Kategoria: Artykuły

Powroty – radość czy łzy? (ankieta)

 

Image

W ostatnich latach obserwujemy powroty legendarnych zespołów wszelkiej maści. Odradzają się jak feniks z popiołów, nagrywają premierowe płyty (które często ukazują się równolegle z różnymi reedycjami), a nawet stare po nowemu,
ruszają w trasy koncertowe i w ogóle przeżywają drugą młodość,
przy okazji inkasując niemałe sumki. W końcu mają swoją markę, uznawane są za prekursorów lub są nazywane kultowymi… Niestety często jest to odcinanie kuponów dawnych osiągnięć i typowo komercyjne posunięcie.

Czy bogowie metalu muszą grać wiecznie?
Kilka osób związanych ze sceną podziemną wyraziło swoją opinię, które
„wielkie powroty” ostatnich lat i nowe płyty starych kapel zaskoczyły ich i ucieszyły,
a które woleliby puścić w niepamięć, bo to wstyd i hańba…
Image
Mateusz – Forgotten Chapel `zine:

Jakiekolwiek powroty większych czy mniejszych zespołów osobiście nie niosą dla mnie większego ładunku emocjonalnego. Wynika to z faktu, iż skupiam się raczej na konkretnych wydawnictwach, a nie samych kapel. Nie śledzę konsekwentnie poczynań prawie żadnej grupy, nie wykupuje całych dyskografii, nie mam jednego ulubionego bandu, o którym wiedziałbym wszystko. Stąd też nie zawsze zdaję sobie sprawę, że jakiś zespół już nie gra, powrócił albo zawiesił działalność. Nawet gdybym bardzo chciał śledzić jakąś znaną kapelę, byłoby to dosyć trudne, gdyż wiedzę opieram na podziemnych nieregularnikach, gdzie więcej można się dowiedzieć o jedno-demówkowych grupach z końca świata i sytuacji koncertowej na Malcie, a nie o tym, kto śpiewa obecnie w IRON MAIDEN i z czym powrócił ASSASSIN. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że jestem zbyt podziemny, ale mi to nie przeszkadza. Po to wybrałem podziemie, aby być jak najdalej od profesjonalnego rynku muzycznego i zasad nim rządzących.
Wracając do głównego wątku, gdy dostałem temat ankiety, zacząłem się mimowolnie zastanawiać nad konkretnymi powrotami, na których mógłbym oprzeć moją wypowiedź. Przyznam szczerze, że niezbyt wiele przykładów przychodziło mi do głowy. Jedyne, co wciąż kołatało mi się w głowie, to S.O.D znany też jako STORMTROOPERS OF DEATH. Ten zespół poznałem na początku mojej przygody metalowej, ale i tak z prawie dziewięcioletnim opóźnieniem. Spontaniczny i żywiołowy „Speak English Or Die” wywarł na mnie piekielne wrażenie, ukazując mi hard core`owe szaleństwo lat `80 i wspólne korzenie gatunków, obecnie dosyć wyraziście rozdzielonych. Album ten jest totalną rozpierduchą, niekoniecznie na poważnie, wypełnioną ciętym, wręcz ofensywnym humorem i szczerym do bólu przekazem. Z racji, że S.O.D to jednak bardziej projekt niż pełnoprawna kapela, niewiele było dla mnie do odkrycia oprócz tego LP. Stąd jak tylko dowiedziałem się o reaktywacji, zdobyłem „Bigger Than The Devil” i pełen ciekawości zarzuciłem tę płytkę dosłownie w biegu na walkmanie. Kto śledził, ten wie, że dla większość maniaków okazała się ona małym niewypałem. Z S.O.D uleciała gdzieś świeżość, szaleństwo i spontaniczność. Album, choć przyzwoicie odegrany, nie wniósł nic ciekawego, nie zaskakiwał. Zdawałoby się, że wypełniony jest odpadkami z sesji ANTHRAX (killers), M.O.D czy też samego S.O.D. Już sama ilość utworów i ich długość mogłaby świadczyć, że chyba chłopakom brakło weny. Zniknęła też gdzieś punkowa zadziorność i surowość nagrania, zastąpiona bardziej oczywistymi hard core`owymi riffami. Utwór, który pamiętam najlepiej, to „Dog On The Tracks”, który trwa tyle, ile może trwać konfrontacja psa z pędzącą lokomotywą, czyli ok 1 sekundy:-). Powrót S.O.D nie przyniósł mi ani radości ani łez, może tylko małe rozczarowanie, gdy spojrzę na to przez pryzmat debiutu. Jednakże i płyta „Bigger Than The Devil” sam w sobie posiada dosyć ciekawe walory, choćby humorystyczne. Nadal zdarzy mi się ją zapuścić i słucha się całkiem przyjemnie.
Zmierzam do tego, że to nie jest ważne, czy to powrót czy nie – najważniejsza jest muzyka zawarta na wydawnictwie. Wszystko sprowadza się do ukochanych metalowych dźwięków, wiec nie ważne, czy to odgrzany DESTRUCTION czy dwu-demówkowicz z Pagórkowa Dolnego po siedmiu latach absencji na scenie. Liczy się muza i pasja. Porównanie, choć może zdawać się drastyczne, dla mnie jest naturalne, bo obydwa zespoły mają taką samą szansę zaistnienia w mojej kolekcji jako wydawnictwa specjalne, grane często, czasem bez przerwy:-). Reasumując, nie ważne, kto gra, ale co gra. Podmiotem jest muzyka, a nie wykonawcy i marka. Oczywiście ważnym aspektem są jeszcze postawy i motywacje, które wyraźniejsze i łatwiejsze do rozszyfrowania zdają się na scenie podziemnej, ale to temat na inną ankietę. Bo chyba nie tylko ja podchodzę sceptycznie do powrotów, które odbywają się w blasku fleszy i stanowią kontynuację legendarnej bądź szeroko znanej i rozpoznawalnej nazwy, czasem nawet bez oryginalnych muzyków. Zdrówko!

 

Rafał – Radio Nakło:

A tam, powroty… Moim zdaniem nie ma, co robić jakiegoś zamieszenia wokół tego zagadnienia. Muzycy są wolnymi ludźmi, tak jak wszyscy fani metalu i mają prawo kontynuować działalność swoich zespołów, jak również w dowolnej chwili ją zawiesić. Uważam, że jeśli jakaś kapela decyduje się odejść w niebyt, to należy taką decyzję uszanować i skupić się na milionie innych grup, w które obfituje obecna scena metalowa. Oczywiście boli bardziej, gdy instrumenty (i struny głosowe) na kołku decydują się zawiesić ci najwięksi czy najbardziej ulubieni, ale wydaje mi się, że prawda jest taka, iż wcześniej czy później powrócą. No chyba że to nie będzie możliwe z przyczyn naturalnych, typu śmierć członka grupy lub, nie daj Boże, całego składu. Swego czasu rozpętała się prawdziwa karuzela z powrotami, jednymi mniej, drugimi bardziej udanymi, jak to w życiu bywa. I ona kręci się w sumie do dziś, z mniejszym lub większym rozmachem i coraz mniej przestają dziwić mnie reuniony bandów, które to niby rozpadły się na zawsze. Osobną kwestią jest motywacja, dla której muzycy ponownie krzyżują swoje drogi. Przyglądając się z boku, można doszukiwać się jakiegoś drugiego czy nawet trzeciego dna w reaktywacjach kolejnych składów, ale z drugiej strony, oddani fani mają w dupie, czy ich ulubieńcy schodzą się dla kasy, czy bo kurwa – tak. Ważne, że znowu są, grają koncerty, a może nawet wydadzą nową płytę. I to jest piękne w tym całym show businessie.

 

Maciek – fan:

Wiesz, jak to jest z powrotami… Najczęściej jest to skok na kasę, ale nikt tego z kapel nie mówi i mało którym grupom się udaje. Do zespołów, które wróciły i cieszą mnie, mogę zaliczyć: EXODUS (trzy świetne płyty po powrocie), ONSLAUGHT „Killing Peace” (moc), ARMAGEDON (świetny materiał po wielu latach), CONDEMNATION „Abyssies…” (polski band, który wrócił po wielu latach nieobecności, na razie tylko z CD. Dobry powrót odnotował SUFFOCATION (koncertowo masakra, z płytami trochę gorzej) i bardzo wyczekiwany, w pełni zasłużony powrót ASPHYXZ (materiał „Death.. The Brutal Way”. Rozczarowania, jak dla mnie z powrotami i albumami to CYNIC, PESTILENCE, OBITUARY, GRAVE. Uważam, że tym kapelom się nie udało. To by było na tyle, choć oczywiście powrotów było więcej. Teraz wszyscy się reaktywują i wracają do żywych, ale tylko nielicznym się udaje.

 

Major – GORTAL:

Powroty przybrały formę masową. Dla mojej generacji są to często zespoły – symbole, dla młodych niemalże wizyta w Parku Jurajskim.
Zacznę od krajowego światka. Trudno podejrzewać i tłumaczyć, by chęć powrotu do grania ekstremalnego metalu była czymś innym niż pasją i chęcią samorealizacji twórczej. Jak powiedział mój znajomy Jacek Grecki z reaktywowanego w zeszłym roku LOST SOUL: „Chcesz grać death metal, to płać”. Takie są polskie realia i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Skoro znamy już motywację większości, przejdźmy do faktów.
Jako pierwszy ważny powrót odnotowałem comback CHRIST AGONY. Cezar wrócił w bardzo dobrym stylu, a że pasję do grania metalu posiada wielką, dostaliśmy dwa bardzo dobre materiały, wskrzeszające pierwotny duch zespołu – EPkę „Demonology” i płytę „Condemnation”. Równie pozytywne wrażenia mam w przypadku „Hellspawn” autorstwa PANDEMONIUM. Trzeba jednak pamiętać, że i CHRIST AGONY i PANDEMONIUM działały pod innymi szyldami. Choć powrót do wysokiej dyspozycji jest w ich przypadku zbieżny z powrotem do klasycznych nazw. I jak tu nie wierzyć w piekło…
Kolejnym i chyba najważniejszym powrotem był jednak reunion ARMAGEDON po kilkunastu latach milczenia. Braci Maryniewskich miałem przyjemność poznać podczas XXV-lecia VADER w Stodole. I po rozmowach ostro zakrapianych wysokoprocentowym alkoholem spodziewałem się, że płyta, którą szykują, nie może być rozczarowaniem. Dla nich metal to cały czas wielka pasja. Tak też się stało. „Death Than Nothing” to jedno z najlepszych polskich wydawnictw w obecnym roku, materiał będący godnym następcą kultowego „Invisible Circle”, zawierający, jak się okazało, niezniszczalnego ducha ARMAGEDON z minionych dekad.
Wspomniałem powyżej o LOST SOUL. Przerwa w ich działalności trwała dość krótko, lecz znaleźli się tacy, którzy zdążyli pogrzebać Wrocławian. Na szczęście Jacek skompletował nowy skład, powstała nowa płyta, która wyjdzie niebawem nakładem Witching Hour Prod. Ze względu na powiązania personalne, trudno mi w tym przypadku zachować obiektywizm, ale uważam, że „Immerse In Infinity” będzie krążkiem niezwykle udanym, który z miejsca przywróci LOST SOUL do ścisłej czołówki w Polsce, jak również nie pozostanie bez odzewu za granicą.
Porzucę w tym miejscu rejony ekstremalne, bo nie sposób pominąć w tym zestawieniu TENEBRIS. Zespół ze wszech miar unikalny. Tyleż wartościowy, co pechowy i niezrozumiany. Podziwiam zapał Szymona, który wbrew trendom realizuje swoje ambitne wizje artystyczne i życzę grupie solidnego kontraktu z perspektywą na lepsze jutro. Jest tego warta, jak mało kto. Skoro dotarliśmy do Łodzi to musi paść nazwa IMPERATOR. Wróble ćwierkają, że reaktywacja staje się coraz bardziej realna. Oby się spełniło.
Jakiś czas temu przeglądając Metal Archives uświadomiłem sobie, że Rob Bandit z MAGNUS przeobraził się w faceta, który śpiewa dzieciom. Na szczęście nie ma tu mowy o niezdrowej metamorfozie, jaką przebył były gitarzysta ACID DRINKERS, co pozwala mi ze spokojnym sumieniem puszczać hity Killersów mojej córce. Gdyby jednak chęć zakładania gwoździ i żelastwa powróciła, nie miałbym nic przeciwko.
Kto jeszcze? Przychodzą mi do głowy takie nazwy jak BETRAYER i DAMNATION. Niestety, z tego co wiem, szanse na powrót jednych i drugich są właściwie żadne.
Oczywiście dużo większy wysyp powrotów można zaobserwować zagranicą. W największym stylu powrócił CELTIC FROST. Moim zdaniem „Monotheist” to duże wydarzenie i dowód na wielki talent Szwajcarów. Poza tym jakiejś ogromnej ekscytacji nie zanotowałem. No może poza bardzo dobrymi dwoma albumami GOREFEST i zupełnie nieoczekiwanym atakiem UNANIMATED, który nagrywając „In The Light of Darkness” wypełnił udanie niszę po DISSECTION i zdeklasował przy okazji swoją wczesną twórczość. Poza tym pomimo niefortunnych deklaracjach Patricka Mameli i znudzeniu metalem pod koniec lat `90, PESTILENCE nagrał w miarę udaną płytę. CYNIC zanudził, nie jestem w stanie słuchać miałczenia Masvidala. Zresztą uważam, że „Focus” nie wytrzymał próby czasu i poza wirtuozerią instrumentalną album ten nie proponuje nic ciekawego. Bardzo byłem ciekawy, jak potoczą się dalsze losy DARK ANGEL. Zapowiadany powrót oznaczał niestety jedynie pojedyncze koncerty, a po wypadku Rineharta zespół definitywnie poszedł do piachu.

 

Michał Kapuściarz – dziennikarz, promotor:

CELTIC FROST. Wszystko wskazuje na to że powrót tylko na jeden album, ale za to jaki. „Monotheist” pozamiatał!
FAITH NO MORE. Na razie koncertowo, ale nie ukrywam, że płyta byłaby wskazana. FAITH NO MORE to zespół, który chyba ma jeszcze wiele do pokazania.
EXODUS. Powrót wysoce wskazany. Dobra, równa forma – thrash w najczystszej postaci!
IMMORTAL. Tu mam wiele wątpliwości. IMMORTAL powinien być w lesie, a nie na największych scenach Europy.
PESTILENCE. Zamiast muzycznego wizjonerstwa – równanie w dół do niskiej obecnie death metalowej średniej.
CYNIC. „Traced In Air” to nie jest płyta na miarę „Focus”, ale z czasem coraz bardziej się przekonuję, że to uzasadniony comeback.
CARCASS. W ten powrót nie wierzę, czas Carcassowej patologii jednak już minął.
AT THE GATES. A tu wręcz przeciwnie, THE HAUNTED nigdy mnie nie przekonał. Lindberg i bracia mają chyba duży apetyt na wspólne granie. „Slaughter Of The Soul” nie przebiją, ale próbować warto.
BRUTAL TRUTH. Ponad dekada przerwy, a oni dalej miażdżą kości, jak na „Need To Control” czy ” Extreme Conditions Demand Extreme Responsem”.
To chyba wszystko. Poza małymi wyjątkami jednak powroty udane. A może po prostu zapomniałem o tych nieudanych…

DEATH SEA: Klasyka podziemia

 

Image

 

Death metalowy zespół DEATH SEA został założony jesienią 1993 roku w Krakowie. W pierwszym składzie znaleźli się: Jarosław „Misiu” Kochman – bas, Gerard Niemczyk – perkusja, Grzegorz „Grysik” Bryła (obecnie VIRGIN SNATCH) – gitara, Mateusz „Rzeźnik” Wabik – wokal. Wszyscy muzycy mieli już większe lub mniejsze doświadczenie muzyczne.

ImagePo kilku miesiącach prób powstało „Promo Tape `94”, które zostało nagrane na czterośladowym magnetofonie Taskam, a zostało wydane ze środków własnych (autorem logo oraz bardzo ubogiej oprawy graficznej był basista Jarek). Muzyka kwartetu z tej kasety promocyjnej osadzona była w tradycji death metalu przełomu lat `80/`90. Utwory („Almost Extinct”, „Final Deception”, „Death Sea” i „Forever Forget”) były inspirowane kapelami DEATH, CYNIC, PESTILENCE, ATHEIST, NOCTURNUS. Materiał zebrał pozytywne recenzje w prasie undergroundowej (np. w zine`ach „Psycho”, „Purgatory”, „Flatline News”). Doceniano DEATH SEA za wskazywanie perspektyw rozwoju dla gatunku, jakim był death metal i dobre umiejętności. Ale byli też tacy edytorzy, którym nie przypadł ten stuff do gustu – wytykano mu wtórność, słabej jakości brzmienie lub niezbyt oryginalną nazwę („Ibidem”, „Galeic Stigmata”).

Na koncertach kapela DEATH SEA – szczególnie w Krakowie – była przyjmowana dobrze.

ImagePomimo krótkiego stażu, w 1994 r. grupa podpisała kontrakt na jedną płytę z firmą Loud Out i zarejestrowała pełnowymiarowy materiał w studiu Beat Music Center w Katowicach. W tym samym roku zespół zagrał dwa koncerty na festiwalu muzyków rockowych w Jarocinie. Niestety wytwórnia Loud Out zbankrutowała i drugi materiał DEATH SEA ukazał się tylko w formie kasetowej w roku 1995 nakładem Baron Rec. Jego tytuł to „Imagination World”. Autorem obrazu, który posłużył za okładkę, był Zbigniew Krzywdziak. Oprócz starszych utworów zamieszczono na tym materiale cztery nowsze („Ivy”, „Sensation Of Glowing”, „Beyond The Reason”, instrumentalny „Symbolic Way Of Expression”), które zawierały więcej partii akustycznych. Ponadto kapela wykorzystała pomysły charakterystyczne dla doom metalu, rocka progresywnego czy muzyki latynoamerykańskiej, bez utraty typowej w death metalu dynamiki i brutalności.

W roku 1994 szeregi DEATH SEA zasilił drugi gitarzysta Piotr Szczuciński, który następnie zastąpił na basie – kończącego przygodę z graniem – Jarosława Kochmana. Pod koniec 1994 r. od grupy odszedł Gerard Niemczyk, a zasilił ją Krystian „Pinokio” Skowiniak.
W połowie roku 1995 zaczął powstawać kolejny materiał DEATH SEA, po którym została jedynie nieprofesjonalna taśma z próby: ok. 20 minut jeszcze bardziej technicznego, ale też bardziej brutalnego death metalu niż ten na „Imagination World”.
Na początku roku 1996 nastąpiła kolejna zmiana personalna – zespół opuścił Mateusz Wabik, a nowym wokalistą został Filip „Zielony” Zieliński. W drugie połowie lat `90 grupa dużo koncertowała.
Zespół funkcjonował z przerwami i w różnych składach do roku 2001, grając wiele koncertów. Później nieco zmienił wykonywaną przez siebie muzykę, stała się ona bliższa nowoczesnemu thrash metalowi w klimatach TESTAMENT czy FEAR FACTORY.

Image

Muzycy, którzy udzielali się w DEATH SEA, równolegle, a także po rozwiązaniu tejże grupy grali w wielu różnych zespołach, które stanowiły część krakowskiej sceny metalowej.
Grzegorz Bryła był sesyjnym gitarzystą DISINTERMENT. Był też przymierzany do składu VIOLENT DIRGE, ale z powodu, iż musiałby dojeżdżać do Warszawy, nie dołączył do tego zespołu. Grał także w SYMBOLIC IMMORTALITY, VIRGIN SNATCH, ANAL STENCH.
W 2001 roku Grzegorz Bryła oraz Filip Zieliński powołali do istnienia thrash metalową kapelę VIRGIN SNATCH, z którą odnoszą duże sukcesy, nagrywają płyty i koncertują.
Gerard Niemczyk to bardzo rozchwytywany perkusista. Dodatkowo potrafi grać na gitarze, basie i klawiszach. Zahaczył o ogrom przeróżnych grup, głównie jako muzyk sesyjny lub gościnnie wspomagając je na koncertach (MORDOR, HOLY DEATH, SCHISMATIC, SYMBOLIC IMMORTALITY, LUX OCCULTA, GLADIATOR, VINCENT BECK GROUP itp.). Uczestniczył również w licznych projektach free-jazzowych i bluesowych.
Jarosław Kochman, przed DEATH SEA, był basistą nieznanej thrashowej formacji POLTERGEIST.
Mateusz Wabik wcześniej był wokalistą SAMHAIN i gościnnie udzielał się w jednym utworze DISINTERMENT.
Piotr Szczuciński oraz Krystian Skowiniak wcześniej byli muzykami SAMHAIN oraz DISINTERMENT.
Ponadto Krystian Skowiniak znalazł się w pierwszym składzie THY DISEASE, przewinął się przez ANAL STENCH, obecnie gra w thrashowym RETRIBUTION.
Sam DISINTERMENT to zespół, który powstał jakby na gruzach SAMHAIN – kapeli która działała krótko (1993-1994), miała na koncie reh`a i rozprowadzane tylko do zinów demo „Winds Of Destiny” (a ślad po nim pozostał zaledwie w trzech czy czterech zine`ach).

 

[Mateusz Wabik, Kasia / Atmospheric #14]

Z pamiętnika starego subiekta (kolekcja płytowa Pestena)


Z pamiętnika starego subiekta (kolekcja płytowa Pestena)

Sztuka towarzyszy nam na każdym kroku. Jeśli przyjmiemy, że jest to dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne, wytwór lub wytwory takiej działalności, to czy odda to całkowicie sens jej znaczenia? Czy istnieje coś ponad wszystkimi zebranymi pojęciami, które zderzają się ze sobą w odwiecznej walce? Tak! Istnieje jedno bardzo klarowne, a zarazem proste wyjaśnienie. Jest to pasja. Jeśli nasze zainteresowania związane ze sztuką dotyczą muzyki, to jakiekolwiek tłumaczenie jest zbędne.
Długo nie mogłem się zdecydować, czy opisywanie pewnej intrygującej mnie sprawy ma jakikolwiek sens. Zwłaszcza wówczas, kiedy główny bohater całego artykułu nie wykazał chęci udzielenia kilku odpowiedzi na nadesłane pytania… Myślę jednak, że warto pokusić się o podjęcie tematu związanego z kolekcjonerstwem płyt, kaset i innych gadżetów powiązanych z muzyką, a głównie ze sceną metalową.
Stali bywalcy Allegro na pewno słyszeli o pewnym ekscentrycznym kolekcjonerze metalowych płyt… Znany z ciętego języka i oryginalnych opisów sieje spustoszenie na aukcjach, sprzedając zapomniane i niesamowicie rzadkie tytuły…
Jest to krótka opowieść o człowieku, który poświęcił się bezgranicznie swojej pasji. Całe lata poszukiwań, wyrzeczeń i biegania na pocztę. A wszystko po to, aby odczuć ten niesamowity dreszcz, jaki towarzyszy nowym dźwiękom wydobywającym się z starego odtwarzacza.
Oto Bart, znany gdzieniegdzie jako Pesten i Sodomouse…

Rozmowa została przeprowadzona pomiędzy internautami na forum portalu Masterful Mega `zine!

Maria Konopnicka:
Tak sobie czytam i się zastanawiam, czy kiedyś też będę chciał się pozbyć wszystkich płyt. Jakoś sobie tego nie wyobrażam… Na miejscu Pestena bałbym się, że któregoś ranka się obudzę i pomyślę sobie: „Kurwa! Co ja zrobiłem? Sprzedałem dwadzieścia lat swojego życia na Allegro”. Prawda jest taka, że płyta dla mnie to nie tylko muzyka, ale jakiś fragment przeszłości, kawałki wspomnień zaklęte w tych plastikowych krążkach. Mógłbym stanąć przy swojej półce i biorąc do ręki kolejne płyty opowiadać, z czym mi się kojarzą, w jakich okolicznościach je kupiłem – co znaczyła dla mnie w owym czasie ta muzyka. Sprzedanie tego wszystkiego chyba by mi jakieś straszne spustoszenie zrobiło – i nie mam tu na myśli ani spustoszenia półek, ani utraty czegoś w sensie materialnym.

Sodomouse:
Wszystkie płyty, które kupowałem, były dla mnie ważne, chociaż takiej radości przez ostatnie lata nie miałem z jakiegoś danego tytułu, jak wówczas gdy się miało naście lat i jeden tytuł jechało się po sto razy, bo tak się podobał i nie nudził. Ciężko byłoby mi obiektywnie zostawić sobie jakieś sto ważnych tytułów, może tysiąc byłoby łatwiej… Bo tak samo ważny byłby pierwszy ENTOMBED, to dlaczego nie „jedynka” GRAVE, a jedynka i kolejne DISMEMBER, a gdzie CREMATORY (Swe), a UTUMNO, a EPITAPH, a EXCRUCIATE, a UNLEASHED, „jedynka”, a może wszystkie… Później Finlandia i wiele innych… Sto pewnie byłoby ze samej Skandynawii. Także jak tu wybrać sto tytułów? Jak już się zdecydowałem, to eksterminacja do końca. CDRy zajmują mniej miejsca, wieczne nie są, zatem dopóki będą żyły, będzie żyła moja fascynacja muzyką… A najlepsze czasy i tak już minęły (listy, demos, wymiana, flyers, smarowane znaczki… RIP). Viva cyber, mp3 i kubki z logo MAYHEM…
Odpuściłem kolekcjonowanie, polowanie na jakiś tytuł w oryginale, choćby nawet z Paragwaju… Muzyka i wykreowany przez nią styl myślenia zostaje na zawsze, bo to mnie stworzyło i po to przez prawie 20 lat tu się budziłem. Teraz chociaż przyjemność mentalna dla mnie, że zaraziłem kilkanaście osób zbieraniem płyt i sieję chaos poprzez Allegro…
Teraz zbieram horrory na DVD. O niektóre „banned” jest trudniej niż najtrudniejsze pozycje z muzyki. Trzeba ściągać z krajów azjatyckich, totalny trzeci obieg, problemy z ocleniem, cofnięcia z granicy, gdy tematyka trąca o snuff, o cenach nie wspomnę i gwarancji sprzedaży żadnej. Muzykę chociaż ktoś kupi, a film za sto dolców już nie. Już kilkaset tytułów mam, marzeniem byłoby mieć większą kolekcję od skurwysyna Killjoya. Ale z moim zapałem i dążeniem po trupach w każdym temacie, za który w hobby się chwytam, jest to do zrobienia. Nuklear war now! Jebać fenomen Pesten`a. Trzeba to opierdolić, by było na DVD.
Doskonale wiem, co mówisz. Czy myślisz, że moja wrażliwość muzyczna i pozamuzyczna była i jest inna niż Twoja, że nie borykałem się z takim mentalnym problemem? Jednak i to już mam za sobą. Może zacząłbym sprzedawać ze dwa lata temu, gdybym i tego etapu nie miał za sobą. Ja płyty kochałem, ale jednak wpierw była miłość do samej muzyki, nie do kawałka tego plastiku. Bo czy wtedy ktoś miał taki luksus, że mógł w Polsce (biednej, pirackiej Polsce) powiedzieć: „kocham pierwszy krążek (tu wpisz dowolną Szwecję) i mam to wydanie na CD”? Ja nie znałem żadnej takiej osoby. Ja sam i moi znajomi katowali jedyny nośnik masowo wówczas dostępny (choć i z tym były kłopoty) – kasetę piracką Takt, Baron czy MG. Mówię tu o albumach, a nie demos. Chodzi mi w ogóle o zachodnie płyty na kasetach, zazwyczaj strasznie okrojonych, bo tak się polskiemu piratowi opłacało wydać. On miał kasetę, 40 minut taśmy, a to że debiut EDGE OF SANITY trwał 55, to już trzeba było 2 kawałki upierdolić. Ale uciekłem od tematu… No przecież za muzyką idą stare, dobre, szalone wspomnienia. Każdy album (dla mnie wtedy kaseta) to nowe odkrycie, czytanie nowego „Thrash`em All” (format A5 pamiętacie?), recenzje, moje rwanie włosów, bo muszę to mieć, jakieś demo raczkującego GRAVE czy oszałamiający debiut UNLEASHED, sklepy, w których to kupowałem, już dawno w Poznaniu nie ma, pożyczanie od kumpla, wspólne omawianie kawałków, wkurwienie, jak się jakaś kaseta wkręciła i zerwała, zero kasy na wszelkie inne pierdoły, matka dała na buty na wyjazd w góry, ja pojechałem w Sofixach, ale na 15 piratów starczyło… No i ta analiza wczucia się w tamten stan świadomości, gdy dany tytuł obecnie słucham, oglądam cover, potrafię poczuć tamtą mentalność swoją. To trudne do opisania, bo przez moment czuję i myślę, jakbym miał 15 lat i doznaję tego szumu w głowie… Jestem chory, idę się pocieszyć i puszczę SILENCER… Satanistyczne otwarcie bram… Jon N. już otworzył… Jest tam i już wie… 666

Maria Konopnicka:
Masz rację, że te wszystkie płyty poznawało się na kasetach, ale z tych kaset przelałem ducha na płyty. Hehehehe! Miałem tak samo kiedyś – jechałem na wycieczkę, rodzice dali mi kasę na picie, lody i obiad – a ja cały dzień o suchym pysku łaziłem, ale reklamówkę kaset przywiozłem. To samo na koloniach czy obozach – przez dwa tygodnie żadnego loda, oranżady, waty cukrowej, a później jeden dzień – wycieczka do miasta – sklep z kasetami i cała kasa poszła się jebać:-):-):-). Nie mógłbym się obudzić rankiem w domu ze świadomością, że na półce nie mam płyt KREATORa, MEGADETH, TESTAMENTu, DEATH, CANNIBAL CORPSE, UNLEASHED, GRAVE, DISMEMBER, NAPALM DEATH, SODOM… i setek innych. Jasne, że najważniejsza jest muzyka – mógłbym to sprzedać wszystko w chuj, zgrać na dysk i za kasę z płyt kupić sobie Porsche albo większe mieszkanie. Tyle że te rzeczy większej radości na pewno by mi nie sprawiły. Myślę, że jedyną możliwością pozbycia się kolekcji jest zajęcie się czymś innym. Być może gdybym zaczął kolekcjonować motyle, to z czasem płyty zeszłyby na drugi plan. Pewnego dnia zacząłbym wystawiać je na aukcjach, żeby sobie kupić suszonego Issoria lathonia:-).
Właściwie to sam nie wiem, czy Ci współczuć (że tracisz coś pięknego), czy Ci zazdrościć (że się z tego wyzwoliłeś).

Sodomouse:
W Poznaniu był „szop” z metalem na Głogowskiej (Górczyn), w podwórzu warsztatu samochodowego, typowa metalownia! Gość, gdy nie było klientów (mnie :-)), wracał na warsztat w ciuchach roboczych i naprawiał dalej. „Thrash`em All” w formacie A5, kupa kaset piratów, koszulek, kilka płyt w cenie tych samochodów w warsztacie… W centrum miasta tzw. Okrąglak, na samym dole tego domu towarowego (typowa komuna, papier do pakowania z logiem „Domy Towarowe”), stoisko z metalem, właściwie stoisko muzyczne, ale metal tam panował. Goście tam sprzedający to byli starzy rockowcy, także zawsze na froncie leżały same piraty z metalem, a ile tam narodu było, pióraczy! Nie raz widziałem, jak poszła gablota na froncie od naporu bydła… Dopchać się tam było trudno, zwłaszcza gdy były nowości, w poniedziałki… Zawsze podobało mi się, że demonstrowali kupującemu fragment muzyki z tej kasety. Gdy brałem np. TERRORIZER, łomot rozchodził się na cały parter, ludzie kupujący obok cukierki i inny szit ze strachem spoglądali w moją stronę, kto to i co kupuje… A ja byłem dumny, że „tak, to właśnie ten hałas to ja kupiłem i mam Was w d….”. W Okrąglaku najłatwiej można było zostać okrojonym z kasy, koszulek czy Sofixów, przez stojących przy wejściu Starych Metali. Nie jednego widziałem, jak na bosaka do chaty wracał… Ja zawsze brałem najgorsze ciuchy, by się nie rzucać w oczy tym typom. Innym miejscem w Poznaniu był tzw. Acid Shop na Deptaku (wpierw na Wildzie), ale odkąd Litza zaczął odpierdalać jakiś ksześcijanskie syfy, żaden prawdziwy fan tam już nie wchodził…
Ale i tak najwięcej kaset demo pchał Pesten przez Carrion Lord Promotion… Demilich był top seller.
Tak, dostępność totalnie niedostępnej muzyki w ówczesnej Polsce… Ale ile w tym było szalonej radości… Polowania – nie byłem zmęczony i mogłem zapierdalać z jednego końca miasta z buta na drugi, po jedną kasetę albo cały dzień się stało u kumpli w sklepiku z kasetami (szyby zaparowane, zimno, wiocha kupuje disco polo (była taka buda przy poznańskim dworcu PKS, tam w tej budzie na froncie leżało disco polo, bo to bambry przyjeżdżające do Poznania kupowały), rozmowy o jednej kasecie, oglądanie wkładek z tekstami na stojącej pałce, bo to rarytas był i kult, że okładka się rozkłada i ma teksty… Teraz jak box nie ma osiemnastu CDs i 66 DVD to chujoza i musi być opakowany w kartonik ze złotym logo, do tego kubek, brelok i, kurwa, stringi z logo OBITUARY na sromie… W pizdu z tym szitem…

Maria Konopnicka:
Czy robiłeś listę płyt? Dużo ci tego zostało, z tego co sprzedajesz?

Sodomouse:
Na sztuki ciężko stwierdzić, na kilogramy też, na oko kilka metrów bieżących w 3 rzędach… EPs jeszcze nie tknąłem, demos też, a tam będzie ze dwa tysiące staroci…
Niekiedy po staniu jak wół przed ścianą z płytami, po pół godzinie odpuszczałem szukanie czegoś i włączałem radio:-). Fakt, często nie mogę czegoś namierzyć… A spis oczywiście robiłem… Na początku. Ale gdy przychodziła jedna paka – 20 płyt, druga za dwa dni – 20 płyt, w jeden dzień musiałem wyjechać, w drugi mi się nie chciało, trzeci się schlałem… To na czwarty było trzeba siedzieć godzinę przed kompem, by nanieść nowości, to już mi się nie chciało. Po dwóch tygodniach trzeba było już 3 godziny aktualizować… To nie miało sensu. Owszem, zdarzały się podwójne zakupy, gdy kupiłem coś, co już mam, ale to promil ogólnej ilości i nie to jest wkurwiające. Parę razy zdarzyło się, że nie kupiłem czegoś, bo myślałem, że już mam, a okazało się, że jednak nie mam (tzn. mam, ale tylko na kasecie, albo pirata, albo przegrywkę). To mnie mobilizuje, żeby aktualizować spis. Teraz porządkuję, łączę kilka spisów i zmieniam – tak żeby w oddzielnym pliku mieć inną literkę:-). Ponad 700 mam na „A”:-):-):-) .
Myślę, że warto zainteresować się tym, co było kiedyś. Świat się zmienia, ale należy zachować pewien dystans do tego, co dzieje się dookoła. Być sobą, robić użytek ze swoich zmysłów. Pielęgnować pewne artystyczne wartości, aby przetrwały dla innych. A dla nas pozostały tym, co najpiękniejsze…

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy. Choć macie sami doskonalsze wznieść” – Adam Asnyk

 

[Sabian / Atmospheric #14]

AS I DIE: Echo doom metalu…

Image

Moda na doom metal przeminęła chyba bezpowrotnie. Dziś taka muzyka najczęściej jest zwyczajnie nudna i wtórna wobec osiągnięć tego stylu sprzed kilku lat, a już tylko takie jej określenie wywołuje u słuchaczy awersję i jest dla nich odpychające. A co powiedzielibyście, gdyby pewien zespół z Sosnowca zaproponował Wam brutal gothic, gdyż tym terminem posługuje się w opisie swojej twórczości czyli natchnione łączenie doom z death, thrash, heavy, climatic, atmospheric (ha!) i innymi pierdołami? Well, dla mnie taka fuzja to przyszłość klimatycznego grania…
ImageMowa o AS I DIE. Na początku porównywano ich do PARADISE LOST, MY DYING BRIDE, THEATRE OF TRAGEDY. Oni sami twierdzą, że inspiruje ich po prostu każda dobra muzyka. Od wirtuoza instrumentów elektronicznych Klausa Schulze, przez DEAD CAN DANCE, po dużo nam bliższe grupy MORBID ANGEL, ANGEL CORPSE. Utwory zespołu faktycznie są wypadkową różnych stylów, jednak nie jest to bezmyślne mieszanie i na pewno nie ulega wątpliwości, że wciąż jest to metal. Urozmaicenia muzyki nie należy mylić z jej nadmiernym pokomplikowaniem. To, co pozornie wydaje się nie aż tak łatwe do przyswojenia, przy odpowiednim nastawieniu samo dociera do otwartego umysłu. Przede wszystkim AS I DIE nie smęci, co sugerowałoby wcześniejsze umiejscowienie kapeli. Stawia na energię i dynamikę. Jeśli zwalnia to tylko po to, by przyśpieszyć z tym większym wykopem. Najłagodniejsza jest wiolonczela, klawisze i sporadyczny wokal żeński, bo to gitary rytmiczne i solowa nadają tonu całości. Niezwykłą atmosferę ma jedna z kompozycji zatytułowana najprościej, „Instrumental”, w której jakby plemienne bębenki wprawiają w lekki transik. Ponoć Cinkowi zdarza się tworzyć na chaju, więc coś w tym musi być. Można popaść w tępe odrętwienie i ocknąć się dopiero na drugiej stronie. Lustra? Życia? AS I DIE… O tym traktują przecież bardzo osobiste teksty Banana.
Grupa powstała pod koniec ’95, a w jej szeregi weszli muzycy SAGE, MORITURUS, DEADLY VISION. Stosunkowo szybko przygotowali pierwsze demo „The Rain”. Wszystkie cztery umieszczone na nim numery, poddane obróbce i ulepszeniu, znalazły się także na kolejnym i na razie ostatnim materiale sprzed dwóch lat „Senses”. Zarejestrowane na nowo, po dopracowaniu, tj. przearanżowaniu i dodaniu do nich solówek, doskonale dopasowały się do pozostałych sześciu premierowych utworów. Całość trwa 50 min., więc nie ma uczucia niedosytu po przesłuchaniu. Podstawę, czyli perkusję, gitary, bas i wiolę zespół nagrał samodzielnie, zaś wokale, sola i klawisze w katowickim Cyber Studio. Tam również zmiksowano ten stuff. Żadnym zaskoczeniem nie są częste zmiany personalne w AS I DIE, które m.in. osłabiły aktywność koncertową. Kapela nie grała na żywo zbyt dużo, przeważnie u siebie (woj. Śląskie), teraz jednak – po ustabilizowaniu się składu – sytuacja powinna się poprawić. Zespół robi obecnie intensywne próby, których efektem jest nowy repertuar. W planach następne nagrania.

 

[Kasia / Atmospheric #10]

 

As I Die, Marcin Korzewka, 1-go Maja 68/51, 41-200 Sosnowiec

Wzmacniacz Mr. Hector (producent: Laboga)

 

Image

Wzmacniacz Mr. Hector (producent: Laboga)

 

ImageWzmacniacz Mr. Hector został zaprojektowany z myślą o gitarzystach, którym zazwyczaj brakuje gainu. Końcówka o mocy 100W zbudowana jest na czterech lampach 6L6, preamp na czterech 12AX7 oraz dwóch 5C3S w zasilaczu. Zastosowano wspólną regulację barwy dla obu kanałów. Footswitch przełącza kanały oraz pozwala na przełączane dwóch potencjometrów Master Volume, które można ustawiać niezależnie od siebie. Co ważne, przełączanie Masterów działa zarówno na kanale przesterowanym, jak i czystym. Możliwe jest więc takie ustawienie, które pozwala na skokowe pogłośnienie wzmacniacza podczas grania np. solówki – za pomocą przełącznika w footswitchu.

ImageNa przednim panelu można znaleźć dodatkowo jeszcze dwa gniazda „high” i „low” oraz przełącznik wyboru prostowania, umieszczono także przełącznik wyboru mocy – 50W/100W. Wzmacniacz posiada szeregową pętlę efektów, wyjście direct (XLR) – o poziomie liniowym z symulacją głośnika gitarowego oraz wyjścia głośnikowe 4, 8, 16 ohm. Co ważne wyjścia 8, 16 ohm są zdublowane (w połączeniu równoległym), co pozwala na podłączenie dodatkowych głośników bezpośrednio do wzmacniacza.

Zastosowano przełącznik wyboru prostowania napięcia zasilającego między prostownikiem lampowym (2 lampy 5C3S) a diodowym (krzemowym). Prostowanie lampowe umożliwia uzyskanie bardziej kompresującego i bardziej „siadającego” brzmienia, natomiast prostowanie diodowe (krzemowe) daje większy headroom i dynamikę. Efekty te słychać szczególnie podczas głośnej gry, kiedy zasilacz pracuje bardziej obciążających go warunkach. Obydwa kanały posiadają podbicie wysokich częstotliwości „bright”. W kanale przesterowanym działa on w ten sposób, że ustawienie małego gainu i włączenie przełącznika „bright” powoduje także niewielką zmianę charakteru przesteru – brzmienie zbliżone jest do konstrukcji typowo Vintage.

ImageW regulacji barwy zastosowano przełącznik „Mid Switch”, który powoduje zmianę charakteru działania układu regulacji barwy. Różne nastawy tego przełącznika skutkują przesunięciem częstotliwości Middle filtra układu regulacji barwy jak i zmianą zawartości tonów niskich. W obu położeniach przełącznika „Mid Switch” uzyskuje się dzięki temu zupełnie inne brzmienie wzmacniacza oraz różne działanie układu EQ.

ImageW jednym położeniu brzmienie cechuje się zawartością większej ilości basu i bardziej przypomina klasyczne, znane z lampowych wzmacniaczy high gain. W przeciwnym położeniu brzmienie przypomina nieco bardziej brzmienie uzyskiwane ze Stomp Boxów.
Najbardziej radykalna zmiana brzmienia możne być uzyskana zwłaszcza przy mniejszych ustawieniach potencjometru „Middle”. Na kanale przesterowanym możliwe jest zatem uzyskanie jeszcze szerszej gamy brzmień: od ciężkich death metalowych przez thrash metalowe do typowo rockowych.

Kanał czysty zaprojektowano tak, że stosunkowo łatwo brzmienie się nasyca. W maksymalnym położeniu potencjometru czułości tego kanału, można uzyskać crunch zbliżony do kanału przesterowanego – w przypadku minimalnego ustawienia potencjometru gain, ale zupełnie inaczej brzmiący. Przełączanie kanałów nie działa tylko na zasadzie: czysta / przester, ale oprócz tego jeszcze : crunch / lead lub crunch A / crunch B.

Osoby nie korzystające z kanału czystego mogą wykorzystać go, po uprzednim jego ściszeniu, do wyciszania sygnału podczas przerwy w graniu, bez konieczności ściszania gitary.

Do tego wzmacniacza polecamy stosowanie kolumny model 412 na głośnikach Celestion Vintage 30.

Tylni panel wzmacniacza:

 

Image

Charakterystyka wzmacniacza:
Image
•    moc: 100/50W (przełączana),
•    stosowane lampy: 4 x 6L6, 4 x 12AX7, 2 x 5C3S,
•    dwa kanały – czysty i przesterowany,
•    wejścia high i low,
•    regulatory volume – kanał czysty, gain
i volume – kanał przesterowany,
•    dwa osobno ustawianie, przełączane footswitchem regulatory Master Volume,
•    wspólna regulacja barwy dla obu kanałów
z przełącznikiem Mid Switch,
•    gniazdo footswitch: przełączanie kanałów i Master Volume,
•    przełączanie zrealizowane na przekaźnikach,
•    oddzielne przełączniki bright dla obu kanałów,
•    szeregowa pętla efektów,
•    wyjście Direct Out o poziomie liniowym i symulacją głośnika,
•    wyjście głośnikowe 1 x 4 ohm, 2 x 8 ohm, 2 x 16 ohm,
•    wymiary: 700 x 275 x 255.

Dodatki:

Footswitch LABOGA posiada dwa wyłączniki oraz dwie diody LED koloru niebieskiego oraz gniazdo do podłączenia przewodu łączącego ze wzmacniaczem. (channel/reverb, channel/master2)

Opcje dodatkowe – za dopłatą:

Pokrowiec nakładany na głowę Mr.Hector wykonany jest ze specjalnego materiału „Kodura 600D” na piance 10mm, przód pokrowca zostal dodatkowo usztywniony Naturflexem 10mm.

Laboga Way Of Sound – kable gitarowe najwyższej jakości

Laboga, ul. Partyzantów 35/2, 51-675 Wrocław; info@laboga.pl; tel. 0713484431; www.laboga.pl

Rusz dupę – nie pożałujesz! (ankieta)


Rusz dupę – nie pożałujesz!
(rozważania o sytuacji koncertowej w Polsce)

 

Nierozerwalną częścią muzycznego światka są koncerty… Namacalna promocja płyt, żywa prezentacja, bezpośredni kontakt z ulubionym zespołem, a przy okazji spotkania z przyjaciółmi i nawiązywanie nowych znajomości…
Jednak obecnie nastały dziwne czasy… I to chyba nie tylko w Polsce…
W sumie sporo pracy mają istniejące w naszym kraju profesjonalne agencje koncertowe, których powstaje coraz więcej (Massive Music, Creative Music, Ma-In, Death Dealers Association, LP Art, Metal Merge itp.). Mówi się też, że teraz wytwórnie płytowe działające również jako „booking agency” i „management” mogą więcej zarobić właśnie na organizowaniu dużych tras swoich podopiecznych lub gigów światowych gwiazd niż na sprzedaży tradycyjnych płyt.
Czy tak jest w istocie?
ImageFaktycznie, koncerty DIMMU BORGIR, SABATON, SATYRICON czy SAMAEL (i wielu innych!) odbyły się w kraju nad Wisłą przy pełnych salach. Od kiedy należymy do europejskiej cywilizacji, a ZAIKS ściga „normalne” piractwo, coraz więcej wielkich bandów u nas gra i powraca. Podobnie VADER, BEHEMOTH czy KAT w składzie z Romkiem Kostrzewskim niezmiennie gromadzą tłumy swoich fanów. Metalmania odbywa się od ponad dwudziestu lat i nic nie wskazuje na spadek popularności tej „kultowej” imprezy. Zresztą Tomek Dziubiński i sam Metal Mind to nie od wczoraj totalny potentat na tej (i nie tylko tej) płaszczyźnie…
Ale w tym samym czasie… Nie doszły do skutku – ponoć z powodu słabej przedsprzedaży biletów – koncerty THEATRE OF TRAGEDY bądź DISMEMBER (czy też inne organizowane przez nieprofesjonalistów z Rose Production).
Inna sprawa, że co jakiś czas, w okresie różnych „fal antysatanistycznych”, po rytualnych zabójstwach „wielbicieli” KATa z Rudy Śląskiej (w takim tonie odbywała się rozprawa…), tudzież spektaklu GORGOROTH, wiele koncertów po prostu się nie odbywa z powodu „interwencji” jakiegoś radnego lub proboszcza (vide DARK FUNERAL, Black Metal Festival). A co gorsza, niektórzy kreatorzy metalowych sztuk (w tym całkiem podziemnych) są wzywani przed oblicze prawa w celu wyspowiadania się ze swojej wiary… Tolerancja i wolność słowa sięga więc w Polsce zenitu.
Za bardzo nie ma też w Polsce tradycji wakacyjnych festiwali pod gołym niebem, z których słyną Czesi czy Niemcy.
A w jakiej więc sytuacji znajdują się polskie, początkujące, ale też starsze stażem zespoły z metalowego undergroundu? Skromne gigi zbyt często już na wejściu są skazane na finansowe niepowodzenie. Albo mniejsze grupy masowo są olewane, bo akurat przypadła im niewdzięczna rola supportu i tylko oglądają plecy maniaków kłębiących się w szatni lub przy barze…
Zorganizowanie (pojedynczych) koncertów (tudzież mini-traski) to nie lada wyczyn. Kapele muzą radzić sobie same, uruchamiają różne, prywatne kontakty, męczą się z właścicielami klubów, aby ich przekonać, że nie zrobią czarnej mszy, ani nawet nie podrą na scenie „biblii”:-). Wszystko opłacają z własnej kieszeni i osobiście biegają po mieście rozklejając plakaty… By później zagrać dla garstki ludzi… Bo na takich koncertach (zwłaszcza w tygodniu) frekwencja kilkudziesięciu osób na ogół jest szczytowa. Dowód? Około trzydziestu maniaków na PANDEMONIUM w Krakowie w lutym 2008 czy też jeszcze mniejsza ich ilość na EMBRIONAL / DEMOGORGON w Krośnie kilka dni później.
Porażka!
Inna sprawa, że w wielu polskich miastach, w tym dużych, zwyczajnie nie ma klubów odpowiednich dla ciężkiej muzy:-(, albo ich cena (np. krakowski „Loch Ness”) dla większości kapel jest nieosiągalna.
I że obecnie bywalcami metalowych spędów są głównie nastoletnie podlotki i ich „czarne damy”. Brakuje starych fanów:-(
A czy ktoś jeszcze pamięta najwspanialsze w Polsce (przynajmniej południowo-wschodniej:-)) koncerty sprzed ok. 10-ciu lat w rzeszowskim „Gambicie”?!? Albo cykliczne „Mistyczne Noce” w pamiętnym, nieodżałowanym „Mega Clubie” (w dawnej lokalizacji)?!? Masa opętanych maniaków, dobrej, diabelskiej muzy i szampańskiej zabawy! Nie mówiąc o głębokim buncie PRLu, S`trash`ydle, mordobiciach i krojeniu…
Jednak równocześnie dużym popytem cieszą się metalowe DVD… Nawet jeśli nie są kupowane w normalnych sklepach za 50-60zł, ludziska namiętnie zssysają je z sieci czyli… wzajemnie się wymieniają (nowy rodzaj „trade”?!?).
W tej chwili chyba już każdy zespół, czy to światowe olbrzymy, czy grupy „średnie” z Polski (HERMH, DARZAMAT), czy zupełnie małe (INHUMATE, EFFECT MURDER) mają swoje wydawnictwa w formie „obrazkowej”.
Czyżby taka forma rozrywki była teraz najpopularniejsza wśród słuchaczy (i widzów)? W końcu w ten sposób także można zobaczyć swoich idoli w akcji, posłuchać innych wersji studyjnych utworów, a zarazem wcisnąć „pauzę”, gdy chce się wyjść do kibla, no i nie trzeba ściągać kapci…
Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że jest to nieporównywalne z żywym koncertem, tą fatygą wystrojenia się w czarne ciuchy i wyjścia z domu, zapachem potu, widnokręgiem papierosowego dymu, dysputami z innymi maniakami i tymi namacalnymi dźwiękami… No i nic nie szkodzi, że klub na co dzień „robi” jako dyskoteka, piwo jest rozcieńczone, a nagłośnienie buczy jak czajnik:-). I tak jest niepowtarzalny urok i kupa diabła!!!:-)

[Kasia]

 

Image

 

Marcin – Mythrone Promotion:

 

Cóż, prawda w oczy kole. Czy tego chcemy czy nie, muzyka metalowa staje się takim samym produktem jak pop, rock czy buraki. Dlatego jedne zespoły się sprzedają (nie tylko płyty, ale przede wszystkim bilety na koncerty), a inne nie. Obecnie fama „kultowości” nie wystarcza. Dzieciaki nie wiedzą, co to jest PANDEMONIUM czy CHRIST AGONY, dzieciaki oglądają kolorowe reklamy w „Metal Hłamera” czy innym popularnym piśmie. I to jest nośnik sukcesu.
Chodzę na koncerty, gdy tylko mogę. Nie na wszystkie, bo za dużo muzyki „na żywca” to też przesada.
Czasem wolę duże koncerty, a czasem całkiem małe. Z reguły trafiam tam, gdzie nie trafiają inni i podziwiam wraz z nielicznymi wybrańcami niedocenionych artystów. Zdecydowanie wolę te małe, ich ciasnotę, półprofesjonalizm i czarowny klimat. Tak powstawał metal i tylko tak może przetrwać jego prawdziwy duch.
Żywy przekaz to zupełnie inna historia niż nagrania studyjne. Mogę pomachać głową w rytm ulubionych dźwięków, poznać nowe, wcześniej nieznane mi zespoły, kupić płytę z pierwszej ręki (często gdzie indziej dostać ich nie sposób), porozmawiać z muzykami, organizatorami czy zakręconymi bywalcami takich koncertów. Mogę zweryfikować, czy utwory słuchane z płyty dają radę w bezpośrednim starciu, czy wreszcie wyrobić sobie „swoją własną” opinię o kapeli i jej twórczości. DVD tego nie oferuje.
Koncerty DVD… Mało mnie interesują. Czasem jakiś obejrzę, jeśli mi ktoś znajomy zachwala i zachce pożyczyć, ale jakoś nigdy mnie żaden taki koncert nie chwycił za serce. Hmm… Cała kupa fajerwerków, coś co można bezmyślnie skonsumować, niekoniecznie wsłuchując się w piękno dźwięków czy zgłębiając istotę twórczości danego zespołu.
Generalnie dzisiaj – niestety – muzyki słucha się pobieżnie, bo dostęp do niej jest nieograniczony i darmowy (myślę o programach p2p czy innym złodziejstwie). Prowadzi to do rozkapryszenia „publiczności”, bo po jaką cholerę mają się ruszać na koncerty lokalnych zespołów, które w pocie czoła szlifują kolejne demówki i godzinami ćwiczą w salach prób, skoro w pięć minut można „zdobyć” nagrania tych znanych i lubianych? Zgroza. Niestety ci, dla których muzyka to tylko kolejna rozrywka, przerywnik między sraniem i zmywaniem, tego nie pojmą.

 

Thabel – DECLINE:

Moja opinia na temat obecnej sytuacji koncertowej w Polsce jest jak najbardziej negatywna.
Po pierwsze nie mamy żadnego porządnego polskiego festiwalu metalowego. Pominę milczeniem wytwory pokroju Metalmania (choć doszły mnie słuchy, że w 2009 roku się nie odbędzie), Hunterfest czy Woodstock – dla mnie poziom wszystkich trzech jest taki sam, podobnie jak i mój stosunek do tychże. Wszelkie ciekawe inicjatywy umierają w konwulsjach, jak np. fest w Chełmie, a wakacyjne kolaże muzyczno-kulturowo-ideologiczne przekraczają granice dobrego smaku.
Sama wartość pojedynczych koncertów czy też tras w naszym kraju też nie powala. Jeśli ktoś szuka gigów zespołów naprawdę ciekawych muzycznie, to w Polsce się srodze zawiedzie, rzadko zdarzają się występy takie jak np. ARKHON INFAUSTUS w Krakowie.
Jeśli jednak wymagania odpowiednio zaniżymy lub spojrzymy na sytuację przez pryzmat występów kapel bardzo popularnych, wręcz mainstreamowych, sytuacja ma się świetnie. Na Śląsk np. taki BEHEMOTH zagląda parę razy w roku.
Z drugiej strony są zespoły, które bronią honoru podziemia, takie jak np. INFERNAL WAR, ANIMA DAMNATA, MASSEMORD czy STILLBORN – z powodzeniem organizują trasy koncertowe, które przyciągają sporo ludzi. Jednak przez to, że niewiele innych undergroundowych kapel ma takie możliwości, by sobie na takie trasy pozwolić (co jest głównie związane z funduszami wydawnictw), dochodzi do nieco smutnej sytuacji, w której składy koncertowe są niemal zawsze takie same, ewentualnie wymieniają się lokalne supporty. Oczywiście muzycznie te kapele zabijają i są znakomite, ale ileż można słuchać tego samego?
Inna sprawa, że za bardzo nie ma gdzie grać oraz nie ma kto tego organizować. W tej chwili przychodzą mi do głowy jedynie trzy osoby organizujące ciekawe koncerty. Mianowicie niezmordowany Eryk z Old Temple, V. z Death Dealers Association czy starający się zająć pustkę po Mistycznych Nocach, Vulgar i jego Dark Ritual w Zabrzu. Na uwagę zasługuje głównie Death Dealers Association, gdyż dzięki nim można było w Polsce podziwiać WATAIN, ANGELCORPSE czy wspomniany ARKHON INFAUSTUS, a w zapowiedziach przewijają się takie nazwy jak URGEHAL czy NUNSLAUGHTER. Fajnie, że się jeszcze komuś chce męczyć.
Nie wiem, czy ludzie olewają małe, podziemne koncerty? Ci którzy naprawdę siedzą w danej muzyce, przychodzą.
Ja na koncerty czasem chodzę. Ale rzadko, bo jestem leniem, biednym w dodatku:-). Jeśli już zmuszę się i wybiorę na jakiś koncert to dlatego, że interesuje mnie występ danego zespołu (co ma miejsce bardzo rzadko) albo dlatego, że mam ochotę napić się piwa lub czegoś mocniejszego w towarzystwie znajomych, wówczas jednak występy zdecydowanie schodzą na dalszy plan.
Zdecydowanie wolę małe koncerty z podziemnymi kapelami. Przede wszystkim dlatego, że jest na nich relatywnie mało przypadkowych ludzi, atmosfera jest znacznie lepsza, a i muzycznie niejednokrotnie jest ciekawiej niż na wielkich „gwiazdorskich” koncertach. Jeśli mam wybierać między salą wypełnioną setką przypadkowych statystów, którzy tak naprawdę nie wiedzą, o co chodzi, a knajpą wypełnioną dwudziestką konkretnych ludzi, to bez wahania wybieram tą drugą opcję. Poza tym wydaje mi się, że takie mniejsze gigi, na których kontakt z publicznością, często dosłownie fizycznie jest bliższy, wyzwalają o wiele więcej emocji. Z punktu widzenia muzyka, zdecydowanie wolę grać w małych klubach. Krwi i wódki jest zawsze więcej.
Z punkt widzenia finansowego na pewno nie warto grać koncertów. Chcesz zarabiać na muzie, nie ma sprawy. To w zasadzie nie takie trudne. Ale jeśli decydujesz się na granie muzyki niszowej, licz się z konsekwencjami – kokosów nie ma i tak ma być. Ja współtworzę muzykę nienawiści nie po to, żeby zarabiać pieniądze, zyskiwać sławę czy zaliczać kolejne tępe panienki, tylko dlatego że wierzę w to, co robię i daje mi to satysfakcję. W świetle ostatniego zdania, jak i poprzednich wypowiedzi: warto grać dla pustych sal. Metal ekstremalny nie może być tworzony dla poklasku.
O koncertach na DVD nie mam wyrobionego zdania. Fajnie obejrzeć SLAYERa siedząc na kanapie i sącząc piwo, ale z drugiej strony po co?

 

DyvanTerror – UNDERDARK:

Na dzień dzisiejszy uważam, że sytuacja koncertowa w Polsce jest naprawdę dobra. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz widziałem tyle wielkich nazw grających w naszym kraju.
Ja sam oczywiście na koncertach bywam, jeśli tylko pozwala mi na to czas i pieniądze. Osobiście wolę koncerty w mniejszych klubach, kiedy to można bezpośrednio stanąć twarzą w twarz z muzykami. Ale także dobre są te większe, chociażby z tego powodu, że na jednej scenie można zobaczyć więcej zespołów. Czasem bywa, że muzycy wpadają na koncert innej kapeli, żeby z nimi coś zaśpiewać, tudzież zagrać. To bardzo fajna sprawa.
Z małymi koncertami jest problem, bardzo konkretny – frekwencja. O ile na małe koncerty w małych miastach takich jak Przemyśl przychodzi mnóstwo ludzi (co jest dla mnie osobiście bardzo satysfakcjonujące), o tyle w dużych miastach jak np. Warszawa (przekonałem się o tym na własnej skórze) ludzi już nie interesują podziemne koncerty. Przychodzą jednostki. Mimo wszystko cały czas myślę, że warto organizować koncerty, tylko trzeba się zastanowić, gdzie je organizować. Moim zdaniem warto zacząć patrzeć w stronę małych miast, gdzie koncerty na ogół się nie odbywają. W takich miejscach można liczyć, że klub zostanie wyprzedany niemal do zera.
Kolejną sprawą są koncerty rejestrowane na nośnikach DVD. Kiedyś, jak pamiętam, nagranie płyty live było dla danego zespołu nagrodą za kilkuletnie trudy promocji swoich płyt na koncertach, dlatego były to wydawnictwa wręcz unikatowe. Dziś sytuacja wygląda wręcz dramatycznie. Każda kapela, bez względu na staż i ogranie koncertowe, ma możliwość nagrywania koncertów na płyty DVD. Dla mnie jest to zwykła plaga. Oczywiście, oglądając takie wydawnictwo, w momencie, gdy jest to materiał kapeli, która po wielu latach zdecydowała się coś takiego nagrać, jest to jak najbardziej w porządku. Chodzi mi przede wszystkim o wydawnictwo DVD zespołu IMMOLATION „Hope And Horror”. Jest to wspaniały materiał pokazujący wszelkie atuty koncertowe zespołu. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie był w żaden sposób poprawiany w studiu, nie pamiętam tylko, czy robiony był mix i mastering. Ale to standard. Ogólnie uważam koncerty DVD za dno, jednak pojawiają się czasem perełki:-).

 

Robin:

Heh… Ciężka sprawa z tymi koncertami.
Zacznę od tego, że ja nie chodzę. Tzn. raz od wielkiego dzwonu się wybiorę, ale musi to być coś wyjątkowego jak np. SLAYER. Nie chodzę z różnych powodów. Po pierwsze tryb życia: praca, rodzina. Brzuch rośnie, włosy wypadają. Na koncerty brakuje czasu. Ledwo od czasu do czasu dostanę w domu wolne, by iść z kumplami na browar. Po drugie nie mam, z kim chodzić na koncerty. Kiedyś jechało się ekipą. Były dyskusje, wymiana zdań na temat występów poszczególnych kapel i delikatne spożycie. Samemu to nie to samo. Przećwiczyłem i uważam, że samemu jest do dupy.
Co do sytuacji koncertowej, to – w porównaniu z zamierzchłymi czasami mojej młodości – jest ich na pewno więcej. Kiedyś koncerty były jakimiś tam wydarzeniami, na które jechało się przez pół Polski (najczęściej do Katowic) i były to pojedyncze sztuki. Teraz jest tego więcej, jakieś mini trasy itp. Na pewno jest, w czym wybierać.
Nie wiem, jak jest natomiast z frekwencją na koncertach (z powodu jak wyżej), zarówno tych większych jak i tych podziemnych. Myślę, że małe sztuki mają swój niepowtarzalny klimat (i zazwyczaj ch…e nagłośnienie:-)), ale liczy się tu bezpośredni kontakt na linii zespół – publika. Jednak podejrzewam, że pogłowie metali na takich spędach jest mniejsze, chociażby z uwagi na ich lokalny charakter.
Czy warto organizować koncerty? Jeśli tylko jest ktoś chętny, by na nich grać i chociaż kilka osób, które chcą na nie przychodzić to jak najbardziej. Jak ktoś z sercem podchodzi do tego, co robi, to da z siebie wszystko i dla dwóch osób. No chyba, że kapela ma aspiracje i w dupie kilku (-nastu, -dziesięciu) maniaków i chciałaby grać dla szerokiego audytorium, to wtedy nie ma na to rady.
Od jakiegoś czasu panuje moda (a może to znak czasów) na wydawanie DVD z koncertami. Osobiście chyba wolałbym iść na koncert (nawet sam) niż obejrzeć go sobie na DVD. Jak dla mnie oglądanie w domu w ogóle już nie ma tej koncertowej magii. No chyba żeby nagranie pochodziło z koncertu, na którym bym był, to inna sprawa. Wtedy jest to pamiątka jak np. figurka Górala albo ciupaga z pobytu w Zakopanem.
Reasumując – jaki „lew koncertowy”, taka opinia. Amen.

 

Nahald – HESPERUS DIMENSION:

Sprawa z „repertuarem” imprez koncertowych ma się zdecydowanie lepiej niż kilka lat wcześniej. Myślę, że z każdym rokiem jest coraz lepiej. Coraz więcej mniej znanych grup odwiedza nasz kraj, więc poza topowymi kapelami wielu maniaków, w tym podziemnych, ma okazję zobaczyć swoich ulubieńców bez konieczności dalekobieżnych podróży.
Niestety są i słabsze strony tego rozwoju czyli dyżurne miejsca, gdzie odbywają się hurtowo koncerty. Za mało jest występów scenicznych w Trójmieście, w takim stopniu co w Krakowie, Poznaniu czy Warszawie. Te miasta coraz prężniej rysują się na mapie odwiedzanych miejsc przez kapele i maniaków. Poza kilkoma wyjątkami nie ma tutaj czegoś po środku. Albo są to trasy polskich kapel spod skrzydeł Mystic Production albo koncerty podziemnych grup z małym dorobkiem. Brakuje mi również większej ilości festiwali letnich, ale większość przedsięwzięć tego typu często kończyło się niepowodzeniem. Może to sygnał, że takie imprezy nie powinny się przyjąć u nas?
Na koncerty chodzę, choć rzadziej niż bym chciał. Po pierwsze moje gusta nieco odbiegają od tego, co trójmiejskie kluby oferują, a po drugie natłok spraw codziennych często eliminuje mnie z udziału w koncertach, które są kilkaset kilometrów dalej. Zdarza mi się być kilka razy w roku na podziemnych lokalnych koncertach, ale to, co naprawdę chciałbym zobaczyć i usłyszeć, zazwyczaj mnie omija. Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni… Część koncertów świadomie opuszczam, gdyż nie jestem ani fanem danych grup, ani terminy mi nie odpowiadają.
Koncertów nie rozgraniczam na małe lub duże, tylko na dobre lub złe. Dla przykładu miałem okazję być na niemieckim Wacken w 2001 i mam tylko dobre wspomnienia. Wielkość w tym momencie nie miała znaczenia, ale profesjonalna organizacja na pewno przyciągnęła moją uwagę, a finalnie otrzymałem na tacy pełno wspaniałych grup w jednym miejscu, doskonałe brzmienie, przyjazną atmosferę i brak obsuwy w oczekiwaniu na grających.
„Koncertowy klimat” różnie można interpretować. Udzielająca się wszystkim w koło atmosfera niekoniecznie musi być dla mnie „klimatem”. Często miałem okazję być na kameralnych jamowaniach kilku jazzmanów i klimat, jaki do mnie przemawiał, był o stokroć większy niż na wielu masowych imprezach, gdzie dookoła widziałem euforię. To zależy, czy jest się częścią tego klimatu czy też nie. Jeśli lubi się dany zespół / wykonawcę i ten daje wspaniały koncert, wówczas mamy na myśli „koncertowy klimat” w dobrym znaczeniu. Oczywiście najlepiej jest, gdy kapela jest w formie, publiczność dopisze, brzmienie jest czytelne i soczyste. Wszyscy są zadowoleni, a atmosfera wydobywa się sama z siebie.
Myślę, że ludzie świadomie rezygnują z koncertów. Na to składa się kilka rzeczy – zazwyczaj kiepskie nagłośnienie (chociaż kilka miejsc coraz lepiej się do tego nadaje) i to, że początkujące grupy nie prezentują zbyt dobrej muzyki (aranżacje, wykonanie, feeling, tożsamość). Natomiast te bardziej doświadczone – mimo powyższych czynników – potrafią żywiołowo zagrać, ale dziwnie zawsze wygląda dość pusta sala i dwóch czy trzech maniaków szalejących pod sceną. Tak jakby część osób po prostu wolała chodzić tylko na renomowane grupy, a te podziemne miały grać głównie dla znajomych i przyjaciół. Niestety najczęściej takie są fakty. Choć zawsze warto grać nawet dla garstki ludzi. Bez tego życie byłoby bardzo ubogie.
Nie ma co się rozwodzić, co by było, gdyby znikły koncerty z powierzchni ziemi. Zostawmy to zagorzałym forumowiczom:-). Koncertów przybywa, choć wiele się słyszy od likwidacji klubów i odwołanych imprezach. Myślę, że to marginalne sytuacje, a media potrafią z małej rzeczy zrobić dużo szumu. Wcale nie znika tych miejsc aż tak wiele i wcale nie zakazuje się wszystkich koncertów. Powiedzmy sobie otwarcie, że szum wokół tego pojawia się, gdy wchodzą w grę większe nazwy i pieniądze. Z drugiej strony daje znać o sobie skłonność Polaków do kłótni, zazdrości i uprzykrzania życia. To typowe zdarzenia dla naszej mentalności. I choć wcale mnie nie cieszy ta sytuacja, trzeba pewne rzeczy wziąć pod uwagę żyjąc w tym kraju. Ze wszystkimi się nie wygra i nie da wojować.
Koncerty na DVD uważam za świetną sprawę. Wiele z nich w jakimś stopniu zbliża mnie do koncertów, na których nigdy nie mógłbym być. Trudno, bym miał okazję zobaczyć jeszcze kiedyś DEATH, DISSECTION itp., a dzięki DVD mogę przeżyć kilka fajnych chwil.

 

Margit – organizatorka koncertów z cyklu Death No Mercy,
ex Mroczna Strefa `webzine:

Patrząc na zmiany, jakie zaszły na przestrzeni lat, nie da się ukryć, że jest dużo lepiej. Koncertów jest więcej, przez to są różnorodne i mamy sporą możliwość wyboru. To już nie te czasy, kiedy szło się na jakąkolwiek kapelę mocniej grającą, bo koncert raz w roku był wielkim wydarzeniem;-).
Myślę, że jeszcze nie do końca jesteśmy przystosowani do organizacji niektórych imprez, często brakuje chociażby odpowiedniego miejsca. Przykładowo w Warszawie tę lukę wypełniła „Progresja”, która jest idealnie przygotowana do organizacji tego typu koncertów.
Niestety ilość komercyjnych koncertów w Polsce nieco przytłacza scenę podziemną. Ostatnio wiele małych koncertów kończy się fiaskiem frekwencyjnym i bardzo często też finansowym. Ale na szczęście nie jest tak zawsze i jeśli kapela jest dobra (a takich naprawdę jest wiele), koncert jest dobrze zorganizowany i wypromowany, to zostaje w pamięci na długo;-). Niestety często też widzę wiele błędów organizacyjnych, a chyba najgorszym z nich jest kompletny brak informacji na temat tego, że w ogóle coś się dzieje…
Czy warto w ogóle grać dla ludzi i organizować koncerty? Każdy muzyk powie: „oczywiście!”! Natomiast każdy organizator powie: „to zależy”… Nie da się ukryć, że za wszystkim stoją pieniądze. Nie chodzi mi o zysk, a raczej o to, żeby nie dokładać po kilkaset złotych, a zauważyłam, że ostatnio dość często się to zdarza. Oczywiście główną przyczyną jest frekwencja.
Ja chodzę na wybrane koncerty. Mieszkam w dużym mieście, więc mam spory wybór i to mnie cieszy. Dlatego pojawiam się zarówno na dużych, jak i podziemnych sztukach. Wiadomo, że metal to żywa muzyka i najlepiej smakuje prosto ze sceny. Lubię i duże, i małe koncerty. Wiadomo, że takie kapele jak IRON MAIDEN pasują do wielkiej sceny i efektów, ale duża część koncertów, na których bywam, to raczej mniejszy kaliber. Czasami są to imprezy na kilka tysięcy osób, czasem na kilkaset, a zdarza się, że i na kilkadziesiąt. Duże koncerty to uczta, natomiast w podziemiu często można wyłuskać prawdziwe perełki, a to podstawa. Nie znoszę tylko jednego typu imprez – darmowych masówek, na których przez przypadek gra jakaś mocniejsza kapela. Publiczność wtedy składa się z przypadkowych osób, które nigdy w życiu nie wybrałyby się na ten koncert właśnie dla tej kapeli. Co się dzieje na takich koncertach, sami dobrze wiecie. Brrr:-).
Patrząc dookoła, nie mogę zgodzić się, że wszyscy olewają małe koncerty. Sama często na nich bywam i często też spotykam wielu znajomych, więc chyba nie jest tak źle… Myślę, że inni tylko korzystają z przywileju wolnego wyboru. Koncertów obecnie jest naprawdę sporo i w przypadku tych większych jedynym ich mankamentem jest cena biletów, koszty dojazdu itd., a wiadomo jak jest z kasą, szczególnie u młodych ludzi. Natomiast ci bardziej wiekowi często mają już rodziny, pracę i inne dodatkowe zajęcia, które nie do końca pozwalają na śmiganie na każdy koncert, o którym usłyszą.
Na mojej półce jest nie więcej jak pięć koncertów DVD. To raczej pamiątki i koncerty kapel, które są dla mnie na pierwszym miejscu. Nie przepadam za koncertami na ekranie. Brak im klimatu klubu i całej tej euforii związanej z dobrze zapowiadającym się wieczorem czy wyjazdem. Ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie na ten temat:-).

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).

 

Mortis – Ale Metal `webzine:

Koncerty to dość ważna rzecz. Dzięki nim mamy możliwość skonfrontowania z rzeczywistością wyobrażenia o danym zespole. W Polsce obecnie nie jest najgorzej, ale niestety wiele ciekawych tras omija nasz kraj. Całe szczęście, że ode mnie jest niedaleko do Berlina. Na koncerty jeżdżę bardzo często, zarówno te lokalne, jak i trochę większe. Lubię to. Fajnie jest napić się piwa, posłuchać czasem naprawdę świetnych młodych kapel. Fajnie jest także usłyszeć na żywo hity takie jak np. „Headbanging Man” czy „Corporal Jigsore Quandary” w wykonaniu swoich idoli. Co zobaczę to moje, nikt mi już tego nie odbierze. Czasami na koncertach jest strasznie słaba frekwencja i to nie tylko na tych małych. Na przykład na SUFFOCATION w Szczecinie w roku 2007 było lekko ponad 100 osób. Organizatorzy takich koncertów nie mają zbyt łatwego życia. Ale cieszy mnie to, że pomimo potencjalnych wtop, nadal się tym zajmują.

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).

LAAZ ROCKIT: Powrót legendy thrash metalu

 

Image

Powrót legendy thrash metalu

 

Powroty do łask thrashowych legend lat `80 to temat niezwykle aktualny, bo jak inaczej nazwać wydanie przez METALLICĘ albumu, który wskrzesił brzmienie zespołów z początków kariery? Ale nie oni sami zostali na polu bitwy. Także panowie z LÄÄZ ROCKIT wrócili do świata żywych i przyznać trzeba, że wyszło im to całkiem nieźle!

Image

Po tym jak w roku 2005 zespół ogłosił, że wyrusza w trasę koncertową, celem nagrania DVD uwieczniającego dotychczasowe dokonania (wydanego w roku następnym pod tytułem „Live Untold”), nikt jednak nie przypuszczał, iż całkowita reaktywacja kapeli nastąpi tak szybko, a już na pewno wydanie przez LÄÄZ ROCKIT nowego krążka było poza strefą marzeń. A jednak! Amerykanie dali wszystkim, którzy ich skreślili, solidnego kopa w dupę!

ImageOstatnia pozycja w dyskografii LÄÄZ ROCKIT – „Left For Dead”, to prawdę mówiąc najbardziej thrashowy tytuł ostatnich lat. Już pierwszy utwór z płyty, którym jest „Brain Wash”, szybki z zadziornym riffem, odwołuje się do starego grania i wszyscy sceptycy będą musieli podkulić ogon w geście uznania. Pomimo tylu lat spędzonych na scenie, nie ma tutaj mowy o odcinaniu kuponów od wcześniejszych dokonań. W stu procentach świeże pomysły użyte przez zespół odzwierciedlają znakomitą formę, w której LÄÄZ ROCKIT znajduje się pod koniec pierwszej dekady XXI-go wieku.

O świetności „Left For Dead” świadczyć mogą odważne plany koncertowe ekipy, które zakładają zaprezentowanie podczas występów większości nowego materiału, w przeciwieństwie do w ostatnim czasie wskrzeszanych „legend”, zapełniających swoją setlistę utworami sprzed lat.

Skoro już mowa o powrotach, należy wspomnieć o zespole TESTAMENT, który właśnie z chłopcami z LÄÄZ ROCKIT odegrał udaną trasę koncertową, która udowodniła światu, że thrash żyje i ma się dobrze! W planach obu thrashowych gigantów jest wydanie DVD, z zarejestrowanymi koncertami pochodzącymi z owej wspólnej trasy.

Gwoli ścisłości, pierwszy etap działalności LÄÄZ ROCKIT zakończył się w roku `89, kiedy basista Willy Lange starał się o zajęcie miejsca tragicznie zmarłego Cliffa Burtona. Gdy jednak basistą został Jason Newsted, Willy popadł w depresję, porzucając granie i oddając się sprawom osobistym.
Po drodze był jeszcze projekt Willy’ego pod szyldem DUBLIN DEATH PATROL, w skład którego weszli jeszcze Chuck Billy znany z TESTAMENT, były wokalista EXODUS – Steve Souza oraz kilku innych mało znanych muzyków. Grupa ta ma do tej pory na swoim koncie jedną płytę „DDP 4 Life”. Muzyka wykonywana przez ten projekt odbiega od dokonań muzyków w ich macierzystych zespołach. Jak twierdzą sami zainteresowani, we wspólnym graniu ze sobą odwołują się do swoich wczesnych inspiracji muzyką rockową spod znaku MOTORHEAD, UFO, SCORPIONS, THIN LIZZY.

Ale to już przeszłość (do której jednak warto wracać choćby ze względu na dokonania kapeli w pierwszym okresie aktywności). Teraz grupa LÄÄZ ROCKIT rozpoczęła swoje drugie życie, które już podczas pierwszego zderzenia z fanami obdarowało ich miażdżącą ilością ciężkiego i zabójczo szybkiego napieprzania.

[Jimbo]

Lääz Rockit, http://laazrockit.ning.com / www.myspace.com/thelaazrockit

ROTTING CHRIST: Jeźdźcy z Południa

 

Image

 

Jeźdźcy z Południa

Pochodzą z południa Europy, dokładnie z Grecji. Kraju, w którym niepodzielnie króluje muzyka narodowa. Jednak ROTTING CHRIST, bo o nich mowa, niewiele z muzyką gorącej Grecji ma wspólnego. A to za równo za sprawą swojego ciężkiego, siermiężnego jak średniowieczna zbroja brzmienia, jak i wyszukanego jak na Greków image`u.

Brygada, którą dowodzi Sakis pełniący w zespole rolę wokalisty oraz gitarzysty, w tekstach swoich utworów prezentuje starożytne, greckie wierzenia, które są w tej warstwie punktem wyjścia. Jak przystało na rodowitych Greków, utwory śpiewane są przez Sakisa w ojczystym języku.

W muzyce ROTTING CHRIST na próżno szukać inspiracji pochodzących od wojowników z krajów Nordów. Zespołowi przez okres swojej działalności udało się wypracować własny styl, choć droga do tego była niezwykle zawiła, poczynając od blackowego łojenia w stu procentach, po formę dzisiejszą, niezwykle melodyjną. Wszystko to okraszone technicznie sprawnym basistą, którego partie przy pierwszej próbie zapoznania z grupą cholernie mnie zaskoczyły. I było to pozytywne zaskoczenie.

Image ROTTING CHRIST, od roku pańskiego `87 czyli pierwszego roku swojego pobytu na ziemi, wydał dziewięć długogrających krążków. Ostatni z nich, „Theogonia”, pochodzący sprzed dwóch lat zawiera dziesięć utworów, które potrafią zmiażdżyć małżowiny uszne! Na uwagę zasługuje „Kervanos Kivernitos”, wyróżniający się pośród pozostałych utworów zawartych na krążku silnie zaznaczoną partią basisty, Andreasa. Album „Teogonia” można polecić fanom zadziornej sekcji rytmicznej, wyrafinowanych riffów oraz wokalu nie przypominającego wytaczanych w bój średniowiecznych armat.

 

[Jimbo]

Rotting Christ, www.rotting-christ.com / www.myspace.com/rottingchristabyss

Podziemie wczoraj i dziś czyli underground pierwotny oraz doby internetu

 

Image

 

Podziemie
wczoraj i dziś
czyli underground pierwotny
a underground XXI w i doby internetu

Internet to dobrodziejstwo:-). Jest obecny w każdej dziedzinie życia. W pracy, w domu, szkole. Dzięki internetowi jesteśmy globalną wioską, przez sieć robimy zakupy, uczymy się, podróżujemy, poznajemy ludzi, onanizujemy się. Internet wszystko wie, jest pojemny bez granic, ma nieograniczone możliwości.
Internet zmienił też świat muzyki, formy promocji, sposoby słuchania dźwięków, postrzeganie szaty graficznej płyt. Zmienił się także cały proces edukacji muzycznej, za którą kiedyś byli odpowiedzialny starsi koledzy, stacje radiowe i pisma muzyczne.
Za sprawą internetu metalowe podziemie również nie jest już takie samo…
Tzw. webziny i portale stały się bardziej poczytne niż pisemka papierowe, tradycja tape-tradingu wyszła z mody, nikt już nie smaruje znaczków, niezależne dystrybucje pokończyły działalność. Każdy zespół priorytetowo ma www, wiele kapel nawet nie fatyguje się, aby zrobić okładkę do swojego dema, bo i tak swoją muzykę rozsyła mailami. Ludzie kolekcjonują mp3, nie piszą już tradycyjnych listów, bo klepią na gg, nie xerują flyersów – jeszcze niedawno najlepszego nośnika informacji, wolą wysłać spam, tracą wzrok przed monitorem, wojują na forach i nawet nie wiadomo, kto pisze i gdzie ten ktoś mieszka. Tak jest teoretycznie łatwiej, szybciej, taniej.
Frazesy… Powie ktoś… Ale na 100% można założyć, że dla młodego pokolenia internautów i „zarazem fanów muzyki” opisywane zmiany i przeobrażenia brzmią abstrakcyjnie.
Jak to więc jest?!? Starzy, ortodoksyjni maniacy narzekają, że jakaś era w undergroundzie bezpowrotnie minęła… Mówią, że dawniej podziemie było elitarne, bardziej szczere, bezinteresowne – jeśli chodzi o zasady i współpracę, a i na pewno bardziej twórcze. Dziś nie trzeba iść do studia nagrań, aby zarejestrować materiał, nie trzeba rozsyłać promówek, nie trzeba też czekać pół orku na recenzje w zinie, bo można uderzyć do webzine`a. Wystarczy parę razy kliknąć… I niestety coraz częściej według podobnego mechanizmu jak niektórzy muzycy z kapel, postępują też edytorzy (uciekają w wirtualną przestrzeń) oraz słuchacze (czytają portale, wysprzedają płyty, bo zajmują dużo miejsca, odechciewa się im chodzenia na koncerty itp.).
Swoistą pamiątką po starych czasach niech jednak będzie pierwsze demo VADERa lub inne oryginalne wydania kultowych zespołów black metalowych, które na allegro osiągają bojońskie ceny… Cieszy więc ten ostatni akt sentymentu, że zwykła kaseta może być dzisiaj w cenie:-).

Skonfrontujmy…

TRADYCYJNY UNDERGROUND A PODZIEMIE DOBY INTERNETU
DAWNIEJ I TERAZ

FORMY KONTAKTU MIĘDZY UCZESTNIKAMI SCENY

listy – pisanie długich listów — maile – pisanie krótkich maili
smarowanie znaczków — bezkosztowo
działanie w podziemiu polskim — kontakt z cały światem
kontakt ze światem za pośrednictwem poczty polskiej (długi czas oczekiwania na odpowiedz)
— kontakt ze światem za pośrednictwem internetu (krótki czas oczekiwania na odpowiedz)
przyjaźnie między ludźmi — anonimowość i podejście na zasadzie „ubijmy interes”
osobiste spotkania np. na koncertach itp. — chat`owanie, gg

UNDERPRESS – TWORZENIE ZINE`A A TWORZENIE WEB-ZINE`A

xero — druk
dominacja xerowanych zine`ów — przewaga drukowanych magazynów
ziny pisane ręcznie / na maszynie / na komputerze — webziny, portale muzyczne
robienie pisma metodą „wyklejanki”
— profesjonalny skład, nieograniczony dostęp do grafiki w internecie
promowanie podziemia — pisanie o „nadzieniu”
recenzowanie demówek — recenzowanie płyt cd
założenie: „piszemy o tych zespołach, które są wg mnie wartościowe” — założenie:
„mogę zamieścić jakikolwiek news, bez względu na to, czy znam dany zespół”
zamieszczanie recenzji / wywiadów zamiast reklam — zamieszczanie bannerów / wymiana banderami z kimkolwiek
zamieszczanie artykułów promocyjnych itp. — zamieszczanie krótkich newsów
mógł to robić tylko ktoś, kto naprawdę znał się na muzyce (działało prawo samoselekcji)
— może to robić dosłownie każdy
subiektywizm — obiektywizm
zine jako produkt poszukiwany — przesyt formy i treści
mały nakład — brak nakładu (wskaźnik ilości wejść na stronę)
robienie wywiadów „na żywo” — robienie wywiadów przez gg

PROMOCJA WŁASNA ZESPOŁÓW

biografie i inne materiały promocyjne — strony www
flyersy — spamy
kasety demo — materiały zgrane na cd-r`ach
materiały do recenzji przysyłane na taśmach magnetofonowych itp. — materiały do recenzji przysyłane przez łącza elektroniczne lub umieszczane na www zespołu
domowe dane kontaktowe — adres email / numer gg / numer telefonu komórkowego
tradycyjna autorpezentacja  — nNowe formy autoprezentacji – single, teledyski itp.

PROMOCJA ZESPOŁÓW W PODZIEMNYCH MEDIACH

nieliczne oficjalne pisma muzyczne — ziny jako profesjonalne magazyny
wytwórnie wysyłają materiały promówki do zinów
— wytwórnie wysyłają materiały promo do web-zinów
zespół oczekuje na zamieszczenie recenzji niejednokrotnie kilka miesięcy — zespół oczekuje
na zamieszczenie recenzji bardzo krótko (często jest już w sieci na drugi dzień)
istnieją wiele podziemnych dystrybucji — istnieje coraz mniej podziemnych dystrybucji
promocja bezpłatna — reklama płatna
edytorzy samodzielnie wybierają zespoły, którym pomagają w promocji
— wytwórnie płytowe narzucają formy promocji dla swoich zespołów
powszechne kompilacje — płyty składankowe są niemodne
płyta to autonomiczny nośnik — płyty dołączane do pism jako gratis
(niczym szminka do „pani domu”: –))
audycje radiowe odpowiedzialne za edukacje muzyczną — listy przebojów z muzyką metalową

SŁUCHACZE – FANI – MANIAX

metal dla „elity” — metal dla każdego
metal trudno dostępny (w sklepach) — metal łatwo dostępny (w sieci)
tape-trading (wymienianie się nagraniami) — ściąganie mp3 (muzyka bez szaty graficznej)
kupowanie płyt  — ściąganie mp3 (muzyka bez szaty graficznej)
chodzenie na koncerty — oglądanie koncertów w internecie
chodzenie na koncerty zespołów podziemnych
— chodzenia na koncerty tylko dużych zespołów zagranicznych
czytają ziny w poszukiwaniu informacji  — serfują po sieci i nie wiedzą, czego szukają
głód muzyki — przesyt muzyki
płacą za to, czego potrzebują i z trudem do tego docierają
— nie płacą za nic, wszystko mają „pod ręką” za free
kupowanie demówek w podziemnych dystrybucjach — kupowanie płyt w Empikach
identyfikowanie się z subkulturą poprzez wygląd
— metalowiec wyglądający jak „przeciętny” obywatel

[Kasia]

CHRIST AGONY: Condemnation – polskie tłumaczenia tekstów utworów

 

CHRIST AGONY
„Conemnation” (CD, 2008, Rezor Prod.)

l_christ-agony_condemnation

 

polskie tłumaczenia tekstów utworów
autor: Cezar (CHRIST AGONY)
 Devil’s Invocation

W Potępieniu trwamy Serce oddając
Wciąż oddali … we krwi i strachu
Wciąż podążamy bez wiary
Bez namysłu trwamy …

Krew na mym sercu
Krew na mym sumieniu
W potępieniu oddaleni od świata
W potępieniu oddaleni od wiary …

W gardłach Waszych zastygł wstyd…
Płonący symbol wypala
W sercach nienawiść…

To Potępienie samotności
Umysłów i ciał…
I żadna rozkosz
Nie ukoi cierpienia i ran…

– nie podnoś dłoni w modlitwie
Nie wzywaj śladów Jego stóp
Nadaremno…
Nie kłaniaj się…  skulony Psie…

– to Potępienie jest w Tobie
Na nic się nie zda wołanie i krzyk…
Tak już stworzony z Nicości w Nicość
Kolejne popioły przesypują się
W Klepsydrze Cierpień…

Żadnego Światła
Jedynie Droga…

Celebrujesz pojednanie z bogiem
– to śmieszne…
Utul się we własnym cierpieniu
– stój i milcz…
To śmieszne
Płacz, aż smutek wypali
Cale Twe Potępienie…

Ssij truciznę rzeczywistości
Gnij wtrącony w mury kościelne…
Nie mów…   nie patrz…
Bądź jedynie nie zapisanym słowem  666 …

Psalm Ov Livia Khao’tsu

Byłabyś zbyt piękną, aby umrzeć w mych ramionach
Cóż począć, gdy ciało słabe i umysł zbyt chory
Nie można pragnąć ciepła
Gdy czuje się tylko chłód ciała
Chłód zmysłów, które marzą tylko o rozkoszy …

Cóż począć, gdy tylko ciało jest
Odzwierciedleniem zmysłów
Mam jedno pragnienie
Jeden umysł
Jedną rozkosz …

Być może tylko jestem Nicością
We mgle Twych Znaczeń
Nie mogąc nic począć –
Jestem tylko Nicością …

Nie mogąc pragnąć –
Jestem Niczym
A zarazem pępkiem Wszechświata ..
Bo czymże jest Nicość jak nie Wielkością całego
Mojego Świata
Mojego Jestestwa …

… Nie błądzę w Ciemnościach
Gdyż Noc moim domem jest
I schronieniem…
Wszystkie Kwiaty
Połyskujące srebrzystą barwą
Wskazują obraną już Drogę …

 Condemnation Part I  

Otwórz Księgę Swych myśli
Oni wszyscy tam są…
Tak jak w mojej pamięci,
W moich wspomnieniach
W Księdze Jedynego…
Na Zawsze…

Piekielna wizja Pojednania
To coś co rani…
W Przekleństwie trwamy
I aby zapomnieć o najważniejszym –
Zapominamy…

Zapominamy nurzać swe ciała
W rozkoszy i obłędzie,
Obłudnie zmieniając Swą twarz
Dla innych…

W Przekleństwie trwamy
I przestrzeń ta wokół Nas
Jest prawdziwa…
Jak wieczność ma klątwą
I Ogień w mych żyłach…

Znacząc symbole, wypowiadając zaklęcia
Przyzywam swym zmysłom
Rozkołysaną nienawiść
Wśród Zboża i Nasienia…

Spłodzony z grzechu
Wyzwolony z łańcuchów
Jak pies…    jak wilk…
Przechodzisz Płomienie
Tak aby ujrzeć własne oblicze…

Twym lustrem nie jest odbicie
Które tworzysz w swych myślach…

Płyń i używaj swych sił
Płyń i klnij
Będziesz osiągał ból…
Będziesz czuł…
Będziesz żył…


Temptation Ov Lost

Tak Zimno bez Ciebie
Tak pusto…
Tylko wspomnienia samotne
Pozostają w lustrzanym odbiciu…

Wytatuowana spojrzeniami
Przyodziewasz zapach tęsknoty,
Wiedziona wspomnieniami
Udajesz się nad rzekę,
Spowita cienką pajęczyną rozkoszy
Rzucasz zmysłowe uroki…
Czekasz…

Wszechobecne zegary okrutnie odmierzają czas,
Nie poddajesz się …
Z dumnym spojrzeniem
Uśmiechasz się do gwiazd,
Śnieg tak pięknie pachnie przeszłością…

Ta pokuta nie ma końca
Bez Twego oddechu
Bez Twego pożądania…

Nie mogę poradzić nic na to
Tylko wyschnięta rzeka czeka na mnie
Jeden jej brzeg tak samotny
Jak nierówna przestrzeń Bezkresu i Chaosu…

Tańczysz przy słowach
Istniejesz w Zaklęciach
Przy Tobie czuć smak myśli i zapach jaśminu…

Beznamiętny ten Czas
Jak gniew Czerwonej Róży,
Która w Twych ustach tylko odżywa…
Ta pokuta nie ma końca
Bez Twego oddechu
Bez Twego pożądania…

Pięknie jest egzystować
Po drugiej stronie lustra…
Tam tylko Czuć Twe Zaklęcia…
Tam tylko odnajdujemy Siebie…

Ta pokuta nie ma końca
Bez Twego oddechu
Bez Twego pożądania…

MarchManifesto   

Oto jest moja tajemnica …
To jest mój sekretny kraj …
Oto ja pośród wszystkich
Cudów Wszechświata stoję przed Wami
Z mym własnym Pożądaniem
Waszego Jestestwa…

Oto moje królestwo,
Które twierdzą mego piętna…
Oto mój tajemny świat
I słowa moje jak łzy
Odbijające światło
W Niebycie Waszego Świata…

Oto manifest grzechu mego …
Ukryty głęboko w krwawiącym sercu …
Choć schowany w oczach
I jadem przesiąknięty
Wylęgły na świat poprzez Noc…

Oto manifest grzechu – manifest kłamstw
I prawd wszelakich…
Pielęgnacja Dominacji nad światem
W milczeniu i klątwie Jesteśmy Wolni…

Pielęgnujemy swe piękno
Żyjąc tylko własnym życiem
Odnajdujemy Siebie i własną Nadzieję …

BloodSeedNation

Martwe znaki w płomiennych gwiazdach
Wiecznością i sercem …
Martwe symbole w poszukiwaniu
Prawdziwej wolności …

Nocą przytulasz swój popiół
I przesypujesz Swój Los
Z ręki do ręki …
Cały ten popiół jest tylko cząstką
Wielkiej Mocy
Nieodgadnionej …
Wyśnionej …

Ten Symbol pozwala przetrwać Noc
Pozwala żyć i kląć…
I cala Ta Siła Wiecznej Potęgi
Zostanie odnaleziona w Tobie …

Krew Sączy Narody
W upodleniu ich mózgów
Zgniły wylęgły Czar – wypędzają tylko Wiedźmy …
Nadejściem końca jest Wszechobecny Czas
Wszechobecny Chaos…

Ludzkość jest winna …
Ich człowieczeństwo poddane próbom
W Chaosie potęga a w Anarchii Życie …
Zburz ten mur upadłym symbolem,
Roztrzaskaj Witraże Wielu Znaczeń
I proroctwa wszelakie..
Jednostką bądź na firmamencie
Swych Własnych Znaczeń…

Condemnation Part II  

W spojrzeniach Waszych
Widzę ból istnienia …
Tak jak przekleństwo
Jawi się na Waszych twarzach …
Naznaczeni piętnem Chrystusa
Przez wieki całe
Podążacie ślepi ścieżką Niczyją…

W Was całe oszustwo
Tego marnego świata …
Bez gwiazd, bez prawdy
Bez wolności…

Prawdziwie ślepi
Nie odczuwacie nadziei
Na bezkresny horyzont
Prawdziwej wolności…

W obłudzie Wasz Dom i Dzień
I w prochu Ta Noc..

Sączycie krew
Przez zaciśnięte usta
I zapominacie
O przeznaczeniu…

Kto jest przeklęty ?
Ty , Oni  czy Ja ?
Kto jest przeklęty ?

Odpowiedz znajdziesz samotną
Wśród drogi
Wpół – czasie
Wpół – przestrzeni…

Cult Domination

Twe dłonie nie pragną kochać
Twe usta nie odczuwają słów
Twe oczy nie widzą gwiazd …
Twe łono to grzech i kłamstwo
Właśnie tam ukryte jest Potępienie…

Wypijmy o jeden kielich za dużo…
W Nich wspomnienia
Pachnące pierwszą Krwią…

Za Chwile Te !!!    – Pij !!!
Za Ten Czas   !!!   –  Pij !!!
Za Chaos…     !!!   –  Pij !!!

Jego Majestat pozwala odczuć
Prawdziwą barwę Nocy…
Ta pierwsza Noc
Ta pierwsza mgła…
I Dziewictwo zamienione w Krew…

Zanurzmy się w pragnieniu
Zanurzmy się w wolności
Gdzieś pośród róż
Które obsiewają Twój grób…

Zanurzmy się w pragnieniu
Zanurzmy się w wolności
O jeden kielich za dużo aby żyć…
O jeden kielich za dużo aby umrzeć…

Trwajmy wolni wciąż
Niezależni
Opętani i Niewinni w Prawdzie…

The LeviThan’Suite

Tu nie ma miejsca na dobro i zło
Tu tylko spustoszenie i niebyt…
Tu nie ma miejsca na miłość i litość
Tu tylko spustoszenie i niebyt…

Ból tylko i cierpienie
Prawdziwie pozwala czuć
Gdyż nie ma tu miejsca na nadzieję…

Opętany, potępiony, bosy
Stąpam przez płonącą krainę piękna
Tylko w oddali skowyt wilków…
Tylko w oddali oddech Twój…

Mgła nade mną
Deszcz i kolejny krok…
W oddali zostawiam pustą ziemię…
Błogosławieństwem może być  piekło…
Błogosławieństwem może być opętanie świtu…

Tam nikt nie jest do końca sobą…
Każdy płacz jest udawany
Każde cierpienie jest tylko namiastką
Prawdziwego cierpienia…
Stoję pośród gwiazd
I zlizuję z Nich
Boskość daną tylko Płonącym Aniołom…

Upadły, nagi, bosy
Pośród wielu słońc
Odnajduje własny smutek
I przyczynę końca…

 

Purgatory Beast

Oto Ja Jestem Bestią …
Oto Ja Jestem Tym Jedynym
Wybrańcem Czeluści
I posłańcem Prawdy…

Czyszczącą Siłą
Odnawiam Wszechświat
Buduję Porządek
Nowy Świat …

Oto Ja Jestem Bestią …
Zapisanym Znakiem
W Xiędze Khao’tsu
Popiół zostawię po sobie
I zamęt …
Gdyż Nicość me serce
Przepełnia dla Boga Krzyża …

Potępienie Płynie w mych Żyłach
Naznaczony Ogniem
Ogniem też Władam …
Gdyż Nicość me serce
Przepełnia dla Boga Krzyża …