naprawdę ważne koncerty i trasy. A w głowie już myśl o wolcie, która miała nadejść;-).”

ImageI wtedy wszyscy wręcz oszaleli na punkcie LUX OCCULTA – zarówno fani, jak i media. Przypominam sobie tłumy, które waliły drzwiami i oknami chociażby na koncert w rzeszowskiej „Mewie”. Organizatorzy przygotowali ok. 400 biletów, a okazało się, że ludzi przyszło prawie dwa razy tyle! Istne szaleństwo! W podsumowaniach roku „Dionysos” śmiało konkurował w kategorii płyta roku z „Black To The Blind” VADERa, a każdy z muzyków zajmował wysokie miejsca za obsługę swojego instrumentu (bez głupich skojarzeń;-)). Mało tego – dionizje opanowały nie tylko nasz kraj. Reakcja na album poza Polską przeszła najśmielsze oczekiwania zespołu i wytwórni. Zwłaszcza w Grecji, kraju Dionizosa pochwałom nie było końca. Tamtejszy „Metal Hammer” uznał nawet „Dionysosa” płytą miesiąca.

ImageW warstwie tekstowej „Dionysos” to po raz kolejny koncept-album: „Chociaż dionizje są utożsamiane jako święto swawoli seksualnych i upijanie się alkoholem – mówi Jaro.Slav – to jest to tylko jedna strona medalu. Dionizje to także bóg paradoksu, irracjonalności, mocno związany ze śmiercią. Ciekawostka: jest to bóg, który umarł i zmartwychwstał, więc mit o zmartwychwstaniu istniał już kilka tysięcy lat temu. Właśnie ta dwoistość zafascynowała mnie. Myślę, że Dionizos jest bardzo ludzki w tym sensie, że posiada dwa przeciwstawne pierwiastki rywalizujące ze sobą.” Ta dionizyjska koncepcja LUX OCCULTY zyskała aplauz nawet skrajnych grup: „Dionysosa” chwalili Grecy, nawet greccy nacjonaliści, którzy pisali do mnie maile i listy, że generalnie wszyscy inni za wycieranie sobie gęby helleńską mitologią mają wpierdol, ale ja ujdę z życiem, bo zrobiłem to z wyczuciem i znajomością tematu. Grupa THE ELYSIAN FIELDS, która wydała płytę w Earache, zamieściła we wkładce takie oświadczenie, w której protestowała, że ma dość tego, że ktoś miesza się w greckie klimaty. Całość była utrzymana w tonie: „odwalcie się od Grecji” i takie tam. A ja dostałem od tych gości list, w którym normalnie napisali, że nasz „Dionysos” to masakra, że oni sami chcieliby napisać takie dionizyjskie teksty. Ja wtedy padłem na kolana. Ale to nie ja napisałem te teksty. One powstawały przez tysiąclecia, ja je po prostu zebrałem i w transie napisałem teksty dla LUX OCCULTA. To nie jest tak, że wymyśliłem je od zera. To prawda, czytałem książki religioznawcze, studiowałem stare rytuały dionizyjskie i cytaty z tych rytuałów także są w moich tekstach. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wierzę, że Dionizos był ze mną.” – opowiada dalej Jaor.Slav.

ImageEuforii, która towarzyszyła przyjęciu albumu, nie zmąciły nawet zmiany w składzie. Ba, z perspektywy czasu okazało się, że wyszły one zespołowi na dobre. W styczniu `98 z LUX OCCULTY zostali usunięci: gitarzysta G`Ames oraz basista Jackie. Ich miejsce zajęli cholernie zdolni muzycy ze stawiającej pierwsze kroki krośnieńskiej grupy DECAPITATED: gitarzysta Vogg i basista Martin. O personalnych roszadach mówi Peter: „Martin zastąpił Jacka, a Vogg G`Amesa (z którym założyłem kapelę). Było bardzo bolesne z punktu widzenia koleżeństwa i odbiło się na naszych stosunkach na wiele lat. Cóż, heavy metal to nie łaskotki. Zmiana podyktowana była przede wszystkim… miłością… Chłopaki zakochali się i inne instrumenty bardziej zaprzątały ich uwagę:-). Martin i Vogg – tak zwani „młodzi”, zawstydzili nas (zwłaszcza mnie) swoją techniką. Dzięki nim mogliśmy pokonać kolejne bariery muzycznej edukacji. Ze względu na różnicę wieku dość długo docieraliśmy się, ale wspólne biesiady i wyjazdy scaliły nas bardzo mocno.” Dołączenie do zespołu „świeżej krwi” z trochę innej strony przedstawia Jaro: „Przed pierwszym koncertem, jaki mieliśmy grać z nimi, w Warszawie, tłumaczyłem im: „chłopaki, wiecie, machajcie głową…”. Bałem się, że na scenie będą mniej żywiołowi niż ich poprzednicy, że trema ich zje. Jednak później po prostu umarłem. Oni kręcili takie młyny, że moich starych kości chyba nigdy tak nie rozruszałem. Potrafili całkowicie oddzielić różne elementy ciała, kończyny. Grali technicznie, a przy tym było to zupełne szaleństwo. Tak naprawdę wspaniały, najlepszy skład LUX OCCULTA, jaki mógłbym sobie wyobrazić.”

To właśnie nowi muzycy nadali jeszcze większej mocy koncertom LUX OCCULTA, których było coraz więcej: w marcu `98 trasa z DAMNATION i SACRIVERSUM, maj/czerwiec – kolejny tour, tym razem w towarzystwie HATE i CHRIST AGONY czy też występy w roli co-headlinera na festiwalach: Festering Blood na Słowacji (z DEVILYN, KRABATHOR) czy też rodzimym Novum Vox Mortis z udziałem blackowców z DARK FUNERAL. Do tego doszły dziesiątki pojedynczych gigów na terenie całego kraju.

„MAIOR ARCANA”

ImageWe wrześniu 1998 ukazała się długo oczekiwana płyta „Maior Arcana (The Words That Turn Flesh Into Light)”, która zawierała utwory nagrane w grudniu `96, remasterowaną wersję demówki „The Forgotten Arts” i cover THE SISTERS OF MERCY „Burn”. Dodatkowo do każdego egzemplarza została dołączona książeczka „Prawo światła”, zawierająca wszystkie teksty Jaro.Slava napisane dla LUX OCCULTA, w polskich tłumaczeniach oraz opatrzone komentarzem autora. Album miał być ściśle limitowany do 1500 sztuk, ale coś mi się nie wydaje, ponieważ w dalszym ciągu można go zdobyć…

Po bardzo intensywnej koncertowej promocji płyty „Dionysos”, chłopaki zabrali się za komponowanie trzeciego albumu, który okazał się kamieniem milowym w historii LUX OCCULTA oraz – jak wspomniał U.Reck – świadomie wykonaną woltą w kierunku muzyki jeszcze bardziej objechanej czy wręcz awangardowej. Jak się później okazało, nie przez wszystkich zaakceptowaną…

„MY GUARDIAN ANGER”

W grudniu 1998 roku grupa ponownie weszła do Selani Studio, aby zarejestrować płytę przez wielu określaną jako szczytowe osiągnięcie dukielskiej bandy. Oddajemy głos głównemu kompozytorowi „My Guardian Anger” – U.Reck’owi: „Całkowite wywróciliśmy dotychczasowy sposób pracy nad utworami. Co prawda komponując ten materiał, wespół z Peterem, z pewnością nadaliśmy mu klimat charakterystyczny dla LUX OCCULTA, jednak – co najważniejsze – totalnie przewietrzyliśmy naszą muzykę. Nie zastanawialiśmy się nad formą, konwencją, liczyły się konkretne dźwięki. Nasze muzyczne fascynacje znalazły na „My Guardian Anger” naturalne odzwierciedlenie. Album jest, jak zwykle, koncepcyjny, ale spójny jak nigdy dotąd. Mane. Tekel. Fares… Powstaniu płyty towarzyszyła fantastyczna atmosfera i od początku wiedzieliśmy, że robimy naprawdę ważną rzecz. Oczywiście studyjna rejestracja nie byłaby możliwa bez „rewolucji personalnej”;-). To dzięki bardzo młodym wówczas muzykom z mało komu wtedy znanego DECAPITATED udało nam się muzykę lepiej zaaranżować i profesjonalnie zarejestrować. Do tego drugi rozdział współpracy z Andrzejem Bombą (zdecydowanie współproducentem materiału) pozwolił osiągnąć zupełnie nową jakość.”

Premiera „My Guardian Anger” odbyła się w sierpniu 1999 roku i moim skromnym zdaniem jest to album kompletny – genialnie zaaranżowany, zagrany i nagrany. Przy tym ogromnie odważny, poruszający się w rejonach, do których wstęp mają tylko najbardziej świadomi muzycy. A poza tym to prawdziwa metalowa petarda, płyta niezwykle brutalna, w której jednak co chwilę następują nieoczekiwane zwroty akcji.

ImageWarstwa tekstowa to istny majstersztyk, który potrafił docenić nawet nieżyjący już Adrian Wasilewski – jeden z najlepszych autorów tekstów w historii muzyki metalowej, który współpracował m.in. z VADER. Jaro.Slav nie krył zadowolenia z takiego obrotu sprawy: „Moje teksty chwalił Adrian Wasilewski, dla mnie wzór niedościgły. Mówił, że sam by lepszych nie napisał i choć pewnie mówił tak tylko przez grzeczność, był to największy komplement, jaki wówczas mogłem usłyszeć – po czym dodaje: Jeżeli chodzi o te teksty, ja je napisałem, ale niekoniecznie odzwierciedlają mnie. Chciałem przedstawić bardzo różne punkty widzenia. Ten album jest bardziej intelektualny, przemyślany. Wiesz, siedzisz przy biurku, w ręce masz karty Tarota, patrzysz, jak się układają, myślisz nad nimi.”

Płyta spotkała się z naprawdę rewelacyjnym przyjęciem, a sprzedaż sięgnęła kilkunastu tysięcy egzemplarzy, co jak na podziemny zespół było wynikiem wręcz niebywałym. „My Guardian Anger” został wybrany przez czytelników magazynu „Thrash’em All” albumem roku, Jaro.Slav został wokalistą roku, a reszta muzyków uplasowała się w ścisłej czołówce podsumowania!

W trakcie sesji w Selani powstał pierwszy i jak do tej pory jedyny teledysk LUX OCCULTA, do utworu „Kiss My Sword”, który był emitowany przez kilka stacji telewizyjnych oraz ukazał się jako dodatek do kompaktowej wersji albumu.

Jednak, gdy chłopaki przygotowywali się do serii koncertów promujących „My Guardian Anger”, przez ich szeregi przewinęła się istna fala plag. Na krótko przed występem na Thrash’em All Festival Kriss zmiażdżył sobie łokieć (była nawet obawa, że już nigdy nie zagra na bębnach). W trybie awaryjnym na zastępstwo został ściągnięty Kuba z DEVILYN i po kilku godzinach prób zagrał świetnie przyjęty przez maniaków koncert. Gdy Kriss dochodził do sprawności, najpierw Jaro skręcił kostkę, a następnie U.Reck złamał nogę! Na szczęście chłopakom udało się przezwyciężyć niemoc koncertową i w marcu 2000 roku wrócili na deski grając mini trasę w towarzystwie szwedzkiego GARDENIAN. W maju LUX OCCULTA wystąpiła jako niespodzianka na festiwalu Metalmania w katowickim „Spodku”, wywołując radość kilku tysięcy fanów.

ZMIANA WYDAWCY

Jak się później okazało, „My Guardian Anger” to ostatnia płyta nagrana dla Pagan Rec. Na pytanie o ulubiony materiał nagrany przez LUX OCCULTA, szef tej stajni – Tomek Krajewski odpowiada: „Trudne pytanie. Każdy jest zupełnie inny i każdy ma w sobie coś specjalnego, co sprawia, że niemożliwe jest wymienienie jakiegoś zdecydowanego faworyta. Powiem tylko, że jakoś nie darzę większą sympatią ostatniej produkcji „The Mother And The Enemy”. Nie wiem, nie rozumiem tej płyty. Do mnie ona zupełnie nie dotarła. Złośliwi mogą powiedzieć, że dlatego, ponieważ została wydana dla innej wytwórni, ale to nieprawda.” A jak wspomina lata współpracy z Pagan Jaro.Slav? „Tomek bardzo nam pomógł, my pomogliśmy jemu. Lubiliśmy się, spędziliśmy razem wiele cudownych chwil [mafia musztardowa, spanie w wydmie jedzącej okulary, dotykanie się pin…mi:-) – red.], wypiliśmy hurtowe ilości napojów wyskokowych, przeżyliśmy niejedną mrożącą krew w żyłach przygodę. Ale potem zaczęło się psuć z różnych powodów, o których nie ma potrzeby wspominać. Wymienię tylko jeden, młodszym artystom ku przestrodze: wydawca nie może być jednocześnie waszym managerem. To nie działa. Dzisiaj żadnych animozji pomiędzy nami nie ma, zresztą jakiegoś dramatu nigdy nie było. Po prostu każdy poszedł swoją drogą i uczucie wystygło. Ale życzę Tomkowi jak najlepiej. To facet z prawdziwą pasją i bardzo bliskim mi poczuciem humoru.”
Image
W czerwcu grupa podpisała dwupłytowy deal z portugalską wytwórnią Maquiavel Music, a miesiąc później zagrała jako co-headliner na dwóch dużych festiwalach: czeskim Silesia Fest (m.in. z BEHEMOTH, DARK FUNERAL, ALTAR) oraz Castle Party w Bolkowie. Wakacje skończyły się dla kapeli występem jako jednej z gwiazd festiwalu Thrash’em All.
Koncerty jedynie zaostrzyły apetyty fanów na nowy album LUX OCCULTA…

„THE MOTHER AND THE ENEMY”

Kapela, ponaglana przez wytwórnię, pomimo tego, że materiał jeszcze nie był w całości skomponowany, zamknęła się na dwa miesiące (sierpień – wrzesień 2001) w częstochowskim Studio 333. Tam, pod okiem Bartka Kuźniaka (byłego basisty MORDOR) rozpoczęły się nagrania płyty „The Mother And The Enemy”…

Największe problemy podczas sesji były związane z Krissem, który w owym czasie stracił ochotę do grania. „Myślę, że te wszystkie kontuzje – stwierdził Jaro.Slav – odciągnęły go od muzyk. Przestało mu się chcieć, przestało mu zależeć. Od dłuższego czasu dawał nam do zrozumienia, że chce odejść. Próbowaliśmy go zatrzymać prośbą i groźbą. Ale okazało się, że niepotrzebnie, bo nie można zatrzymać kogoś, kto rzeczywiście już nie ma ochoty nic robić. Weszliśmy z nim do studia. Nagrał trzy utwory. Niestety okazało się, że pozostałego materiału nie jest w stanie już skończyć. Dlatego pożegnał nas już na zawsze i musieliśmy skorzystać z pomocy perkusisty sesyjnego, Gerarda Niemczyka [ex SCHISMATIC, MORDOR, HOLY DEATH i tysiące innych grup – red.], z którym dokończyliśmy nagrania”. W trakcie realizacji tego materiału zespół skorzystał także z pomocy innych muzyków, którzy bezsprzecznie jeszcze bardziej podnieśli atrakcyjność muzyki. Na „The Mother And The Enemy”, oprócz mocnych, brutalnych, death/black metalowych motywów, można usłyszeć wstawki industrialno-jazzowo-triphopowe. Nad całością po raz kolejny czuwał U. – lider LUX OCCULTA, którego fascynacje muzyczne już wtedy były bardzo odległe od tego, czego na co dzień słucha przeciętny polski heavy metalowiec: „Brzmienie numerów metalowych jest bardzo ostre, bardzo agresywne, bardzo metalowe. Zauważ, że są to numery tak brutalne, jak nigdy dotąd. LUX OCCULTA tak ostro nie grała. Z drugiej strony w utworach pojawiają się zupełnie niemetalowe patenty, zupełnie inne klimaty. To jest bardzo skontrastowana płyta.” I chyba jest to najbardziej odważny i zakręcony album, jaki kiedykolwiek ukazał się w Polsce. Temat „inności” tego krążka ciągnie Jaro: „Te metalowe utwory, od których zaczęliśmy, rzeczywiście mają struktury odmienne od tego, co graliśmy wcześniej i od tego, co w ogóle przeważnie się gra w metalu. Ale to przede wszystkim ze względu na aranżacje i rytmikę, ponieważ uwolniliśmy wyobraźnię i stosowaliśmy takie rytmy i podziały, których inni – nie wiem, dlaczego – w metalu nie wykorzystują.”

ImageWarstwa liryczna „The Mother And The Enemy” po raz pierwszy nie jest koncept-albumem, choć nie do końca, co wyjaśnia Jaro.Slav: „Nie, to nie jest koncept w takim znaczeniu, w jakim płytami koncepcyjnymi nazywa się jakieś tam historie opowiedziane przy pomocy poszczególnych rozdziałów czy piosenek. Ale jest jakaś główna myśl, która przewija się w większości utworów, właściwie wszystkich poza „Gambit” i „Pied Piper”. I jest to myśl bardzo nihilistyczna, tzn. poddająca w wątpliwość właściwie wszystko – wszystkie moje teksty z poprzednich płyt, które tak bardzo wychwalały ludzkie indywiduum, ludzkie życie i cały świat. W „Mother Pandora” jest taki wers, że życie jest nienaturalnym stanem i tak naprawdę naturalny jest niebyt, nieistnienie. I cały ten album mniej więcej jest o tym. Tytuł „The Mother And The Enemy” oznacza naturę, która nas rodzi, jest naszą matką, ale tylko po to, żeby nas zabić. I właśnie takie jest główne przesłanie tekstów.”

Premiera płyty miała miejsce 19-go listopada 2001, na świecie nakładem Maquiavel, zaś w Polsce dzięki firmie Metal Mind, która przy okazji wykupiła licencję i wydała poprzednie materiały grupy.
Recenzje w prasie, jak i opinie fanów były skrajnie odmienne – od peanów na cześć twórców „The Mother And The Enemy”, po niewybredne epitety i oskarżenia o zdradzenie „metalowych korzeni” itp. Prawda jest taka, że niektórzy twardogłowi po prostu nie dorośli bądź też nie byli w stanie docenić geniuszu i otwartości muzycznej tego krążka. Mimo wszystko przez czytelników opiniotwórczego magazynu „Thrash`em All”, „The Mother And The Enemy” została uznana płytą roku, wyprzedzając takie tuzy rodzimej sceny jak VADER, HATE czy DEVILYN, a kapela uplasowała się na trzecim miejscu ustępując jedynie VADER i BEHEMOTH.

Jednak sam proces przygotowania albumu i sesja nagraniowa zapowiadały, że coś niedobrego zbiera się nad LUX OCCULTA. Okres ten wspomina U.: „To był bardzo ciemny czas, zarówno w życiu osobistym, jak i w zespole. Niejednemu z nas świat się wtedy prawie zawalił, więc ta muzyka musi boleć. Uważam te utwory za najlepsze w historii LUX OCCULTA. Byłem przerażony tym, co rodzi się w mojej głowie – mnóstwo schorowanej wściekłości, bunt, ale i niemoc. Niestety nie wszystko udało się zrobić zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Presja czasowa ze strony wydawcy sprawiła, że weszliśmy do studia będąc w połowie drogi, z fatalną atmosferą w grupie, która podczas sesji praktycznie się rozsypała. W zasadzie jedynie dzięki absolutnej determinacji Jarka, Wacka i mojej oraz pomocy osób trzecich płyta została wtedy skończona i ujrzała światło dzienne. Nie wszystko zostało do końca dopracowane, zaaranżowane, a przede wszystkim zrealizowane, niemniej według mnie w tych utworach drzemie ogromna siła. A tak naprawdę to chciałbym kiedyś, w ramach jakiejś terapii sięgnąć raz jeszcze po ten materiał, dopracować do końca i nagrać z szalonym realizatorem w studio, które kosztuje 100 mln dolarów za godzinę;-).”

Pomimo tych problemów kapela ruszyła w charakterze jednej z gwiazd objazdowego Thrash’em All Festival (obok VADER i KRISIUN). Jednak kilka ostatnich koncertów była zmuszona zagrać bez Petera, który – z ciężkim sercem – postanowił odejść z LUX OCCULTA. Tak wyjaśnia motywy swojej decyzji: „Patrząc z mojej perspektywy, spowodowane to było dwoma przyczynami. Pierwszy to braki techniczne w opanowaniu instrumentu, zatrzymałem się w miejscu, nie rozwijałem się w kierunku rozwoju zespołu. Byłem też sfrustrowany możliwościami naszego drugiego gitarzysty. Vogg’owi nuty po prostu wypływały z gitary. Nie podziałało to na mnie motywująco, chociaż mogło. Drugi powód to ówczesne problemy osobiste.”

CISZA…

Po powrocie z trasy chłopaki próbowali jeszcze szukać nowych muzyków, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Efektem było zawieszenie działalności LUX OCCULTA na czas bliżej nieokreślony. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy była znikoma promocja ze strony wytwórni Maquiavel Music. Wspominając współpracę z szefem tejże wytwórni, Jaro.Slav nie przebiera w słowach: „Głupek i mitoman o wybujałych ambicjach. A ja nie mniejszy głupek, że w te wszystkie pierdoły wierzyłem. Szkoda czasu na komentowanie.” Nic dodać, nic ująć.

O zupełnie innych powodach rozpadu grupy mówi U.: „Trudno było nam pozbierać się po rozsypce w roku 2001. Konsekwencją wyboru pozamuzycznej drogi zawodowej było pojechanie każdego z nas w swoim kierunku oraz przejście przyśpieszonego kursu dojrzewania i odpowiedzialności za pojawiające się rodziny;-). – ale dodaje: Niemniej bez muzyki żyć niepodobna, więc każdy coś tam kombinował, by sobie radochy nieco uczynić;-).”

No tak, ciężko było sobie wyobrazić, by tak pracowite bestie całkowicie odpuściły sobie muzykę, dlatego też Jaro pojawił się gościnnie na debiucie VIRGIN SNATCH, Vogg i Martin zajęli się karierą coraz prężniej rozwijającego się w tym czasie DECAPITATED, Kriss po kilku miesiącach przerwy wrócił do grania – tym razem w NEOLITH. Również z NEOLITH związały się muzyczne drogi U. – najpierw gościnnie od roku 1996, a od płyty „Immortal” na stałe zasilił szeregi tej formacji. A w międzyczasie pomógł w sesjach nagraniowych takich tuzów jak VADER, BEHEMOTH czy ostatnio CHRIST AGONY.
Przez lata swojej działalności LUX OCCULTA doczekała się na scenie niesamowitego szacunku oraz sporej rzeszy oddanych i wiernych fanów. Czy był to zespól popularny? W pewnym sensie tak, choć była to innego rodzaju popularność od tej, którą znamy z tabloidów;-). Temat komentuje Peter: „Nie bardzo wiem, co powiedzieć, bo to słowo nie pasuje do LUX OCCULTA. Nie byliśmy rozpoznawani na ulicach, nie zarabialiśmy kasy, nie graliśmy setek koncertów. Po prostu robiliśmy swoje, nie oglądając się na trendy, nurty, gusta. Najprościej mówiąc, graliśmy taką muzykę, która w danym momencie podobała się nam najbardziej, a zarazem chcieliśmy ją nagrać najlepiej, jak potrafiliśmy. Banał? Być może, ale na pewno nie dla nas w tamtych czasach. Być może to, co osiągnęliśmy, opierało się na tej prostej szczerości chłopaków z Beskidu Niskiego.”

A być może mieli trochę pecha, że w momentach ciekawych propozycji koncertowych (jak np. trasa po Europie w towarzystwie SATYRICON – po wydaniu „My Guardian Anger” czy też koncerty w krajach byłego ZSRR) pojawiały się kontuzje muzyków albo zobowiązania w pracy bądź na uczelniach. Być może zabrakło jeszcze większej determinacji i postawienia wszystkiego na jedną kartę? Choć wydaje mi się, że to drugie odpada, bo z tego, co wiem, chłopaki zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje pociągałoby za sobą poświęcenie się w 100% muzyce i raczej nie mieli ambicji zostania drugim VADER czy BEHEMOTH… Muzyka to po prostu ich pasja i hobby, co było wyraźnie słychać w każdym nagraniu od samego początku istnienia LUX OCCULTA.

POWRÓT?

ImageZasiane jakiś czas temu ziarno powrotu LUX OCCULTA, co jakiś czas powraca. Postanowiłem więc zapytać o to samych zainteresowanych. Peter: „Przyszłość jest już teraz – jak pisał Carl Sagan. W tej chwili formalnie nie jestem członkiem grupy… Nie wiem, czy LUX OCCULTA zmartwychwstanie, mam jednak przeczucie, że wszystko się jeszcze może wydarzyć. Zazwyczaj podczas jakichś spotkań przy wódeczce nieśmiało przewija się wątek nagrania nowej muzyczki. Jednak jeśli już wracać, to z materiałem, którego nie musielibyśmy się wstydzić, który byłby godnym następcą wszystkich wcześniejszych wydawnictw. Po co coś nagrywać tylko po to, by nagrać i zadowolić czekających fanów. To nie byłoby w porządku w stosunku do nich, jak i nas samych. Cóż, na pożegnanie chciałem pozdrowić wszystkich, którzy przez lata wspierali nas w każdy możliwy sposób. Ja również mam nadzieję, że kiedyś pojawi się nowa płyta LUX OCCULTA.” Jaro.Slav: „Przyszłość LUX OCCULTA będzie albo świetlana, albo w ogóle jej nie będzie. Mamy sporo pomysłów i nowych doświadczeń, na pewno nie popełnilibyśmy tylu głupich błędów, co 10 czy 15 lat temu, ale… Nie mamy czasu. Każdy ma swoje życie, pracę, rodzinę. Nie wiem, czy będziemy mogli sobie pozwolić na takie czasochłonne i kosztowne hobby jak zespół occult metalowy”. Znamy już zdanie Petera i Jarka, jednak myślę, że najwięcej do powiedzenia na ten temat ma główny kompozytor i mózg LUX OCCULTA – U. I to właśnie do niego będzie należało ostatnie słowo, bo… Tak o jego ewentualnym braku w kapeli powiedział kiedyś Jaro.Slav w kontekście zawieszenia i wznowienia działalności: „Bez niego nie ma LUX OCCULTA! Może mogłaby być inna grupa, możemy sobie coś tam grać, ale nie jako LUX OCCULTA. Ten zespół jako taki przestaje istnieć. Ale go nie zabraknie, dopóki U. będzie żył. Prędzej ja mógłbym zwątpić w swoją postawę i zaangażowanie w kapelę niż w jego zaangażowanie. On po prostu wkłada w to całe serce. Ja udzielam wywiadów, bo to ja jestem gadułą, ale on się wypowiada muzycznie, jest dyrektorem”. Ok, więc Dyrektorze – jaka przyszłość przed LUX OCCULTA? „LUX OCCULTA wróci z bardzo dobrą płytą;-). Jedno jest pewne – nie ma powrotu do przeszłości, a formuła pozostaje skrajnie otwarta. Czy to będzie jeszcze metal? Nie mam pojęcia, bo na razie dysponuję zarysami zaledwie kilku utworów. Nikt z nas nie wiąże jednak z tym projektem oczekiwań finansowych, więc zrobimy materiał, którego będzie się nam chciało słuchać w 2009 czy 2010 roku, a może i w 2030;-). Po okresie totalnego krytycyzmu własnych dźwięków, znów zaczyna mi się podobać to, co tworzę, a do tego, obok starych muzycznych przyjaciół, jak Jarek i Wacek – Voggiem zwany, mam w zanadrzu fantastycznych muzyków chętnych do współpracy. Więc wierzę, że będzie gicio;-).”

Tak więc trzymamy Dyrektora i resztę muzyków LUX OCCULTA za słowo i czekamy na nowe nagrania zespołu!!!

 

[Levi / Atmospheric #15]

Lux Occulta, www.myspace.com/luxocculta