Kategoria: Artykuły

Miles z Talesu: Miles, sercem lody stawiam

PODZIAŁ I

Dwie ciemne postaci wyłaniające się zza rogu jasnej bramy, minęły rozkładające się ścierwo ciemnobrunatnego kundla. Wokół tylko ciemność, mgła i rozkładające się już od miesięcy cholerne ścierwa. Smród i mała sodoma. Cudownie wilgotne mury starego miasta, zdawały się cierpliwie znosić obrazoburcze napisy w stylu: “Miles, ty spedalony wieszczu, myj zęby”, albo “Każdy Miles to gniot, każdy gniot jest jak orgazm”… cokolwiek to miało znaczyć.
–      To ciekawe, że nie ma miejsca na lodziarnię w naszym mieście…- sentymentalnie zaczął Miles.
–     Ależ drogi Milesie, w naszym mieście są lodziarnie.- czule odpowiedziała Milesna.
To, że Milesna nie zawsze potrafiła złapać falę, na jakiej nadawał wieszcz, było znane wszystkim, którzy choć trochę uczestniczyli w życiu kulturalnym miasta, bądź też spędzali weekendy na nielegalnych, acz za to jak przyjemnych zlotach wyrywaczy rzęs. To w ogóle ciekawa sprawa, która jak bumerang wracała w namiętnych pogaduszkach wszystkich kościelnych dewot na deptaku im. Alberta Rzęsy.
–      Czy ja ci przerywam…- rzekł poirytowany Miles.
–    Nie- odpowiedziała Milesna, chcąc, nie chcąc, bo akurat nikogo w pobliżu nie było.
–    Tak więc zamknij swą powiekę, bo nigdy już rzęsy nie wyrwę ci, ma Milesno. Mówiąc o lodziarni, nie mam na myśli tych wszystkich…
–    Hmm…
–    Zadaj mi pytanie, Milesno.
–    Pytanie oto jest ci ono, Milesie, wieszczu ty my, luby jeno, ono brzmieć musi: jak bardzo jesteś skomplikowany w swej cudnej zawiłości, mój ty spośniarzu jeden, wszelki, rzeknij, a będę uzdrowiona, jako…
–    Kobieto, czy wiesz, że to jest początek książki?
–    Hmm…
–    Co ciekawe, co ciekawe, co sobie pomyśli czytelnik po tak głupim wstępie jaki tu zadałaś.
Zostawiając takie oto nierozwiązane zagadnienie szli dalej ulicą pełną niespodzianek, nie zauważając jak jeno chyżo   przeszli do następnego podziału….

PODZIAŁ II

“…kwestie poruszane, znajdują swe ujście wewnątrz zawiłego umysłu Milesa, wokół którego to wszystko wybucha niczym mała armatka…” – taka to była notatka. Beznadziejnie rewolucyjna jak na te stabilne czasy, kiedy to sztuka się wokół ustabilizowała. Awangarda stała się konieczna, nie istniały konwenanse, ani też nikt nie koniugował, cokolwiek to ma znaczyć.  Jedynym medium niosiącym te stare podziały były rzeki pełne zakrętów, szepcące o zamierzchłych czasach, kiedy awangardowcem to było ciężko być. Nawet za cenę kiczu poświęcano się i oddawano we władanie awangardy. Dzisiejsza sztuka była sama w sobie awangardowa i pełna ezoteryki. Ezoteryka była na każdym kroku, nawet seks stał się straszliwie ezoteryczny. Szcześliwie skończyły się problemy z nieudanym pożyciem milionów par. Orgazm u kobiet następował automatycznie po uwolnieniu się ciała astralnego. Mężczyzna szczytował w momencie rozwiązania wcale nieskomplikowanego heksagramu metodą tupi-tup… Seks stał się wręcz alternatywą dla totalitarnych systemów. Granice przestały istnieć. W jednej chwili, lewitując można było znaleźć się w sypialni gwiazdy hollywoodzkiego kina i rozwiązać wcale nieskomplikowany heksagram. Świat stał się w końcu globalną wioską. Awangarda, seks, wszechogarniający pokój… Ziemia byłaby rajem, gdyby nie fakt, iż wciąż pojawiały się nowe ścierwa przy kanałach miejskich. Prawdziwa zmora.
–    Śniła mi się zmora, Milesna…- zawołał przerażony Miles po przeczytaniu notatki.
–    Kochany, Milesie, jestem przekonana, że twój zawiły umysł wygenerował te wizje nazbyt irracjonalnie, stąd kropelki potu na twych piętach- próbowała uspokoić rozdrażnionego do granic wytrzymałości termicznej Milesa- wcale…
–    Wcale…- powiedział zahipnotyzowany Miles.
–    Nie…
–    Nie…- jego głos przybierał niebezpiecznie podniecający ton
–    Pozwolisz…- Milesna zdawała się gubić tok swojego rozumowania.
–    Pozwolisz…. Nie…. Wcale…
Tego było już za wiele, Milesna uwolniła swoją powłokę astralną. Ciało upadło w pobliżu pralki firmy “Rwi”, a okrzyk rozkoszy przeszył kolana Milesa, niczym nóż wbity w masło… Zaczęła się orgia zmysłów, totalne przemieszanie awangardowego seksu ezoterycznego z kulinarnymi wstawkami przynoszonymi wprost z ulicy. Zapach rozkładającego się ścierwa przy kanale, przestał istnieć. Zostali sami w tym nie-stanie. Wszelka moc obliczeniowa Milesa napawała otuchą na lepszy orgazm Milesnę. Tak też się stało, spazmy jakich doznała tym razem, rozświetliły miasto za dnia… rozświetlić miasto za dnia do tej pory potrafił tylko Miles…. Nic dziwnego, skoro był maltretowany w dzieciństwie przez swojego pogańskiego ojca, który straszył go odwłokiem samego Odyna.

miles.z.talesu_sercem

PODZIAŁ III

Ciemność w pokoju nie wystarczała, by skryć wyciek erotycznych myśli, które wylewały się z głowy Milesa wprost na nowy, perski dywan. Nagromadzona energia powodowała, iż ściany stały się mokre i żrące niczym soki trawienne. Miles popadł w trans absolutny. Jego wizja stała się nad wyraz pokręcona. Kaktusy stojące na parapecie nie były już tylko prezentem urodzinowym, ich mięsiste wnętrze zdawało się drgać pod wpływem wibracji, jakie roztoczyły się w pomieszczeniu. Miles wykonał proste zadanie matematyczne, wynik skądinąd znajomy… 3125. Pięć do potęgi piątej. Takie proste. Olśniony Miles otworzył oczy, pomieszczenie zmieniło swój wygląd diametralnie, co więcej, poczuł tuż przy sobie zapach perfum, które były dołączane tylko i wyłącznie jako reklamówka do burżuazyjnego czasopisma, “Coolwywood”.
–    “Ada- da-  aw ruk  principias”- wypowiedział jeszcze w stanie nieświadomości Miles zaklęcie swego zboczonego ojca, który jak wiadomo, straszył go odwłokami. Widok, który ujrzał wraz z pierwszym przebłyskiem i tak niskiej samoświadomości zwalił go ponownie w pościel, kolorową niczym w pedalskich kreskówkach Walta Disneya.
–    Pamela?
–    Miles?
–    Nie święty krasnolud, kurde memol!
–    Skarbie ty mój, skąd znasz zaklęcia tak tajemne, czy…
–    …że co, białogłowo?
–    Czy wiesz, że na zawsze już pozostanę niewolnicą twego tajemnego języka…
Hmm, całkiem nieźle- pomyślał Miles. Ta malutka bestyjka była, jak mi zdawało jedyną samiczką, poza zasięgiem naszej ziemskiej powłoki. Zdawała się, jako jedyna opierać wszelkim nonkonformistycznym zabiegom w celu posiadania rozkroczy… eeem, znaczy się rozkoszy… Ciekawe czy będę w stanie uwolnić jej ciało astralne a i samemu przeprowadzić proste działanie prowadzące do rozwiązania niezbyt skomplikowanego heksagramu. Dzięki ci, ojcze, za to żeś był tak potężnym magiem, wybaczam ci, że w wieku lat pięciu nasypałeś mi dwa przecinek trzy kilo soli w zwieracze! Twoje zaklęcia chyba skutkują…
–    Milesie, od tak dawna chciałam cię spotkać, by móc podziękować ci osobiście za poem, który stworzyłeś na moją cześć. No i oczywiście sowicie wynagrodzić- rzekła rezolutnie Pamela.
Jak ona cudnie się rumieni- walczył z myślami Miles. Mam tylko nadzieję, że nie zjawi się tu przez żadne szczeliny czasowe Milesna… a jeżeli nawet! Zrozumie, w końcu to jest jej rok, będzie musiała wybaczyć. Sponsorem tego cholernego roku jest literka “M”.
–    Milesie…
–    Pamelo…
Po tym krótkim wstępie zapadli się w międzygalaktyczne wibracje, które uniosły ich lekko i frywolnie pośród całej rozpusty czasu minionego i tegoż, co tuż tuż za rogiem. Odwieczne poszukiwanie mędrców, ich teorie stają się dla tej pary rzeczywistością poza nierzeczywistością. Delikatne łodygi papirusów zasadzone bezpośrednio na  drewnianej podłodze, zdawały się oddychać przyspieszenie. Miles i Pamela oddają się uczuciu, jakie znali tylko pierwotni Druidzi. Po nieskończonej ilości skończonego czasu, Pamela uwalnia się z bytu cielesnego, oddając swoje istnienie astralne na pastwę Milesa. Uczynny bard, opiewał silnym głosem podszeptu jej wdzięki, uprzednio jedynie marząc co noc o tych chwilach. Heksagram jaki pojawił się na horyzoncie zdawał się nie do rozwiązania. Miles jednakże postanowił nie zaprzepaścić takiej szansy, mogła się już nigdy nie nadarzyć. Metodą całkowania i kombinacji z permutacją osiągnął doskonały wynik, wynik, którego nie potrafił uzyskać nikt żyjący, ani rozkładający się. Spojrzawszy na Pamelę, z radością stwierdził, że ta w tym czasie uwolniła doskonale swoją postać astralną. Wyglądał jak wyłuskana pestka słonecznika na rozgrzanym oleju. Oboje zapadli się błogo w nie-stan.
–    Milesie- usłyszał idiotycznie słodki głos.
–    Co jest, mój wężu rodem z moczar?
–    Wiesz, maleją mi piersi…
–    Która godzina?
–    To nie ma nic wspólnego z upływem czasu!- rzuciła zdenerwowana Pamela.
–    Ma, babo! Jeżeli jest już trzynasta dwadzieścia trzy, to po mnie. Milesna posieka mnie jak jajo na…
–    Miles! Cycki mi maleją, a ty mi tu prawisz o jakiś zazdrosnych sukach!
–    Hm, może da się to wyjaśnić racjonalnie.
–    Że niby jak?! Ra… co?
–    Może ci te selikony, czy jak one, rozpuściły się od nadmiernej produkcji meskaliny w krwioobiegu, którą produkujemy podczas oddawania się uciechom duchowym. Wiesz, taki odlot międzygalaktyczny jaki miałaś…
Dopiero teraz spojrzał na nią. Widok był, hm całkiem interesujący. Pamela na pierwszy rzut oka mogła mieć jakieś czternaście lat…
–    Pamela, to jest chyba poważna, acz bardzo miła sprawa. Ty się odmładzasz!
–    Tak? To… dobrze?
–    Tak, poczekam jeszcze z kwadrans, kiedy to osiągniesz wiek jedenastu lat i chyba będziesz znów dziewicą… chyba.
–    Ja nigdy nie byłam dziewicą, to znaczy, urodziłam się dziewicą, ale lekarze już wtedy wiedzieli, że będę sławna. Oni znali się na tych całych kombinacjach czasoprzestrzennych. Pochodzili ze starożytnego Egiptu…
–    No tak i nie mogli sobie odmówić, by wychędożyć słodziutką Pamelkę…
–    A czy i ty jesteś pedofilem?
–    Najdurniejsze pytanie, jakie dane jest mi słyszeć. Jasne!
–    Miles, wiesz co… Ja się kurczę, nie mam już włosów łonowych.
–    Bo i nie miałas ich przed godziną…. Hmm, myślę Pam, że twój czas zaczął biec w drugą stronę. To się zdarza najgłupszym blondynkom… Hm, nie tylko blondynkom, brunetkom, szatynkom, rudym, łysym babom też. Przykro mi, ale to dla ciebie będzie lepsze niżeli cały ten gówniany biznes porno, w którym obracasz się pomiędzy 22 a 6 rano.
–    Myślisz? A może… Miles, mi wyrastają zęby…
–    To mleczaki. Przykro mi, Pam, ty głupia babo, muszę się ulotnić.
–    Mileszz…
–    Rzeknij mi jeszcze jeno szybko, gdzie tu masz szczeliny… poza tą pomiędzy twymi kiczałami! Szczeliny czasowe…
Miles musiał się już zdać sam na siebie. Leżący obok niemowlak pomalutku zaczął przeistaczać się w zygotę. Zmusił się do postawienia swego ciała w pozycji ti-pi-szower, by wyczuć niewyczuwalny przepływ międzygalaktycznego powietrza. Po chwili ciszy posłyszał delikatne drżenie. Zdążył jeszcze kątem oka dojrzeć mokrą plamę nasienia wsysaną przez wielkiego penisa. Biedna Pamelka- pomyślał i zniknął, wedle starej zasady rodu Milesów.

PODZIAŁ IV – i nikt Cię nie zmusza do czytania tego.

Po wielce wyczerpującej scenie miłości Milesa i nadmiernego wysiłku w doborze słów przez narratora, czas na małe wyluzowanie. Narrator- pozwolicie- zajara sobie fajkę z główną postacią tego czegoś, co czytasz.
–    Hail Miles!
–    Cześć idioto, znów będziesz mnie wkurzał swoim: “Ależ Milesie, musisz robić to z odrobiną gracji i wyczuciem artystycznym”? Mam cię głęboko w mym otworze, palancie nadęty.
–    Miles, bo wytnę ten Podział….
–    Wycinaj !

[ciach!]

PODZIAŁ V

Raz do roku, 1 grudnia (gdzieś w czasie- światowy dzień Aids), urządzano w wielkiej szopie pełnej Istot Stamtąd zbiorową orgię na podstawie powieści Zbigniewa Nienackiego, pt. “Wielki Las”, jakby ktoś, kurwa, pytał. Jednakże mieszkańcy tej historii poczyniali to w celu przetrwania swego zmutowanego gatunku.
–    Milesna, wiesz, sponsorem tego roku jest literka “M”… Znasz zasady prokreacji, “M” jak Milesna, musisz się udać dzisiejszej nocy z nami do tej zgniłej obory na wielkie ti-putiputi-tup siup ba. Milesna, wedle mych skomplikowanych obliczeń za blisko 275 dni będę parszywym opiekunem jakiegoś bękarta poczętego w ten przeklęty dzień.
–    Czyż to nie cudowne? Zawsze…
–    Cudowne- rzekł jak tylko fałszywie potrafił Miles.
–    Będę okropną matką! W końcu. Moje dzieciństwo było przepełnione pseudo fantastyczną, cukierkowatą miłością. Matka zawsze ubierała mnie w jakieś różowe beciki i karmiła dziwacznymi podrobami najlepszych marek…
Miles zaczął wycofywać się w kierunku drzwi… Znał te wszystkie pokiełbaszone opowiadania Milesny na pamięć- zostało mu to jeszcze z czasów, gdy udawał, iż naprawdę go to interesuje. Doprawdy irytujący jest brak wyczucia sytuacji istot niższych… skoro są stworzone tylko i wyłącznie do stawiania heksagramów, jak wymagać myślenia od nich? Sam zaś pogrążył się w piekielny wir myślowy- co jak co, ale Milesna nie może doczekać się potomka… Nie widział siebie w roli karcącego ojca. Wolność ponad wszystko… utrata statusu twórcy, mogłaby ujemnie wpłynąć na jego moc obliczeniową. Siak, trzeba coś wymyślić.

Zapłodnienie staje się skuteczne o tyle, o ile Słońce, Księżyc i Mars staną w odpowiedniej konfiguracji… która ma miejsce właśnie 1 grudnia każdego roku. Priorytetem staje się wiec ta cała kosmiczna energia spływająca na ludzkie obliczenia. Sprawa, może i kosmiczna, jednakże warta rozwalenia od środka. Miles zaciera ręce. Czyn, którego nie odważyłby się dokonać żaden największy Wojownik Światła i Ciemności leży w zasięgu ręki jego samego.
– Bogowie, dodajcie mi sił!- rzekł cichutko przejęty Miles.

PODZIAŁ VI

By nie trzymać w zbyt wielkim napięciu czytelnika, przytoczę od razu monolog Przewrotowca, który wygłosił w ciemniejącym pokoju przy tysiącu świateł skierowanych w jego otwór wydalniczy:
–    Einap, śizd  ikleiw ńeizd. Żómop im ćawrtezrp ębórp….. ufff, odwrócę się plecami do lustra, będzie łatwiej.
Zapętlone słowa obijały się o ścianę i zmierzały we właściwym szyku ku lustrzanemu Bogu.
–    Wrzucę sobie nieco co, szefie tu tego tu i tego tu, i proszę wskaż mi drogę gdy zbłądzę…
Czerwona ryba na wigwamie podpalała  fajkę w postaci konia nieroba. Koń nierób był stworem, który eksplorował wszelkie widoki tylko i wyłącznie na swój użytek. Koń nierób, jak zwykle zresztą, otwierał szczurom brzuchy i wygrzebywał z nich tajemnicze klucze- te znów dopasowywał pan Mrow do swego pięciokątnego mieszkania, gdzie zalęgły się podręczniki gatunku X. Na kartach historie kroczyły niczym czworonożne gady pozbawione małżowiny ustnej i prawa do dotarcia na miejsce. W miejscu, na które ważył się on sam wyciągnąć rękę znalazł coś na kształt latającego spodka… Wsiadając, zrozumiał, zrozumiał Miles, że przebywając tą potężną drogę, powinien zostawić głowę w domu- ta, niestety nie mieściła się w potężnym wehikule. Cóż czynić, zostawił głowę, a nawet jedną dłoń, by ta w razie czego nie okazała się być zbyteczna już na linii orbit Słońca, Księżyca i Marsa. Płynął długo…
Obudziwszy się we własnym łożu, postanowił sprawdzić datę, był 1 grudzień. Pełen obaw szeptał:
–    Odlot, niesamowity odlot, to jak najbardziej oniryczna jazda. Byłem w jądrze Marsa, nigdy nie zapomnę widoku zakrwawionych kwiatów, uginających się pod ciężarem mego majestatu. Cóż to był za szatański odlot! Ileż we mnie niepokoju. Czy mi się udało- zadrżał Miles- czy dzisiejszy spęd tych zboczeńców każe być mi przykutym do końca mych dni do zapewne koślawego tworu, jaki powity zostanie przez spedaloną Milesnę? Toć ja, prawdziwy mężczyzna nie mogę sobie na to pozwolić. To takie moralne!
W tym czasie za oknem zaczęły się dziać dziwne sprawy… smrody rozkładających się ścierw zaczęły znikać (jeżeli już wcześniej w tej historyjce nie znikły). Rzeki zaczęły płynąć pod prąd a komunikacja miejska jak stała bez ruchu, tak ruszyła z impetem. Milesa zaczęła dopadać nieśmiała myśl: “Naruszyłem, naruszyłem prawa przyrody”
–    I nawet nie pamiętam jak to dokładnie się odbyło- rzekł już głośno.
Cuda odbywały się wokół a nasz bohater zacierał ręce i poklepywał się z krzywy kręgosłup.

Podziały VII do XXII są najnudniejszą pseudoprozą, jaką dziadowskie łapska autora pozostawiły na tym wstrętnym Padole. Kogo interesują, niech napisze do samego autora, może dostanie jakąś paranoiczną odpowiedź, albo butem w mordę- na jedno wychodzi. Przejdźmy więc do:

PODZIAŁ XXIII

Siedząca, skulona postać rzekła:
–    Miles, ta obora była straszna. Nie chcę żadnego bachora…
Milesowi opadły ręce poniżej kolan. Co za ród! Kobieto, jesteś bramą diabła. Ty dotknęłaś drzewa Szatana i ty pierwsza pogwałciłaś prawo boskie! Jak z takimi współpracować, albo działać przeciw?! Kto pamięta czasy, kiedy to samo kobiece spojrzenie psuło mleko krowom? Ach, co za debilne to by czasy! Jak to kiedyś napisałem w swym wspaniałym dziele, “Wojna przeciwko kobietom”: “Sam Diabeł drży przed ich (kobiet!) destrukcyjną bezmyślnością”. W końcu Szatan też ma obsesję seksu. Mógł a nawet powinien owe panienki zapładniać, dla pomnożenia czarciego pomiotu. Zaś czynił to interesująco. Oto sam, stworzony ze zgęstnienia powietrza nie dysponował własną spermą. Więc brał ją od onanistów i wisielców. Tak, to ta biblijna opowieść o szanownym Onanie, który odmówił zapłodnienia żony brata swego, miast tego zrzucał nasienie Szatanowi na użytek… Śmierdząca sprawa… A swoją drogą szatan często pojawia się w postaci capa. Czy nie z tego powodu, że koza była ulubionym domowym zwierzęciem u Żydów? A zlot czarownic to sabat. Dziwnie podobne słowo do szabasu. Świat na głowie postawić, planetom drogę zmylić, a ród kobiecy nadal niezdecydowany pozostanie…  Ach, cóż za paranoja, bliska schizofrenii brodatego Jahwe! A dogmaty kiedyś rzekły: nie pożądaj żony bliźniego swego, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Rzeczy! Cóże, za rzecz zachwiać wszechświat, pół biedy… za babę jednak! Przypomina mi się, jak to swego czasu korespondowałem z Pawłem, pseudonim święty, co to listy miast do Koryntian słać, to mu się kiełbasiło i mnie słał. Coś szło to tak, czy jak, ale dobrze szło:
„Albowiem mężczyzna nie jest stworzony ze względu na kobietę, ale kobieta ze względu na mężczyznę”.
Ci wszyscy jebnięci… święci..? czy to ważne. W każdym razie, niektóre z nich to fajne chłopy były, nie zapomnę imprez z jednym, wystarczyła studnia wody w pobliżu i hola do białego świtu. Teraz to po orbitach planet trza się rozbijać, a baba:
–    Miles, czy jesteś zły…? Może za rok znów sponsorem roku będzie literka “M”…..
Cóż za szczęście, że anioły są bezpłciowe.

[Miles z Talesu]

Ekranizacja „Władcy Pierścieni” Tolkiena (ankieta)

Ekranizacja „Władcy Pierścieni” Tolkiena



Image
Image Tematem niniejszej ankiety są książki J.R.R. Tolkiena
i ekranizacja „Władcy Pierścieni”…
Bowiem niejednokrotnie zdarzało się tak,
iż literacka twórczość tego autora i jego powieści (np. nazwy krain, imiona własne) były wielką inspiracją dla artystów różnych dziedzin sztuki,

w tym zespołów metalowych i innych osób z kręgu tej muzyki. Wiele osób swoje pseudonimy, nazwy dla kapel, tytuły płyt i utworów, tematykę tekstów czy ilustracje na okładki materiałów zaczerpnęło z popularnej trylogii. Przykłady można mnożyć: MORDOR, GORGOROTH, SUMMONING, HIMMILSBACH, MARILLION, MORGOTH, FANGORN, ORTANK, GANDALF, VALINOR, AGLAROND, ESGAROTH, TALAH DIRNEN, UKUK-HAI, WITCHKING, STORMCROW, „Isengard” LADROS, demo NETHRIAN, „Bilbo” BJORN`a JOHANSEN`a, „Lothlorien” ARTROSIS, Grisznak, Aragorn, Niniel, Nienor, Moria itd.
Natomiast ambitnego zadania przeniesienia Tolkienowskiego „Władcy Pierścieni” na ekrany kin podjął się reżyser Peter Jackson, który w rolach głównych w swoich filmach obsadził m.in.: Elijah`a Wood`a, Viggo Mortenstein`a, Orlando Bloom`a, Iana McKellen`a, Liv Tyler. Poszczególne części tej wysokobudżetowej i spektakularnej produkcji były nominowane do Oscara, szeroko komentowane i spotkały się z ogromnym zainteresowaniem publiczności. Jednak jak to bywa z każdym towarem, na który jest duży popyt, również wokół tego na pewno komercyjnego wydarzenia krąży wszędobylski pieniądz, a towarzyszy temu wielka kampania reklamowa i nie zawsze pozytywna tzw. Tolkieno-mania.
Poniżej znajdują się wypowiedzi kilku osób związanych z metalowym podziemiem, które czytały książki Tolkiena i/lub oglądały kolejne części ekranizacji (tj. „Drużyna Pierścienia”, „Dwie Wieże” i „Powrót Króla”). Wypowiedziały się one na w/w tematy, ustosunkowały się do filmów (i porównały do książki), tego całego zamieszania wokół autora trylogii itp.
Ja ze swojej strony wszystkim panom dziękuję za wzięcie udziału w ankiecie!

 

Image

Tomasz (MUTILATION):

Tolkien mnie zabija… Nie ma co porównywać filmów do książek… Książka to książka, a film to film. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu jedynki byłem strasznie zawiedzony, w sumie książką także. Dla mnie niepotrzebne było kręcenie jedynki, można to było ładnie połączyć z dwójką, no ale to tylko i wyłącznie moje zdanie. Ale „Dwie Wieże” to już był majstersztyk na maxa, kapitalne efekty specjalne, końcówka mnie powaliła, takiej sceny batalistycznej nie widziałem od czasu „Brane Hart” czy „Szeregowca Rayana”. I „Powrót Króla”, hmm, gdy wyszedłem z kina byłem zachwycony i przyznam szczerze, że dalej jestem, to najlepsza część całej trylogii, moim zdaniem dorównuje książce – po prostu masakra!!! Jedyne, czego brakuje, to krwi, no ale to fantasty, więc można przymknąć na ten szczegół oko. Naprawdę odliczałem dni do „Powrotu Króla”, ponieważ wiedziałem, byłem pewny, że się nie zawiodę!!!

Teraz czekam na „Star Wars epizod III”, bo jestem wielkim fanem Gwiezdnej Sagi; w końcu wychowałem się na twórczości Luckasa…No ale trzeba poczekać do `05. Na razie trylogia Tolkiena po prostu rządzi!!! My jako zespół nie inspirujemy się żadnymi filmami, my po prostu kochamy kino!!!

 

Tomasz (THRONEUM):

Trylogię Tolkiena czytałem w 8-mej klasie szkoły podstawowej (of corpse), a było to dość dawno temu. Wtedy kurewsko mi się to podobało, ale nie wiem, jak teraz bym to odbierał. Z drugiej strony nigdy mnie to nie inspirowało i nie wiem, czemu tyle zespołów tak często odwołuje się akurat do tego pisarza. Nie zawiodłem się wersją kinową książki, ale też nie miałem wobec niej żadnych specjalnych oczekiwań…

 

Infamis (Beast Of Prey Rec./Distro):

Tolkienem się nie interesuję, nie mam czasu na fantazje :-). Oczywiście „Władcę Pierścieni” oglądałem i uważam, że fajnie jest to zrobione, ale nic poza tym.

 

Image  

Kuba („Hell `zine”):

Jeśli chodzi o Tolkiena, to nie gustuję w takich klimatach. Jestem osobnikiem, który raczej czyta książki historyczne a nie fantasy. Zdecydowanie wolę np. „Wrzesień 1939 – w relacjach i wspomnieniach” niż „Władcę Pierścieni”. Pewnie na wstępie zostanę zbluzgany przez iście intelektualną młodzież metalową za to, że nie przeczytałem tej kultowej książki, choć nie wykluczam, że to kiedyś zrobię. Może wybór tego, czym się interesuję, jest spowodowany tym, że jestem realistą, racjonalistą, a mój umysł nie dopuszcza innej rzeczywistości, jak taka, która nas otacza. Nie trafiają do mnie takiego typu książki, w których jest jakiś piękny, sztucznie wykreowany świat, gdzie kiedy ktoś zginie, to za parę minut z powrotem wraca do akcji (jeśli wiecie, o co mi chodzi). Bardziej wolę chorą rzeczywistość, która miała miejsce w czasie II Wojny Światowej. Tam jak zostałeś zabity, to nie powracałeś.
Trylogii nie czytałem, ale za to film oglądnąłem i cholernie mi się spodobał. Był to jeden z nielicznych, tak fajnych filmów, jakie oglądałem w ostatnich czasach i który wpłynął na mnie bardzo pozytywnie. Piękne krajobrazy, brzydcy jak moja panna po stosunku orkowie – czego jeszcze można chcieć? Kupę śmiech miałem, jak patrzyłem na ich obślizgłe pyski, z których wydzielała się jakaś ropa czy inne ścierwo :-). To było spoko, ale nie wiem, dlaczego zawsze wygrywa „dobro”? Piękny film, ale też wysokobudżetowy i klient nie płacił za byle gówno tyle kasy.
Ok., przejdźmy do tego, jak takiego typu książki i ich ekranizacje wpływają na społeczeństwo. Takie rzeczy jak gumy do żucia w papierku z twarzą jakiegoś elfa, tudzież innego hobbita to nie jest jakaś tam nowość. Trzeba pamiętać, że wraz z powstawaniem jakieś super ekranizacji rusza „maszyna” zwana kampanią reklamową (w tym celu użycza się np. logo, wizerunki postaci itp.), której zadaniem jest zaopatrzenie w duperele, wszystkich rzeczy począwszy od gum i breloczków, a skończywszy na srajtaśmie (papierze toaletowym). Nie wiem, czy się orientujecie, ale można się wybrać w krainę, w której kręcono tą bajkę. To jedno wielkie pranie mózgu u ludzi bardzo młodych, którzy, jak wiadomo, są podatni na takie rzeczy. Można nawet powiedzieć, że jest to taka mała religia (a tfuu), która w mniejszym lub większym stopniu manipuluje ludźmi i to może doprowadzić do zaskakujących efektów. (np. ktoś po oglądnięciu takiego filmu pomyśli sobie: „jestem nieśmiertelny” i spierdoli się z urwiska). Tak to jest, ale przecież wiadomo, że psycholi jest niemało i szczerze powiedziawszy to każda (także historyczna czy biograficzna) książka może wpłynąć na osobę. Ale „Władca Pierścieni”, to jeszcze nic! Popatrzmy na takiego Dragon Bull czy Pokemony – to jest dopiero rzeźnia. Tam w Japonii to dopiero wymyślają jakieś kurewskie produkcje. Według mnie powinni tego zabronić, ponieważ może doprowadzić do wielu niepotrzebnych tragedii (a chuj z tym, przynajmniej AZARATH będzie miał inspiracje, jak dojdzie do masowych mordów). Pamiętajcie, nie dajcie się omamić, myślcie racjonalnie i nie przekładajcie filmu lub książki na swoje lub czyjeś życie.

 

Image

Gimli – rzeźba (wykonał: ukasz)

Marcin („Pancerfaust `zine”):

Owszem, lubię czytać dzieła Tolkiena (zwłaszcza „Silmarillion”) i uwielbiam film (jedynkę widziałem już 6 razy, dwójkę 3 :-)), ale czy się tym interesuję? Jeśli masz na myśli maniactwo w stylu kupowania każdych wydań „Władcy Pierścieni”, uczenia się na pamięć języka elfów i fragmentów powieści itd to nie :-), takim maniakiem nie jestem, tym bardziej, że bardziej od Tolkiena cenię sobie twórczość Sapkowskiego, który jest moim ulubionym pisarzem. Oczywiście obaj są doskonali na wakacyjne wieczory…

 

Sopel (Sear`promotion):

Jakoś nigdy nie przepadałem za fantastyką, a moje upodobania szły bardziej w kierunku sciene-fiction, chociaż serie komiksów „Thorgal`a” przeczytałem jednym tchem. Co do obecnej manii na punkcie Tolkiena, to odnoszę się do tego jak do każdej manii (podobnie było np. z „Matrix`em” czy „Titanic`iem”), tzn. sceptycznie i działa to na mnie odstraszająco, przez co po Tolkiena w najbliższym czasie nie sięgnę (jak już sięgnę, to pewnie stwierdzę, że jest super, tak jak to było na przykład z „Matrix`em 1”, kiedy go obejrzałem 2-3 lata po premierze). Po prostu nie lubię masówek, kojarzy mi się to z nastoletnim idolowaniem np. boysbandom. Oczywiście nie porównuję Tolkiena do boysbandow, myślę tylko o manii jemu towarzyszącej. Ufff, starczy, bo zaczynam platać :-).

[Kasia / Atmospheric #12]

LUX OCCULTA: Czy zbudzą się Rogate Dusze, czyli Dionizji ciąg dalszy?!

 

Image

 

PROLOG

Długo zastanawiałem się, co napisać we wstępie do tego artykułu, bo cóż można powiedzieć o kapeli, która jest doskonale znana i pomimo upływu lat i braku nowych nagrań oraz wieści z jej obozu, wciąż wzbudza masę emocji?! Choć członkowie zespołu rozrzuceni są po różnych miastach i krajach, to fakt, że mają ze sobą stały kontakt, pozwala mieć nadzieję, że to jeszcze nie koniec tej wspaniałej grupy. No a że jakiś czas temu Jaro Szubrycht wspomniał coś o powrocie LUX OCCULTA, to teraz na forach internetowych, koncertach zaprzyjaźnionych kapel czy imprezach towarzyskich aż huczy od domysłów i plotek na ten temat. Co by się jednak nie wydarzyło, zespół ten na stałe wpisał się w historię metalowego undergroundu jako jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych aktów, który zainspirował dziesiątki innych grup.

Gwoli wyjaśnienia – w artykule nie starałem się analizować muzyki LUX OCCULTA, rozbierać ją na czynniki proste itd., bo wydaje mi się, że każdy z Was uczynił to już dziesiątki razy. Zależało mi jednak, żeby przedstawić najważniejsze fakty z historii kapeli, kilka anegdot i nieznanych do tej pory ciekawostek. Na wspominki udało mi się namówić Jurka (klawisze), Petera (gitara), Jaro.Slava (wokal) oraz wieloletniego wydawcę zespołu Tomka Krajewskiego (Pagan Records). Przytoczyłem też niektóre wypowiedzi muzyków z archiwalnych wywiadów. Dowiecie się więc, jakie były początki oraz przebieg całej kariery „luksusowego” bandu oraz czego można się spodziewać po ewentualnym przebudzeniu się tych rogatych dusz…

ImageMoja znajomość tematu LUX OCCULTA na samym początku wiąże się z osobą Jara Szubrychta – jednego z moich najlepszych ówczesnych przyjaciół z undergroundu. Wydawca Diabolic Noise `zine, promotor i późniejszy wokalista TERROR, który następnie przekształcił się w HAEMORRHAGE, na początku lat `90 prowadził ze mną ożywioną korespondencję, a z czasem zaczęliśmy się widywać na suto zakrapianych imprezach z okazji moich wizyt w Dukli czy też Jarka w Bieszczadach. Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością muzyczną Jara na jakimś przeglądzie kapel w Przeworsku, gdzie występował z HAEMORRHAGE. Występ ten przypadł mi do gustu, a – z tego, co pamiętam – docenili go również jurorzy wyróżniając kapelę. Na tym samym przeglądzie wystąpił również inny dukielski zespół o morderczej nazwie BLASPHERION. To właśnie dwóch kolesi z tej grupy odpowiedzialnych jest za powołanie do życia LUX OCCULTA…

 

POCZĄTKI

Mamy początek 1994 roku. Przekazuję głos Peterowi: „Na początku było słowo… Nie, na początku był niesamowity głód grania, głowa pełna pomysłów, nieprawdopodobna determinacja, by w dwutysięcznym mieście znaleźć kilku osobników lubiących metal i zarazem potrafiących trzymać instrumenty we właściwym położeniu. Razem z G`Amesem naszkicowaliśmy w moim ciasnym pokoiku muzyczny zarys dwóch pierwszych utworów, które później znalazły się na jedynej naszej taśmie demo „The Forgotten Arts” i metodą eliminacji rozpoczęliśmy poszukiwania pełnego składu. W ciągu jednego wieczoru i spożyciu kilku buteleczek ukraińskiego spirytusu skompletowaliśmy właściwie cały trzon zespołu.”

Parę dni później obaj gitarzyści zaproponowali posadę wokalisty Jarkowi Szubrychtowi, który przyjął pseudonim Jaro.Slav i od tej pory zajął się, oprócz wokali, sferą liryczną oraz PR zespołu. Po krótkim czasie kolejnymi członkami stali się: basista Jackie oraz perkusista Aemil. Okazało się jednak, że to nie koniec formowania składu, ponieważ wizja muzyczna LUX OCCULTA obejmowała również instrumenty klawiszowe. Wracamy więc do wspomnień Petera: „Potrzebowaliśmy jeszcze tylko klawiszowca. Jedynym, którego znaliśmy i mieścił się osobowościowo w ogólnym zarysie powstającej grupy, był U.Reck. Ale on miał jeden minus – nie był metalowcem. Był, o zgrozo, kojarzony z DEPECHE MODE! Na szczęście świetnie się nam razem piło wódeczkę i jeździło na dupy. Tak, tak black metalowcy też jeździli na dupy:-).”

A jak swoje dojście do ekipy LUX OCCULTA wspomina U.Reck? „To były fajne, beztroskie czasy. Dwóch kumpli od wspólnej wódeczki i wypraw na kobitki zaprosiło mnie na jedną z pierwszych prób założonego właśnie młodzieżowego zespołu muzycznego o profilu metalowym;-). Miałem wówczas mierne pojęcie o ich wyczynach, bo jak dotąd „popełnili” dwa numery, których prawie nikt nie słyszał:-). Wpadłem jednak do dukielskiego kina, gdzie czekał mały syntezatorek Yamaha pożyczony od innego kolegi. Jedyną klawiaturą, z jaką wcześniej miałem do czynienia, była klawiatura akordeonu, ale to nic – posłuchałem, poczułem, co poczuć miałem, no i następny utwór zrobiliśmy już wspólnie. I tak oto sześciu przystojnych, młodych ludzi z małej mieściny na końcu świata, pomimo braku umiejętności przyzwoitego grania na jakimkolwiek instrumencie, rozpoczęło wielką przygodę z muzyką;-).”

Jak to zwykle bywa na początku, jest ogromne parcie na granie, tworzenie nowych numerów, bez względu na czyhające na każdym kroku niedogodności. Zwłaszcza w tamtych czasach i w takim miejscu jak podkarpacka Dukla, problem był szczególnie ze sprzętem i miejscem do grania, częstotliwością prób etc. „Zespół powstał chyba na przełomie stycznia i lutego. Co ciekawe nie mieliśmy instrumentów, sprzętu i… sali prób” – wspomina Peter – Jednak do dzisiaj pamiętam tę oczywistą oczywistość tamtych dni: kapela będzie grała choćby – zacytuję G`amesa – „skały srały”. Nie było przeszkód nie do pokonania, sprawa rozbiła się nawet o burmistrza miasta („Chłopaki, ja was rozumiem, ja też kiedyś byłem hippisem”:-)). Pierwsze próby mieliśmy w kinie „Promień” w Dukli. Sprzęt (oj, to za poważne słowo na eksponaty, jakimi dysponowaliśmy) rozstawialiśmy na scenie pod ekranem. Można więc powiedzieć, że od pierwszych chwil dobrze czuliśmy się na scenie. Ciekawostką niech będzie fakt, że zaraz po naszych próbach w tej samej sali odbywały się spotkania Świadków Jehowy. Wielu z nich przybywało wcześniej, mogli więc z rodzinami rozkoszować się widokiem naszych „występów”.”

Image

I wszystko jasne. Początek był charakterystyczny dla większości zespołów rozpoczynających działalność w latach świetności sceny undergroundowej… Jednak już wtedy zaczęła zarysowywać się wyjątkowość muzyki LUX OCCULTA – charakterystyczna chwytliwość, połączona z niezwykle mrocznym klimatem oraz nieodzowną dawką brutalności.

Grupa zaczęła myśleć o pierwszych nagraniach… „Pierwsza sesja – wspomina Peter – odbyła się w owym kinie na dwuśladowym magnetofonie. Na jednym śladzie wszystkie instrumenty, a na drugim głos Jaro.Slava. Całkiem nam się to spodobało. Co prawda słyszeliśmy o studiu Manek w Sanoku, ale był to odległy wyjazd (60 km:-)) i nagranie było kosztowne, jak na nasze skromne kieszonkowe.” Miałem okazję słyszeć ten materiał – nie brzmiał aż tak tragicznie;-), bo w owym czasie było mnóstwo demówek brzmiących dużo gorzej, a posiadających status niemalże kultowy. Mimo wszystko nagrania zrobione na rozlatującej się perkusji, klejonych naciągach i kultowych eltronach nie mogły zadowolić. Jednak w przypadku muzyki sekstetu z Dukli potrzebna była zdecydowanie lepsza jakość. „Na szczęście zwyciężył rozsądek.” – podsumowuje Peter. Chłopaki wysupłali parę groszy z sakiewek i w lipcu 1995 roku na tydzień zaszyli się w Manek Studio, by zarejestrować materiał na debiutancki materiał…

„THE FORGOTTEN ARTS”

„Pierwsze demo nagrane za kilkaset złotych uzyskanych drogą „zrzuty” – wspomina U.Reck – to pierwsza i siłą rzeczy niezdarna próba ogarnięcia muzyki, która w nas wtedy siedziała. Mnóstwo zapału, miejscami wręcz brawury i bezkrytycyzmu – bo trudno ten zestaw utworów uznać za kamień milowy w dziejach metalu;-). Jednak demo swe zadanie spełniło – szybko nadszedł kontrakt, będący chyba premią za świeżość w podejściu do ciężkiego, ale niepozbawionego specyficznego klimatu grania. A był to rok 1995 i zasadniczo rządził black metal w najprawdziwszej z prawdziwych postaci;-).” A o urokach pierwszego studyjnego doświadczenia tak mówi Peter: „W studio, oprócz Manka (właściciela), przywitały nas pralki i pranie rozwieszone nad perkusją. Demo rodziło się w bólach przez kilka dni. Nagrywaliśmy, jedliśmy, spaliśmy w tych samych pomieszczeniach. Łazienki niestety nie było… Black metal pełną piersią. Na chwałę Szatana nie myliśmy się kilka dni:-). Mogło to być kanwą powstania utworu zatytułowanego „Sweetest Stench Of The Dead”, zamieszonego na kolejnym wydawnictwie.”

Image

I tak rodził się kult!!! Materiał „The Forgotten Arts” okazał się strzałem w dziesiątkę na mocno skostniałej scenie black metalowej, choć gdybym w tamtych czasach tak nazwał tę muzykę, naraziłbym się ostro członkom LUX OCCULTA, którzy wespół ze swoim wydawcą (Pagan Rec.) ochrzcili ją occult metalem!!! „Myślę, że ten szyld – tłumaczył wówczas Jaro.Slav – dobrze charakteryzuje mroczną atmosferę naszej muzyki i tekstów, a jednocześnie nie szufladkuje nas jednoznacznie. A to dla nas bardzo ważne, bo chcemy mieć pełną swobodę poruszania się po różnych gatunkach szeroko pojętego metalu. I nie tylko metalu.”

ImageOd samego początku, oprócz muzyki, bardzo ważny dla zespołu był również koncept tekstowy i wizualny. Zastanawiam się, jak wielu z Was zachodziło w głowę, co przedstawia okładka pierwszego demo LUX OCCULTA?! Odpowiedzi udzieli Peter: „Już wtedy całemu procesowi powstawania wydawnictwa przyświecał koncept wymyślony przez Jaro.Slava. Brakowało tylko okładki. Ale cóż to za problem dla młodej, prężnej grupy? Niestraszna nam była pogoda (zwłaszcza G`amesowi), więc wybraliśmy się nad pobliską rzekę, gdzie ów delikwent w stroju Adama zanurzył się pod wodą, a my tatusiowym aparatem pstrykaliśmy zdjęcia. Efekt tej sesji można podziwiać na okładce „The Forgotten Arts.” – po czym Peter dodaje: Zdradziłem największą tajemnicę zespołu. G`ames mnie zabije…:-)”

Wspomnieliśmy o kontrakcie, który kapela podpisała w niemalże ekspresowym tempie. I to z nie byle kim, bo z mającą niezwykłą renomę na podziemnej scenie wytwórnią Pagan, która miała w owym czasie w swoim katalogu zespół właśnie rozpoczynający swoją niesamowitą karierę – BEHEMOTH.

Tak więc nagranie demo dobiegło końca, kasety zostały rozesłane i… Opowieść kontynuuje Peter: „Po nagraniu demo, w celu odreagowania stresu, postanowiliśmy pojechać na kilkudniowy harcerski wypad nad jezioro solińskie. Przed tym wyniszczającym wyjazdem wysłaliśmy jeszcze cieplutkie piosenki do kilkunastu mniej lub bardziej znanych wytwórni. Aby ograniczyć koszty, „The Forgotten Arts” nagrywaliśmy kasując jakieś pirackie kasety z domowych zasobów. Wyjazd był bardzo udany. Już pierwszego dnia, w kilka chwil po przyjeździe rozpętaliśmy największą zadymę w historii tego pola namiotowego. Przez cały dalszy pobyt nasza ekipa traktowana była z należytym szacunkiem przez pozostałych biwakowiczów. Co ciekawe, podczas tego pobytu wstępną propozycję wydania naszego materiału zaoferował kolega z grupy CARRION OF TORRENT, który – nie wiadomo skąd – znalazł się w pobliżu naszego obozowiska. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po powrocie z tej krajoznawczej wycieczki w skrytce pocztowej czekały na nas niespodzianki. Parę propozycji wydawniczych, w tym jedna najciekawsza – od Tomasza z Pagan Records. Kilka telefonów, kilka listów i wszystko było załatwione. Te cudowne czasy undergroundu! Żadnych umów, kontraktów na piśmie – ot, taka deklaracja słowna. Wiele lat później trochę się to na nas zemściło, ale to już temat na inną opowieść.” A gdy zapytałem Tomka Krajewskiego o to, jak doszło do zawarcia umowy z LUX OCCULTA, odparł: „Zwyczajnie – niezwyczajnie. Podesłali mi taśmę, a ja po prostu odpadłem po jej przesłuchaniu. Świeżość i przebojowość muzy – to było coś niesamowitego. Do tego świetne teksty. Nie mogłem przejść obok tego obojętnie;-). Zresztą do dzisiaj bardzo lubię to demo. Ciekawostką może być fakt, że sporo osób mocno odradzało mi wydanie tego materiału. Nie powiem, kto, żeby ich dzisiaj nie zawstydzać:-)… Muzyka LUX OCCULTA dla ortodoksyjnych black metalowców wydawała się zbyt mało radykalna, a dla death metalowców za mało brutalna, ale koniec końców trafiła do wszystkich.”

Świę… tfu, nieświęta prawda!!! Ziarno zostało zasiane, ale właściwy boom miał dopiero nastąpić. Póki co, jesienią 1995 roku LUX OCCULTA zadebiutowała na scenicznych deskach. Występ miał miejsce w Krośnie na Przeglądzie Amatorskich Zespołów Muzycznych. Kapela zajęła III miejsce, ale co ważniejsze, od razu przypadła do gustu sporej grupce lokalnych metalowców, którzy przyszli tego wieczora do Domu Kultury. Pamiętam jak niedługo po tym koncercie otrzymałem list od Jaro.Slava, w którym napisał: „Zrobiliśmy piekło!!!”. Tak, w owym czasie było to istne piekło. No i w jednym z utworów (bodajże „Sweetest Stench Of The Dead”) chłopaki wystąpili z wiolonczelistką!!! Ktoś mi poda przykład, który z zespołów muzyki ekstremalnej w tamtym czasie odważył się na coś podobnego?
W styczniu `96 oficjalnie ukazała się kaseta „The Forgotten Arts”, a już w marcu grupa ponownie weszła do Manek Studio, by w ciągu dwóch tygodni zarejestrować materiał na debiutancki album.

„FOREVER ALONE. IMMORTAL”

Głos ma U.Reck: „Pełnowymiarowy debiut LUX OCCULTA to był debiut realizatorski pewnego młodego, nieobliczalnego człowieka [Manka Kurasza – właściciela studia – red.], który przy tej okazji po raz pierwszy w swym studio nagrywał materiał na „płytę kompaktową”;-). Sporo rzeczy zrobić się więc „nie dało”, ale i sporo się udało. Skład bez zmian, umiejętności trochę więcej, zapału jeszcze więcej. W dalszym ciągu kolektywny sposób pracy nad kompozycjami. Po latach kilka utworów z „Forever Alone. Immortal” się broni (faworyt? „Bitter Taste Of Victory”;-)), inne nie, ale to był naprawdę ważny i duży krok, który pozwolił nam uwierzyć w siebie i w zespół.”

Płyta odniosła wielki sukces na krajowej scenie (i nie tylko), a kapela została bezapelacyjne obwołana nadzieją roku w większości fachowych magazynów metalowych. Jak wspomniał U.Reck, muzyka stała się jeszcze lepsza, bardziej oryginalna i rozpoznawalna. Ponadto po raz pierwszy na szerszą skalę Jaro stworzył w warstwie tekstowej koncept-album, co w późniejszym czasie stało się tradycją. Dlaczego? Najlepiej wyjaśni to sam zainteresowany: „Nie lubię i nigdy nie lubiłem słuchać pojedynczych piosenek. Zawsze puszczam sobie całe płyty, od początku do końca. Tak samo traktowałem materiały LUX OCCULTA, więc w naturalny sposób myślałem o nich jako o obszernych opowieściach, w których utwory pełnią tylko rolę rozdziałów.”

ImageA co przedstawia okładka „Forever Alone. Immortal”? Tradycyjnie wielu głowiło się, co, do cholery, na niej jest. Jedni dopatrywali się w tym obrazku mrocznego, diabelskiego przesłania, inni widzieli na nim cuda… A prawda jest taka, że obraz zdobiący tę płytę jest niczym innym jak fotografią rośliny, a konkretniej aloesu… Mam nadzieję, że wyjawiając takie tajemnice nie zaszkodzę kultowi LUX OCCULTA;-). Panowie, wybaczcie!

W pewnym sensie „Forever Alone. Immortal” wieńczy „dziewiczy” okres działalności grupy, który w następujący sposób podsumowuje Jaro.Slav: „Może nie od pierwszej próby, ale już od skomponowania „Creation” wiedziałem, że tym razem będzie inaczej, że mamy do zrobienia coś więcej, niż tylko kasetę demo nagraną w sali prób i rozprowadzaną wśród kumpli. Chociaż z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że pewne rzeczy zrobiliśmy zbyt szybko i niedbale, ale przynajmniej doskonale się bawiliśmy. Świat nie byłby uboższy bez „The Forgotten Arts” czy „Forever Alone. Immortal”, ale ja na pewno byłbym uboższy bez tych pierwszych prób, sesji nagraniowych w Sanoku i koncertów po najpodlejszych spelunach Podkarpacia.”

W czerwcu `96 doszło do pierwszej zmiany w składzie. Z zespołu został usunięty Aemil, którego miejsce zajął Kriss – perkusista o niezwykłym talencie i dużo wyższych umiejętnościach od poprzednika. Chrztem bojowym Krissa była wrześniowa sesja nagraniowa w Manek Studio, która odbyła się na potrzeby udziału LUX OCCULTA na składance „Czarne zastępy: W hołdzie KAT” firmowanej przez Pagan Records. Kapela nagrała swoją wersję utworu „Czas zemsty”, która okazała się jednym z najjaśniejszych punktów tej kompilacji (obok VADER, BEHEMOTH, LUCIFERION czy INSOMNIA). Również podczas tej wizyty w Sanoku został zarejestrowany stuff projektu HATEBREED, „Dominium Bizzarum”, na którym muzycy LUX OCCULTA pokazali bardzo interesujące, niekiedy industrialne czy wręcz transowe podejście do muzyki ekstremalnej, z mnóstwem ciekawych patentów (m.in. użycie akordeonu ze słynnym motywem z „South Of Heaven”!). Materiał „Dominium Bizzarum” miał zostać wydany przez Przema Popiołka z Infernal Death `zine w jego wytwórni, ale wytwórnia nie powstała, Przemo zgubił gdzieś taśmę matkę… Szkoda!

W grudniu tego samego roku zespół wrócił do studia, aby zarejestrować kilka utworów, które miały ukazać się na EPce. Wydawcą miała być pochodząca z Leska Sunset Records. Ale Książę Ciemności zrobił w balona naszych bohaterów oraz bodajże HOLY DEATH i materiał zarejestrowany podczas tej sesji musiał poczekać aż do czasu wydania „Maior Arcana”. Gwoli kronikarskiego obowiązku podam, że nagrano wtedy nową wersję utworu „Love” (znanego z debiutanckiego demo), „When Horned Souls Awake” (numer, który stał się koncertowym hitem zespołu na wiele lat!) oraz cover DANZIG „Heart Of The Devil”.

Stale rosnąca popularność grupy sprawiła, że LUX OCCULTA grała coraz więcej koncertów w kraju oraz na Słowacji. Nie mogę nie wspomnieć o koncercie z okazji V-lecia NEOLITH, gdzie LUX OCCULTA w trakcie „Czasu zemsty” pluła najprawdziwszą świńską krwią – ku uciesze zgromadzonych maniaków, a przerażeniu personelu, który później miał poważne problemy z usunięciem plam ze sceny! A wszystko ku chwale rogatego!;-)

SALA PRÓB W DUKLI

W międzyczasie kapela zmieniła miejsce na próby. Kto choć raz tam był, nigdy tego nie zapomni. Dziś, z perspektywy czasu myślę, że również to magiczne miejsce miało wpływ na powstanie tak zajebistej muzyki… Mówi Peter: „To ciekawe zagadnienie, chyba nigdy nikt o to nie zapytał. Kto nie odwiedził naszej sali, niech żałuje. A więc kilka zdań opisu dla tych, którzy nigdy tam nie byli… Chyba z 50m2 na piętrze Ratusza Miejskiego stojącego na środku rynku w Dukli. Nieprawdopodobnie strome, wytarte przez tysiące stóp kamienne schody, nieoświetlony korytarz i drzwi do sali prób. Sala nieogrzewana centralnie, wyposażona przez nas w kilka porozkręcanych grzejników z czasów Gomułki, podpiętych „na ostro”. Całe piętro pozbawione kibla, sala wyposażona więc przez nas w różne pojemniczki na siku. Połączenie ciepła grzejniczków oraz zawartości tych pojemników dawało ciekawy efekt… Occult metal sączył się z każdej szczeliny:-). Wnętrze, oprócz sprzętu, wypełniały najróżniejsze gadżety, że wspomnę choćby pentagram z kapsli po Tymbarku, choinkę bożonarodzeniową czynną cały rok, plakaty nagich chłopców czy obryzgane wieprzową krwią plakaty z naszych występów. Ratusz należał do Ośrodka Kultury w Dukli, co ciekawe nikt z włodarzy nigdy nie pofatygował się, aby zlustrować salę prób zespołu młodzieżowego LUX OCCULTA. Klucze do ratusza mieliśmy na własność, próby odbywały się o każdej porze dnia i nocy (choć przyznam, że po 22.00 nigdy nie graliśmy głośno), często też nocowaliśmy tam, do świtu dłubiąc na instrumentach. Myślę, że ta dowolność czasu spotkań też miała wpływ na jakość naszej muzyki. Nie byliśmy skrępowani godzinami prób, montażem sprzętu. Po prostu wchodziliśmy tam, włączaliśmy wzmacniacze i… ogień 666=666.” Uwierzcie Peterowi:-). To właśnie w „zaciszu” tej salki przez kilka pierwszych miesięcy roku 1997 powstawał materiał na kolejną płytę sekstetu…

„DIONYSOS”

ImageJednak zanim chłopaki weszli do studia, aby nagrać album „Dionysos”, po raz pierwszy pojechali na mini-tour do Niemiec w towarzystwie FORSTH i SHADOWS TOWARD MY SKY, grając między innymi w słynnym klubie „Hellraiser” w Lipsku.

W lipcu `97 LUX OCCULTA weszła do olsztyńskiego Selani Studio, by zarejestrować nowy materiał. Po latach U.Reck w dalszym ciągu ma dobre zdanie o tym dziele: „Druga płyta jest zawsze testem na wiarygodność grupy i nam z pewnością udało się pomyślnie ją zaliczyć. Było ostrzej, szybciej, ale i smakowiciej;-). Kompozycje były bardziej przemyślane, lepiej dopracowane i zaaranżowane. Poza tym po raz pierwszy mieliśmy kontakt z kreatywnym i bardzo „młodzieżowym” realizatorem [Andrzejem Bombą – realizatorem dźwięku w Selani – red.]. Jednym słowem było to owocne muzycznie i fantastyczne towarzysko lato w Olsztynie;-). Sądzę, że „Dionysos” był absolutnym maksimum tego, co mogliśmy osiągnąć w tej konwencji i w tamtym składzie, już z nowym, lepszym perkusistą. Album został dobrze przyjęty, a po nim nadeszły pierwsze, naprawdę ważne koncerty i trasy. A w głowie już myśl o wolcie, która miała nadejść;-).”

ImageI wtedy wszyscy wręcz oszaleli na punkcie LUX OCCULTA – zarówno fani, jak i media. Przypominam sobie tłumy, które waliły drzwiami i oknami chociażby na koncert w rzeszowskiej „Mewie”. Organizatorzy przygotowali ok. 400 biletów, a okazało się, że ludzi przyszło prawie dwa razy tyle! Istne szaleństwo! W podsumowaniach roku „Dionysos” śmiało konkurował w kategorii płyta roku z „Black To The Blind” VADERa, a każdy z muzyków zajmował wysokie miejsca za obsługę swojego instrumentu (bez głupich skojarzeń;-)). Mało tego – dionizje opanowały nie tylko nasz kraj. Reakcja na album poza Polską przeszła najśmielsze oczekiwania zespołu i wytwórni. Zwłaszcza w Grecji, kraju Dionizosa pochwałom nie było końca. Tamtejszy „Metal Hammer” uznał nawet „Dionysosa” płytą miesiąca.

ImageW warstwie tekstowej „Dionysos” to po raz kolejny koncept-album: „Chociaż dionizje są utożsamiane jako święto swawoli seksualnych i upijanie się alkoholem – mówi Jaro.Slav – to jest to tylko jedna strona medalu. Dionizje to także bóg paradoksu, irracjonalności, mocno związany ze śmiercią. Ciekawostka: jest to bóg, który umarł i zmartwychwstał, więc mit o zmartwychwstaniu istniał już kilka tysięcy lat temu. Właśnie ta dwoistość zafascynowała mnie. Myślę, że Dionizos jest bardzo ludzki w tym sensie, że posiada dwa przeciwstawne pierwiastki rywalizujące ze sobą.” Ta dionizyjska koncepcja LUX OCCULTY zyskała aplauz nawet skrajnych grup: „Dionysosa” chwalili Grecy, nawet greccy nacjonaliści, którzy pisali do mnie maile i listy, że generalnie wszyscy inni za wycieranie sobie gęby helleńską mitologią mają wpierdol, ale ja ujdę z życiem, bo zrobiłem to z wyczuciem i znajomością tematu. Grupa THE ELYSIAN FIELDS, która wydała płytę w Earache, zamieściła we wkładce takie oświadczenie, w której protestowała, że ma dość tego, że ktoś miesza się w greckie klimaty. Całość była utrzymana w tonie: „odwalcie się od Grecji” i takie tam. A ja dostałem od tych gości list, w którym normalnie napisali, że nasz „Dionysos” to masakra, że oni sami chcieliby napisać takie dionizyjskie teksty. Ja wtedy padłem na kolana. Ale to nie ja napisałem te teksty. One powstawały przez tysiąclecia, ja je po prostu zebrałem i w transie napisałem teksty dla LUX OCCULTA. To nie jest tak, że wymyśliłem je od zera. To prawda, czytałem książki religioznawcze, studiowałem stare rytuały dionizyjskie i cytaty z tych rytuałów także są w moich tekstach. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wierzę, że Dionizos był ze mną.” – opowiada dalej Jaor.Slav.

ImageEuforii, która towarzyszyła przyjęciu albumu, nie zmąciły nawet zmiany w składzie. Ba, z perspektywy czasu okazało się, że wyszły one zespołowi na dobre. W styczniu `98 z LUX OCCULTY zostali usunięci: gitarzysta G`Ames oraz basista Jackie. Ich miejsce zajęli cholernie zdolni muzycy ze stawiającej pierwsze kroki krośnieńskiej grupy DECAPITATED: gitarzysta Vogg i basista Martin. O personalnych roszadach mówi Peter: „Martin zastąpił Jacka, a Vogg G`Amesa (z którym założyłem kapelę). Było bardzo bolesne z punktu widzenia koleżeństwa i odbiło się na naszych stosunkach na wiele lat. Cóż, heavy metal to nie łaskotki. Zmiana podyktowana była przede wszystkim… miłością… Chłopaki zakochali się i inne instrumenty bardziej zaprzątały ich uwagę:-). Martin i Vogg – tak zwani „młodzi”, zawstydzili nas (zwłaszcza mnie) swoją techniką. Dzięki nim mogliśmy pokonać kolejne bariery muzycznej edukacji. Ze względu na różnicę wieku dość długo docieraliśmy się, ale wspólne biesiady i wyjazdy scaliły nas bardzo mocno.” Dołączenie do zespołu „świeżej krwi” z trochę innej strony przedstawia Jaro: „Przed pierwszym koncertem, jaki mieliśmy grać z nimi, w Warszawie, tłumaczyłem im: „chłopaki, wiecie, machajcie głową…”. Bałem się, że na scenie będą mniej żywiołowi niż ich poprzednicy, że trema ich zje. Jednak później po prostu umarłem. Oni kręcili takie młyny, że moich starych kości chyba nigdy tak nie rozruszałem. Potrafili całkowicie oddzielić różne elementy ciała, kończyny. Grali technicznie, a przy tym było to zupełne szaleństwo. Tak naprawdę wspaniały, najlepszy skład LUX OCCULTA, jaki mógłbym sobie wyobrazić.”

To właśnie nowi muzycy nadali jeszcze większej mocy koncertom LUX OCCULTA, których było coraz więcej: w marcu `98 trasa z DAMNATION i SACRIVERSUM, maj/czerwiec – kolejny tour, tym razem w towarzystwie HATE i CHRIST AGONY czy też występy w roli co-headlinera na festiwalach: Festering Blood na Słowacji (z DEVILYN, KRABATHOR) czy też rodzimym Novum Vox Mortis z udziałem blackowców z DARK FUNERAL. Do tego doszły dziesiątki pojedynczych gigów na terenie całego kraju.

„MAIOR ARCANA”

ImageWe wrześniu 1998 ukazała się długo oczekiwana płyta „Maior Arcana (The Words That Turn Flesh Into Light)”, która zawierała utwory nagrane w grudniu `96, remasterowaną wersję demówki „The Forgotten Arts” i cover THE SISTERS OF MERCY „Burn”. Dodatkowo do każdego egzemplarza została dołączona książeczka „Prawo światła”, zawierająca wszystkie teksty Jaro.Slava napisane dla LUX OCCULTA, w polskich tłumaczeniach oraz opatrzone komentarzem autora. Album miał być ściśle limitowany do 1500 sztuk, ale coś mi się nie wydaje, ponieważ w dalszym ciągu można go zdobyć…

Po bardzo intensywnej koncertowej promocji płyty „Dionysos”, chłopaki zabrali się za komponowanie trzeciego albumu, który okazał się kamieniem milowym w historii LUX OCCULTA oraz – jak wspomniał U.Reck – świadomie wykonaną woltą w kierunku muzyki jeszcze bardziej objechanej czy wręcz awangardowej. Jak się później okazało, nie przez wszystkich zaakceptowaną…

„MY GUARDIAN ANGER”

W grudniu 1998 roku grupa ponownie weszła do Selani Studio, aby zarejestrować płytę przez wielu określaną jako szczytowe osiągnięcie dukielskiej bandy. Oddajemy głos głównemu kompozytorowi „My Guardian Anger” – U.Reck’owi: „Całkowite wywróciliśmy dotychczasowy sposób pracy nad utworami. Co prawda komponując ten materiał, wespół z Peterem, z pewnością nadaliśmy mu klimat charakterystyczny dla LUX OCCULTA, jednak – co najważniejsze – totalnie przewietrzyliśmy naszą muzykę. Nie zastanawialiśmy się nad formą, konwencją, liczyły się konkretne dźwięki. Nasze muzyczne fascynacje znalazły na „My Guardian Anger” naturalne odzwierciedlenie. Album jest, jak zwykle, koncepcyjny, ale spójny jak nigdy dotąd. Mane. Tekel. Fares… Powstaniu płyty towarzyszyła fantastyczna atmosfera i od początku wiedzieliśmy, że robimy naprawdę ważną rzecz. Oczywiście studyjna rejestracja nie byłaby możliwa bez „rewolucji personalnej”;-). To dzięki bardzo młodym wówczas muzykom z mało komu wtedy znanego DECAPITATED udało nam się muzykę lepiej zaaranżować i profesjonalnie zarejestrować. Do tego drugi rozdział współpracy z Andrzejem Bombą (zdecydowanie współproducentem materiału) pozwolił osiągnąć zupełnie nową jakość.”

Premiera „My Guardian Anger” odbyła się w sierpniu 1999 roku i moim skromnym zdaniem jest to album kompletny – genialnie zaaranżowany, zagrany i nagrany. Przy tym ogromnie odważny, poruszający się w rejonach, do których wstęp mają tylko najbardziej świadomi muzycy. A poza tym to prawdziwa metalowa petarda, płyta niezwykle brutalna, w której jednak co chwilę następują nieoczekiwane zwroty akcji.

ImageWarstwa tekstowa to istny majstersztyk, który potrafił docenić nawet nieżyjący już Adrian Wasilewski – jeden z najlepszych autorów tekstów w historii muzyki metalowej, który współpracował m.in. z VADER. Jaro.Slav nie krył zadowolenia z takiego obrotu sprawy: „Moje teksty chwalił Adrian Wasilewski, dla mnie wzór niedościgły. Mówił, że sam by lepszych nie napisał i choć pewnie mówił tak tylko przez grzeczność, był to największy komplement, jaki wówczas mogłem usłyszeć – po czym dodaje: Jeżeli chodzi o te teksty, ja je napisałem, ale niekoniecznie odzwierciedlają mnie. Chciałem przedstawić bardzo różne punkty widzenia. Ten album jest bardziej intelektualny, przemyślany. Wiesz, siedzisz przy biurku, w ręce masz karty Tarota, patrzysz, jak się układają, myślisz nad nimi.”

Płyta spotkała się z naprawdę rewelacyjnym przyjęciem, a sprzedaż sięgnęła kilkunastu tysięcy egzemplarzy, co jak na podziemny zespół było wynikiem wręcz niebywałym. „My Guardian Anger” został wybrany przez czytelników magazynu „Thrash’em All” albumem roku, Jaro.Slav został wokalistą roku, a reszta muzyków uplasowała się w ścisłej czołówce podsumowania!

W trakcie sesji w Selani powstał pierwszy i jak do tej pory jedyny teledysk LUX OCCULTA, do utworu „Kiss My Sword”, który był emitowany przez kilka stacji telewizyjnych oraz ukazał się jako dodatek do kompaktowej wersji albumu.

Jednak, gdy chłopaki przygotowywali się do serii koncertów promujących „My Guardian Anger”, przez ich szeregi przewinęła się istna fala plag. Na krótko przed występem na Thrash’em All Festival Kriss zmiażdżył sobie łokieć (była nawet obawa, że już nigdy nie zagra na bębnach). W trybie awaryjnym na zastępstwo został ściągnięty Kuba z DEVILYN i po kilku godzinach prób zagrał świetnie przyjęty przez maniaków koncert. Gdy Kriss dochodził do sprawności, najpierw Jaro skręcił kostkę, a następnie U.Reck złamał nogę! Na szczęście chłopakom udało się przezwyciężyć niemoc koncertową i w marcu 2000 roku wrócili na deski grając mini trasę w towarzystwie szwedzkiego GARDENIAN. W maju LUX OCCULTA wystąpiła jako niespodzianka na festiwalu Metalmania w katowickim „Spodku”, wywołując radość kilku tysięcy fanów.

ZMIANA WYDAWCY

Jak się później okazało, „My Guardian Anger” to ostatnia płyta nagrana dla Pagan Rec. Na pytanie o ulubiony materiał nagrany przez LUX OCCULTA, szef tej stajni – Tomek Krajewski odpowiada: „Trudne pytanie. Każdy jest zupełnie inny i każdy ma w sobie coś specjalnego, co sprawia, że niemożliwe jest wymienienie jakiegoś zdecydowanego faworyta. Powiem tylko, że jakoś nie darzę większą sympatią ostatniej produkcji „The Mother And The Enemy”. Nie wiem, nie rozumiem tej płyty. Do mnie ona zupełnie nie dotarła. Złośliwi mogą powiedzieć, że dlatego, ponieważ została wydana dla innej wytwórni, ale to nieprawda.” A jak wspomina lata współpracy z Pagan Jaro.Slav? „Tomek bardzo nam pomógł, my pomogliśmy jemu. Lubiliśmy się, spędziliśmy razem wiele cudownych chwil [mafia musztardowa, spanie w wydmie jedzącej okulary, dotykanie się pin…mi:-) – red.], wypiliśmy hurtowe ilości napojów wyskokowych, przeżyliśmy niejedną mrożącą krew w żyłach przygodę. Ale potem zaczęło się psuć z różnych powodów, o których nie ma potrzeby wspominać. Wymienię tylko jeden, młodszym artystom ku przestrodze: wydawca nie może być jednocześnie waszym managerem. To nie działa. Dzisiaj żadnych animozji pomiędzy nami nie ma, zresztą jakiegoś dramatu nigdy nie było. Po prostu każdy poszedł swoją drogą i uczucie wystygło. Ale życzę Tomkowi jak najlepiej. To facet z prawdziwą pasją i bardzo bliskim mi poczuciem humoru.”
Image
W czerwcu grupa podpisała dwupłytowy deal z portugalską wytwórnią Maquiavel Music, a miesiąc później zagrała jako co-headliner na dwóch dużych festiwalach: czeskim Silesia Fest (m.in. z BEHEMOTH, DARK FUNERAL, ALTAR) oraz Castle Party w Bolkowie. Wakacje skończyły się dla kapeli występem jako jednej z gwiazd festiwalu Thrash’em All.
Koncerty jedynie zaostrzyły apetyty fanów na nowy album LUX OCCULTA…

„THE MOTHER AND THE ENEMY”

Kapela, ponaglana przez wytwórnię, pomimo tego, że materiał jeszcze nie był w całości skomponowany, zamknęła się na dwa miesiące (sierpień – wrzesień 2001) w częstochowskim Studio 333. Tam, pod okiem Bartka Kuźniaka (byłego basisty MORDOR) rozpoczęły się nagrania płyty „The Mother And The Enemy”…

Największe problemy podczas sesji były związane z Krissem, który w owym czasie stracił ochotę do grania. „Myślę, że te wszystkie kontuzje – stwierdził Jaro.Slav – odciągnęły go od muzyk. Przestało mu się chcieć, przestało mu zależeć. Od dłuższego czasu dawał nam do zrozumienia, że chce odejść. Próbowaliśmy go zatrzymać prośbą i groźbą. Ale okazało się, że niepotrzebnie, bo nie można zatrzymać kogoś, kto rzeczywiście już nie ma ochoty nic robić. Weszliśmy z nim do studia. Nagrał trzy utwory. Niestety okazało się, że pozostałego materiału nie jest w stanie już skończyć. Dlatego pożegnał nas już na zawsze i musieliśmy skorzystać z pomocy perkusisty sesyjnego, Gerarda Niemczyka [ex SCHISMATIC, MORDOR, HOLY DEATH i tysiące innych grup – red.], z którym dokończyliśmy nagrania”. W trakcie realizacji tego materiału zespół skorzystał także z pomocy innych muzyków, którzy bezsprzecznie jeszcze bardziej podnieśli atrakcyjność muzyki. Na „The Mother And The Enemy”, oprócz mocnych, brutalnych, death/black metalowych motywów, można usłyszeć wstawki industrialno-jazzowo-triphopowe. Nad całością po raz kolejny czuwał U. – lider LUX OCCULTA, którego fascynacje muzyczne już wtedy były bardzo odległe od tego, czego na co dzień słucha przeciętny polski heavy metalowiec: „Brzmienie numerów metalowych jest bardzo ostre, bardzo agresywne, bardzo metalowe. Zauważ, że są to numery tak brutalne, jak nigdy dotąd. LUX OCCULTA tak ostro nie grała. Z drugiej strony w utworach pojawiają się zupełnie niemetalowe patenty, zupełnie inne klimaty. To jest bardzo skontrastowana płyta.” I chyba jest to najbardziej odważny i zakręcony album, jaki kiedykolwiek ukazał się w Polsce. Temat „inności” tego krążka ciągnie Jaro: „Te metalowe utwory, od których zaczęliśmy, rzeczywiście mają struktury odmienne od tego, co graliśmy wcześniej i od tego, co w ogóle przeważnie się gra w metalu. Ale to przede wszystkim ze względu na aranżacje i rytmikę, ponieważ uwolniliśmy wyobraźnię i stosowaliśmy takie rytmy i podziały, których inni – nie wiem, dlaczego – w metalu nie wykorzystują.”

ImageWarstwa liryczna „The Mother And The Enemy” po raz pierwszy nie jest koncept-albumem, choć nie do końca, co wyjaśnia Jaro.Slav: „Nie, to nie jest koncept w takim znaczeniu, w jakim płytami koncepcyjnymi nazywa się jakieś tam historie opowiedziane przy pomocy poszczególnych rozdziałów czy piosenek. Ale jest jakaś główna myśl, która przewija się w większości utworów, właściwie wszystkich poza „Gambit” i „Pied Piper”. I jest to myśl bardzo nihilistyczna, tzn. poddająca w wątpliwość właściwie wszystko – wszystkie moje teksty z poprzednich płyt, które tak bardzo wychwalały ludzkie indywiduum, ludzkie życie i cały świat. W „Mother Pandora” jest taki wers, że życie jest nienaturalnym stanem i tak naprawdę naturalny jest niebyt, nieistnienie. I cały ten album mniej więcej jest o tym. Tytuł „The Mother And The Enemy” oznacza naturę, która nas rodzi, jest naszą matką, ale tylko po to, żeby nas zabić. I właśnie takie jest główne przesłanie tekstów.”

Premiera płyty miała miejsce 19-go listopada 2001, na świecie nakładem Maquiavel, zaś w Polsce dzięki firmie Metal Mind, która przy okazji wykupiła licencję i wydała poprzednie materiały grupy.
Recenzje w prasie, jak i opinie fanów były skrajnie odmienne – od peanów na cześć twórców „The Mother And The Enemy”, po niewybredne epitety i oskarżenia o zdradzenie „metalowych korzeni” itp. Prawda jest taka, że niektórzy twardogłowi po prostu nie dorośli bądź też nie byli w stanie docenić geniuszu i otwartości muzycznej tego krążka. Mimo wszystko przez czytelników opiniotwórczego magazynu „Thrash`em All”, „The Mother And The Enemy” została uznana płytą roku, wyprzedzając takie tuzy rodzimej sceny jak VADER, HATE czy DEVILYN, a kapela uplasowała się na trzecim miejscu ustępując jedynie VADER i BEHEMOTH.

Jednak sam proces przygotowania albumu i sesja nagraniowa zapowiadały, że coś niedobrego zbiera się nad LUX OCCULTA. Okres ten wspomina U.: „To był bardzo ciemny czas, zarówno w życiu osobistym, jak i w zespole. Niejednemu z nas świat się wtedy prawie zawalił, więc ta muzyka musi boleć. Uważam te utwory za najlepsze w historii LUX OCCULTA. Byłem przerażony tym, co rodzi się w mojej głowie – mnóstwo schorowanej wściekłości, bunt, ale i niemoc. Niestety nie wszystko udało się zrobić zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Presja czasowa ze strony wydawcy sprawiła, że weszliśmy do studia będąc w połowie drogi, z fatalną atmosferą w grupie, która podczas sesji praktycznie się rozsypała. W zasadzie jedynie dzięki absolutnej determinacji Jarka, Wacka i mojej oraz pomocy osób trzecich płyta została wtedy skończona i ujrzała światło dzienne. Nie wszystko zostało do końca dopracowane, zaaranżowane, a przede wszystkim zrealizowane, niemniej według mnie w tych utworach drzemie ogromna siła. A tak naprawdę to chciałbym kiedyś, w ramach jakiejś terapii sięgnąć raz jeszcze po ten materiał, dopracować do końca i nagrać z szalonym realizatorem w studio, które kosztuje 100 mln dolarów za godzinę;-).”

Pomimo tych problemów kapela ruszyła w charakterze jednej z gwiazd objazdowego Thrash’em All Festival (obok VADER i KRISIUN). Jednak kilka ostatnich koncertów była zmuszona zagrać bez Petera, który – z ciężkim sercem – postanowił odejść z LUX OCCULTA. Tak wyjaśnia motywy swojej decyzji: „Patrząc z mojej perspektywy, spowodowane to było dwoma przyczynami. Pierwszy to braki techniczne w opanowaniu instrumentu, zatrzymałem się w miejscu, nie rozwijałem się w kierunku rozwoju zespołu. Byłem też sfrustrowany możliwościami naszego drugiego gitarzysty. Vogg’owi nuty po prostu wypływały z gitary. Nie podziałało to na mnie motywująco, chociaż mogło. Drugi powód to ówczesne problemy osobiste.”

CISZA…

Po powrocie z trasy chłopaki próbowali jeszcze szukać nowych muzyków, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Efektem było zawieszenie działalności LUX OCCULTA na czas bliżej nieokreślony. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy była znikoma promocja ze strony wytwórni Maquiavel Music. Wspominając współpracę z szefem tejże wytwórni, Jaro.Slav nie przebiera w słowach: „Głupek i mitoman o wybujałych ambicjach. A ja nie mniejszy głupek, że w te wszystkie pierdoły wierzyłem. Szkoda czasu na komentowanie.” Nic dodać, nic ująć.

O zupełnie innych powodach rozpadu grupy mówi U.: „Trudno było nam pozbierać się po rozsypce w roku 2001. Konsekwencją wyboru pozamuzycznej drogi zawodowej było pojechanie każdego z nas w swoim kierunku oraz przejście przyśpieszonego kursu dojrzewania i odpowiedzialności za pojawiające się rodziny;-). – ale dodaje: Niemniej bez muzyki żyć niepodobna, więc każdy coś tam kombinował, by sobie radochy nieco uczynić;-).”

No tak, ciężko było sobie wyobrazić, by tak pracowite bestie całkowicie odpuściły sobie muzykę, dlatego też Jaro pojawił się gościnnie na debiucie VIRGIN SNATCH, Vogg i Martin zajęli się karierą coraz prężniej rozwijającego się w tym czasie DECAPITATED, Kriss po kilku miesiącach przerwy wrócił do grania – tym razem w NEOLITH. Również z NEOLITH związały się muzyczne drogi U. – najpierw gościnnie od roku 1996, a od płyty „Immortal” na stałe zasilił szeregi tej formacji. A w międzyczasie pomógł w sesjach nagraniowych takich tuzów jak VADER, BEHEMOTH czy ostatnio CHRIST AGONY.
Przez lata swojej działalności LUX OCCULTA doczekała się na scenie niesamowitego szacunku oraz sporej rzeszy oddanych i wiernych fanów. Czy był to zespól popularny? W pewnym sensie tak, choć była to innego rodzaju popularność od tej, którą znamy z tabloidów;-). Temat komentuje Peter: „Nie bardzo wiem, co powiedzieć, bo to słowo nie pasuje do LUX OCCULTA. Nie byliśmy rozpoznawani na ulicach, nie zarabialiśmy kasy, nie graliśmy setek koncertów. Po prostu robiliśmy swoje, nie oglądając się na trendy, nurty, gusta. Najprościej mówiąc, graliśmy taką muzykę, która w danym momencie podobała się nam najbardziej, a zarazem chcieliśmy ją nagrać najlepiej, jak potrafiliśmy. Banał? Być może, ale na pewno nie dla nas w tamtych czasach. Być może to, co osiągnęliśmy, opierało się na tej prostej szczerości chłopaków z Beskidu Niskiego.”

A być może mieli trochę pecha, że w momentach ciekawych propozycji koncertowych (jak np. trasa po Europie w towarzystwie SATYRICON – po wydaniu „My Guardian Anger” czy też koncerty w krajach byłego ZSRR) pojawiały się kontuzje muzyków albo zobowiązania w pracy bądź na uczelniach. Być może zabrakło jeszcze większej determinacji i postawienia wszystkiego na jedną kartę? Choć wydaje mi się, że to drugie odpada, bo z tego, co wiem, chłopaki zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje pociągałoby za sobą poświęcenie się w 100% muzyce i raczej nie mieli ambicji zostania drugim VADER czy BEHEMOTH… Muzyka to po prostu ich pasja i hobby, co było wyraźnie słychać w każdym nagraniu od samego początku istnienia LUX OCCULTA.

POWRÓT?

ImageZasiane jakiś czas temu ziarno powrotu LUX OCCULTA, co jakiś czas powraca. Postanowiłem więc zapytać o to samych zainteresowanych. Peter: „Przyszłość jest już teraz – jak pisał Carl Sagan. W tej chwili formalnie nie jestem członkiem grupy… Nie wiem, czy LUX OCCULTA zmartwychwstanie, mam jednak przeczucie, że wszystko się jeszcze może wydarzyć. Zazwyczaj podczas jakichś spotkań przy wódeczce nieśmiało przewija się wątek nagrania nowej muzyczki. Jednak jeśli już wracać, to z materiałem, którego nie musielibyśmy się wstydzić, który byłby godnym następcą wszystkich wcześniejszych wydawnictw. Po co coś nagrywać tylko po to, by nagrać i zadowolić czekających fanów. To nie byłoby w porządku w stosunku do nich, jak i nas samych. Cóż, na pożegnanie chciałem pozdrowić wszystkich, którzy przez lata wspierali nas w każdy możliwy sposób. Ja również mam nadzieję, że kiedyś pojawi się nowa płyta LUX OCCULTA.” Jaro.Slav: „Przyszłość LUX OCCULTA będzie albo świetlana, albo w ogóle jej nie będzie. Mamy sporo pomysłów i nowych doświadczeń, na pewno nie popełnilibyśmy tylu głupich błędów, co 10 czy 15 lat temu, ale… Nie mamy czasu. Każdy ma swoje życie, pracę, rodzinę. Nie wiem, czy będziemy mogli sobie pozwolić na takie czasochłonne i kosztowne hobby jak zespół occult metalowy”. Znamy już zdanie Petera i Jarka, jednak myślę, że najwięcej do powiedzenia na ten temat ma główny kompozytor i mózg LUX OCCULTA – U. I to właśnie do niego będzie należało ostatnie słowo, bo… Tak o jego ewentualnym braku w kapeli powiedział kiedyś Jaro.Slav w kontekście zawieszenia i wznowienia działalności: „Bez niego nie ma LUX OCCULTA! Może mogłaby być inna grupa, możemy sobie coś tam grać, ale nie jako LUX OCCULTA. Ten zespół jako taki przestaje istnieć. Ale go nie zabraknie, dopóki U. będzie żył. Prędzej ja mógłbym zwątpić w swoją postawę i zaangażowanie w kapelę niż w jego zaangażowanie. On po prostu wkłada w to całe serce. Ja udzielam wywiadów, bo to ja jestem gadułą, ale on się wypowiada muzycznie, jest dyrektorem”. Ok, więc Dyrektorze – jaka przyszłość przed LUX OCCULTA? „LUX OCCULTA wróci z bardzo dobrą płytą;-). Jedno jest pewne – nie ma powrotu do przeszłości, a formuła pozostaje skrajnie otwarta. Czy to będzie jeszcze metal? Nie mam pojęcia, bo na razie dysponuję zarysami zaledwie kilku utworów. Nikt z nas nie wiąże jednak z tym projektem oczekiwań finansowych, więc zrobimy materiał, którego będzie się nam chciało słuchać w 2009 czy 2010 roku, a może i w 2030;-). Po okresie totalnego krytycyzmu własnych dźwięków, znów zaczyna mi się podobać to, co tworzę, a do tego, obok starych muzycznych przyjaciół, jak Jarek i Wacek – Voggiem zwany, mam w zanadrzu fantastycznych muzyków chętnych do współpracy. Więc wierzę, że będzie gicio;-).”

Tak więc trzymamy Dyrektora i resztę muzyków LUX OCCULTA za słowo i czekamy na nowe nagrania zespołu!!!

 

[Levi / Atmospheric #15]

Lux Occulta, www.myspace.com/luxocculta

Nie pluj sobie w brodę – słuchaj post metalu!


Nie pluj sobie w brodę – słuchaj post metalu!

Ostatnimi czasy pluję sobie w brodę tak intensywnie i często, jak nigdy przedtem. Jak mogłem wcześniej nie zainteresować się muzyką NEUROSIS, CULT OF LUNA, BLINDEAD czy ISIS? Hmm, jak widać, mogłem, bo też i pomagały mi w tym przez długi czas szczelnie nasunięte na uszy klapki, przez które przedzierały się tylko i wyłącznie dźwięki bardziej przypominające odgłosy drażnionego zwierzaka aniżeli muzykę. Cóż, mylić się jest rzeczą ludzką, jak powiedział kiedyś ktoś mądry…

ImageJarek Szubrycht w swoim tekście o NEUROSIS (zamieszczonym w magazynie „Mystic Art”), poznanie tej amerykańskiej formacji określił jako „nawrócenie”. W moim przypadku, zamiast jakiejś iluminacji, była raczej ewolucja. Ewolucja mojego gustu muzycznego. Zaczęło się od MASTODON. Choć twórcy „Blood Mountain” post metalu w czystej postaci nie grają, w ich muzyce nie trudno odnaleźć inspiracje choćby wspomnianym już zespołem Scotta Kelly’ego. Zresztą lider NEUROSIS gościnnie pojawił się na trzech ostatnich albumach kwartetu.
Coś w rodzaju oświecenia w moim przypadku przyszło dopiero przy okazji „Eternal Kingdom” CULT OF LUNA. Nie wiem, czy to kwestia mroźnego klimatu panującego w Szwecji, skąd muzycy pochodzą, czy wyraz ich własnej psychiki i doznań (jeśli to drugie, to współczuję ich rodzinom), ale tak neurotycznej, psychodelicznej i mrocznej atmosfery nie słyszałem w muzyce nigdy przedtem. Dochodzi do tego jeszcze koncept tekstowy, oparty ponoć na autentycznych (w co nie wierzę) zapiskach chorego psychicznie pacjenta szpitala dla obłąkanych.
Powtórzę się, ale jednak ani grupa CULT OF LUNA, ani kapela MASTODON nie brzmiałyby tak, jak brzmią, gdyby nie zespół, którego nazwa pojawiła się w tym tekście już parokrotnie. Chodzi mianowicie o NEUROSIS. Grupa powstała w 1985 r. w Kalifornii. Rozpoczęła swoją karierę jako kapela hard core’owa, a wraz z wydaną w roku 1992 płytą „Souls At Zero” zespól zaczął eksperymentować z brzmieniem i dźwiękami. W swojej muzyce połączył ciszę z hałasem, ciężkie, stutonowe riffy z subtelnym muskaniem strun, plemienne rytmy z elektroniką, szept z krzykiem, nostalgię z nastrojem przerażenia i frustracji. Doom i sludge doprawiony psychodelią… To właśnie ta grupa swoją twórczością zainspirowała zarówno Amerykanów z ISIS czy MINSK, jak i Szwedów z CULT OF LUNA, które to kapele uważane są obecnie za najlepszych kontynuatorów stylu zapoczątkowanego przez NEUROSIS.
Z przykrością przyznać trzeba, że w Polsce – pomimo sporej popularności, o czym świadczy organizowanie festiwalu tego typu muzyki we Wrocławiu – Asymmetry Festival oraz dużej frekwencji na koncertach NEUROSIS czy CULT OF LUNA w roku 2008 – zespołów post metalowych jest jak na lekarstwo. Jest BLINDEAD. Założona przez byłego gitarzystę BEHEMOTH – Havoca grupa nagrała w 2008 r. jedną z najciekawszych płyt w historii polskiego metalu. Do startu szykuje się także równie ciekawy TIDES FROM NEBULA. I na tym koniec. Miejmy jednak nadzieję, że artystyczny sukces BLINDEAD zmobilizuje kogoś w naszym kraju do sięgnięcia po instrumenty i generowania z nich „neurotycznych” dźwięków…
Co jednak czyni post metal czymś wyjątkowym? Choć zabrzmi to górnolotnie, fakt, że kapele tego nurtu przekraczają granice między kiczem a sztuką. Niepokojąca atmosfera utworów, zerwanie ze schematem zwrotka-refren, intrygujące teksty, zaskakujące pomysły aranżacyjne… I choć na najnowszych albumach zespołów tego nurtu zaczyna brakować świeżości, słychać powielanie pewnych motywów, post nadal pozostaje najciekawszą odmianą metalu, wraz z math metalem najlepiej rokującą na przyszłość.
[Jacek / Atmospheric #15]

Powroty – radość czy łzy? (ankieta)

 

Image

W ostatnich latach obserwujemy powroty legendarnych zespołów wszelkiej maści. Odradzają się jak feniks z popiołów, nagrywają premierowe płyty (które często ukazują się równolegle z różnymi reedycjami), a nawet stare po nowemu,
ruszają w trasy koncertowe i w ogóle przeżywają drugą młodość,
przy okazji inkasując niemałe sumki. W końcu mają swoją markę, uznawane są za prekursorów lub są nazywane kultowymi… Niestety często jest to odcinanie kuponów dawnych osiągnięć i typowo komercyjne posunięcie.

Czy bogowie metalu muszą grać wiecznie?
Kilka osób związanych ze sceną podziemną wyraziło swoją opinię, które
„wielkie powroty” ostatnich lat i nowe płyty starych kapel zaskoczyły ich i ucieszyły,
a które woleliby puścić w niepamięć, bo to wstyd i hańba…
Image
Mateusz – Forgotten Chapel `zine:

Jakiekolwiek powroty większych czy mniejszych zespołów osobiście nie niosą dla mnie większego ładunku emocjonalnego. Wynika to z faktu, iż skupiam się raczej na konkretnych wydawnictwach, a nie samych kapel. Nie śledzę konsekwentnie poczynań prawie żadnej grupy, nie wykupuje całych dyskografii, nie mam jednego ulubionego bandu, o którym wiedziałbym wszystko. Stąd też nie zawsze zdaję sobie sprawę, że jakiś zespół już nie gra, powrócił albo zawiesił działalność. Nawet gdybym bardzo chciał śledzić jakąś znaną kapelę, byłoby to dosyć trudne, gdyż wiedzę opieram na podziemnych nieregularnikach, gdzie więcej można się dowiedzieć o jedno-demówkowych grupach z końca świata i sytuacji koncertowej na Malcie, a nie o tym, kto śpiewa obecnie w IRON MAIDEN i z czym powrócił ASSASSIN. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że jestem zbyt podziemny, ale mi to nie przeszkadza. Po to wybrałem podziemie, aby być jak najdalej od profesjonalnego rynku muzycznego i zasad nim rządzących.
Wracając do głównego wątku, gdy dostałem temat ankiety, zacząłem się mimowolnie zastanawiać nad konkretnymi powrotami, na których mógłbym oprzeć moją wypowiedź. Przyznam szczerze, że niezbyt wiele przykładów przychodziło mi do głowy. Jedyne, co wciąż kołatało mi się w głowie, to S.O.D znany też jako STORMTROOPERS OF DEATH. Ten zespół poznałem na początku mojej przygody metalowej, ale i tak z prawie dziewięcioletnim opóźnieniem. Spontaniczny i żywiołowy „Speak English Or Die” wywarł na mnie piekielne wrażenie, ukazując mi hard core`owe szaleństwo lat `80 i wspólne korzenie gatunków, obecnie dosyć wyraziście rozdzielonych. Album ten jest totalną rozpierduchą, niekoniecznie na poważnie, wypełnioną ciętym, wręcz ofensywnym humorem i szczerym do bólu przekazem. Z racji, że S.O.D to jednak bardziej projekt niż pełnoprawna kapela, niewiele było dla mnie do odkrycia oprócz tego LP. Stąd jak tylko dowiedziałem się o reaktywacji, zdobyłem „Bigger Than The Devil” i pełen ciekawości zarzuciłem tę płytkę dosłownie w biegu na walkmanie. Kto śledził, ten wie, że dla większość maniaków okazała się ona małym niewypałem. Z S.O.D uleciała gdzieś świeżość, szaleństwo i spontaniczność. Album, choć przyzwoicie odegrany, nie wniósł nic ciekawego, nie zaskakiwał. Zdawałoby się, że wypełniony jest odpadkami z sesji ANTHRAX (killers), M.O.D czy też samego S.O.D. Już sama ilość utworów i ich długość mogłaby świadczyć, że chyba chłopakom brakło weny. Zniknęła też gdzieś punkowa zadziorność i surowość nagrania, zastąpiona bardziej oczywistymi hard core`owymi riffami. Utwór, który pamiętam najlepiej, to „Dog On The Tracks”, który trwa tyle, ile może trwać konfrontacja psa z pędzącą lokomotywą, czyli ok 1 sekundy:-). Powrót S.O.D nie przyniósł mi ani radości ani łez, może tylko małe rozczarowanie, gdy spojrzę na to przez pryzmat debiutu. Jednakże i płyta „Bigger Than The Devil” sam w sobie posiada dosyć ciekawe walory, choćby humorystyczne. Nadal zdarzy mi się ją zapuścić i słucha się całkiem przyjemnie.
Zmierzam do tego, że to nie jest ważne, czy to powrót czy nie – najważniejsza jest muzyka zawarta na wydawnictwie. Wszystko sprowadza się do ukochanych metalowych dźwięków, wiec nie ważne, czy to odgrzany DESTRUCTION czy dwu-demówkowicz z Pagórkowa Dolnego po siedmiu latach absencji na scenie. Liczy się muza i pasja. Porównanie, choć może zdawać się drastyczne, dla mnie jest naturalne, bo obydwa zespoły mają taką samą szansę zaistnienia w mojej kolekcji jako wydawnictwa specjalne, grane często, czasem bez przerwy:-). Reasumując, nie ważne, kto gra, ale co gra. Podmiotem jest muzyka, a nie wykonawcy i marka. Oczywiście ważnym aspektem są jeszcze postawy i motywacje, które wyraźniejsze i łatwiejsze do rozszyfrowania zdają się na scenie podziemnej, ale to temat na inną ankietę. Bo chyba nie tylko ja podchodzę sceptycznie do powrotów, które odbywają się w blasku fleszy i stanowią kontynuację legendarnej bądź szeroko znanej i rozpoznawalnej nazwy, czasem nawet bez oryginalnych muzyków. Zdrówko!

 

Rafał – Radio Nakło:

A tam, powroty… Moim zdaniem nie ma, co robić jakiegoś zamieszenia wokół tego zagadnienia. Muzycy są wolnymi ludźmi, tak jak wszyscy fani metalu i mają prawo kontynuować działalność swoich zespołów, jak również w dowolnej chwili ją zawiesić. Uważam, że jeśli jakaś kapela decyduje się odejść w niebyt, to należy taką decyzję uszanować i skupić się na milionie innych grup, w które obfituje obecna scena metalowa. Oczywiście boli bardziej, gdy instrumenty (i struny głosowe) na kołku decydują się zawiesić ci najwięksi czy najbardziej ulubieni, ale wydaje mi się, że prawda jest taka, iż wcześniej czy później powrócą. No chyba że to nie będzie możliwe z przyczyn naturalnych, typu śmierć członka grupy lub, nie daj Boże, całego składu. Swego czasu rozpętała się prawdziwa karuzela z powrotami, jednymi mniej, drugimi bardziej udanymi, jak to w życiu bywa. I ona kręci się w sumie do dziś, z mniejszym lub większym rozmachem i coraz mniej przestają dziwić mnie reuniony bandów, które to niby rozpadły się na zawsze. Osobną kwestią jest motywacja, dla której muzycy ponownie krzyżują swoje drogi. Przyglądając się z boku, można doszukiwać się jakiegoś drugiego czy nawet trzeciego dna w reaktywacjach kolejnych składów, ale z drugiej strony, oddani fani mają w dupie, czy ich ulubieńcy schodzą się dla kasy, czy bo kurwa – tak. Ważne, że znowu są, grają koncerty, a może nawet wydadzą nową płytę. I to jest piękne w tym całym show businessie.

 

Maciek – fan:

Wiesz, jak to jest z powrotami… Najczęściej jest to skok na kasę, ale nikt tego z kapel nie mówi i mało którym grupom się udaje. Do zespołów, które wróciły i cieszą mnie, mogę zaliczyć: EXODUS (trzy świetne płyty po powrocie), ONSLAUGHT „Killing Peace” (moc), ARMAGEDON (świetny materiał po wielu latach), CONDEMNATION „Abyssies…” (polski band, który wrócił po wielu latach nieobecności, na razie tylko z CD. Dobry powrót odnotował SUFFOCATION (koncertowo masakra, z płytami trochę gorzej) i bardzo wyczekiwany, w pełni zasłużony powrót ASPHYXZ (materiał „Death.. The Brutal Way”. Rozczarowania, jak dla mnie z powrotami i albumami to CYNIC, PESTILENCE, OBITUARY, GRAVE. Uważam, że tym kapelom się nie udało. To by było na tyle, choć oczywiście powrotów było więcej. Teraz wszyscy się reaktywują i wracają do żywych, ale tylko nielicznym się udaje.

 

Major – GORTAL:

Powroty przybrały formę masową. Dla mojej generacji są to często zespoły – symbole, dla młodych niemalże wizyta w Parku Jurajskim.
Zacznę od krajowego światka. Trudno podejrzewać i tłumaczyć, by chęć powrotu do grania ekstremalnego metalu była czymś innym niż pasją i chęcią samorealizacji twórczej. Jak powiedział mój znajomy Jacek Grecki z reaktywowanego w zeszłym roku LOST SOUL: „Chcesz grać death metal, to płać”. Takie są polskie realia i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Skoro znamy już motywację większości, przejdźmy do faktów.
Jako pierwszy ważny powrót odnotowałem comback CHRIST AGONY. Cezar wrócił w bardzo dobrym stylu, a że pasję do grania metalu posiada wielką, dostaliśmy dwa bardzo dobre materiały, wskrzeszające pierwotny duch zespołu – EPkę „Demonology” i płytę „Condemnation”. Równie pozytywne wrażenia mam w przypadku „Hellspawn” autorstwa PANDEMONIUM. Trzeba jednak pamiętać, że i CHRIST AGONY i PANDEMONIUM działały pod innymi szyldami. Choć powrót do wysokiej dyspozycji jest w ich przypadku zbieżny z powrotem do klasycznych nazw. I jak tu nie wierzyć w piekło…
Kolejnym i chyba najważniejszym powrotem był jednak reunion ARMAGEDON po kilkunastu latach milczenia. Braci Maryniewskich miałem przyjemność poznać podczas XXV-lecia VADER w Stodole. I po rozmowach ostro zakrapianych wysokoprocentowym alkoholem spodziewałem się, że płyta, którą szykują, nie może być rozczarowaniem. Dla nich metal to cały czas wielka pasja. Tak też się stało. „Death Than Nothing” to jedno z najlepszych polskich wydawnictw w obecnym roku, materiał będący godnym następcą kultowego „Invisible Circle”, zawierający, jak się okazało, niezniszczalnego ducha ARMAGEDON z minionych dekad.
Wspomniałem powyżej o LOST SOUL. Przerwa w ich działalności trwała dość krótko, lecz znaleźli się tacy, którzy zdążyli pogrzebać Wrocławian. Na szczęście Jacek skompletował nowy skład, powstała nowa płyta, która wyjdzie niebawem nakładem Witching Hour Prod. Ze względu na powiązania personalne, trudno mi w tym przypadku zachować obiektywizm, ale uważam, że „Immerse In Infinity” będzie krążkiem niezwykle udanym, który z miejsca przywróci LOST SOUL do ścisłej czołówki w Polsce, jak również nie pozostanie bez odzewu za granicą.
Porzucę w tym miejscu rejony ekstremalne, bo nie sposób pominąć w tym zestawieniu TENEBRIS. Zespół ze wszech miar unikalny. Tyleż wartościowy, co pechowy i niezrozumiany. Podziwiam zapał Szymona, który wbrew trendom realizuje swoje ambitne wizje artystyczne i życzę grupie solidnego kontraktu z perspektywą na lepsze jutro. Jest tego warta, jak mało kto. Skoro dotarliśmy do Łodzi to musi paść nazwa IMPERATOR. Wróble ćwierkają, że reaktywacja staje się coraz bardziej realna. Oby się spełniło.
Jakiś czas temu przeglądając Metal Archives uświadomiłem sobie, że Rob Bandit z MAGNUS przeobraził się w faceta, który śpiewa dzieciom. Na szczęście nie ma tu mowy o niezdrowej metamorfozie, jaką przebył były gitarzysta ACID DRINKERS, co pozwala mi ze spokojnym sumieniem puszczać hity Killersów mojej córce. Gdyby jednak chęć zakładania gwoździ i żelastwa powróciła, nie miałbym nic przeciwko.
Kto jeszcze? Przychodzą mi do głowy takie nazwy jak BETRAYER i DAMNATION. Niestety, z tego co wiem, szanse na powrót jednych i drugich są właściwie żadne.
Oczywiście dużo większy wysyp powrotów można zaobserwować zagranicą. W największym stylu powrócił CELTIC FROST. Moim zdaniem „Monotheist” to duże wydarzenie i dowód na wielki talent Szwajcarów. Poza tym jakiejś ogromnej ekscytacji nie zanotowałem. No może poza bardzo dobrymi dwoma albumami GOREFEST i zupełnie nieoczekiwanym atakiem UNANIMATED, który nagrywając „In The Light of Darkness” wypełnił udanie niszę po DISSECTION i zdeklasował przy okazji swoją wczesną twórczość. Poza tym pomimo niefortunnych deklaracjach Patricka Mameli i znudzeniu metalem pod koniec lat `90, PESTILENCE nagrał w miarę udaną płytę. CYNIC zanudził, nie jestem w stanie słuchać miałczenia Masvidala. Zresztą uważam, że „Focus” nie wytrzymał próby czasu i poza wirtuozerią instrumentalną album ten nie proponuje nic ciekawego. Bardzo byłem ciekawy, jak potoczą się dalsze losy DARK ANGEL. Zapowiadany powrót oznaczał niestety jedynie pojedyncze koncerty, a po wypadku Rineharta zespół definitywnie poszedł do piachu.

 

Michał Kapuściarz – dziennikarz, promotor:

CELTIC FROST. Wszystko wskazuje na to że powrót tylko na jeden album, ale za to jaki. „Monotheist” pozamiatał!
FAITH NO MORE. Na razie koncertowo, ale nie ukrywam, że płyta byłaby wskazana. FAITH NO MORE to zespół, który chyba ma jeszcze wiele do pokazania.
EXODUS. Powrót wysoce wskazany. Dobra, równa forma – thrash w najczystszej postaci!
IMMORTAL. Tu mam wiele wątpliwości. IMMORTAL powinien być w lesie, a nie na największych scenach Europy.
PESTILENCE. Zamiast muzycznego wizjonerstwa – równanie w dół do niskiej obecnie death metalowej średniej.
CYNIC. „Traced In Air” to nie jest płyta na miarę „Focus”, ale z czasem coraz bardziej się przekonuję, że to uzasadniony comeback.
CARCASS. W ten powrót nie wierzę, czas Carcassowej patologii jednak już minął.
AT THE GATES. A tu wręcz przeciwnie, THE HAUNTED nigdy mnie nie przekonał. Lindberg i bracia mają chyba duży apetyt na wspólne granie. „Slaughter Of The Soul” nie przebiją, ale próbować warto.
BRUTAL TRUTH. Ponad dekada przerwy, a oni dalej miażdżą kości, jak na „Need To Control” czy ” Extreme Conditions Demand Extreme Responsem”.
To chyba wszystko. Poza małymi wyjątkami jednak powroty udane. A może po prostu zapomniałem o tych nieudanych…

DEATH SEA: Klasyka podziemia

 

Image

 

Death metalowy zespół DEATH SEA został założony jesienią 1993 roku w Krakowie. W pierwszym składzie znaleźli się: Jarosław „Misiu” Kochman – bas, Gerard Niemczyk – perkusja, Grzegorz „Grysik” Bryła (obecnie VIRGIN SNATCH) – gitara, Mateusz „Rzeźnik” Wabik – wokal. Wszyscy muzycy mieli już większe lub mniejsze doświadczenie muzyczne.

ImagePo kilku miesiącach prób powstało „Promo Tape `94”, które zostało nagrane na czterośladowym magnetofonie Taskam, a zostało wydane ze środków własnych (autorem logo oraz bardzo ubogiej oprawy graficznej był basista Jarek). Muzyka kwartetu z tej kasety promocyjnej osadzona była w tradycji death metalu przełomu lat `80/`90. Utwory („Almost Extinct”, „Final Deception”, „Death Sea” i „Forever Forget”) były inspirowane kapelami DEATH, CYNIC, PESTILENCE, ATHEIST, NOCTURNUS. Materiał zebrał pozytywne recenzje w prasie undergroundowej (np. w zine`ach „Psycho”, „Purgatory”, „Flatline News”). Doceniano DEATH SEA za wskazywanie perspektyw rozwoju dla gatunku, jakim był death metal i dobre umiejętności. Ale byli też tacy edytorzy, którym nie przypadł ten stuff do gustu – wytykano mu wtórność, słabej jakości brzmienie lub niezbyt oryginalną nazwę („Ibidem”, „Galeic Stigmata”).

Na koncertach kapela DEATH SEA – szczególnie w Krakowie – była przyjmowana dobrze.

ImagePomimo krótkiego stażu, w 1994 r. grupa podpisała kontrakt na jedną płytę z firmą Loud Out i zarejestrowała pełnowymiarowy materiał w studiu Beat Music Center w Katowicach. W tym samym roku zespół zagrał dwa koncerty na festiwalu muzyków rockowych w Jarocinie. Niestety wytwórnia Loud Out zbankrutowała i drugi materiał DEATH SEA ukazał się tylko w formie kasetowej w roku 1995 nakładem Baron Rec. Jego tytuł to „Imagination World”. Autorem obrazu, który posłużył za okładkę, był Zbigniew Krzywdziak. Oprócz starszych utworów zamieszczono na tym materiale cztery nowsze („Ivy”, „Sensation Of Glowing”, „Beyond The Reason”, instrumentalny „Symbolic Way Of Expression”), które zawierały więcej partii akustycznych. Ponadto kapela wykorzystała pomysły charakterystyczne dla doom metalu, rocka progresywnego czy muzyki latynoamerykańskiej, bez utraty typowej w death metalu dynamiki i brutalności.

W roku 1994 szeregi DEATH SEA zasilił drugi gitarzysta Piotr Szczuciński, który następnie zastąpił na basie – kończącego przygodę z graniem – Jarosława Kochmana. Pod koniec 1994 r. od grupy odszedł Gerard Niemczyk, a zasilił ją Krystian „Pinokio” Skowiniak.
W połowie roku 1995 zaczął powstawać kolejny materiał DEATH SEA, po którym została jedynie nieprofesjonalna taśma z próby: ok. 20 minut jeszcze bardziej technicznego, ale też bardziej brutalnego death metalu niż ten na „Imagination World”.
Na początku roku 1996 nastąpiła kolejna zmiana personalna – zespół opuścił Mateusz Wabik, a nowym wokalistą został Filip „Zielony” Zieliński. W drugie połowie lat `90 grupa dużo koncertowała.
Zespół funkcjonował z przerwami i w różnych składach do roku 2001, grając wiele koncertów. Później nieco zmienił wykonywaną przez siebie muzykę, stała się ona bliższa nowoczesnemu thrash metalowi w klimatach TESTAMENT czy FEAR FACTORY.

Image

Muzycy, którzy udzielali się w DEATH SEA, równolegle, a także po rozwiązaniu tejże grupy grali w wielu różnych zespołach, które stanowiły część krakowskiej sceny metalowej.
Grzegorz Bryła był sesyjnym gitarzystą DISINTERMENT. Był też przymierzany do składu VIOLENT DIRGE, ale z powodu, iż musiałby dojeżdżać do Warszawy, nie dołączył do tego zespołu. Grał także w SYMBOLIC IMMORTALITY, VIRGIN SNATCH, ANAL STENCH.
W 2001 roku Grzegorz Bryła oraz Filip Zieliński powołali do istnienia thrash metalową kapelę VIRGIN SNATCH, z którą odnoszą duże sukcesy, nagrywają płyty i koncertują.
Gerard Niemczyk to bardzo rozchwytywany perkusista. Dodatkowo potrafi grać na gitarze, basie i klawiszach. Zahaczył o ogrom przeróżnych grup, głównie jako muzyk sesyjny lub gościnnie wspomagając je na koncertach (MORDOR, HOLY DEATH, SCHISMATIC, SYMBOLIC IMMORTALITY, LUX OCCULTA, GLADIATOR, VINCENT BECK GROUP itp.). Uczestniczył również w licznych projektach free-jazzowych i bluesowych.
Jarosław Kochman, przed DEATH SEA, był basistą nieznanej thrashowej formacji POLTERGEIST.
Mateusz Wabik wcześniej był wokalistą SAMHAIN i gościnnie udzielał się w jednym utworze DISINTERMENT.
Piotr Szczuciński oraz Krystian Skowiniak wcześniej byli muzykami SAMHAIN oraz DISINTERMENT.
Ponadto Krystian Skowiniak znalazł się w pierwszym składzie THY DISEASE, przewinął się przez ANAL STENCH, obecnie gra w thrashowym RETRIBUTION.
Sam DISINTERMENT to zespół, który powstał jakby na gruzach SAMHAIN – kapeli która działała krótko (1993-1994), miała na koncie reh`a i rozprowadzane tylko do zinów demo „Winds Of Destiny” (a ślad po nim pozostał zaledwie w trzech czy czterech zine`ach).

 

[Mateusz Wabik, Kasia / Atmospheric #14]

Z pamiętnika starego subiekta (kolekcja płytowa Pestena)


Z pamiętnika starego subiekta (kolekcja płytowa Pestena)

Sztuka towarzyszy nam na każdym kroku. Jeśli przyjmiemy, że jest to dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne, wytwór lub wytwory takiej działalności, to czy odda to całkowicie sens jej znaczenia? Czy istnieje coś ponad wszystkimi zebranymi pojęciami, które zderzają się ze sobą w odwiecznej walce? Tak! Istnieje jedno bardzo klarowne, a zarazem proste wyjaśnienie. Jest to pasja. Jeśli nasze zainteresowania związane ze sztuką dotyczą muzyki, to jakiekolwiek tłumaczenie jest zbędne.
Długo nie mogłem się zdecydować, czy opisywanie pewnej intrygującej mnie sprawy ma jakikolwiek sens. Zwłaszcza wówczas, kiedy główny bohater całego artykułu nie wykazał chęci udzielenia kilku odpowiedzi na nadesłane pytania… Myślę jednak, że warto pokusić się o podjęcie tematu związanego z kolekcjonerstwem płyt, kaset i innych gadżetów powiązanych z muzyką, a głównie ze sceną metalową.
Stali bywalcy Allegro na pewno słyszeli o pewnym ekscentrycznym kolekcjonerze metalowych płyt… Znany z ciętego języka i oryginalnych opisów sieje spustoszenie na aukcjach, sprzedając zapomniane i niesamowicie rzadkie tytuły…
Jest to krótka opowieść o człowieku, który poświęcił się bezgranicznie swojej pasji. Całe lata poszukiwań, wyrzeczeń i biegania na pocztę. A wszystko po to, aby odczuć ten niesamowity dreszcz, jaki towarzyszy nowym dźwiękom wydobywającym się z starego odtwarzacza.
Oto Bart, znany gdzieniegdzie jako Pesten i Sodomouse…

Rozmowa została przeprowadzona pomiędzy internautami na forum portalu Masterful Mega `zine!

Maria Konopnicka:
Tak sobie czytam i się zastanawiam, czy kiedyś też będę chciał się pozbyć wszystkich płyt. Jakoś sobie tego nie wyobrażam… Na miejscu Pestena bałbym się, że któregoś ranka się obudzę i pomyślę sobie: „Kurwa! Co ja zrobiłem? Sprzedałem dwadzieścia lat swojego życia na Allegro”. Prawda jest taka, że płyta dla mnie to nie tylko muzyka, ale jakiś fragment przeszłości, kawałki wspomnień zaklęte w tych plastikowych krążkach. Mógłbym stanąć przy swojej półce i biorąc do ręki kolejne płyty opowiadać, z czym mi się kojarzą, w jakich okolicznościach je kupiłem – co znaczyła dla mnie w owym czasie ta muzyka. Sprzedanie tego wszystkiego chyba by mi jakieś straszne spustoszenie zrobiło – i nie mam tu na myśli ani spustoszenia półek, ani utraty czegoś w sensie materialnym.

Sodomouse:
Wszystkie płyty, które kupowałem, były dla mnie ważne, chociaż takiej radości przez ostatnie lata nie miałem z jakiegoś danego tytułu, jak wówczas gdy się miało naście lat i jeden tytuł jechało się po sto razy, bo tak się podobał i nie nudził. Ciężko byłoby mi obiektywnie zostawić sobie jakieś sto ważnych tytułów, może tysiąc byłoby łatwiej… Bo tak samo ważny byłby pierwszy ENTOMBED, to dlaczego nie „jedynka” GRAVE, a jedynka i kolejne DISMEMBER, a gdzie CREMATORY (Swe), a UTUMNO, a EPITAPH, a EXCRUCIATE, a UNLEASHED, „jedynka”, a może wszystkie… Później Finlandia i wiele innych… Sto pewnie byłoby ze samej Skandynawii. Także jak tu wybrać sto tytułów? Jak już się zdecydowałem, to eksterminacja do końca. CDRy zajmują mniej miejsca, wieczne nie są, zatem dopóki będą żyły, będzie żyła moja fascynacja muzyką… A najlepsze czasy i tak już minęły (listy, demos, wymiana, flyers, smarowane znaczki… RIP). Viva cyber, mp3 i kubki z logo MAYHEM…
Odpuściłem kolekcjonowanie, polowanie na jakiś tytuł w oryginale, choćby nawet z Paragwaju… Muzyka i wykreowany przez nią styl myślenia zostaje na zawsze, bo to mnie stworzyło i po to przez prawie 20 lat tu się budziłem. Teraz chociaż przyjemność mentalna dla mnie, że zaraziłem kilkanaście osób zbieraniem płyt i sieję chaos poprzez Allegro…
Teraz zbieram horrory na DVD. O niektóre „banned” jest trudniej niż najtrudniejsze pozycje z muzyki. Trzeba ściągać z krajów azjatyckich, totalny trzeci obieg, problemy z ocleniem, cofnięcia z granicy, gdy tematyka trąca o snuff, o cenach nie wspomnę i gwarancji sprzedaży żadnej. Muzykę chociaż ktoś kupi, a film za sto dolców już nie. Już kilkaset tytułów mam, marzeniem byłoby mieć większą kolekcję od skurwysyna Killjoya. Ale z moim zapałem i dążeniem po trupach w każdym temacie, za który w hobby się chwytam, jest to do zrobienia. Nuklear war now! Jebać fenomen Pesten`a. Trzeba to opierdolić, by było na DVD.
Doskonale wiem, co mówisz. Czy myślisz, że moja wrażliwość muzyczna i pozamuzyczna była i jest inna niż Twoja, że nie borykałem się z takim mentalnym problemem? Jednak i to już mam za sobą. Może zacząłbym sprzedawać ze dwa lata temu, gdybym i tego etapu nie miał za sobą. Ja płyty kochałem, ale jednak wpierw była miłość do samej muzyki, nie do kawałka tego plastiku. Bo czy wtedy ktoś miał taki luksus, że mógł w Polsce (biednej, pirackiej Polsce) powiedzieć: „kocham pierwszy krążek (tu wpisz dowolną Szwecję) i mam to wydanie na CD”? Ja nie znałem żadnej takiej osoby. Ja sam i moi znajomi katowali jedyny nośnik masowo wówczas dostępny (choć i z tym były kłopoty) – kasetę piracką Takt, Baron czy MG. Mówię tu o albumach, a nie demos. Chodzi mi w ogóle o zachodnie płyty na kasetach, zazwyczaj strasznie okrojonych, bo tak się polskiemu piratowi opłacało wydać. On miał kasetę, 40 minut taśmy, a to że debiut EDGE OF SANITY trwał 55, to już trzeba było 2 kawałki upierdolić. Ale uciekłem od tematu… No przecież za muzyką idą stare, dobre, szalone wspomnienia. Każdy album (dla mnie wtedy kaseta) to nowe odkrycie, czytanie nowego „Thrash`em All” (format A5 pamiętacie?), recenzje, moje rwanie włosów, bo muszę to mieć, jakieś demo raczkującego GRAVE czy oszałamiający debiut UNLEASHED, sklepy, w których to kupowałem, już dawno w Poznaniu nie ma, pożyczanie od kumpla, wspólne omawianie kawałków, wkurwienie, jak się jakaś kaseta wkręciła i zerwała, zero kasy na wszelkie inne pierdoły, matka dała na buty na wyjazd w góry, ja pojechałem w Sofixach, ale na 15 piratów starczyło… No i ta analiza wczucia się w tamten stan świadomości, gdy dany tytuł obecnie słucham, oglądam cover, potrafię poczuć tamtą mentalność swoją. To trudne do opisania, bo przez moment czuję i myślę, jakbym miał 15 lat i doznaję tego szumu w głowie… Jestem chory, idę się pocieszyć i puszczę SILENCER… Satanistyczne otwarcie bram… Jon N. już otworzył… Jest tam i już wie… 666

Maria Konopnicka:
Masz rację, że te wszystkie płyty poznawało się na kasetach, ale z tych kaset przelałem ducha na płyty. Hehehehe! Miałem tak samo kiedyś – jechałem na wycieczkę, rodzice dali mi kasę na picie, lody i obiad – a ja cały dzień o suchym pysku łaziłem, ale reklamówkę kaset przywiozłem. To samo na koloniach czy obozach – przez dwa tygodnie żadnego loda, oranżady, waty cukrowej, a później jeden dzień – wycieczka do miasta – sklep z kasetami i cała kasa poszła się jebać:-):-):-). Nie mógłbym się obudzić rankiem w domu ze świadomością, że na półce nie mam płyt KREATORa, MEGADETH, TESTAMENTu, DEATH, CANNIBAL CORPSE, UNLEASHED, GRAVE, DISMEMBER, NAPALM DEATH, SODOM… i setek innych. Jasne, że najważniejsza jest muzyka – mógłbym to sprzedać wszystko w chuj, zgrać na dysk i za kasę z płyt kupić sobie Porsche albo większe mieszkanie. Tyle że te rzeczy większej radości na pewno by mi nie sprawiły. Myślę, że jedyną możliwością pozbycia się kolekcji jest zajęcie się czymś innym. Być może gdybym zaczął kolekcjonować motyle, to z czasem płyty zeszłyby na drugi plan. Pewnego dnia zacząłbym wystawiać je na aukcjach, żeby sobie kupić suszonego Issoria lathonia:-).
Właściwie to sam nie wiem, czy Ci współczuć (że tracisz coś pięknego), czy Ci zazdrościć (że się z tego wyzwoliłeś).

Sodomouse:
W Poznaniu był „szop” z metalem na Głogowskiej (Górczyn), w podwórzu warsztatu samochodowego, typowa metalownia! Gość, gdy nie było klientów (mnie :-)), wracał na warsztat w ciuchach roboczych i naprawiał dalej. „Thrash`em All” w formacie A5, kupa kaset piratów, koszulek, kilka płyt w cenie tych samochodów w warsztacie… W centrum miasta tzw. Okrąglak, na samym dole tego domu towarowego (typowa komuna, papier do pakowania z logiem „Domy Towarowe”), stoisko z metalem, właściwie stoisko muzyczne, ale metal tam panował. Goście tam sprzedający to byli starzy rockowcy, także zawsze na froncie leżały same piraty z metalem, a ile tam narodu było, pióraczy! Nie raz widziałem, jak poszła gablota na froncie od naporu bydła… Dopchać się tam było trudno, zwłaszcza gdy były nowości, w poniedziałki… Zawsze podobało mi się, że demonstrowali kupującemu fragment muzyki z tej kasety. Gdy brałem np. TERRORIZER, łomot rozchodził się na cały parter, ludzie kupujący obok cukierki i inny szit ze strachem spoglądali w moją stronę, kto to i co kupuje… A ja byłem dumny, że „tak, to właśnie ten hałas to ja kupiłem i mam Was w d….”. W Okrąglaku najłatwiej można było zostać okrojonym z kasy, koszulek czy Sofixów, przez stojących przy wejściu Starych Metali. Nie jednego widziałem, jak na bosaka do chaty wracał… Ja zawsze brałem najgorsze ciuchy, by się nie rzucać w oczy tym typom. Innym miejscem w Poznaniu był tzw. Acid Shop na Deptaku (wpierw na Wildzie), ale odkąd Litza zaczął odpierdalać jakiś ksześcijanskie syfy, żaden prawdziwy fan tam już nie wchodził…
Ale i tak najwięcej kaset demo pchał Pesten przez Carrion Lord Promotion… Demilich był top seller.
Tak, dostępność totalnie niedostępnej muzyki w ówczesnej Polsce… Ale ile w tym było szalonej radości… Polowania – nie byłem zmęczony i mogłem zapierdalać z jednego końca miasta z buta na drugi, po jedną kasetę albo cały dzień się stało u kumpli w sklepiku z kasetami (szyby zaparowane, zimno, wiocha kupuje disco polo (była taka buda przy poznańskim dworcu PKS, tam w tej budzie na froncie leżało disco polo, bo to bambry przyjeżdżające do Poznania kupowały), rozmowy o jednej kasecie, oglądanie wkładek z tekstami na stojącej pałce, bo to rarytas był i kult, że okładka się rozkłada i ma teksty… Teraz jak box nie ma osiemnastu CDs i 66 DVD to chujoza i musi być opakowany w kartonik ze złotym logo, do tego kubek, brelok i, kurwa, stringi z logo OBITUARY na sromie… W pizdu z tym szitem…

Maria Konopnicka:
Czy robiłeś listę płyt? Dużo ci tego zostało, z tego co sprzedajesz?

Sodomouse:
Na sztuki ciężko stwierdzić, na kilogramy też, na oko kilka metrów bieżących w 3 rzędach… EPs jeszcze nie tknąłem, demos też, a tam będzie ze dwa tysiące staroci…
Niekiedy po staniu jak wół przed ścianą z płytami, po pół godzinie odpuszczałem szukanie czegoś i włączałem radio:-). Fakt, często nie mogę czegoś namierzyć… A spis oczywiście robiłem… Na początku. Ale gdy przychodziła jedna paka – 20 płyt, druga za dwa dni – 20 płyt, w jeden dzień musiałem wyjechać, w drugi mi się nie chciało, trzeci się schlałem… To na czwarty było trzeba siedzieć godzinę przed kompem, by nanieść nowości, to już mi się nie chciało. Po dwóch tygodniach trzeba było już 3 godziny aktualizować… To nie miało sensu. Owszem, zdarzały się podwójne zakupy, gdy kupiłem coś, co już mam, ale to promil ogólnej ilości i nie to jest wkurwiające. Parę razy zdarzyło się, że nie kupiłem czegoś, bo myślałem, że już mam, a okazało się, że jednak nie mam (tzn. mam, ale tylko na kasecie, albo pirata, albo przegrywkę). To mnie mobilizuje, żeby aktualizować spis. Teraz porządkuję, łączę kilka spisów i zmieniam – tak żeby w oddzielnym pliku mieć inną literkę:-). Ponad 700 mam na „A”:-):-):-) .
Myślę, że warto zainteresować się tym, co było kiedyś. Świat się zmienia, ale należy zachować pewien dystans do tego, co dzieje się dookoła. Być sobą, robić użytek ze swoich zmysłów. Pielęgnować pewne artystyczne wartości, aby przetrwały dla innych. A dla nas pozostały tym, co najpiękniejsze…

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy. Choć macie sami doskonalsze wznieść” – Adam Asnyk

 

[Sabian / Atmospheric #14]

AS I DIE: Echo doom metalu…

Image

Moda na doom metal przeminęła chyba bezpowrotnie. Dziś taka muzyka najczęściej jest zwyczajnie nudna i wtórna wobec osiągnięć tego stylu sprzed kilku lat, a już tylko takie jej określenie wywołuje u słuchaczy awersję i jest dla nich odpychające. A co powiedzielibyście, gdyby pewien zespół z Sosnowca zaproponował Wam brutal gothic, gdyż tym terminem posługuje się w opisie swojej twórczości czyli natchnione łączenie doom z death, thrash, heavy, climatic, atmospheric (ha!) i innymi pierdołami? Well, dla mnie taka fuzja to przyszłość klimatycznego grania…
ImageMowa o AS I DIE. Na początku porównywano ich do PARADISE LOST, MY DYING BRIDE, THEATRE OF TRAGEDY. Oni sami twierdzą, że inspiruje ich po prostu każda dobra muzyka. Od wirtuoza instrumentów elektronicznych Klausa Schulze, przez DEAD CAN DANCE, po dużo nam bliższe grupy MORBID ANGEL, ANGEL CORPSE. Utwory zespołu faktycznie są wypadkową różnych stylów, jednak nie jest to bezmyślne mieszanie i na pewno nie ulega wątpliwości, że wciąż jest to metal. Urozmaicenia muzyki nie należy mylić z jej nadmiernym pokomplikowaniem. To, co pozornie wydaje się nie aż tak łatwe do przyswojenia, przy odpowiednim nastawieniu samo dociera do otwartego umysłu. Przede wszystkim AS I DIE nie smęci, co sugerowałoby wcześniejsze umiejscowienie kapeli. Stawia na energię i dynamikę. Jeśli zwalnia to tylko po to, by przyśpieszyć z tym większym wykopem. Najłagodniejsza jest wiolonczela, klawisze i sporadyczny wokal żeński, bo to gitary rytmiczne i solowa nadają tonu całości. Niezwykłą atmosferę ma jedna z kompozycji zatytułowana najprościej, „Instrumental”, w której jakby plemienne bębenki wprawiają w lekki transik. Ponoć Cinkowi zdarza się tworzyć na chaju, więc coś w tym musi być. Można popaść w tępe odrętwienie i ocknąć się dopiero na drugiej stronie. Lustra? Życia? AS I DIE… O tym traktują przecież bardzo osobiste teksty Banana.
Grupa powstała pod koniec ’95, a w jej szeregi weszli muzycy SAGE, MORITURUS, DEADLY VISION. Stosunkowo szybko przygotowali pierwsze demo „The Rain”. Wszystkie cztery umieszczone na nim numery, poddane obróbce i ulepszeniu, znalazły się także na kolejnym i na razie ostatnim materiale sprzed dwóch lat „Senses”. Zarejestrowane na nowo, po dopracowaniu, tj. przearanżowaniu i dodaniu do nich solówek, doskonale dopasowały się do pozostałych sześciu premierowych utworów. Całość trwa 50 min., więc nie ma uczucia niedosytu po przesłuchaniu. Podstawę, czyli perkusję, gitary, bas i wiolę zespół nagrał samodzielnie, zaś wokale, sola i klawisze w katowickim Cyber Studio. Tam również zmiksowano ten stuff. Żadnym zaskoczeniem nie są częste zmiany personalne w AS I DIE, które m.in. osłabiły aktywność koncertową. Kapela nie grała na żywo zbyt dużo, przeważnie u siebie (woj. Śląskie), teraz jednak – po ustabilizowaniu się składu – sytuacja powinna się poprawić. Zespół robi obecnie intensywne próby, których efektem jest nowy repertuar. W planach następne nagrania.

 

[Kasia / Atmospheric #10]

 

As I Die, Marcin Korzewka, 1-go Maja 68/51, 41-200 Sosnowiec

Wzmacniacz Mr. Hector (producent: Laboga)

 

Image

Wzmacniacz Mr. Hector (producent: Laboga)

 

ImageWzmacniacz Mr. Hector został zaprojektowany z myślą o gitarzystach, którym zazwyczaj brakuje gainu. Końcówka o mocy 100W zbudowana jest na czterech lampach 6L6, preamp na czterech 12AX7 oraz dwóch 5C3S w zasilaczu. Zastosowano wspólną regulację barwy dla obu kanałów. Footswitch przełącza kanały oraz pozwala na przełączane dwóch potencjometrów Master Volume, które można ustawiać niezależnie od siebie. Co ważne, przełączanie Masterów działa zarówno na kanale przesterowanym, jak i czystym. Możliwe jest więc takie ustawienie, które pozwala na skokowe pogłośnienie wzmacniacza podczas grania np. solówki – za pomocą przełącznika w footswitchu.

ImageNa przednim panelu można znaleźć dodatkowo jeszcze dwa gniazda „high” i „low” oraz przełącznik wyboru prostowania, umieszczono także przełącznik wyboru mocy – 50W/100W. Wzmacniacz posiada szeregową pętlę efektów, wyjście direct (XLR) – o poziomie liniowym z symulacją głośnika gitarowego oraz wyjścia głośnikowe 4, 8, 16 ohm. Co ważne wyjścia 8, 16 ohm są zdublowane (w połączeniu równoległym), co pozwala na podłączenie dodatkowych głośników bezpośrednio do wzmacniacza.

Zastosowano przełącznik wyboru prostowania napięcia zasilającego między prostownikiem lampowym (2 lampy 5C3S) a diodowym (krzemowym). Prostowanie lampowe umożliwia uzyskanie bardziej kompresującego i bardziej „siadającego” brzmienia, natomiast prostowanie diodowe (krzemowe) daje większy headroom i dynamikę. Efekty te słychać szczególnie podczas głośnej gry, kiedy zasilacz pracuje bardziej obciążających go warunkach. Obydwa kanały posiadają podbicie wysokich częstotliwości „bright”. W kanale przesterowanym działa on w ten sposób, że ustawienie małego gainu i włączenie przełącznika „bright” powoduje także niewielką zmianę charakteru przesteru – brzmienie zbliżone jest do konstrukcji typowo Vintage.

ImageW regulacji barwy zastosowano przełącznik „Mid Switch”, który powoduje zmianę charakteru działania układu regulacji barwy. Różne nastawy tego przełącznika skutkują przesunięciem częstotliwości Middle filtra układu regulacji barwy jak i zmianą zawartości tonów niskich. W obu położeniach przełącznika „Mid Switch” uzyskuje się dzięki temu zupełnie inne brzmienie wzmacniacza oraz różne działanie układu EQ.

ImageW jednym położeniu brzmienie cechuje się zawartością większej ilości basu i bardziej przypomina klasyczne, znane z lampowych wzmacniaczy high gain. W przeciwnym położeniu brzmienie przypomina nieco bardziej brzmienie uzyskiwane ze Stomp Boxów.
Najbardziej radykalna zmiana brzmienia możne być uzyskana zwłaszcza przy mniejszych ustawieniach potencjometru „Middle”. Na kanale przesterowanym możliwe jest zatem uzyskanie jeszcze szerszej gamy brzmień: od ciężkich death metalowych przez thrash metalowe do typowo rockowych.

Kanał czysty zaprojektowano tak, że stosunkowo łatwo brzmienie się nasyca. W maksymalnym położeniu potencjometru czułości tego kanału, można uzyskać crunch zbliżony do kanału przesterowanego – w przypadku minimalnego ustawienia potencjometru gain, ale zupełnie inaczej brzmiący. Przełączanie kanałów nie działa tylko na zasadzie: czysta / przester, ale oprócz tego jeszcze : crunch / lead lub crunch A / crunch B.

Osoby nie korzystające z kanału czystego mogą wykorzystać go, po uprzednim jego ściszeniu, do wyciszania sygnału podczas przerwy w graniu, bez konieczności ściszania gitary.

Do tego wzmacniacza polecamy stosowanie kolumny model 412 na głośnikach Celestion Vintage 30.

Tylni panel wzmacniacza:

 

Image

Charakterystyka wzmacniacza:
Image
•    moc: 100/50W (przełączana),
•    stosowane lampy: 4 x 6L6, 4 x 12AX7, 2 x 5C3S,
•    dwa kanały – czysty i przesterowany,
•    wejścia high i low,
•    regulatory volume – kanał czysty, gain
i volume – kanał przesterowany,
•    dwa osobno ustawianie, przełączane footswitchem regulatory Master Volume,
•    wspólna regulacja barwy dla obu kanałów
z przełącznikiem Mid Switch,
•    gniazdo footswitch: przełączanie kanałów i Master Volume,
•    przełączanie zrealizowane na przekaźnikach,
•    oddzielne przełączniki bright dla obu kanałów,
•    szeregowa pętla efektów,
•    wyjście Direct Out o poziomie liniowym i symulacją głośnika,
•    wyjście głośnikowe 1 x 4 ohm, 2 x 8 ohm, 2 x 16 ohm,
•    wymiary: 700 x 275 x 255.

Dodatki:

Footswitch LABOGA posiada dwa wyłączniki oraz dwie diody LED koloru niebieskiego oraz gniazdo do podłączenia przewodu łączącego ze wzmacniaczem. (channel/reverb, channel/master2)

Opcje dodatkowe – za dopłatą:

Pokrowiec nakładany na głowę Mr.Hector wykonany jest ze specjalnego materiału „Kodura 600D” na piance 10mm, przód pokrowca zostal dodatkowo usztywniony Naturflexem 10mm.

Laboga Way Of Sound – kable gitarowe najwyższej jakości

Laboga, ul. Partyzantów 35/2, 51-675 Wrocław; info@laboga.pl; tel. 0713484431; www.laboga.pl

Rusz dupę – nie pożałujesz! (ankieta)


Rusz dupę – nie pożałujesz!
(rozważania o sytuacji koncertowej w Polsce)

 

Nierozerwalną częścią muzycznego światka są koncerty… Namacalna promocja płyt, żywa prezentacja, bezpośredni kontakt z ulubionym zespołem, a przy okazji spotkania z przyjaciółmi i nawiązywanie nowych znajomości…
Jednak obecnie nastały dziwne czasy… I to chyba nie tylko w Polsce…
W sumie sporo pracy mają istniejące w naszym kraju profesjonalne agencje koncertowe, których powstaje coraz więcej (Massive Music, Creative Music, Ma-In, Death Dealers Association, LP Art, Metal Merge itp.). Mówi się też, że teraz wytwórnie płytowe działające również jako „booking agency” i „management” mogą więcej zarobić właśnie na organizowaniu dużych tras swoich podopiecznych lub gigów światowych gwiazd niż na sprzedaży tradycyjnych płyt.
Czy tak jest w istocie?
ImageFaktycznie, koncerty DIMMU BORGIR, SABATON, SATYRICON czy SAMAEL (i wielu innych!) odbyły się w kraju nad Wisłą przy pełnych salach. Od kiedy należymy do europejskiej cywilizacji, a ZAIKS ściga „normalne” piractwo, coraz więcej wielkich bandów u nas gra i powraca. Podobnie VADER, BEHEMOTH czy KAT w składzie z Romkiem Kostrzewskim niezmiennie gromadzą tłumy swoich fanów. Metalmania odbywa się od ponad dwudziestu lat i nic nie wskazuje na spadek popularności tej „kultowej” imprezy. Zresztą Tomek Dziubiński i sam Metal Mind to nie od wczoraj totalny potentat na tej (i nie tylko tej) płaszczyźnie…
Ale w tym samym czasie… Nie doszły do skutku – ponoć z powodu słabej przedsprzedaży biletów – koncerty THEATRE OF TRAGEDY bądź DISMEMBER (czy też inne organizowane przez nieprofesjonalistów z Rose Production).
Inna sprawa, że co jakiś czas, w okresie różnych „fal antysatanistycznych”, po rytualnych zabójstwach „wielbicieli” KATa z Rudy Śląskiej (w takim tonie odbywała się rozprawa…), tudzież spektaklu GORGOROTH, wiele koncertów po prostu się nie odbywa z powodu „interwencji” jakiegoś radnego lub proboszcza (vide DARK FUNERAL, Black Metal Festival). A co gorsza, niektórzy kreatorzy metalowych sztuk (w tym całkiem podziemnych) są wzywani przed oblicze prawa w celu wyspowiadania się ze swojej wiary… Tolerancja i wolność słowa sięga więc w Polsce zenitu.
Za bardzo nie ma też w Polsce tradycji wakacyjnych festiwali pod gołym niebem, z których słyną Czesi czy Niemcy.
A w jakiej więc sytuacji znajdują się polskie, początkujące, ale też starsze stażem zespoły z metalowego undergroundu? Skromne gigi zbyt często już na wejściu są skazane na finansowe niepowodzenie. Albo mniejsze grupy masowo są olewane, bo akurat przypadła im niewdzięczna rola supportu i tylko oglądają plecy maniaków kłębiących się w szatni lub przy barze…
Zorganizowanie (pojedynczych) koncertów (tudzież mini-traski) to nie lada wyczyn. Kapele muzą radzić sobie same, uruchamiają różne, prywatne kontakty, męczą się z właścicielami klubów, aby ich przekonać, że nie zrobią czarnej mszy, ani nawet nie podrą na scenie „biblii”:-). Wszystko opłacają z własnej kieszeni i osobiście biegają po mieście rozklejając plakaty… By później zagrać dla garstki ludzi… Bo na takich koncertach (zwłaszcza w tygodniu) frekwencja kilkudziesięciu osób na ogół jest szczytowa. Dowód? Około trzydziestu maniaków na PANDEMONIUM w Krakowie w lutym 2008 czy też jeszcze mniejsza ich ilość na EMBRIONAL / DEMOGORGON w Krośnie kilka dni później.
Porażka!
Inna sprawa, że w wielu polskich miastach, w tym dużych, zwyczajnie nie ma klubów odpowiednich dla ciężkiej muzy:-(, albo ich cena (np. krakowski „Loch Ness”) dla większości kapel jest nieosiągalna.
I że obecnie bywalcami metalowych spędów są głównie nastoletnie podlotki i ich „czarne damy”. Brakuje starych fanów:-(
A czy ktoś jeszcze pamięta najwspanialsze w Polsce (przynajmniej południowo-wschodniej:-)) koncerty sprzed ok. 10-ciu lat w rzeszowskim „Gambicie”?!? Albo cykliczne „Mistyczne Noce” w pamiętnym, nieodżałowanym „Mega Clubie” (w dawnej lokalizacji)?!? Masa opętanych maniaków, dobrej, diabelskiej muzy i szampańskiej zabawy! Nie mówiąc o głębokim buncie PRLu, S`trash`ydle, mordobiciach i krojeniu…
Jednak równocześnie dużym popytem cieszą się metalowe DVD… Nawet jeśli nie są kupowane w normalnych sklepach za 50-60zł, ludziska namiętnie zssysają je z sieci czyli… wzajemnie się wymieniają (nowy rodzaj „trade”?!?).
W tej chwili chyba już każdy zespół, czy to światowe olbrzymy, czy grupy „średnie” z Polski (HERMH, DARZAMAT), czy zupełnie małe (INHUMATE, EFFECT MURDER) mają swoje wydawnictwa w formie „obrazkowej”.
Czyżby taka forma rozrywki była teraz najpopularniejsza wśród słuchaczy (i widzów)? W końcu w ten sposób także można zobaczyć swoich idoli w akcji, posłuchać innych wersji studyjnych utworów, a zarazem wcisnąć „pauzę”, gdy chce się wyjść do kibla, no i nie trzeba ściągać kapci…
Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że jest to nieporównywalne z żywym koncertem, tą fatygą wystrojenia się w czarne ciuchy i wyjścia z domu, zapachem potu, widnokręgiem papierosowego dymu, dysputami z innymi maniakami i tymi namacalnymi dźwiękami… No i nic nie szkodzi, że klub na co dzień „robi” jako dyskoteka, piwo jest rozcieńczone, a nagłośnienie buczy jak czajnik:-). I tak jest niepowtarzalny urok i kupa diabła!!!:-)

[Kasia]

 

Image

 

Marcin – Mythrone Promotion:

 

Cóż, prawda w oczy kole. Czy tego chcemy czy nie, muzyka metalowa staje się takim samym produktem jak pop, rock czy buraki. Dlatego jedne zespoły się sprzedają (nie tylko płyty, ale przede wszystkim bilety na koncerty), a inne nie. Obecnie fama „kultowości” nie wystarcza. Dzieciaki nie wiedzą, co to jest PANDEMONIUM czy CHRIST AGONY, dzieciaki oglądają kolorowe reklamy w „Metal Hłamera” czy innym popularnym piśmie. I to jest nośnik sukcesu.
Chodzę na koncerty, gdy tylko mogę. Nie na wszystkie, bo za dużo muzyki „na żywca” to też przesada.
Czasem wolę duże koncerty, a czasem całkiem małe. Z reguły trafiam tam, gdzie nie trafiają inni i podziwiam wraz z nielicznymi wybrańcami niedocenionych artystów. Zdecydowanie wolę te małe, ich ciasnotę, półprofesjonalizm i czarowny klimat. Tak powstawał metal i tylko tak może przetrwać jego prawdziwy duch.
Żywy przekaz to zupełnie inna historia niż nagrania studyjne. Mogę pomachać głową w rytm ulubionych dźwięków, poznać nowe, wcześniej nieznane mi zespoły, kupić płytę z pierwszej ręki (często gdzie indziej dostać ich nie sposób), porozmawiać z muzykami, organizatorami czy zakręconymi bywalcami takich koncertów. Mogę zweryfikować, czy utwory słuchane z płyty dają radę w bezpośrednim starciu, czy wreszcie wyrobić sobie „swoją własną” opinię o kapeli i jej twórczości. DVD tego nie oferuje.
Koncerty DVD… Mało mnie interesują. Czasem jakiś obejrzę, jeśli mi ktoś znajomy zachwala i zachce pożyczyć, ale jakoś nigdy mnie żaden taki koncert nie chwycił za serce. Hmm… Cała kupa fajerwerków, coś co można bezmyślnie skonsumować, niekoniecznie wsłuchując się w piękno dźwięków czy zgłębiając istotę twórczości danego zespołu.
Generalnie dzisiaj – niestety – muzyki słucha się pobieżnie, bo dostęp do niej jest nieograniczony i darmowy (myślę o programach p2p czy innym złodziejstwie). Prowadzi to do rozkapryszenia „publiczności”, bo po jaką cholerę mają się ruszać na koncerty lokalnych zespołów, które w pocie czoła szlifują kolejne demówki i godzinami ćwiczą w salach prób, skoro w pięć minut można „zdobyć” nagrania tych znanych i lubianych? Zgroza. Niestety ci, dla których muzyka to tylko kolejna rozrywka, przerywnik między sraniem i zmywaniem, tego nie pojmą.

 

Thabel – DECLINE:

Moja opinia na temat obecnej sytuacji koncertowej w Polsce jest jak najbardziej negatywna.
Po pierwsze nie mamy żadnego porządnego polskiego festiwalu metalowego. Pominę milczeniem wytwory pokroju Metalmania (choć doszły mnie słuchy, że w 2009 roku się nie odbędzie), Hunterfest czy Woodstock – dla mnie poziom wszystkich trzech jest taki sam, podobnie jak i mój stosunek do tychże. Wszelkie ciekawe inicjatywy umierają w konwulsjach, jak np. fest w Chełmie, a wakacyjne kolaże muzyczno-kulturowo-ideologiczne przekraczają granice dobrego smaku.
Sama wartość pojedynczych koncertów czy też tras w naszym kraju też nie powala. Jeśli ktoś szuka gigów zespołów naprawdę ciekawych muzycznie, to w Polsce się srodze zawiedzie, rzadko zdarzają się występy takie jak np. ARKHON INFAUSTUS w Krakowie.
Jeśli jednak wymagania odpowiednio zaniżymy lub spojrzymy na sytuację przez pryzmat występów kapel bardzo popularnych, wręcz mainstreamowych, sytuacja ma się świetnie. Na Śląsk np. taki BEHEMOTH zagląda parę razy w roku.
Z drugiej strony są zespoły, które bronią honoru podziemia, takie jak np. INFERNAL WAR, ANIMA DAMNATA, MASSEMORD czy STILLBORN – z powodzeniem organizują trasy koncertowe, które przyciągają sporo ludzi. Jednak przez to, że niewiele innych undergroundowych kapel ma takie możliwości, by sobie na takie trasy pozwolić (co jest głównie związane z funduszami wydawnictw), dochodzi do nieco smutnej sytuacji, w której składy koncertowe są niemal zawsze takie same, ewentualnie wymieniają się lokalne supporty. Oczywiście muzycznie te kapele zabijają i są znakomite, ale ileż można słuchać tego samego?
Inna sprawa, że za bardzo nie ma gdzie grać oraz nie ma kto tego organizować. W tej chwili przychodzą mi do głowy jedynie trzy osoby organizujące ciekawe koncerty. Mianowicie niezmordowany Eryk z Old Temple, V. z Death Dealers Association czy starający się zająć pustkę po Mistycznych Nocach, Vulgar i jego Dark Ritual w Zabrzu. Na uwagę zasługuje głównie Death Dealers Association, gdyż dzięki nim można było w Polsce podziwiać WATAIN, ANGELCORPSE czy wspomniany ARKHON INFAUSTUS, a w zapowiedziach przewijają się takie nazwy jak URGEHAL czy NUNSLAUGHTER. Fajnie, że się jeszcze komuś chce męczyć.
Nie wiem, czy ludzie olewają małe, podziemne koncerty? Ci którzy naprawdę siedzą w danej muzyce, przychodzą.
Ja na koncerty czasem chodzę. Ale rzadko, bo jestem leniem, biednym w dodatku:-). Jeśli już zmuszę się i wybiorę na jakiś koncert to dlatego, że interesuje mnie występ danego zespołu (co ma miejsce bardzo rzadko) albo dlatego, że mam ochotę napić się piwa lub czegoś mocniejszego w towarzystwie znajomych, wówczas jednak występy zdecydowanie schodzą na dalszy plan.
Zdecydowanie wolę małe koncerty z podziemnymi kapelami. Przede wszystkim dlatego, że jest na nich relatywnie mało przypadkowych ludzi, atmosfera jest znacznie lepsza, a i muzycznie niejednokrotnie jest ciekawiej niż na wielkich „gwiazdorskich” koncertach. Jeśli mam wybierać między salą wypełnioną setką przypadkowych statystów, którzy tak naprawdę nie wiedzą, o co chodzi, a knajpą wypełnioną dwudziestką konkretnych ludzi, to bez wahania wybieram tą drugą opcję. Poza tym wydaje mi się, że takie mniejsze gigi, na których kontakt z publicznością, często dosłownie fizycznie jest bliższy, wyzwalają o wiele więcej emocji. Z punktu widzenia muzyka, zdecydowanie wolę grać w małych klubach. Krwi i wódki jest zawsze więcej.
Z punkt widzenia finansowego na pewno nie warto grać koncertów. Chcesz zarabiać na muzie, nie ma sprawy. To w zasadzie nie takie trudne. Ale jeśli decydujesz się na granie muzyki niszowej, licz się z konsekwencjami – kokosów nie ma i tak ma być. Ja współtworzę muzykę nienawiści nie po to, żeby zarabiać pieniądze, zyskiwać sławę czy zaliczać kolejne tępe panienki, tylko dlatego że wierzę w to, co robię i daje mi to satysfakcję. W świetle ostatniego zdania, jak i poprzednich wypowiedzi: warto grać dla pustych sal. Metal ekstremalny nie może być tworzony dla poklasku.
O koncertach na DVD nie mam wyrobionego zdania. Fajnie obejrzeć SLAYERa siedząc na kanapie i sącząc piwo, ale z drugiej strony po co?

 

DyvanTerror – UNDERDARK:

Na dzień dzisiejszy uważam, że sytuacja koncertowa w Polsce jest naprawdę dobra. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz widziałem tyle wielkich nazw grających w naszym kraju.
Ja sam oczywiście na koncertach bywam, jeśli tylko pozwala mi na to czas i pieniądze. Osobiście wolę koncerty w mniejszych klubach, kiedy to można bezpośrednio stanąć twarzą w twarz z muzykami. Ale także dobre są te większe, chociażby z tego powodu, że na jednej scenie można zobaczyć więcej zespołów. Czasem bywa, że muzycy wpadają na koncert innej kapeli, żeby z nimi coś zaśpiewać, tudzież zagrać. To bardzo fajna sprawa.
Z małymi koncertami jest problem, bardzo konkretny – frekwencja. O ile na małe koncerty w małych miastach takich jak Przemyśl przychodzi mnóstwo ludzi (co jest dla mnie osobiście bardzo satysfakcjonujące), o tyle w dużych miastach jak np. Warszawa (przekonałem się o tym na własnej skórze) ludzi już nie interesują podziemne koncerty. Przychodzą jednostki. Mimo wszystko cały czas myślę, że warto organizować koncerty, tylko trzeba się zastanowić, gdzie je organizować. Moim zdaniem warto zacząć patrzeć w stronę małych miast, gdzie koncerty na ogół się nie odbywają. W takich miejscach można liczyć, że klub zostanie wyprzedany niemal do zera.
Kolejną sprawą są koncerty rejestrowane na nośnikach DVD. Kiedyś, jak pamiętam, nagranie płyty live było dla danego zespołu nagrodą za kilkuletnie trudy promocji swoich płyt na koncertach, dlatego były to wydawnictwa wręcz unikatowe. Dziś sytuacja wygląda wręcz dramatycznie. Każda kapela, bez względu na staż i ogranie koncertowe, ma możliwość nagrywania koncertów na płyty DVD. Dla mnie jest to zwykła plaga. Oczywiście, oglądając takie wydawnictwo, w momencie, gdy jest to materiał kapeli, która po wielu latach zdecydowała się coś takiego nagrać, jest to jak najbardziej w porządku. Chodzi mi przede wszystkim o wydawnictwo DVD zespołu IMMOLATION „Hope And Horror”. Jest to wspaniały materiał pokazujący wszelkie atuty koncertowe zespołu. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie był w żaden sposób poprawiany w studiu, nie pamiętam tylko, czy robiony był mix i mastering. Ale to standard. Ogólnie uważam koncerty DVD za dno, jednak pojawiają się czasem perełki:-).

 

Robin:

Heh… Ciężka sprawa z tymi koncertami.
Zacznę od tego, że ja nie chodzę. Tzn. raz od wielkiego dzwonu się wybiorę, ale musi to być coś wyjątkowego jak np. SLAYER. Nie chodzę z różnych powodów. Po pierwsze tryb życia: praca, rodzina. Brzuch rośnie, włosy wypadają. Na koncerty brakuje czasu. Ledwo od czasu do czasu dostanę w domu wolne, by iść z kumplami na browar. Po drugie nie mam, z kim chodzić na koncerty. Kiedyś jechało się ekipą. Były dyskusje, wymiana zdań na temat występów poszczególnych kapel i delikatne spożycie. Samemu to nie to samo. Przećwiczyłem i uważam, że samemu jest do dupy.
Co do sytuacji koncertowej, to – w porównaniu z zamierzchłymi czasami mojej młodości – jest ich na pewno więcej. Kiedyś koncerty były jakimiś tam wydarzeniami, na które jechało się przez pół Polski (najczęściej do Katowic) i były to pojedyncze sztuki. Teraz jest tego więcej, jakieś mini trasy itp. Na pewno jest, w czym wybierać.
Nie wiem, jak jest natomiast z frekwencją na koncertach (z powodu jak wyżej), zarówno tych większych jak i tych podziemnych. Myślę, że małe sztuki mają swój niepowtarzalny klimat (i zazwyczaj ch…e nagłośnienie:-)), ale liczy się tu bezpośredni kontakt na linii zespół – publika. Jednak podejrzewam, że pogłowie metali na takich spędach jest mniejsze, chociażby z uwagi na ich lokalny charakter.
Czy warto organizować koncerty? Jeśli tylko jest ktoś chętny, by na nich grać i chociaż kilka osób, które chcą na nie przychodzić to jak najbardziej. Jak ktoś z sercem podchodzi do tego, co robi, to da z siebie wszystko i dla dwóch osób. No chyba, że kapela ma aspiracje i w dupie kilku (-nastu, -dziesięciu) maniaków i chciałaby grać dla szerokiego audytorium, to wtedy nie ma na to rady.
Od jakiegoś czasu panuje moda (a może to znak czasów) na wydawanie DVD z koncertami. Osobiście chyba wolałbym iść na koncert (nawet sam) niż obejrzeć go sobie na DVD. Jak dla mnie oglądanie w domu w ogóle już nie ma tej koncertowej magii. No chyba żeby nagranie pochodziło z koncertu, na którym bym był, to inna sprawa. Wtedy jest to pamiątka jak np. figurka Górala albo ciupaga z pobytu w Zakopanem.
Reasumując – jaki „lew koncertowy”, taka opinia. Amen.

 

Nahald – HESPERUS DIMENSION:

Sprawa z „repertuarem” imprez koncertowych ma się zdecydowanie lepiej niż kilka lat wcześniej. Myślę, że z każdym rokiem jest coraz lepiej. Coraz więcej mniej znanych grup odwiedza nasz kraj, więc poza topowymi kapelami wielu maniaków, w tym podziemnych, ma okazję zobaczyć swoich ulubieńców bez konieczności dalekobieżnych podróży.
Niestety są i słabsze strony tego rozwoju czyli dyżurne miejsca, gdzie odbywają się hurtowo koncerty. Za mało jest występów scenicznych w Trójmieście, w takim stopniu co w Krakowie, Poznaniu czy Warszawie. Te miasta coraz prężniej rysują się na mapie odwiedzanych miejsc przez kapele i maniaków. Poza kilkoma wyjątkami nie ma tutaj czegoś po środku. Albo są to trasy polskich kapel spod skrzydeł Mystic Production albo koncerty podziemnych grup z małym dorobkiem. Brakuje mi również większej ilości festiwali letnich, ale większość przedsięwzięć tego typu często kończyło się niepowodzeniem. Może to sygnał, że takie imprezy nie powinny się przyjąć u nas?
Na koncerty chodzę, choć rzadziej niż bym chciał. Po pierwsze moje gusta nieco odbiegają od tego, co trójmiejskie kluby oferują, a po drugie natłok spraw codziennych często eliminuje mnie z udziału w koncertach, które są kilkaset kilometrów dalej. Zdarza mi się być kilka razy w roku na podziemnych lokalnych koncertach, ale to, co naprawdę chciałbym zobaczyć i usłyszeć, zazwyczaj mnie omija. Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni… Część koncertów świadomie opuszczam, gdyż nie jestem ani fanem danych grup, ani terminy mi nie odpowiadają.
Koncertów nie rozgraniczam na małe lub duże, tylko na dobre lub złe. Dla przykładu miałem okazję być na niemieckim Wacken w 2001 i mam tylko dobre wspomnienia. Wielkość w tym momencie nie miała znaczenia, ale profesjonalna organizacja na pewno przyciągnęła moją uwagę, a finalnie otrzymałem na tacy pełno wspaniałych grup w jednym miejscu, doskonałe brzmienie, przyjazną atmosferę i brak obsuwy w oczekiwaniu na grających.
„Koncertowy klimat” różnie można interpretować. Udzielająca się wszystkim w koło atmosfera niekoniecznie musi być dla mnie „klimatem”. Często miałem okazję być na kameralnych jamowaniach kilku jazzmanów i klimat, jaki do mnie przemawiał, był o stokroć większy niż na wielu masowych imprezach, gdzie dookoła widziałem euforię. To zależy, czy jest się częścią tego klimatu czy też nie. Jeśli lubi się dany zespół / wykonawcę i ten daje wspaniały koncert, wówczas mamy na myśli „koncertowy klimat” w dobrym znaczeniu. Oczywiście najlepiej jest, gdy kapela jest w formie, publiczność dopisze, brzmienie jest czytelne i soczyste. Wszyscy są zadowoleni, a atmosfera wydobywa się sama z siebie.
Myślę, że ludzie świadomie rezygnują z koncertów. Na to składa się kilka rzeczy – zazwyczaj kiepskie nagłośnienie (chociaż kilka miejsc coraz lepiej się do tego nadaje) i to, że początkujące grupy nie prezentują zbyt dobrej muzyki (aranżacje, wykonanie, feeling, tożsamość). Natomiast te bardziej doświadczone – mimo powyższych czynników – potrafią żywiołowo zagrać, ale dziwnie zawsze wygląda dość pusta sala i dwóch czy trzech maniaków szalejących pod sceną. Tak jakby część osób po prostu wolała chodzić tylko na renomowane grupy, a te podziemne miały grać głównie dla znajomych i przyjaciół. Niestety najczęściej takie są fakty. Choć zawsze warto grać nawet dla garstki ludzi. Bez tego życie byłoby bardzo ubogie.
Nie ma co się rozwodzić, co by było, gdyby znikły koncerty z powierzchni ziemi. Zostawmy to zagorzałym forumowiczom:-). Koncertów przybywa, choć wiele się słyszy od likwidacji klubów i odwołanych imprezach. Myślę, że to marginalne sytuacje, a media potrafią z małej rzeczy zrobić dużo szumu. Wcale nie znika tych miejsc aż tak wiele i wcale nie zakazuje się wszystkich koncertów. Powiedzmy sobie otwarcie, że szum wokół tego pojawia się, gdy wchodzą w grę większe nazwy i pieniądze. Z drugiej strony daje znać o sobie skłonność Polaków do kłótni, zazdrości i uprzykrzania życia. To typowe zdarzenia dla naszej mentalności. I choć wcale mnie nie cieszy ta sytuacja, trzeba pewne rzeczy wziąć pod uwagę żyjąc w tym kraju. Ze wszystkimi się nie wygra i nie da wojować.
Koncerty na DVD uważam za świetną sprawę. Wiele z nich w jakimś stopniu zbliża mnie do koncertów, na których nigdy nie mógłbym być. Trudno, bym miał okazję zobaczyć jeszcze kiedyś DEATH, DISSECTION itp., a dzięki DVD mogę przeżyć kilka fajnych chwil.

 

Margit – organizatorka koncertów z cyklu Death No Mercy,
ex Mroczna Strefa `webzine:

Patrząc na zmiany, jakie zaszły na przestrzeni lat, nie da się ukryć, że jest dużo lepiej. Koncertów jest więcej, przez to są różnorodne i mamy sporą możliwość wyboru. To już nie te czasy, kiedy szło się na jakąkolwiek kapelę mocniej grającą, bo koncert raz w roku był wielkim wydarzeniem;-).
Myślę, że jeszcze nie do końca jesteśmy przystosowani do organizacji niektórych imprez, często brakuje chociażby odpowiedniego miejsca. Przykładowo w Warszawie tę lukę wypełniła „Progresja”, która jest idealnie przygotowana do organizacji tego typu koncertów.
Niestety ilość komercyjnych koncertów w Polsce nieco przytłacza scenę podziemną. Ostatnio wiele małych koncertów kończy się fiaskiem frekwencyjnym i bardzo często też finansowym. Ale na szczęście nie jest tak zawsze i jeśli kapela jest dobra (a takich naprawdę jest wiele), koncert jest dobrze zorganizowany i wypromowany, to zostaje w pamięci na długo;-). Niestety często też widzę wiele błędów organizacyjnych, a chyba najgorszym z nich jest kompletny brak informacji na temat tego, że w ogóle coś się dzieje…
Czy warto w ogóle grać dla ludzi i organizować koncerty? Każdy muzyk powie: „oczywiście!”! Natomiast każdy organizator powie: „to zależy”… Nie da się ukryć, że za wszystkim stoją pieniądze. Nie chodzi mi o zysk, a raczej o to, żeby nie dokładać po kilkaset złotych, a zauważyłam, że ostatnio dość często się to zdarza. Oczywiście główną przyczyną jest frekwencja.
Ja chodzę na wybrane koncerty. Mieszkam w dużym mieście, więc mam spory wybór i to mnie cieszy. Dlatego pojawiam się zarówno na dużych, jak i podziemnych sztukach. Wiadomo, że metal to żywa muzyka i najlepiej smakuje prosto ze sceny. Lubię i duże, i małe koncerty. Wiadomo, że takie kapele jak IRON MAIDEN pasują do wielkiej sceny i efektów, ale duża część koncertów, na których bywam, to raczej mniejszy kaliber. Czasami są to imprezy na kilka tysięcy osób, czasem na kilkaset, a zdarza się, że i na kilkadziesiąt. Duże koncerty to uczta, natomiast w podziemiu często można wyłuskać prawdziwe perełki, a to podstawa. Nie znoszę tylko jednego typu imprez – darmowych masówek, na których przez przypadek gra jakaś mocniejsza kapela. Publiczność wtedy składa się z przypadkowych osób, które nigdy w życiu nie wybrałyby się na ten koncert właśnie dla tej kapeli. Co się dzieje na takich koncertach, sami dobrze wiecie. Brrr:-).
Patrząc dookoła, nie mogę zgodzić się, że wszyscy olewają małe koncerty. Sama często na nich bywam i często też spotykam wielu znajomych, więc chyba nie jest tak źle… Myślę, że inni tylko korzystają z przywileju wolnego wyboru. Koncertów obecnie jest naprawdę sporo i w przypadku tych większych jedynym ich mankamentem jest cena biletów, koszty dojazdu itd., a wiadomo jak jest z kasą, szczególnie u młodych ludzi. Natomiast ci bardziej wiekowi często mają już rodziny, pracę i inne dodatkowe zajęcia, które nie do końca pozwalają na śmiganie na każdy koncert, o którym usłyszą.
Na mojej półce jest nie więcej jak pięć koncertów DVD. To raczej pamiątki i koncerty kapel, które są dla mnie na pierwszym miejscu. Nie przepadam za koncertami na ekranie. Brak im klimatu klubu i całej tej euforii związanej z dobrze zapowiadającym się wieczorem czy wyjazdem. Ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie na ten temat:-).

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).

 

Mortis – Ale Metal `webzine:

Koncerty to dość ważna rzecz. Dzięki nim mamy możliwość skonfrontowania z rzeczywistością wyobrażenia o danym zespole. W Polsce obecnie nie jest najgorzej, ale niestety wiele ciekawych tras omija nasz kraj. Całe szczęście, że ode mnie jest niedaleko do Berlina. Na koncerty jeżdżę bardzo często, zarówno te lokalne, jak i trochę większe. Lubię to. Fajnie jest napić się piwa, posłuchać czasem naprawdę świetnych młodych kapel. Fajnie jest także usłyszeć na żywo hity takie jak np. „Headbanging Man” czy „Corporal Jigsore Quandary” w wykonaniu swoich idoli. Co zobaczę to moje, nikt mi już tego nie odbierze. Czasami na koncertach jest strasznie słaba frekwencja i to nie tylko na tych małych. Na przykład na SUFFOCATION w Szczecinie w roku 2007 było lekko ponad 100 osób. Organizatorzy takich koncertów nie mają zbyt łatwego życia. Ale cieszy mnie to, że pomimo potencjalnych wtop, nadal się tym zajmują.

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).