Kategoria: Artykuły

LAAZ ROCKIT: Powrót legendy thrash metalu

 

Image

Powrót legendy thrash metalu

 

Powroty do łask thrashowych legend lat `80 to temat niezwykle aktualny, bo jak inaczej nazwać wydanie przez METALLICĘ albumu, który wskrzesił brzmienie zespołów z początków kariery? Ale nie oni sami zostali na polu bitwy. Także panowie z LÄÄZ ROCKIT wrócili do świata żywych i przyznać trzeba, że wyszło im to całkiem nieźle!

Image

Po tym jak w roku 2005 zespół ogłosił, że wyrusza w trasę koncertową, celem nagrania DVD uwieczniającego dotychczasowe dokonania (wydanego w roku następnym pod tytułem „Live Untold”), nikt jednak nie przypuszczał, iż całkowita reaktywacja kapeli nastąpi tak szybko, a już na pewno wydanie przez LÄÄZ ROCKIT nowego krążka było poza strefą marzeń. A jednak! Amerykanie dali wszystkim, którzy ich skreślili, solidnego kopa w dupę!

ImageOstatnia pozycja w dyskografii LÄÄZ ROCKIT – „Left For Dead”, to prawdę mówiąc najbardziej thrashowy tytuł ostatnich lat. Już pierwszy utwór z płyty, którym jest „Brain Wash”, szybki z zadziornym riffem, odwołuje się do starego grania i wszyscy sceptycy będą musieli podkulić ogon w geście uznania. Pomimo tylu lat spędzonych na scenie, nie ma tutaj mowy o odcinaniu kuponów od wcześniejszych dokonań. W stu procentach świeże pomysły użyte przez zespół odzwierciedlają znakomitą formę, w której LÄÄZ ROCKIT znajduje się pod koniec pierwszej dekady XXI-go wieku.

O świetności „Left For Dead” świadczyć mogą odważne plany koncertowe ekipy, które zakładają zaprezentowanie podczas występów większości nowego materiału, w przeciwieństwie do w ostatnim czasie wskrzeszanych „legend”, zapełniających swoją setlistę utworami sprzed lat.

Skoro już mowa o powrotach, należy wspomnieć o zespole TESTAMENT, który właśnie z chłopcami z LÄÄZ ROCKIT odegrał udaną trasę koncertową, która udowodniła światu, że thrash żyje i ma się dobrze! W planach obu thrashowych gigantów jest wydanie DVD, z zarejestrowanymi koncertami pochodzącymi z owej wspólnej trasy.

Gwoli ścisłości, pierwszy etap działalności LÄÄZ ROCKIT zakończył się w roku `89, kiedy basista Willy Lange starał się o zajęcie miejsca tragicznie zmarłego Cliffa Burtona. Gdy jednak basistą został Jason Newsted, Willy popadł w depresję, porzucając granie i oddając się sprawom osobistym.
Po drodze był jeszcze projekt Willy’ego pod szyldem DUBLIN DEATH PATROL, w skład którego weszli jeszcze Chuck Billy znany z TESTAMENT, były wokalista EXODUS – Steve Souza oraz kilku innych mało znanych muzyków. Grupa ta ma do tej pory na swoim koncie jedną płytę „DDP 4 Life”. Muzyka wykonywana przez ten projekt odbiega od dokonań muzyków w ich macierzystych zespołach. Jak twierdzą sami zainteresowani, we wspólnym graniu ze sobą odwołują się do swoich wczesnych inspiracji muzyką rockową spod znaku MOTORHEAD, UFO, SCORPIONS, THIN LIZZY.

Ale to już przeszłość (do której jednak warto wracać choćby ze względu na dokonania kapeli w pierwszym okresie aktywności). Teraz grupa LÄÄZ ROCKIT rozpoczęła swoje drugie życie, które już podczas pierwszego zderzenia z fanami obdarowało ich miażdżącą ilością ciężkiego i zabójczo szybkiego napieprzania.

[Jimbo]

Lääz Rockit, http://laazrockit.ning.com / www.myspace.com/thelaazrockit

ROTTING CHRIST: Jeźdźcy z Południa

 

Image

 

Jeźdźcy z Południa

Pochodzą z południa Europy, dokładnie z Grecji. Kraju, w którym niepodzielnie króluje muzyka narodowa. Jednak ROTTING CHRIST, bo o nich mowa, niewiele z muzyką gorącej Grecji ma wspólnego. A to za równo za sprawą swojego ciężkiego, siermiężnego jak średniowieczna zbroja brzmienia, jak i wyszukanego jak na Greków image`u.

Brygada, którą dowodzi Sakis pełniący w zespole rolę wokalisty oraz gitarzysty, w tekstach swoich utworów prezentuje starożytne, greckie wierzenia, które są w tej warstwie punktem wyjścia. Jak przystało na rodowitych Greków, utwory śpiewane są przez Sakisa w ojczystym języku.

W muzyce ROTTING CHRIST na próżno szukać inspiracji pochodzących od wojowników z krajów Nordów. Zespołowi przez okres swojej działalności udało się wypracować własny styl, choć droga do tego była niezwykle zawiła, poczynając od blackowego łojenia w stu procentach, po formę dzisiejszą, niezwykle melodyjną. Wszystko to okraszone technicznie sprawnym basistą, którego partie przy pierwszej próbie zapoznania z grupą cholernie mnie zaskoczyły. I było to pozytywne zaskoczenie.

Image ROTTING CHRIST, od roku pańskiego `87 czyli pierwszego roku swojego pobytu na ziemi, wydał dziewięć długogrających krążków. Ostatni z nich, „Theogonia”, pochodzący sprzed dwóch lat zawiera dziesięć utworów, które potrafią zmiażdżyć małżowiny uszne! Na uwagę zasługuje „Kervanos Kivernitos”, wyróżniający się pośród pozostałych utworów zawartych na krążku silnie zaznaczoną partią basisty, Andreasa. Album „Teogonia” można polecić fanom zadziornej sekcji rytmicznej, wyrafinowanych riffów oraz wokalu nie przypominającego wytaczanych w bój średniowiecznych armat.

 

[Jimbo]

Rotting Christ, www.rotting-christ.com / www.myspace.com/rottingchristabyss

Podziemie wczoraj i dziś czyli underground pierwotny oraz doby internetu

 

Image

 

Podziemie
wczoraj i dziś
czyli underground pierwotny
a underground XXI w i doby internetu

Internet to dobrodziejstwo:-). Jest obecny w każdej dziedzinie życia. W pracy, w domu, szkole. Dzięki internetowi jesteśmy globalną wioską, przez sieć robimy zakupy, uczymy się, podróżujemy, poznajemy ludzi, onanizujemy się. Internet wszystko wie, jest pojemny bez granic, ma nieograniczone możliwości.
Internet zmienił też świat muzyki, formy promocji, sposoby słuchania dźwięków, postrzeganie szaty graficznej płyt. Zmienił się także cały proces edukacji muzycznej, za którą kiedyś byli odpowiedzialny starsi koledzy, stacje radiowe i pisma muzyczne.
Za sprawą internetu metalowe podziemie również nie jest już takie samo…
Tzw. webziny i portale stały się bardziej poczytne niż pisemka papierowe, tradycja tape-tradingu wyszła z mody, nikt już nie smaruje znaczków, niezależne dystrybucje pokończyły działalność. Każdy zespół priorytetowo ma www, wiele kapel nawet nie fatyguje się, aby zrobić okładkę do swojego dema, bo i tak swoją muzykę rozsyła mailami. Ludzie kolekcjonują mp3, nie piszą już tradycyjnych listów, bo klepią na gg, nie xerują flyersów – jeszcze niedawno najlepszego nośnika informacji, wolą wysłać spam, tracą wzrok przed monitorem, wojują na forach i nawet nie wiadomo, kto pisze i gdzie ten ktoś mieszka. Tak jest teoretycznie łatwiej, szybciej, taniej.
Frazesy… Powie ktoś… Ale na 100% można założyć, że dla młodego pokolenia internautów i „zarazem fanów muzyki” opisywane zmiany i przeobrażenia brzmią abstrakcyjnie.
Jak to więc jest?!? Starzy, ortodoksyjni maniacy narzekają, że jakaś era w undergroundzie bezpowrotnie minęła… Mówią, że dawniej podziemie było elitarne, bardziej szczere, bezinteresowne – jeśli chodzi o zasady i współpracę, a i na pewno bardziej twórcze. Dziś nie trzeba iść do studia nagrań, aby zarejestrować materiał, nie trzeba rozsyłać promówek, nie trzeba też czekać pół orku na recenzje w zinie, bo można uderzyć do webzine`a. Wystarczy parę razy kliknąć… I niestety coraz częściej według podobnego mechanizmu jak niektórzy muzycy z kapel, postępują też edytorzy (uciekają w wirtualną przestrzeń) oraz słuchacze (czytają portale, wysprzedają płyty, bo zajmują dużo miejsca, odechciewa się im chodzenia na koncerty itp.).
Swoistą pamiątką po starych czasach niech jednak będzie pierwsze demo VADERa lub inne oryginalne wydania kultowych zespołów black metalowych, które na allegro osiągają bojońskie ceny… Cieszy więc ten ostatni akt sentymentu, że zwykła kaseta może być dzisiaj w cenie:-).

Skonfrontujmy…

TRADYCYJNY UNDERGROUND A PODZIEMIE DOBY INTERNETU
DAWNIEJ I TERAZ

FORMY KONTAKTU MIĘDZY UCZESTNIKAMI SCENY

listy – pisanie długich listów — maile – pisanie krótkich maili
smarowanie znaczków — bezkosztowo
działanie w podziemiu polskim — kontakt z cały światem
kontakt ze światem za pośrednictwem poczty polskiej (długi czas oczekiwania na odpowiedz)
— kontakt ze światem za pośrednictwem internetu (krótki czas oczekiwania na odpowiedz)
przyjaźnie między ludźmi — anonimowość i podejście na zasadzie „ubijmy interes”
osobiste spotkania np. na koncertach itp. — chat`owanie, gg

UNDERPRESS – TWORZENIE ZINE`A A TWORZENIE WEB-ZINE`A

xero — druk
dominacja xerowanych zine`ów — przewaga drukowanych magazynów
ziny pisane ręcznie / na maszynie / na komputerze — webziny, portale muzyczne
robienie pisma metodą „wyklejanki”
— profesjonalny skład, nieograniczony dostęp do grafiki w internecie
promowanie podziemia — pisanie o „nadzieniu”
recenzowanie demówek — recenzowanie płyt cd
założenie: „piszemy o tych zespołach, które są wg mnie wartościowe” — założenie:
„mogę zamieścić jakikolwiek news, bez względu na to, czy znam dany zespół”
zamieszczanie recenzji / wywiadów zamiast reklam — zamieszczanie bannerów / wymiana banderami z kimkolwiek
zamieszczanie artykułów promocyjnych itp. — zamieszczanie krótkich newsów
mógł to robić tylko ktoś, kto naprawdę znał się na muzyce (działało prawo samoselekcji)
— może to robić dosłownie każdy
subiektywizm — obiektywizm
zine jako produkt poszukiwany — przesyt formy i treści
mały nakład — brak nakładu (wskaźnik ilości wejść na stronę)
robienie wywiadów „na żywo” — robienie wywiadów przez gg

PROMOCJA WŁASNA ZESPOŁÓW

biografie i inne materiały promocyjne — strony www
flyersy — spamy
kasety demo — materiały zgrane na cd-r`ach
materiały do recenzji przysyłane na taśmach magnetofonowych itp. — materiały do recenzji przysyłane przez łącza elektroniczne lub umieszczane na www zespołu
domowe dane kontaktowe — adres email / numer gg / numer telefonu komórkowego
tradycyjna autorpezentacja  — nNowe formy autoprezentacji – single, teledyski itp.

PROMOCJA ZESPOŁÓW W PODZIEMNYCH MEDIACH

nieliczne oficjalne pisma muzyczne — ziny jako profesjonalne magazyny
wytwórnie wysyłają materiały promówki do zinów
— wytwórnie wysyłają materiały promo do web-zinów
zespół oczekuje na zamieszczenie recenzji niejednokrotnie kilka miesięcy — zespół oczekuje
na zamieszczenie recenzji bardzo krótko (często jest już w sieci na drugi dzień)
istnieją wiele podziemnych dystrybucji — istnieje coraz mniej podziemnych dystrybucji
promocja bezpłatna — reklama płatna
edytorzy samodzielnie wybierają zespoły, którym pomagają w promocji
— wytwórnie płytowe narzucają formy promocji dla swoich zespołów
powszechne kompilacje — płyty składankowe są niemodne
płyta to autonomiczny nośnik — płyty dołączane do pism jako gratis
(niczym szminka do „pani domu”: –))
audycje radiowe odpowiedzialne za edukacje muzyczną — listy przebojów z muzyką metalową

SŁUCHACZE – FANI – MANIAX

metal dla „elity” — metal dla każdego
metal trudno dostępny (w sklepach) — metal łatwo dostępny (w sieci)
tape-trading (wymienianie się nagraniami) — ściąganie mp3 (muzyka bez szaty graficznej)
kupowanie płyt  — ściąganie mp3 (muzyka bez szaty graficznej)
chodzenie na koncerty — oglądanie koncertów w internecie
chodzenie na koncerty zespołów podziemnych
— chodzenia na koncerty tylko dużych zespołów zagranicznych
czytają ziny w poszukiwaniu informacji  — serfują po sieci i nie wiedzą, czego szukają
głód muzyki — przesyt muzyki
płacą za to, czego potrzebują i z trudem do tego docierają
— nie płacą za nic, wszystko mają „pod ręką” za free
kupowanie demówek w podziemnych dystrybucjach — kupowanie płyt w Empikach
identyfikowanie się z subkulturą poprzez wygląd
— metalowiec wyglądający jak „przeciętny” obywatel

[Kasia]

CHRIST AGONY: Condemnation – polskie tłumaczenia tekstów utworów

 

CHRIST AGONY
„Conemnation” (CD, 2008, Rezor Prod.)

l_christ-agony_condemnation

 

polskie tłumaczenia tekstów utworów
autor: Cezar (CHRIST AGONY)
 Devil’s Invocation

W Potępieniu trwamy Serce oddając
Wciąż oddali … we krwi i strachu
Wciąż podążamy bez wiary
Bez namysłu trwamy …

Krew na mym sercu
Krew na mym sumieniu
W potępieniu oddaleni od świata
W potępieniu oddaleni od wiary …

W gardłach Waszych zastygł wstyd…
Płonący symbol wypala
W sercach nienawiść…

To Potępienie samotności
Umysłów i ciał…
I żadna rozkosz
Nie ukoi cierpienia i ran…

– nie podnoś dłoni w modlitwie
Nie wzywaj śladów Jego stóp
Nadaremno…
Nie kłaniaj się…  skulony Psie…

– to Potępienie jest w Tobie
Na nic się nie zda wołanie i krzyk…
Tak już stworzony z Nicości w Nicość
Kolejne popioły przesypują się
W Klepsydrze Cierpień…

Żadnego Światła
Jedynie Droga…

Celebrujesz pojednanie z bogiem
– to śmieszne…
Utul się we własnym cierpieniu
– stój i milcz…
To śmieszne
Płacz, aż smutek wypali
Cale Twe Potępienie…

Ssij truciznę rzeczywistości
Gnij wtrącony w mury kościelne…
Nie mów…   nie patrz…
Bądź jedynie nie zapisanym słowem  666 …

Psalm Ov Livia Khao’tsu

Byłabyś zbyt piękną, aby umrzeć w mych ramionach
Cóż począć, gdy ciało słabe i umysł zbyt chory
Nie można pragnąć ciepła
Gdy czuje się tylko chłód ciała
Chłód zmysłów, które marzą tylko o rozkoszy …

Cóż począć, gdy tylko ciało jest
Odzwierciedleniem zmysłów
Mam jedno pragnienie
Jeden umysł
Jedną rozkosz …

Być może tylko jestem Nicością
We mgle Twych Znaczeń
Nie mogąc nic począć –
Jestem tylko Nicością …

Nie mogąc pragnąć –
Jestem Niczym
A zarazem pępkiem Wszechświata ..
Bo czymże jest Nicość jak nie Wielkością całego
Mojego Świata
Mojego Jestestwa …

… Nie błądzę w Ciemnościach
Gdyż Noc moim domem jest
I schronieniem…
Wszystkie Kwiaty
Połyskujące srebrzystą barwą
Wskazują obraną już Drogę …

 Condemnation Part I  

Otwórz Księgę Swych myśli
Oni wszyscy tam są…
Tak jak w mojej pamięci,
W moich wspomnieniach
W Księdze Jedynego…
Na Zawsze…

Piekielna wizja Pojednania
To coś co rani…
W Przekleństwie trwamy
I aby zapomnieć o najważniejszym –
Zapominamy…

Zapominamy nurzać swe ciała
W rozkoszy i obłędzie,
Obłudnie zmieniając Swą twarz
Dla innych…

W Przekleństwie trwamy
I przestrzeń ta wokół Nas
Jest prawdziwa…
Jak wieczność ma klątwą
I Ogień w mych żyłach…

Znacząc symbole, wypowiadając zaklęcia
Przyzywam swym zmysłom
Rozkołysaną nienawiść
Wśród Zboża i Nasienia…

Spłodzony z grzechu
Wyzwolony z łańcuchów
Jak pies…    jak wilk…
Przechodzisz Płomienie
Tak aby ujrzeć własne oblicze…

Twym lustrem nie jest odbicie
Które tworzysz w swych myślach…

Płyń i używaj swych sił
Płyń i klnij
Będziesz osiągał ból…
Będziesz czuł…
Będziesz żył…


Temptation Ov Lost

Tak Zimno bez Ciebie
Tak pusto…
Tylko wspomnienia samotne
Pozostają w lustrzanym odbiciu…

Wytatuowana spojrzeniami
Przyodziewasz zapach tęsknoty,
Wiedziona wspomnieniami
Udajesz się nad rzekę,
Spowita cienką pajęczyną rozkoszy
Rzucasz zmysłowe uroki…
Czekasz…

Wszechobecne zegary okrutnie odmierzają czas,
Nie poddajesz się …
Z dumnym spojrzeniem
Uśmiechasz się do gwiazd,
Śnieg tak pięknie pachnie przeszłością…

Ta pokuta nie ma końca
Bez Twego oddechu
Bez Twego pożądania…

Nie mogę poradzić nic na to
Tylko wyschnięta rzeka czeka na mnie
Jeden jej brzeg tak samotny
Jak nierówna przestrzeń Bezkresu i Chaosu…

Tańczysz przy słowach
Istniejesz w Zaklęciach
Przy Tobie czuć smak myśli i zapach jaśminu…

Beznamiętny ten Czas
Jak gniew Czerwonej Róży,
Która w Twych ustach tylko odżywa…
Ta pokuta nie ma końca
Bez Twego oddechu
Bez Twego pożądania…

Pięknie jest egzystować
Po drugiej stronie lustra…
Tam tylko Czuć Twe Zaklęcia…
Tam tylko odnajdujemy Siebie…

Ta pokuta nie ma końca
Bez Twego oddechu
Bez Twego pożądania…

MarchManifesto   

Oto jest moja tajemnica …
To jest mój sekretny kraj …
Oto ja pośród wszystkich
Cudów Wszechświata stoję przed Wami
Z mym własnym Pożądaniem
Waszego Jestestwa…

Oto moje królestwo,
Które twierdzą mego piętna…
Oto mój tajemny świat
I słowa moje jak łzy
Odbijające światło
W Niebycie Waszego Świata…

Oto manifest grzechu mego …
Ukryty głęboko w krwawiącym sercu …
Choć schowany w oczach
I jadem przesiąknięty
Wylęgły na świat poprzez Noc…

Oto manifest grzechu – manifest kłamstw
I prawd wszelakich…
Pielęgnacja Dominacji nad światem
W milczeniu i klątwie Jesteśmy Wolni…

Pielęgnujemy swe piękno
Żyjąc tylko własnym życiem
Odnajdujemy Siebie i własną Nadzieję …

BloodSeedNation

Martwe znaki w płomiennych gwiazdach
Wiecznością i sercem …
Martwe symbole w poszukiwaniu
Prawdziwej wolności …

Nocą przytulasz swój popiół
I przesypujesz Swój Los
Z ręki do ręki …
Cały ten popiół jest tylko cząstką
Wielkiej Mocy
Nieodgadnionej …
Wyśnionej …

Ten Symbol pozwala przetrwać Noc
Pozwala żyć i kląć…
I cala Ta Siła Wiecznej Potęgi
Zostanie odnaleziona w Tobie …

Krew Sączy Narody
W upodleniu ich mózgów
Zgniły wylęgły Czar – wypędzają tylko Wiedźmy …
Nadejściem końca jest Wszechobecny Czas
Wszechobecny Chaos…

Ludzkość jest winna …
Ich człowieczeństwo poddane próbom
W Chaosie potęga a w Anarchii Życie …
Zburz ten mur upadłym symbolem,
Roztrzaskaj Witraże Wielu Znaczeń
I proroctwa wszelakie..
Jednostką bądź na firmamencie
Swych Własnych Znaczeń…

Condemnation Part II  

W spojrzeniach Waszych
Widzę ból istnienia …
Tak jak przekleństwo
Jawi się na Waszych twarzach …
Naznaczeni piętnem Chrystusa
Przez wieki całe
Podążacie ślepi ścieżką Niczyją…

W Was całe oszustwo
Tego marnego świata …
Bez gwiazd, bez prawdy
Bez wolności…

Prawdziwie ślepi
Nie odczuwacie nadziei
Na bezkresny horyzont
Prawdziwej wolności…

W obłudzie Wasz Dom i Dzień
I w prochu Ta Noc..

Sączycie krew
Przez zaciśnięte usta
I zapominacie
O przeznaczeniu…

Kto jest przeklęty ?
Ty , Oni  czy Ja ?
Kto jest przeklęty ?

Odpowiedz znajdziesz samotną
Wśród drogi
Wpół – czasie
Wpół – przestrzeni…

Cult Domination

Twe dłonie nie pragną kochać
Twe usta nie odczuwają słów
Twe oczy nie widzą gwiazd …
Twe łono to grzech i kłamstwo
Właśnie tam ukryte jest Potępienie…

Wypijmy o jeden kielich za dużo…
W Nich wspomnienia
Pachnące pierwszą Krwią…

Za Chwile Te !!!    – Pij !!!
Za Ten Czas   !!!   –  Pij !!!
Za Chaos…     !!!   –  Pij !!!

Jego Majestat pozwala odczuć
Prawdziwą barwę Nocy…
Ta pierwsza Noc
Ta pierwsza mgła…
I Dziewictwo zamienione w Krew…

Zanurzmy się w pragnieniu
Zanurzmy się w wolności
Gdzieś pośród róż
Które obsiewają Twój grób…

Zanurzmy się w pragnieniu
Zanurzmy się w wolności
O jeden kielich za dużo aby żyć…
O jeden kielich za dużo aby umrzeć…

Trwajmy wolni wciąż
Niezależni
Opętani i Niewinni w Prawdzie…

The LeviThan’Suite

Tu nie ma miejsca na dobro i zło
Tu tylko spustoszenie i niebyt…
Tu nie ma miejsca na miłość i litość
Tu tylko spustoszenie i niebyt…

Ból tylko i cierpienie
Prawdziwie pozwala czuć
Gdyż nie ma tu miejsca na nadzieję…

Opętany, potępiony, bosy
Stąpam przez płonącą krainę piękna
Tylko w oddali skowyt wilków…
Tylko w oddali oddech Twój…

Mgła nade mną
Deszcz i kolejny krok…
W oddali zostawiam pustą ziemię…
Błogosławieństwem może być  piekło…
Błogosławieństwem może być opętanie świtu…

Tam nikt nie jest do końca sobą…
Każdy płacz jest udawany
Każde cierpienie jest tylko namiastką
Prawdziwego cierpienia…
Stoję pośród gwiazd
I zlizuję z Nich
Boskość daną tylko Płonącym Aniołom…

Upadły, nagi, bosy
Pośród wielu słońc
Odnajduje własny smutek
I przyczynę końca…

 

Purgatory Beast

Oto Ja Jestem Bestią …
Oto Ja Jestem Tym Jedynym
Wybrańcem Czeluści
I posłańcem Prawdy…

Czyszczącą Siłą
Odnawiam Wszechświat
Buduję Porządek
Nowy Świat …

Oto Ja Jestem Bestią …
Zapisanym Znakiem
W Xiędze Khao’tsu
Popiół zostawię po sobie
I zamęt …
Gdyż Nicość me serce
Przepełnia dla Boga Krzyża …

Potępienie Płynie w mych Żyłach
Naznaczony Ogniem
Ogniem też Władam …
Gdyż Nicość me serce
Przepełnia dla Boga Krzyża …

Internet – nowa religia czy masowa zaraza?

Internet – nowa religia czy masowa zaraza?

Czasami myślę, że internet zawojował świat niczym chrześcijaństwo dwa tysiące lat temu. Zjawisko to ma miliony wyznawców, którzy nałogowo wręcz przeszukują gigabajty bzdur, aby dać zarobić tym, którzy wiedzą, czym tak naprawdę jest internet. Nasuwa mi się na myśl analogia ze sługami bożymi, lecz choć każdy wie, że kościół jest doskonałą maszynką do robienia pieniędzy, wydaje się, że nikt jeszcze nie odkrył tej prawidłowości względem internetu, który jak narkotyk uzależnia od siebie i pozbawia ogromnej ilości szarych komórek, o mamonie już nie wspominając…
Nie, nie napiszę tutaj nic odkrywczego. Ot, spostrzegłem kilka rzeczy, które wydają mi się bardzo bezsensowne, albo…

Każdy z nas zauważył, jak podziemie zachłysnęło się internetem z miejsca adaptując go jako wręcz najlepszy środek przekazu. Często zaśmiecając jeszcze bardziej to wysypisko. Tak, uważam internet za wysypisko wszelakich odpadów, pierdnięć małoletnich umysłów i naciąganych interesów. Każdy zapewne zauważył, że w całym tym bajzlu może 5%, może 10% to rzeczy godne uwagi. Reszta to śmieci, którymi zresztą zapchana jest nie tylko sieć, ale wszystko dookoła, począwszy od reklam, na stronach z gołymi pizdami i audiotele skończywszy.

Często siedząc w kafejce zastanawiam się, po jaką cholerę wymyślono takie debilstwo jak chat. Czy po to, aby fani Big Brother czytali jak to „Grzegorz na czacie unikał odpowiedzi na pytania dotyczące uczuć do Karoliny, a nawet stwierdził, że najbliższą mu kobietą była Manuela” (Angorka z 13 maja 2001 r.)? O matko… Przecież nikt tam nie jest sobą, a gdy widzę siedmiolatka wypisującego, że jest 25-letnią sexbombą, to boki bolą mnie od śmiechu. Nie widzę najmniejszego sensu, ani w udawaniu kogoś innego, ani tym bardziej w udzielaniu odpowiedzi na głupie pytania od głupich ludzi przez sztucznie lansowane, nic nie warte gwiazdki typu ludzi z domu Wielkiego Brata. I jakoś nie chce mi się wierzyć, że ten kto wpadł na pomysł chat`u, miał taki szczytny cel, żeby umożliwić ludziom bezpośrednią dyskusję nad „jakże ważnymi i mądrymi tematami”. Owszem, nie negowałbym tego typu rozwiązania, gdyby ludzie umieli je wykorzystać, ale skoro zaczęły się w to bawić dzieci udające dorosłych… Tak samo zresztą nie widzę sensu w płaceniu kilku złociszy, aby w kafejce zagrać sobie w Milionerów, co też zresztą można zrobić przez internet.

Oczywiście zgodzę się, że każdy ma inny system wartości i gdy dla mnie strony z mangą są po prostu śmieciem, dla innych strony z metalem mogą być tym samym. I czasem tak jest…

ImageNiestety, ale duża część stron opisujących zespoły metalowe, nie tylko z polskiego podziemia, przedstawia najwyżej taki sobie poziom. Często prócz biografii, paru zdjęć, logo i kilku słów o demówce nie ma nic na takiej stroniczce szumnie nazywanej official homepage. Często myślę sobie, po jaką cholerę błaźnić się taką stroną, kiedy zamiast przyciągać, odpycha ona potencjalnych zainteresowanych od danej kapeli. Na palcach można zliczyć naprawdę dobrze zrealizowane strony takich kapel jak np. BEHEMOTH czy MARILYN MANSON, gdzie znaleźć można masę wiadomości, zdjęć, plików mp3, teledysków czy też chociażby tekstów, wywiadów, wieści i innych takich. Takie strony świadczą o tym, że komuś jednak zależało, aby zrobić wrażenie, a tym samym w jakiś sposób przyciągnąć ludzi do danego zespołu. I chociaż najczęściej, w przypadku zespołów formatu MARILYN MANSON ma to podłoże finansowe czyli komercyjne, mi to nie przeszkadza. Wali mnie to. Przynajmniej można na czymś oko zawiesić. Promocja wielu kapel w sieci jest dumna, lecz mało warta. Ktoś powie: „właściwie u nas to wszystko jeszcze raczkuje, więc bądźmy cierpliwi i nie zestawiajmy od razu stron kapel podziemnych z witrynami takiego MANSONa”. Owszem, może i przesadziłem z tym MANSONem, ale porównajcie stronę ASGAARD, na której oprócz tekstów, zdjęć, biografii, news’ów, linków, opisów płyt (dwóch), recenzji, wywiadów, mp3 i ciekawej oprawy graficznej można znaleźć nawet wyjaśnienie znaczenia i pochodzenia nazwy zespołu; lub stronę LUX OCCULTA i VIA MISTICA ze stronami np. INSOMNII czy DREAM, które – co tu ukrywać – od strony wizualnej są niezbyt przyciągające, a i nie tak rozbudowane. I trzeba tu powiedzieć, że zarówno ASGAARD jak i DREAM mają po trzy materiały na swoim koncie (w tym momencie nieważne jak się je zwie: demo czy płytą).

Jak na razie wszyscy zachłysnęli się internetem i starają się, tak mi się wydaje, naprodukować jak najwięcej bezsensownych stroniczek, aby tylko pokazać, że oni też potrafią, że są cool. Pierdzę na to cool, skoro wchodząc na taką stronę nie wynoszę z niej nic więcej od tego, co już wiem z papierowej biografii. Czy to jest śmieszne? Jeszcze przed chwilą myślałem, że tak, ale teraz, gdy to piszę, myślę, że jest to co najmniej powód do zastanowienia się dla niektórych webmasterów. Albo powód do płaczu…

Wiele też słyszałem narzekań na polskie ziny internetowe. Większość zarzutów dotyczyła albo napuszonego tonu wylewającego się ze stron tych webzinów, albo dyletanctwa i nieznajomości podstawowych rzeczy związanych z metalem, podziemiem, robieniem zina przez młodzików i tym większym ich oburzeniem na krytykę (w skrajnych przypadkach kończących się na zbluzganiu krytykującej – tak się składa, że powszechnie uznanej w podziemiu – osoby). Są też tacy, którzy twierdzą, że ziny internetowe wypaczają pojęcie zina jako gazetki promującej takie młode zespoły, „które nie nagrywają co roku płyty i nie stać ich na pakiety promocyjne dla firm (…)”. Tymczasem te „ziny zamieszczają wywiady z DARK FUNERAL, VITAL REMAINS, SATYRICON, VADER. Te zespoły można znaleźć w co drugim oficjalnym periodyku, więc owe ziny internetowe powinny całkowicie zająć się rynkiem oficjalnym, a nie rżnąć głupa w podziemiu, co to oni nie potrafią.
Tak, takie dochodzą mnie słuchy, więc raczej nie żałuję, że do tej pory nie odwiedziłem żadnego z tych inter-zinów, choć zapewne kilka z nich nie pasuje pod żadnym względem do owych zarzutów. Dlatego też bez nazw, aby nie wywyższać, ani nie poniżać tych, którzy na to nie zasługują, tym bardziej, że takie dochodzą mnie tylko słuchy i sam tego nie sprawdziłem i nie sprawdzę. Wolę papierowe ziny i muszę się przyznać, że nawet te periodyki, które egzystują w obydwóch tych formach, znam tylko z tej makulaturowej wersji. Ale nie sądzę, aby taka „Magivanga” czy „Horna” zasłużyły sobie kiedykolwiek na bluzgi. Są zbyt dobre w tym, co robią, a i ludzie je tworzący pod kopułką mają poustawiane. Zresztą ja nie słyszałem żadnego złego słowa na ich temat. Ale co sądzić o innych, skoro znajomi podsyłają mi wycinki z różnych zinów, które mówią same za siebie. Oto fragment jednego z takich e-maili. „Poczytaj sobie Paweł te internetowe ziny, to już w ogóle koszmar. Napisz w księdze gości, że to syf, a kolesie cię zrugają, że jak się nie podoba, to zamknij mordę i wypierdalaj, albo sam coś zrób hehe… Polecam Wyrocznię, syf jakich mało, a goście mają o sobie takie pojecie, ze gacie opadają (http;//www.wyrocznia-zine.prv.pl)”.

Skoro wymieniam wady internetu, powinienem też wymienić jego zalety. Tak, niezaprzeczalnie internet ma swoje zalety. Błogosławieństwem jest dla mnie poczta elektroniczna. Obecnie w większości z niej korzystam. Właśnie to uważam za największą zaletę internetu. Dla mnie najważniejsze jest to, że jest ona tańsza od tradycyjnej. W przeciągu pół godziny mogę wysłać w kafejce wszystkie przygotowane w domu e-maile i napisać jeszcze kilka słów do kogoś na miejscu. Drugą zaletą związaną z e-mail jest szybkość internetu (choć nie zawsze, raz wszedłem na internet u kumpla w domu przez zwykłą sieć telefoniczną, w ciągu pół godziny otworzyliśmy tylko jedną marną stronkę…) – w „gardłowych” sprawach jest ona nieoceniona. Trzecią istotną rzeczą jest także łatwość dostępu i jeśli ma się tylko odpowiednie adresy, to grzebanie po internecie może okazać się nader owocne. Co prawda czasem można znieść jajko, gdy wchodzi się na jakąś zagraniczną stronę (np. do tej pory nie udało mi się wejść na stronę zespołu DEVILEECH z Portugalii).

No i na koniec wymienię jednak dostęp do różnych materiałów. Faktem jest, że chodząc po stronach internetowych najczęściej mam tylko korzyści w postaci paru jpg`ów akurat potrzebnych mi do zina. Przyznam więc, że mam teraz o wiele mniej rzeczy do skanowania. Jednak te zalety nie zmienią mojego zdania o internecie jako całości. Jest to śmietnik, w którym jednak, gdy się wie, czego szukać, można znaleźć coś konkretnego.

No cóż, użytkownikiem sieci jestem od niedawna, a już mam o niej tak złe zdanie. Ale czy staż ma tu jakiekolwiek znaczenie???

[Paweł]

KAT: Uwaga! Sataniczny, groźny i bardzo zły KAT!


Uwaga! Sataniczny, groźny i bardzo zły KAT!

 

Niektóre polskie zespoły muzyczne zaczęły się specjalizować w gatunku muzyki wywodzącej się od rocka, na przykład w heavy metalu i black metalu. Najważniejszym z nich był zespół „KAT” z Katowic, laureat Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie w 1984 roku. Właściwie ten zespół, wzorem zachodnich, zaczął propagować sceny satanistyczne w trakcie występów. Teksty piosenek, czarne stroje muzyków, ekrany z symbolami satanistycznymi, trupie czaszki, petardy, świece dymne itp. oraz niezwykle głośna muzyka – sprawiają rzeczywiście piekielne wrażenie. Od początku 1985 roku zaczęły działać fan-kluby tego zespołu. Rozpoczęto także omawiać elementy satanizmu, który szczególnie wśród młodzieży stał się popularny. Wokalista i ideolog grupy – Roman Kostrzewski jest autorem takich utworów tekstów satanistycznych jak np.: „Noce Szatana”, „Diabelski dom”, „Czas Zemsty”, „Trzy szóstki”, „Metal i piekło”, „Czarne zastępy”, „Morderca”, „Masz mnie wampirze” i „Wyrocznia”, które wyrażają dążenia realizacji katechizmu satanistycznego zawartego w „Czarnej Biblii” oraz zapowiedź nadejścia „Czasu Zemsty”. Nie ulega wątpliwości, że twórczość R. Kostrzewskiego pozostaje pod wrażeniem tej książki. Natomiast drugi nurt tej twórczości związany jest z dążeniem do niczym nie krępowanej młodzieńczej swobody, przemieszania przemocy i perwersji seksualnej, wyobrażeniami świata piekielnego i jego „herosów”, a przede wszystkim na rytuałach i obrzędowości satanistycznej zgodnie z regułą La Vey`a. Zatem w piosenkach często nawiązuje się do tych elementów, np:

 

Image„Daję ci właściwy klucz
Diabelskiego domu skarb
Kamień z procy Antychrysta.
Spójrz na wielki czarny ołtarz
Kiedyś leżała na nim twoja matka
Wiedźma.
Rzuciła seks,
Wolność, zemstę i pieniądz”.


W kwietniu 1986 roku na Festiwalu Muzyki Heavy-Metal „Metalmania 86” w Katowicach zespół „KAT” po raz pierwszy zaprezentował na scenie show muzyczny, który odczytano jako „Czarną Mszę”. Powtórzenie tego spektaklu nastąpiło 3l lipca 1986 roku na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie.

 

[fragment książki (pisownia oryginalna) pt. „Od hippisów do satanistów” autorstwa
kryminologa, policjanta i nauczyciela akademickiego Jerzego Wójcika, Kraków 1992]

Heavymetalowcem być…


Heavymetalowcem być…

ImageTak wyglądasz:


Dżinsowe lub czarne skórzane kurtki, dżinsowe spodnie z licznie naszytymi łatkami i kamizelki z naszytymi lub wpiętymi nazwami i emblematami ulubionych zespołów, długie blond włosy oraz ozdoby w postaci wisiorków, pasów, rękawic nabijanych ćwiekami – oto klasyczna już sylwetka fana muzyki heavy metal, czyli heavymetalowca lub po prostu metalowca.

Tak się zachowujesz:

Przed koncertami swoich ulubionych zespołów heavymetalowcy tworzą większe grupy i przechadzają się przed budynkiem. Kilku młodych ludzi inicjuje okrzyki „heavy metal” lub nazwę ulubionego zespołu. Okrzyki te skanduje reszta grupy. W czasie koncertu starają się stać jak najbliżej sceny. W rytm granych utworów żywo reagują podnosząc ręce i wymachując nimi. Poddają się soliście, który jak gdyby nimi dyryguje.
Takie zachowanie cechuje satanistów, fanów muzyki black-metal, devil-metal, thrash-metal itp., którzy wymachują pięściami ułożonymi tak, że mały i wskazujący palec imitują rogi diabła. Heavymetalowcy i sataniści krzyczą i wrzeszczą w takt muzyki wyrażając najwyższą radość, uniesienie, a nawet ekstazę. Stanowi to dowód całkowitej więzi fanów z solistą lub ulubioną kapelą.

Zdaniem specjalisty:

Wygląd zewnętrzny, muzyczne zamiłowania oraz brak ideologii w zasadzie stawiały metalowców w rzędzie dość spokojnych ugrupowań |młodzieżowych. Zadymy przed salami koncertowymi przypisywane są najczęściej skinom, punkom i chuliganom. Jednakże na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych socjolodzy i kryminolodzy musieli zmienić zdanie. Nasiliły się różnego rodzaju utarczki między fanami poszczególnych zespołów heavy-metalowych, narasta także agresywne i chuligańskie zachowanie członków tej podkultury.

Twoim zdaniem:

Z aktualnego rozpoznania tej podkultury wynika, że narastają także „zadymy” między samymi metalowcami, fanami różnych zespołów. Wyniki sondażu przeprowadzonego przez autora wśród nieletnich metalowców (w wieku od 15 do 17 lat) wskazują jednak na to że:

– fanowie metalu negują zachowania agresywne,
– jako uczestnicy koncertów muzyki metalowej nie pozwalają nawet, by komuś szalejącemu w tzw. „młynie” stała się jakakolwiek krzywda,
– dzięki uczestniczeniu w koncertach mogą świetnie się bawić, pozbyć się nadmiaru energii i agresji, przez to nie muszą dewastować różnych przedmiotów lub poszukiwać innych przygód,
– muzycy w czasie prób i koncertów także przeżywają wiele emocji i pożytecznie spędzają czas.

 

[fragmenty książki (pisownia oryginalna) pt. „Do hippisów do satanistów” autorstwa
kryminologa, policjanta i nauczyciela akademickiego Jerzego Wójcika, Kraków 1992]

Podziemie wczoraj i dziś (ankieta)

Image

Podziemie wczoraj i dziś
czyli underground pierwotny
a underground XXI w i doby internetu

Być może zagadnienie metalu w sieci (korzyści i zagrożenia) jest już trochę oklepane, jednak wciąż budzi wiele emocji… Zawsze wypada spojrzeć na to przemiany szerzej. O kształcie metalowego undergroundu XXI wieku, undergroundzie doby internetu i wypowiadają się osoby związane z podziemiem: członkowie zespołów, twórcy zinów, organizatorzy koncertów i „zwykli” słuchacze…

Image

 

Sabian – DARK HAMSTERS:
„Muzyka budzi w sercu pragnienie dobrych czynów” – Pitagoras
O ściąganiu muzyki za pomocą internetu napisano już chyba wszystko. To nie kolejny manifest przeciwko naszym kochanym „mp3”, tylko wewnętrzny głos sumienia. Dla wielu z Was magia muzyki zamyka się w folderze „P2P”. A przecież to tak ograniczona forma przekazu, nie do końca odzwierciedlająca to, co jest w stanie sobą reprezentować normalny, zwykły, realny album. Ginie gdzieś cała i niepowtarzalna otoczka. Zapach wkładki przejmuje „jpg”, a „CD” służy za podstawkę pod kawę na naszym biurku. Na „twardzielu” ciasno od setek zapełnionych folderów, aż dziw, że działa jeszcze wentylacja.
Szkoda, że padają kolejne knajpy z szeroko pojętą muzyką rockową. Niestety choroba dosięga także sklepy z płytami. Wiele komisów muzycznych, które dla wielu z nas są skarbnicą różnych, ciekawych i zakręconych płyt. Przestało niedawno istnieć. Możemy to sobie tłumaczyć na wiele sposobów. Ceny płyt, owszem, ciągle rosną, ale jeśli rozsądnie się rozejrzymy, gdzieniegdzie kupimy je za naprawdę małe pieniądze. Na krążek naszych idoli zawsze możemy odłożyć kilka groszy. Ok – szarpnę się i nie wypije „dzbana” w piątkowy wieczór. Poświęcenie? Ofiara? Czy zdrowa wątroba? Wybór należy do Was…
Powoli nikną szanse na to, że pojawią się następcy tych, którzy powoli opuszczają scenę. Dajmy szansę tym młodym artystom, którzy naprawdę wypruwają sobie żyły, by dać nam to, czego my pragniemy. A nie zapominajmy, że jesteśmy coraz bardziej wymagający. Kiedyś wystarczyła sama muzyka. Dziś niestety jest to za mało…
Oczywiście internet daje nam różne możliwości i szerokie pole reklamowe. Jednakże wszystko powoli wymyka się spod kontroli. W historii pojawił się kolejny krwawy okres. Nosi on nazwę: „Kto ściągnie najwięcej albumów”; odsłona druga: „Kto przesłucha choćby połowę z nich”…
Chcecie zabić muzykę? Proszę bardzo…
Prawdą jest, że nie wszystko da się kupić w naszych sklepach. Fakt – czasami chcemy sprawdzić, czy warto kupić. Ryzyko warto podjąć choćby dla samego siebie. Nie niszczmy tego, co zostało nam dane. Korzystajmy z techniki mądrze, a równocześnie dbajmy o to, żeby nie zginęła muzyczna tradycja.


Skowron – Born To Die `webzine & `zine:

Dłuuuuugie listy?! Przyznam szczerze, że nie byłem i chyba nie będę dobry w pisaniu słusznej długości liściorów. Przez ten cały wynalazek i dziedzictwo myśli ludziej, jakim bez wątpienia jest komputer, ciężko mi napisać jedno, rozbudowane zdanie, aby nie poczuć bólu w nadgarstku i nie złapać się chociaż raz na uporczywym szukaniu klawisza „backspace”, co by skorygować swoją myśl przelaną na karteluszek białego papieru:-). Śmieszne, ale jak najbardziej prawdziwe i chyba większość z nas dziś tak ma. Nałóg, przyzwyczajenie, lenistwo, technologiczna rewolucja w domu niemal każdego Polaka? Pewnie wszystko po trochu i każde z osobna. Właściwie nie wiedzę nic złego w korzystaniu z tak sprytnej maszyny opartej na technologii ciągów zer i jedynek. Oczywiście, pozostając ciągle przy temacie korespondencji, wszystko ma swoje plusy i minusy. Pisanie ręczne generalnie było nie do obejścia w czasach tak często przez wszystkich wspominanych, czyli nazwijmy to umownie „w starym podziemiu”. No bo niby jak odpalić Worda kiedy w domciu komputerka „niet”, jak wysłać meilika, kiedy nikt wtedy, przynajmniej u nas, nie miał pojęcia, co to w ogóle jest. Kto w ogóle miał takie cudo w domu? Nie ukrywam, że o wiele bardziej leży mi wysyłanie elektronicznej korespondencji, zamiast bieganie na pocztę z każdym listem, choćby tym najkrótszym. Rzecz jasna w kilku aspektach tak poczciwa instytucja jak Poczta Polska jest ciągle niezastąpiona, ale to już temat na inne rozważania. Są też persony, z którymi wciąż utrzymuję tradycyjną korespondencję, ale chyba głównie dlatego, iż nie da się utrzymać kontaktu w inny sposób. Wszystko ma swój urok, lizanie znaczków również, tylko po co, kiedy komuś nadarza się możliwość robienia czegoś w inny, a nie koniecznie cholernie odległy sposób? Nie ma znaczenia, czy maile są krótkie, czy rozpasane w treści. W ciągu dnia można wymienić z drugą osobą kilkaset zdań w oddzielnych mailach na zasadzie konkretne pytanie – konkretna odpowiedź, jeżeli są chęci i czas na ślęczenie przed monitorem. Czas – to właśnie czas jest tu taką główną kartą przetargową. No chyba nie jest tajemnicą, że list, nawet priorytetowy, potrafi wędrować po naszym pięknym kurwidołgu długie tygodnie, zanim dotrze do adresata oddalonego zaledwie o kilkanaście, czy kilkadziesiąt kilometrów od nadawcy. Jeżeli komuś zależy na w miarę płynnym i szybkim obczajeniu niezbędnych i ważnych kwestii (pomijając taki wynalazek jak telefon), poczta elektroniczna jest jak znalazł. Szybciej, pewnie taniej i wcale nie mniej przyjemnie. Oczekiwanie? Nie jest przecież powiedziane, że na wysłanego maila już zaraz, za chwilę dostaniemy odpowiedź. Tu też bywa różnie, więc bez większych różnic. Anonimowość zdecydowanie jest większa po stronie netu, bo tu generalnie oprócz nicku nie wiemy o drugiej osobie zupełnie nic, a przy tradycyjnych listach jest przynajmniej jakiś tradycyjny namiar. Tyle że jeżeli ktoś ma coś konkretnego do przekazania, to rezydując na co dzień w cybernetycznej przestrzeni, będzie dla odpowiednich osób jak najbardziej znaną personą, więc na dwoje babka wróżyła.

Pewnie, rip off to raczej zjawisko częstsze w necie niż w tradycyjnych kontaktach międzyludzkich.
Spotkania na koncertach… Czy trzeba komuś tłumaczyć, że spotkanie starych mord na jakimś koncertowym spędzie po miesiącach, po latach i oklepywanie się po plecach plus jakiś bronx to rzecz… hmmm… domyślcie się sami:-).
Chat`owanie i gg generalnie jest do dupy, a przynajmniej ja staram się tego unikać.
Ziny? Wolę papier, zdecydowanie papier! Tego osiągnięcia myśli ludzkiej w zinoróbstwie nie można i nie da się niczym zastąpić. Trudno sobie wyobrazić toczenie klocka na kibelku bez zapachu papieru trzymanego w łapskach. A przecież nie sposób zabrać ze sobą do zacnego miejsca dłuższego posiedzenia całego PeCeTa… Laptopik to małe, elektroniczne gówienko, które spokojnie zmieści się na kolanach, ale jakoś mi to nie pasuje do takiego konkretnego miejsca jak WC i działa niekorzystnie na zwieracze. Wszystko mi jedno, czy jest to xero czy coś bardziej w tonie profesjonalnego wydruku, aby tylko trzymało fason. Pamiętam, jak mniej więcej przy „czwórce” czy „piątce” „Born To Die” ludziska zarzucali nam, że mamy bogatych rodziców, skoro stać nas na zabawki do porządnego wydruku. Było to już samo w sobie chuja wartym mieleniem jęzorem, bo wystarczyła najtańsza laseróweczka i można było coś robić. Bo dziś mamy taką tendencję, że mało komu chce się biegać na xero, uderzając z buta do pierwszej lepszej drukarni. Maszyna do pisania, to już zupełny zabytek, z wyklejankami robi się powoli historia i tak na szybkiego ciężko skojarzyć pisemko robione właśnie w ten sposób. Nawet Adaś z „Necroscope`a” robi szmatę w bardziej komputerowy sposób. Jak ten świat się zmienia! To samo tyczy się jebanego Istna, od którego chwilami chciało mi się już rzygać. Okazało się, że posiadanie zupełnie darmowego, nie mającego wiele wspólnego z oficjalnym wydawnictwem numerka, jest solą dla niemal całego underku. Samo jego posiadanie nie umożliwia nam wpychania naszej szmaty na Empik’owe półki. Ale co się dzieje?! Ileż to osób zwraca się do mnie z pytaniem, skąd wziąć ten cholerny, przecież stanowiący skazę na podziemnej prasie numer ISSN? Cóż za paranoja i przewrotność ludzkiego rodzaju. Czyż to doumienie, czy może zmiana poglądu na własne i kolegów dokonania?
Witryny www, webziny czy co tam innego to akurat niemal ta sama sytuacja, co postępująca komputeryzacja twórców papierowych odsłon. Dziś jeszcze większość wzbrania się przed tym jak diabeł przed święconą wodą, ale dajmy temu jeszcze jakiś czas… Ludzie zapomną o swoich oporach, tudzież oswoją się z netem i zapragną spróbować edytorki w cyberprzestrzeni. Już dziś część pisemek z branży, do tej pory ukazujących się tylko w papierowej wersji, ma na necie swoją witrynę. Może jeszcze nie w postaci typowego webzina, ale zawsze. To kwestia czasu i tyle. Wszystko rozbija się o to, aby chce się robić coś w miarę dobrze i faktycznie wspierać ukochany hałas, zamiast kultywować kolekcjonerską żądzę zbierania promosków.
„Born To Die” to ciągle papier i choć ukazuje się nieregularnie, to taktuję to jako priorytet. Witryna jest formą szybszej komunikacji pomiędzy przynajmniej mną a zespołami, labels i ludźmi. Ułatwia mi to szybsze publikowanie własnych wypocin itp. I tylko tak należy to rozpatrywać. „Born To Die” to również głównie podziemie, a że dziś mało kto wypuszcza swoje materiały na zapomnianym nośniku jakim jest kaseta, więc do opisu lecą przede wszystkim Cdr czy profesjonalnie wydane Cds. Nie ukrywam, że czasem coś wpadnie na starym nośniku i miska mi się cieszy choćby dlatego, że kiedyś nie było srebrnych krążków tylko „tapy”. Każdy band, lepszy czy gorszy, a nawet zupełnie chujowy zasługuję na skreślenie chociażby jednego zdania na jego temat. Nikt nikomu nie każe słuchać miernoty bez opamiętania, ale skoro ktoś coś podesłał, to chyba należy się tak czy inaczej zrewanżować. Nie podoba się, to tak piszę. Coś mnie jara, to lecą peany. No przecież na tym to polega. Zawsze staram się pisać subiektywnie, bo to co mi się podoba, nie musi podobać się innym. Tak jak ciężko dziś o 100%-ową oryginalność, tak nie można pisać, że wszystko jest do dupy, bo już ktoś kiedy coś podobnego nagrał. To czy dany band jest wart jakiegokolwiek zachodu, określi szersze audytorium. Taka muzyczna samoselekcja. Odwieczne prawo i chyba jedynie słuszne. Zresztą tyczy się to również undergroundowych pisarzy. Jedni mają swoich stałych czytelników, innych ciągle mieszają z gównem, jedni coś zaczynają, a inni właśnie kończą. Nie wszystko i nie wszystkim musi to i coś w danej chwili podchodzić. Najważniejsze, aby nawet zupełnie gówniana recka była chociaż trochę szczera, nie oparta na koleżeńskich znajomościach, układach i układzikach.
Żadna forma obciągania mp3 i im podobnych plików do odsłuchu i ewentualnego opisu w moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Taki ze mnie człek, co to swoje zasady ma. Albo tradycyjne promo, ale nici ze współpracy. Ni w chuj mi to nie pasuje do przyjemnego pałaszowania dźwiękowych wypieków, a tym bardziej nie poprawia mi to smaku przy delektowaniu się, czy normalnym odsłuchu muzy poszczególnych załóg. Może być kasetka, CDR czy CD, aby dało się odpalić w moim pożeraczu.
Zine papierowy to zdecydowanie produkt poszukiwany. I z racji tego, iż z papierowymi pismakami jest różnie, a net jest już niemal pod strzechą praktycznie niemal każdego człowieka (nie mam na myśli generalizowania), to i zespołom udziela się internetowa mania promowania własnej twórczości. Przyczyna pewnie identyczna co w przypadku twórców witryn www i mailowej korespondencji – jest szybciej i w większych ilościach.
Ja osobiście nie wyobrażam sobie promocji bez tradycyjnych flyersów. Zawsze, od kiedy podziemie stało się częścią „mojego żywota”, zalegały one na moich półeczkach. Ich los wydaje się być delikatnie przesądzony, bo biorąc na wagę to, co zapychało koperty z materiałami promo jeszcze kilka lat wstecz, a tym co znajduje się w przesyłce obecnie, jest nieporównywalnie mniejsza. Chyba same kapele nie do końca na chwilę obecną wierzą akurat w taką właśnie formę rozpowszechniania loga z własnymi „wypocinami”. Szkoda, ale wypada się do tego przyzwyczaić.

 

Wasiu – Pestilent Death `zine, ex Eternal Death `zine:

 

Jeśli chodzi o kontakt z osobami z podziemnego świata metalowego, to niewątpliwie internet go ułatwia, dzięki swoim szerokim możliwościom dotarcia do ludzi na całym świecie. Oczywiście pisanie listów ma swój klimat i urok, ale chuj mnie strzela, kiedy muszę tygodniami czekać na list wysłany do mnie przez kogoś (bo tak działa poczta polska), a czasami nawet go nie dostaję, bo zainteresował się nim jakiś fagas w tym ukochanym przez mnie urzędzie.
Co do przyjaźni internetowych, to na pewno nie zastąpią one osobistych kontaktów między ludźmi, wspólnych wypadów na koncerty czy spotkań przy piwie i dobrej metalowej muzie. Także chat`y i wszystkie inne gg powinny być jedynie jakimś tam uzupełnieniem, które nie może odcinać nas od rzeczywistości.
Zdecydowanie popieram papierowe pisarstwo, a większość jebzinów niech niebiosa jaśniste pochłoną. Takich, które mają coś do przekazania, są w tym szczere i nie robią chujni z grzybnią, jest naprawdę garstka. Większość webzinów ma tyle wspólnego z podziemiem co „Jezioro Łabędzie” z „Altars Of Madness”. Ponadto papierzaka nie jest w stanie zrobić każdy, gdyż do tego trzeba chęci, zapału i przede wszystkim znajomości tematu. Natomiast webzina może zrobić nawet dziecko z podstawówki i pisać o dupie Maryny. Poza tym papierowego zina można zabrać ze sobą do klopa i uprzyjemniać sobie ten czas zadumy w kiblu. A laptopa nie posiadam, więc kompa do kibla nie zabiorę. Tak więc różnica jest ogromna:-).
Co się tyczy promocji własnej zespołów, to chyba jednak internet obecnie bardziej trafia do ludzi. Jeśli chodzi o zamieszczanie wszelkich informacji o działalności kapel, to popieram to w całej okazałości. Jestem natomiast przeciwnikiem mp3, dlatego jak tylko dana grupa proponuje mi do recenzji materiał w tej formie (najlepiej żebym se go ściągnął z ich strony), to nagła krew mnie zalewa. Godzę się na to tylko w skrajnych przypadkach, gdy naprawdę zależy mi na recenzji danego zespołu, a płytki nie zdobędę inaczej, jak tylko w formacie mp3. Ale są to naprawdę wyjątki.
Zawsze lubiłem dostawać fleyersy i nadal lubię tą formę promocji, dlatego zawsze się cieszę, gdy z paczki, którą otrzymuję, wysypuje mi się tona kolorowych lub czarno-białych kartek. Co do danych kontaktowych umieszczanych przez kapele, to zarówno tradycyjny, domowy adres, jak i wszelkie maile, nr gg itp. są mile widziane.
Jeśli chodzi o samych metalowców, to jest z nimi różnie. W obecnych czasach nieco się to towarzystwo „zepsuło”. Nie są dla nich ważne koncerty (no chyba że przyjeżdża VADER lub BEHEMOTH), na które przychodzi niekiedy garstka ludzi, którzy dzielą się na tych aktywnych i tych bojących się, że im ściany na łeb spadną i trzeba je podeprzeć. W dobie internetu dla wielu branie udziału w koncertach na żywo jest po prostu stratą czasu. Lepiej ściągnąć sobie jakiś z netu, usiąść wygodnie w foteliku i oglądać popijając ciepłą herbatkę. Niestety jest to częstym zjawiskiem i nie wiem, czy kiedykolwiek się to zmieni. Ja w to szczerze wątpię. Ponadto jeśli ktoś okrzykuje siebie zapalonym metalowcem, a w niedzielę zapierdziela do kościoła czy leci pokornie na pielgrzymki, to po prostu mózg mi się lasuje. A kilka takich przypadków znam.
Co do samej muzyki, to zdecydowanie jestem fanem podziemia. Nie kupuje płyt w Empikach (no chyba, że bardzo mi na czymś zależy), ale głównie w undergroundowych dystrybucjach, gdyż jest tam zdecydowanie więcej wartościowej i szczerej muzy, no i oczywiście za przystępną cenę. Bardzo często wolę posłuchać materiałów z kiepskim brzmieniem, ale z zajebistą muzą, niż tych dopieszczonych, ale nie prezentujących kompletnie niczego.
Podsumowując, wiek XXI także w muzyce metalowej rządzi się swoimi prawami i nic już tego nie zmieni. Oczywiście lata `80 czy `90 miały swój unikalny klimat i dla wielu starych maniaków jest on nadal czymś bardzo ważnym. Ale wszystko idzie do przodu i trzeba umieć pogodzić jedno z drugim.

 

Marcin Czarnota – fan, organizator koncertów, ex CREMASTER prom.:

 

Internet ani dobry, ani zły czyli o metalu w sieci niekoniecznie negatywnie…
Bez wątpienia rozwój internetu znacząco wpłynął praktycznie na każdą dziedzinę naszego życia, nie omijając oczywiście także muzyki metalowej. Sporo osób związanych z podziemiem negatywnie odbiera to zjawisko, wieszając psy na obecnej scenie i z sentymentem wspominając dawne czasy. I trudno się temu dziwić. Ale czy obecna, nienajlepsza kondycja metalowej muzy aż tak bardzo jest wynikiem rozwoju internetu? Moim zdaniem jednak nie.
Zmęczenie materiału…
Muzyka metalowa czasy swojej świetności ma już zdecydowanie za sobą. Ciężko sobie wyobrazić kolejne płyty, które miałyby się stać nowymi kamieniami milowymi tego gatunku. Niemal wszystko, co mogło w jego ramach powstać, już dawno zostało zagrane i zaśpiewane. Najlepszym tego przykładem są nawroty popularności różnych odmian metalu: death, power, heavy, thrash, przy jednoczesnym braku wyraźnego rozwoju metalowego grania, jaki doskonale był widoczny podczas ubiegłego dziesięciolecia. Również subkultura metalowa poważnie się wykrusza, czego wyrazem jest mniejsza liczba osób na koncertach. Wyjątkiem są jedynie duże imprezy, na których występują znane kapele o wyrobionej marce. Na koncertach przestaje też dominować kolor czarny i długie włosy. Subkultura metalowa powoli, ale jednak nieustannie zanika. Ale ten stan rzeczy nie jest wynikiem rozwoju internetu. To raczej naturalne „zmęczenie materiału” i przemijanie pewnej mody i stylu bycia. Gdyby internet nie był tak popularnym medium, jakim jest obecnie, podejrzewam, że kondycja dzisiejszej sceny metalowej i tak przedstawiałaby się bardzo podobnie.
Plusy i minusy…
Internet muzyce metalowej raczej nie zaszkodził, ale też raczej nie pomógł. I mam tu na myśli samą muzykę, a nie sposoby jej promocji oraz całą otoczkę z nią związaną. Sam dostęp do sieci przecież nie przekłada się bezpośrednio na jakość tworzonych dźwięków i kreatywność samych zespołów. Jednak bez wątpienia ogromną rolę odgrywa w promowaniu i rozprowadzaniu nagrań. Nie zawsze pozytywną.
To, że muzyka w sieci dobija tradycyjne wytwórnie płytowe, jest faktem powszechnie znanym i odnoszącym się generalnie do wszystkich gatunków. Internet jest prawdziwym zagłębiem nielegalnej muzyki, tworem, z którym nie sposób walczyć, będąc z góry skazanym na porażkę. Dlatego coraz więcej osób decyduje się przenieść działalność wydawniczą wyłącznie do sieci. Mnie trudno zaliczyć do entuzjastów tzw. „net labeli”. Dla mnie każde nagranie muzyczne musi się składać z dwóch elementów: samej muzyki oraz jej nośnika wraz z poligrafią. Ściągając nagrania, dostajemy produkt niepełnowartościowy – jedynie same dźwięki i to nienajlepszej jakości, w formacie mp3 lub podobnym. Dziwi mnie, że net labele praktycznie nie korzystają z możliwości zamieszczenia w sieci swoich „produkcji” w postaci obrazu płyty CD, pozwalającego na wypalenie nagrania i wydrukowanie okładek, a więc stworzenie kompletnego dla słuchacza wydawnictwa. W sumie do tej pory jedynie raz udało mi się znaleźć w ten sposób przygotowany materiał – demo grupy HYOSCYAMUS NIGER, notabene nie związanej ze sceną metalową, a będącej przedstawicielem zimnofalowego grania.
Co ciekawego na śmietniku?
Internet pozwala nie tylko na łatwy i szybki dostęp do opracowanych przez kogoś informacji, ale również na dotarcie z własnymi informacjami do szerokiej rzeszy odbiorców. To, co z pozoru jest zaletą sieci, stało się także jej przekleństwem. Internet przypomina bowiem jedno wielkie śmietnisko, również jeżeli chodzi o informacje związane z muzyką metalową.
Nie widzę sensu po raz kolejny rozpisywać się nad jakością webzine`ów. Warto jedynie stwierdzić, że w czasach, kiedy każdy może zostać redaktorem, recenzentem, felietonistą czy czym sobie jeszcze tylko zamarzy, przy minimalnym nakładzie pracy i środków, skutek jest taki, że jakość i wiarygodność internetowych magazynów jest bardzo niska, zwłaszcza jeżeli chodzi o zawarte w nich recenzje nagrań. Ale niska jakość informacji o muzyce metalowej zawartych w internecie nie jest jednak regułą. Wystarczy wspomnieć rewelacyjną internetową bazę danych Metal Archives, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba.
Weterani w sieci…
Obecność w internecie to także znakomity sposób na promocję zespołów. Dobrym przykładem jest tutaj serwis myspace.com. Można go potraktować jako zminiaturyzowane odzwierciedlenie całej sieci. W zalewie chłamu, idiotyzmów, artystów „z bożej łaski” i sylwetek należących do nawiedzonych, pełnych kompleksów nastolatków, wyszukać tam można mnóstwo wartościowych danych, jak choćby profile zespołów, które działały w epoce przedinternetowej. Warto rzucić okiem chociażby na profile THERGOTHON, PHLEBOTOMIZED, DISEMBOWELMENT, MASTER`S HAMMER czy naszego IMPERATOR. Spora część takich materiałów przygotowywana jest przez byłych muzyków tych kapel. Na myspace.com znalazłem też informacje na temat reaktywacji rewelacyjnej polskiej funeral doomowej grupy GALLILEOUS, niemalże zupełnie dzisiaj zapomnianej. Na ich profilu można posłuchać niepublikowanego wcześniej materiału demo z 1994 roku, który do dziś na głowę bije praktycznie wszystkie krajowe produkcje z taką muzyką.
Oczywiście pisząc o wadach i zaletach metalu w sieci, można by zapełnić wiele stronnic. Wiem, że popełniając ten krótki tekst nieco odbiegłem od tematu, nie koncentrując się zbytnio na zagadnieniu metalowego podziemia doby internetu. A dlaczego? Po pierwsze: na ten temat pisano już wielokrotnie, więc mój głos raczej nic nowego do takiej dyskusji nie wniósłby. Po drugie: od czasu upowszechnienia internetu i za jego pośrednictwem łatwego dostępu do informacji, niezwykle trudno jest określić, co dzisiaj jeszcze tak naprawdę jest muzycznym undergroundem, a co już nim być przestało.

 

Johny – EFFECT MURDER, Metal Jeers Prod., Metal Jeers `zine:

 

Krótkie rozważania o podziemiu w dobie internetu…
Pamiętam chwilę, w której po raz pierwszy zetknąłem się z zinem. Była to białostocka „Arachnophobia” autorstwa Krzysztofa Słyża. Doznałem szoku, gdyż nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieje coś takiego jak podziemie, ziny itp. Przeglądanie tego periodyka to było jak odkrywanie muzycznego wszechświata, zupełnie innego niż ten, który widziałem dotychczas w „Metal Hammerze” czy „Norbid Noizzie”, wówczas najbardziej powszechnych muzycznych pismach w naszym kraju.
Gdy dziś powracam wspomnieniami do tamtych chwil, zdaję sobie sprawę, iż pewne rzeczy już nie powrócą. Przeszłość oraz jej dawny blask, niesamowity klimat ustąpiły nowoczesności, która błyskawicznie wtargnęła we wszystkie szczeble naszej egzystencji. Jak już każdy wie, internet zmienił nie tylko nasze życie w mikro jak i makro skali, ale także spowodował nieodwracalne zmiany, które z jednej strony zatarły pewne zjawiska, tym samym otwierając nowe możliwości i niesamowite obszary cyberprzestrzeni. O internecie można napisać pracę doktorancką i nie wiem, czy udzieliłaby ona istotnych odpowiedzi na temat wpływu internetu na masy ludzkie. Jedno jest pewne – medium to można analizować pod względem korzyści jak i zagrożeń, które w sobie niesie.
Rozpatrując internet w kontekście rynku muzycznego, a w szczególności podziemia, widzę pozytywne, jak i negatywne strony. Miło wspominam czasy kserowanych zinów i mam do tamtych lat ogromny sentyment, ale dzisiejszą wirtualną przestrzeń wraz ze stronami www widzę w o wiele lepszym świetle. Kiedyś tylko nieliczni mieli dostęp do zinów. Podziemie stanowiło zamknięty krąg, gdyż pisma takie krążyły przeważnie od autorów do kapel. Dotrzeć do nich można było tylko za pośrednictwem kogoś, kto miał jakieś kontakty z zespołami czy osobami robiącymi ziny. Doskonałym przykładem takiej paranoicznej sytuacji była białostocka „Arachnophobia”, która funkcjonowała w wąskim, zamkniętym gronie, który dziś nazwałbym „branżowym”. Autor tego pisma nie czynił żadnych starań, by pokazać go „innym” ludziom. Nie jest to jedyny przypadek. W Polsce było mnóstwo takich zinów. Istniały one wyłącznie w świadomości recenzentów i grup, które udzielały wywiadów. Pozostaje teraz pytanie: jaki to miało sens? Dla mnie to była chora sytuacja, nie do zaakceptowania. Nie docierają do mnie opinie, że taka jest idea podziemia i tym podobne bzdury.
Podziemie to nie tylko wymienianie się nagraniami, zinami i informacjami. Pojęcie to bardziej rozumiem jako szereg różnych działań, które mają na celu promocję metalowych kapel i związanych z tym wydarzeń. Internet jest doskonałym narzędziem, który pozwala prowadzić promocję na bardzo szeroką skalę, dając jednocześnie tysiąc razy większe szanse i możliwości. Ktoś może powiedzieć, że to nie ma już nic wspólnego z podziemiem. W takim wypadku trzeba zadać sobie pytanie: czymże jest owe podziemie? Sposobem życia, światopoglądem, postawą, filozofią? Według mnie wartości pozostają te same. Zmieniają się tylko narzędzia. List pisany ręcznie zastępuje email. Zina papierowego zastępuje strona www. Sens i przekaz treści jest ten sam. Wszystko ma służyć promowaniu muzyki i środowiska metalowego. Dotarcie do elektronicznych newsów jest setki razy łatwiejsze niż do jakiegoś papierowego zina. Cel zostaje osiągnięty – odbiorca ma kontakt z nadawcą, przekaz dociera do odbiorcy. Pod tym względem internet jest bardzo wygodnym i skutecznym przekaźnikiem.
Niewątpliwie internet to przestrzeń wielkiej dawki informacji, którą może generować każdy z nas. Niestety ma to także swoje minusy. Ogrom informacji i serwowanej muzyki w plikach mp3 powoduje, iż zaczynamy się gubić i gdzieś zatracać sens tego wszystkiego. O ile internet powoduje łatwość dostępu do metalu, o tyle go zabija. Niestety razem z internetem pojawiły się mp3. Niestety, ponieważ ściąganie pełnych dyskografii zespołów i tony plików osobiście uważam za zjawisko bardzo szkodliwe. Mp3 to kolejny temat rzeka… Powiem krótko: mp3 do promocji – jak najbardziej „tak”. Stanowcze „nie” mówię dla ściągania ton muzycznych plików. To jest tylko mój prywatny sprzeciw, którego nie jestem w stanie narzucić innym. W naszej polskiej rzeczywistości taki postulat jest nie do przyjęcia. Kogo stać na kupowanie oryginalnych płyt? Tylko nielicznych, bądź tych dobrze zarabiających. Reszta ściąga na potęgę i cieszy się, że ma całe dyskografie. Takiego problemu nie ma na Zachodzie. Polakom jeszcze wiele brakuje do standardów Europy Zachodniej.
I dochodzimy tu do sytuacji paradoksalnej, gdy… Grupa X nagrywa płytę, inwestuje dużą kasę w sesję nagraniową i w wydanie CD, promuje ją w internecie, na koncertach i w innych różnych mediach. Stara się jak może, by wypromować własne wydawnictwo i jak najlepiej je sprzedać, by odzyskać chociaż 20% włożonej w to kasy. Teraz jest pytanie: czy to się uda? Odpowiedź znajdźcie sami. Refleksja nad metalem w dobie internetu jest jedna. Teraz można wypromować nazwę, dotrzeć z muzyką do tysiąca ludzi, być zauważonym i może docenionym. Można udzielać wywiadów, uzyskać recenzje i nie sprzedać ani jednej płyty, nad którą tak mocno się pracowało w sali prób. Ci, co ściągają płytę kapeli X, nawet nie zastanawiają się nad tym, ile pracy i wysiłku kosztowała autorów. Biorą ją bez pytania i za darmo. Za przyjemności internautów ktoś musi słono zapłacić. Wychodzi na to, że taki podziemny band, mimo iż posiada ogromne możliwości promocyjne, ginie w tłumie i ponosi ogromne koszty wyprodukowania samego siebie, tylko po to, by później oddać to wszystko za darmo. I pomyśleć, do czego to wszystko nas doprowadziło? Na pewno każdy ma na to swoją odpowiedź.

 

Hans – SYMPOSIUM:

 

Raczej nie miałem wiele wspólnego z undergroundem, poza chodzeniem na koncerty kapel, o których nikt (ze znajomych) nie słyszał, więc ciężko mi się odnieść jakoś szerzej do tematu. Mogę za to napisać, jak to (bardziej teoretycznie niż praktycznie) wygląda od strony amatorskiej kapeli (przy czym są to moje prywatne poglądy, reszta osób z SYMPOSIUM może mieć trochę odmienne zdanie).
Motywacja do promocji jest prosta…
Chcę się dobrze bawić na koncercie, bo z racji tego, że nie jest to moja praca, nic na tym nie zarobię (a wręcz przeciwnie), no to coś innego pozytywnego być musi? Idąc dalej, warunkiem dobrej zabawy jest odpowiednia liczba ludzi, którzy się zwloką na koncert, no bo co to za przyjemność grać dla trzech osób, które patrzą na ciebie podejrzliwie znad piwa, czekając tylko aż coś się popsuje. Czyli krótko mówiąc trzeba być choć w najmniejszym stopniu kojarzonym i rozpoznawalnym (no i trzeba grać równo i nie mieć „plastikowych klawiszy”:-)). Teraz sprawa podstawowa czyli dobra promocja: plakaty – biega człowiek z garstką xerówek, lepi w miejscach dozwolonych, a na drugi dzień jest tam już techno-party. Jak już ktoś przypadkiem zobaczy taki plakat, to najczęściej sprawdza przez www cóż to takiego jest to SYMPOSIUM, co gra, jak gra, jak wygląda itd. (każdy zespół można sprawdzić wpisując w Gogle: „oficjalna strona <nazwa>”.) W przypadku braku strony, reakcja prosta – co to za grupa, jeśli nawet www nie ma?:-) Tak mówię ze swojej perspektywy… Czyli sam tak działam widząc plakat jakiejś słabo znanej kapeli metalowej… W sumie ja jestem trochę komputerowo skrzywiony (pracuję między innymi jako programista grafiki 3d), ale co tam…
Co jeszcze daje takie www? Jak już na koncert przyjdzie ktoś więcej niż znajomi, to zawsze można takiego kogoś skierować na www, aby sobie pobrał mp3 (i to całkowicie legalnie).
Stronę w sieci można też wykorzystać do gromadzenia opinii publiki, w formie forum czy też księgi gości, ale do tego trzeba mieć już jakiś komercyjny serwer, a poza tym stwarza to pewne nieprzyjemne sytuacje, po których trzeba by „sprzątać”…
Podsumowując, www to nic innego jak wizytówka zespołu. Wprawdzie strona SYMPOSIUM raczej marnie spełnia to założenie, jednak kiedyś może będę miał na tyle czasu, aby zrobić coś porządnego. Póki co uważam, że lepiej na gorszej stronie zapodać lepsze demko niż odwrotnie. Oczywiście nie można też przeginać, trochę śmieszne jest, jak kapela zaczyna od strony internetowej, fikuśnego loga, a dopiero potem się bierze za naukę grania… Takie przypadki też widziałem (a raczej, na moje nieszczęście, słyszałem).
Promocja zespołu na innych stronach www i portalach… Z tym to różnie bywa. Najczęściej jest to w formie newsa o koncertach i/lub jakiegoś skrótowego „profilu” kapeli. Generalnie zawsze warto zapisywać się wszędzie gdzie się da, wychodząc z prostego rachunku statystycznego.
Dostępność muzyki w sieci…
Przyznaje, że zabiło to pewne relacje międzyludzkie: wymienianie się płytami, kapelowymi odkryciami itp. Do tego zabiło trochę stronę wizualną całej tej zabawy: ściągając mp3 z www zostajemy z gołymi plikami. Z drugiej strony dla grup takich jak SYMPOSIUM jest to jedyna realna forma dystrybucji (zabawa w tłoczenie to m.in. 4000 zł, nagrywanie (+ nadruk) pewnie niewiele mniej). Przyznać się muszę, że tutaj mam trochę anarchistyczne podejście – najchętniej „uwolniłbym” muzykę od tych wszystkich wytwórni, pośredników, producentów i innych pasożytów, bo i tak wszystko ląduje w sieci, tyle że nielegalnie. Zamiast tego – darmowa muzyka z www + ograniczone edycje (powiedzmy kolekcjonerskie) na CD i do zobaczenia na koncertach. Pytanie: kto by finansował taką zabawę? Może dlatego tak o tym myślę, ponieważ obecnie i tak topię w tym kupę kasy, traktując to jako niecodzienne hobby, a nie pracę. Ponadto www ma taką przewagę, że jest darmowe po obu stronach (kapela – słuchacz), a w przypadku fizycznych nośników ktoś musi ponieść koszty (nawet te 5 zł to zawsze o jedno piwo mniej:-).
Zagrożenia płynące z sieci…
Nie chodzi mi tu o przemoc, pornografie itp. Chodzi głównie o anonimowość użytkowników. Jako grupa reklamująca się w sieci raczej trudno być anonimowym, przez co bardzo łatwo można się stać celem ataków. Raz doświadczyliśmy czegoś takiego jako SYMPOSIUM… „Zareklamowaliśmy” się na „krakowskimmetalu”. Tydzień po koncercie w komentarzach zaczęły się pojawiać jakieś bluzgi, od „gówno, a nie kapela”, po wyzywanie od pedałów, poparte wypowiedziami „innych” użytkowników netu (z tymi samymi błędami ortograficznymi i z tego samego adresu itp.). Skończyło się to irytacją admina tamtej strony, ale niesmak pozostał (w myśl zasady że jak cię obrzucą gównem, to coś zawsze się przylepi). Nie wiem wprawdzie, na ile taka antyreklama jest anty, ale przyjemne to raczej nie jest. Dlatego też ostrożnie trzeba postępować z forum czy „księgą gości” na swoim www, bo zawsze się znajdzie jakiś sfrustrowany typ, który poprzez 100 wypowiedzi wyrazi swoje niezadowolenie z życia. Inna sprawa, że zawsze się zastanawiałem, komu chce się tyle pisać, ale widocznie ktoś nie ma co robić…
Taka mała dygresja – przypomniało mi się międzypokoleniowe porównanie wyglądu „metali”. Szczerze mówiąc nie zauważyłem, aby nowe pokolenie zachowywało się jakoś odmiennie, czyli też się znajdą napaleńcy łażący w glanach przy +40*C. Sam wychodzę z założenia, że jak już wysłuchałem te tysiące utworów, byłem na kilkudziesięciu koncertach, sam gram w zespole…, to mogę wyglądać, jak chcę:-). A glany gdzieś zgubiłem.

 

Prezes – Metal Rulez `webzine & `zine:

Moja przygoda z podziemiem zaczęła się stosunkowo niedawno (jakieś 8 lat temu), więc jest logiczne, że ominęły mnie wszystkie te historie z tape-tradingiem i wyklejanymi zinami. Przeszedłem drogę dokładnie odwrotną niż większość edytorów: najpierw zabrałem się za tworzenie webzina, a dopiero później przeniosłem się na papier.
Szczerze mówiąc trochę mnie śmieszy cała ta wojna pomiędzy webzinami i tradycyjnymi papierzakami. Zamiast połączyć swe siły dla dobra zespołów i całej sceny, obydwa te obozy najeżdżają na siebie dowodząc wyższości jednego nad drugim. Nie trudno dostrzec, że zarówno wśród zinów internetowych jak i papierowych znajdują się gnioty, których po prostu czytać się nie da. Faktem jest jednak to, że dużo łatwiej takiego gniota stworzyć w sieci. Nakład pracy jest dużo mniejszy, więc pole do popisu mają wszelkiego rodzaju małolaty wyposażone w jakże często słomiany zapał. Sam niejednokrotnie musiałem czytać maile od takich osób, które proponując mi pomoc w tworzeniu mojej witryny od razu, w pierwszym mailu pytali, ile promówek będą dostawać co miesiąc i czy na każdy koncert będą mięli akredytację. Jeszcze kilka lat temu mogliśmy obserwować prawdziwy boom tego rodzaju twórczości. Webziny powstawały jak grzyby po deszczu, najczęściej prezentując niezbyt wysoki poziom. Chyba właśnie stąd wzięła się niechęć ortodoksyjnych fanów metalu do tego rodzaju formy przekazu. Zawsze znajdzie się jakiś młokos, który od tygodnia kolekcjonuje metalowe mp3 i pragnie dzielić się z innymi swoim zdaniem na ich temat. Jednak taka twórczość na szczęście jest już chyba w mniejszości. Wydaje mi się, że obecnie cały ten boom znacznie przycichł i na scenie pozostały w większości te „łebzajny”, które naprawdę mają coś do zaoferowania i w których działają ludzie szczerze oddani podziemiu.
Inną sprawą jest to, że internet jest miejscem, w którym najmłodsze pokolenie nastoletnich „metali” szuka informacji, kontaktuje się z innymi, często poświęcając na to połowę swego czasu. Taka jest prawda i nic chyba tego nie zmieni. Właśnie dlatego pierwszy kontakt takiego młodego osobnika ze sceną następuje najczęściej poprzez sieć. Jeśli zatem natrafi on na jakiś porządny, sprawnie zrobiony webzin to jest duża szansa, że zostanie on wciągnięty w temat i jego – hmmm… nazwijmy to – edukacja metalowa będzie przebiegać poprawnie. Z czasem zainteresuje się też pewnie papierowymi zinami, złapie trochę kontaktów, jednym słowem zostanie wchłonięty… Każdy przecież musiał przejść przez taki właśnie etap edukacji, nieistotne czy realizował się on poprzez sieć, czy poprzez tradycyjne ziny lub kolegów… Przecież nikt nie urodził się z tatuażem VITAL REMAINS na plecach…
Jeśli chodzi o metody komunikowania pomiędzy uczestnikami sceny, to wydaje mi się, iż od postępu uciec się nie da. Osobiście zawsze lubiłem dostawać ręcznie pisany list, z którego wysypywało się kilka flayersów, ulotek. Jednak nie można negować tego, że współczesne formy kontaktu takie jak maile, komórki czy gg są tańsze i nieporównywalnie szybsze. Dlatego zawsze dziwi mnie, jeśli ktoś nastawia się tylko i wyłącznie na kontakt pocztowy. To tak jakby świadomie odcinał się od postępu technicznego, którego przecież zatrzymać nie sposób. Skoro mamy coraz lepsze możliwości kontaktu z ludźmi z całego świata, to po prostu z nich korzystajmy! Jedynym, acz znaczącym minusem globalnej łączności jest rosnąca anonimowość uczestników sceny. Zawsze przecież może się znaleźć jakiś „znafca”, który szaleje z opiniami na forach internetowych i gnoi co drugi usłyszany zespół, a tak naprawdę nigdy nie był na koncercie. Ja jednak jestem niepoprawnym optymistą i wydaje mi się, że takie zachowania są jedynie marginalne. W końcu nic nie zastąpi obcowania z ukochaną muzyką na żywca i „na świeżo” dzielenia się opinią z kumplami przy „pifku”…
Całe to zagadnienie związane z internetem i jego rolą w tworzeniu podziemia metalowego jest tak rozległe, że nie sposób zamknąć go w kilku zdaniach. Świat się zmienia, a internet jest doskonałym znakiem tych przemian. Choćby nie wiem, jak się starać, czasy wymiany kaset magnetofonowych i ręcznego pisania setek listów już z pewnością nie powrócą. Zmian tych można nie akceptować, ale nie zauważyć ich po prostu nie sposób.

 

Adrian – EMPHERIS, HELLISH, R`Lyeh `zine:

Czy wyobrażacie sobie, aby Wasza miłość oświadczała się via sms? Albo nasienie do prokreacji będziemy przesyłać w woreczkach, bo mniej się namęczymy! Hm… Ciekawa koncepcja, nie ma co. Mnie net mierzi. Ponieważ niektóre tematy ułatwia na tyle, że ciężko wyczuć ich intencje, zamiary etc… Jak darmowa pizza, której nikt nie zamawiał:-)! Metal właśnie tym różni się od innych gatunków muzycznych, że wymaga poświęcenia: płyty, kasety, CDs są droższe od mp3, ale jednocześnie droższe sercu i zostają na zawsze. Sam mam kasety sprzed dwudziestu lat (np. ACCEPT, IRON MAIDEN, MANOWAR, BLACK SABBATH), z kserowanymi wkładkami, kupione na bazarze w odległym od miejsca zamieszkania mieście. Myślicie, że zamieniłbym je na cokolwiek innego? Nigdy! Mp3 i www może mieć dziewczynka z podstawówki, web-zina zrobi piętnastolatek, ale popatrzcie na poziom i zaangażowanie tej miernoty! I w końcu, czy – w sensie podziemia – „kontaktem ze światem” można nazwać maile?! Ja piszę listy, na które dostaję regularne odpowiedzi z praktycznie wszystkich kontynentów (poza Antarktydą:-)). I tak czyni w Polsce masa ludzi, prawdziwych maniaków tej muzy! Inaczej rzecz ujmując, można to porównać do prawdziwej wyprawy do Egiptu i oglądania pocztówek. Moim zdaniem nie wszystko da się połączyć. Spam porównywany do flyera? List do maila? List pełen flyerów jest czymś wspaniałym. Jara mnie to przez większość życia, więc jak wejdę w polemikę z kimś, kto użyje tego argumentu w odwrotnym kierunku… Jak ktoś mi powie, że nie widzi różnicy, to już wiem, z kim gadam. Nie, nie mam już zdrowia! Róbcie te web-ziny, obetnijcie włosy, spamujcie, a dojdzie do tego, że kapele metalowe znikną z powierzchni ziemi…

 

Mihu – EBOLA, WARFIST, BLOODTHIRST, ex Gehenna `zine:

Podziemie doby internetu to temat zaiste aktualny, bo mimo że problem ten został poruszony już parę lat temu, to nadal pojawiają się w nim jakieś nowe wątki, nowe postawy wobec niego itd. Druga sprawa, że wokół tego zagadnienia można się kręcić jak smród po gaciach i gadać o nim godzinami, więc ja skupię się tylko na rzeczach, które zwróciły moją uwagę w niedalekiej przeszłości, albo stanowiły moje prywatne poglądy odkąd pamiętam. Nie będę też jakoś specjalnie odnosił się do starego undergroundu, bo z racji tego, że swoją aktywną działalność na tzw. scenie zacząłem, gdy internet już się na niej zadomawiał, znam go bardziej z opowiadań niż z autopsji. Jednak w tych opowiadaniach przewijały się takie wątki, z którymi rzeczywiście się zgadzam i bez których nie może istnieć dla mnie podziemie jako takie. W końcu nie trzeba słuchać metalu od początku lat `80, aby stwierdzić, że VENOM to bogowie:-)! To taka mała dygresja…
Przede wszystkim u dzisiejszych zespołów razi mnie to, że kiedy dostaję jakąś demówkę czy inne promo, widnieje na nim tylko adres mailowy albo, o zgrozo, numer komórki czy gg!!! A gdzie, do chuja, zwykły adres pocztowy?! Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że przecież można go wysępić drogą mailową. Osobnik zainteresowany twórczością danej kapeli powinien mieć takie coś podane na tacy. Osobiście sam korzystam z dobrodziejstwa poczty elektronicznej, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zupełnie olać tradycyjną korespondencję. Dlaczego? Ano dlatego, że tylko w ten sposób można sobie „potrejdować” z innymi maniakami (kolejna tradycja, która bardzo mi się podoba, bo czasem można trafić na takie perełki, jakich na różnych soulseekach czy innych e-mułach raczej się nie wyczai). Oprócz tego flyery wysypujące się z koperty razem z listem są dla mnie o wiele cenniejszym źródłem informacji niż jakieś spamy, które zazwyczaj wyjebuję bez czytania. Dla mnie to jest istotne w pisaniu listów, a nie przytaczany przez niektórych argument o „bezduszności” maili. To nie zależy od formy, ale osoby, która siedzi po drugiej stronie. Z jednymi mogę wymieniać listy elektroniczne, które mogłyby normalnie zająć dwie strony A4, zaś zdarzają się takie persony, których listy papierowe ograniczają się do „Cześć! Co u Ciebie? U mnie spoko. Pozdro!”. To tak w dużym uproszczeniu, ale kumacie, o co chodzi…
Wspomniałem o flyerach. Szkoda też, że wraz z usuwaniem tradycyjnego adresu zespoły rezygnują także z nich i skupiają się jedynie na wymienianiu bannerów z innymi stronkami itp. To moje subiektywne odczucie, ale taki flyer wykonany przez kapelę uwiarygodnia ją w moich oczach, jako kolektyw ludzi, którym naprawdę się chce, są rzetelni, uczciwi i oddani sprawie. Jakby nie patrzeć, jest to wkładanie dodatkowej energii i potu w promocję. Nie mówię, że wszystkie zespoły nie posługujące się flyerami są „be”, a czyniące to „wporządalu”. Po prostu takie jest moje odczucie w tej kwestii, ale przyznam, że w moim wypadku ta reguła znajdowała potwierdzenie nie raz, nie dwa.
Z tego, co piszę do tej pory, może wynikać, że w internecie widzę samo zło, ale tak nie jest, gdyż uważam go również za zajebiste miejsce do promowania kapel. Przede wszystkim można złapać szersze kontakty z typami z zagranicy, co nie znaczy, że drogą papierowych listów nie. Po prostu jest to szybsze i pewniejsze. Oprócz tego mając się wymienić z zespołem załóżmy z Ameryki Południowej, gdzie przesyłka kosztuje trochę sianka, to wolałbym usłyszeć choć próbkę ich muzy, zamiast wymieniać się w ciemno i potem dostać kupę. Przez neta mam możliwość wcześniejszego sprawdzenia tego. Może to i wygodnickie z mojej strony, ale trudno:-)! Ja się z tym czuję dobrze:-). Jak też już napomknąłem, często zdarza mi się korzystać z maila, a to dlatego że chcąc utrzymywać z niektórymi regularną listowną korespondencję, nie wyrobiłbym finansowo. A tak mogę spokojnie pisać do wszystkich, nikogo nie zaniedbując:-)!
Może i rzeczywiście ogólna dostępność materiałów umieszczonych w sieci trochę gryzie się z ideą elitarnego podziemia, ale tak na zdrowy rozsądek, to na takie coś są specjalne strony i byle kto tam nie włazi. A jakiś flyer czy inny materiał promocyjny rozsyłany drogą tradycyjną również może wpaść w łapy jakiegoś kretyna, dla którego żadne miejsce na naszej planecie nie jest wolne. Oprócz tego wydaje mi się, że jeśli ktoś mówi „internetowy UG”, myśli przede wszystkim o internetowych forach, które rzeczywiście nierzadko są skupiskiem debili roku czystej wody. Jednak moim zdaniem jest to zbytnie upraszczanie tematu.
Więcej rozpisywać się nie ma chyba sensu, a poza tym nie za bardzo wiem, o czym, żeby się nie powtarzać:-)! Podsumowując mogę jednak rzec tak… Podziemie teraz nie może istnieć bez netu i trzeba się z tym pogodzić. Wystarczy nauczyć się z niego odpowiednio korzystać, a przede wszystkim nie zrywać, czy olewać tradycyjnych dróg komunikacji bądź promocji w podziemiu. Internet powinien służyć tylko jako narzędzie pomocnicze, a nie priorytetowe orędzie propagandy. To wszystko jest wbrew pozorom bardzo łatwe do pogodzenia. Wystarczy tylko trochę skorzystać z mózgu… A to naprawdę nie boli:-)!

 

Yanus – fan, słuchacz, czytelnik:

Świat idzie do przodu i nic tego nie zmieni. Jakiekolwiek by były „ochy” i „achy”, przeszłość nie powraca nigdy. Raczej niemożliwością jest, by czekać na list od maniaka z Boliwii:-) choćby rok, gdy można go posłuchać, a nawet zobaczyć w ciągu kilku chwil, korzystając z netu. Kto kocha muzę i kogo stać, ten i tak kupi płytę lub pójdzie na koncert – obojętnie, czy będzie to bigband czy lokalny support, bądź co bądź METALLICA grała kiedyś w garażu:-). Jednak wielu osób nie stać na zakup CDs. Hm… Wtedy wydaje się w jakiś tam sposób usprawiedliwione ssanie mp3, przypomina to nawet archaiczną wymianę taśm. Prawda jest taka, ze dziś kokosy zbija się na koncertach i ktoś, jak tu sobie orze, tak żyje. Świat to globalna wioska, tylko kokosy niestety nie wszędzie.

 

Daniel – REDEMPTOR, SOTHOTH, PRIVATEER:

Nie uważam się za część podziemia, ani za jednego z wielu współtwórców, dlatego że nie robię niczego, co by było w jakikolwiek sposób z nim związane. Ja odcinam się od tego wszystkiego, ponieważ podziemie samo w sobie nie jest niczym dobrym dla zespołu, no chyba że kapela nie ma ambicji go opuścić. Wiele grup upada w podziemiu bądź zatrzymuje swoją ewolucję na poziomie podziemia; chodzi mi tu o poziom twórczy czyli treść muzyczną i o poziom tzw. skomercjalizowania:-). Ci wszyscy true pagan black metal na pewno nie biorą tego w ogóle pod uwagę! Nie interesuje mnie żadna forma podziemia. Należę do tych ludzi, którzy nie tylko chcą grać i się przy tym dobrze bawić, ale również czerpać z tego korzyści materialne. Wielu muzyków ma pracę, dom, rodzinę (żona i dzieci). Mnie to nie kręci! Wiadomo, jaka jest średnia krajowa, jeśli chodzi o płace. Często muzyków zabija proza życia; są też tacy, którzy z czasem wypalają się i ulegają tej prozie. Dlatego jest tylko parę zespołów, które się wybiły: VADER, BEHEMOTH, DECAPITATED. To są ludzie, którzy wiedzą, czego chcą. Niektórym się wydaje, że te grupy po prostu mają fuksa, ale nie zauważają, że sami siedzą na dupie i potrafią tylko narzekać. Nie biorą pod uwagę tego, że treść muzyczna, jaką prezentują, jest zwyczajnie do bani. Wydaje mi się, że podziemie jest taką sceną w scenie, która leczy kompleksy tych, którzy nie potrafią się wybić. Najlepszym przykładem są zino-pisarze mający kiedyś coś wspólnego z różnymi kapelami. Często są to byli liderzy grup dawno zapomnianych bądź lokalnych „gwiazd”. Na palcach jeden ręki mogę wymienić ziny, które warto czytać i wysłać do nich płytę, chociaż i tak treść ogólna pozostawia wiele do życzenia. Co by nie gadać na „Thrash`em All”, „Metal Hammer” czy „Mystic Art”, to są to profesjonaliści i nie każdemu może się podobać to, że w tych gazetach często roi się od gówna:-).
Internet? Tak, to bardzo dobra forma promocji. Przede wszystkim bardzo wygodna i tania. Obecnie chyba każdy ma w domu internet. Dla mnie oczywiste jest to, że idziemy z postępem, skoro mamy XXI wiek. Nawet jeśli w sieci jest piractwo, to co z tego? Tak naprawdę dzięki temu mamy globalną formę promocji, a płyty i tak są kupowane przez ludzi pomimo tego, że ceny wciąż rosną. Myślę, że bez piractwa byłoby krucho. To najlepsza forma promocji. Jeśli ktoś naprawdę lubi jakiś zespół, to kupi jego album w sklepie. Ja tak robię: najpierw ściągam z internetu, a jak mi się podoba, to kupuję. Bo dlaczego mam brać kota w worku? Takie jest moje zdanie:-).

 

Minstrel – Nowela `zine, ex BRAQUEMARD:

Temat zmian w podziemiu i wpływu internetu na naszą scenę wciąż jest na ustach wszystkich ,,bywalców” podziemia. Cóż, temat ten jest już nieźle zużyty i wygląda jak sprany podkoszulek, ale co najdziwniejsze, pomimo upływu czasu nadal jest na topie i nie schodzi z „pierwszych stron gazet”. Bardzo dziwne, że wiele innych rzeczy i tematów dotyczących podziemia (jak choćby rip-offcy czy scena NS) zeszło na drugi plan. Ba! Często wręcz zginęło śmiercią naturalną. Ale od początku…
Na pewno to, co napiszę, to typowo subiektywne odczucia; to, czego sam doświadczyłem przez, jakby nie patrzeć, spory kawałek czasu aktywnego uczestnictwa w naszym undergroundzie. Wiele osób może się z tym nie zgodzić, ale to już nie mój problem…
Zacznę może od ,,zagrożeń”, których co poniektórzy upatrują w sieci. Faktycznie zauważalny jest ogromny wpływ internetu na dzisiejsze podziemie. Coraz więcej ludzi zaczyna opierać swoją działalność na sieci. Nie traktuje jej jako pomocy, ale wręcz jako fundament!
Wystarczy chociażby spojrzeć na tradycyjne listy. Wydaje mi się, że listy piszą już tylko ludzie, którzy za pomocą tradycyjnej korespondencji uczyli się, czym jest podziemie, którzy mają do tego ogromny szacunek, którzy dzięki temu poznali wyśmienite osobistości nie tylko naszego underku i ci, którzy pomimo ogromnych problemów z nawiązywaniem kontaktów, przebrnęli przez wszystkie bariery (początek lat `90) i do dzisiaj cenią sobie tę formę nawiązywania znajomości. Osobiście mogę powiedzieć, że dla mnie list jest czymś wyjątkowym – ten, kto pisze list, wkłada w niego cząstkę siebie! Wystarczy, że widać czyjś charakter pisma; umiejętność dobierania słów, błędy ortograficzne i inne tego typu ,,pierdoły” mogą pokazać chociażby w niewielkim stopniu, kim jest osoba po drugiej stronie! Czy można to samo powiedzieć o mailach? Nie sądzę. Kilka krótkich zdań nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego, tym bardziej, że można sobie włączyć chociażby autokorektę!!!! Maile są bezosobową (bezpłciową) formą nawiązywania znajomości. Niestety… Oczywiście sam używam poczty internetowej, ale tak naprawdę w wyjątkowych okolicznościach. Potrafię również dostrzec plusy maili, jakim niewątpliwie jest m.in. bardzo krótki czas dostarczania wiadomości. Poza tym maile rzadko się zapodziewają, w przeciwieństwie do zwykłej poczty, gdzie nadal jest to na porządku dziennym.
Kolejną sprawą, którą chciałem tutaj poruszyć, są ogromne różnice między zinami papierowymi a tzw. webzinami. Ja wychowałem się na kulcie papieru i niestety nie dostrzegam żadnych pozytywnych aspektów istnienia czegoś takiego jak webzine! Plusem mają być niby aktualne informacje, łatwy i darmowy dostęp do tegoż ,,pisemka”, rzesze odwiedzających tę stronę? Cóż… 80% tej wiary to ludzie przypadkowi, których w ogóle nie interesuje to, co jest zawarte w danym webzinie. Aktualne informacje? Powiem szczerze, że kilkakrotnie próbowałem zaczerpnąć takowych i za każdym razem raził mnie brak profesjonalizmu. Opisy krótkie, na ,,odwal się”, byleby tylko coś zamieścić. Wywiady? Niestety także brak profesjonalizmu i obycia ze sceną, pytania szablonowe, bez wnikania w szczegóły. Treść nie tyle ciężkostrawna, ale wręcz prowadząca do ostrych rewolucji żołądkowych. Przypuszczam, że są na tym świecie webziny, których twórcy wiedzą, o co chodzi w podziemiu, szkoda tylko, że nie miałem okazji takowych poznać…
Nie można również nie wspomnieć o tape-tradingu w XXI wieku. Akurat pod tym względem nie zauważyłem większej różnicy. Cały czas uczestniczę w tym jakże interesującym przedsięwzięciu, z tym że teraz nazwałbym to CDR-trading:-)! Również nie zauważyłem mniejszego zainteresowania wymianą nagraniami – być może ja mam takie szczęście. Jeśli zaś chodzi o ingerencję sieci w tym zakresie, to moim zdaniem ściąganie to dobra sprawa, tym bardziej, że ceny płyt są po prostu kosmiczne! Oczywiście nie ma to jak oryginalna płytka z całą oprawą graficzną, ale niestety rzadko pozwalam sobie na zakup takowych z bardzo prostego powodu – kasa! Natomiast każda paczuszka, którą dostaję, czy to zgrywaną z oryginałów, czy też z formatu mp3 (byleby tylko była dobrej jakości!), przysparza mi tyle samo radochy!! Nie zapominam też o dużo prostszym dostępie do płyt (co akurat moim zdaniem jest jak najbardziej ok!). Szkoda tylko, że przepadły gdzieś te wszystkie wspaniałe dystrybucje, z których można było wygrzebać niezliczone perełki światowego undergroundu!!!
Tak prawdę powiedziawszy, największy wpływ internetu na podziemie widać po stronie najbardziej zainteresowanych czyli zespołów. Panuje totalne lenistwo: już rzadko której kapeli chce się pisać listy (wystarczy przecież wrzucić do koperty płytkę, i tak wiadomo, o co chodzi, prawda?), nie wspominając już o ulotkach, których teraz jest jak na lekarstwo! Równie często zdarza się, że dana grupa kieruje cię na stronę www, abyś mógł sobie zaczerpnąć informacji! To już są czyste kpiny! My – edytorzy marnujemy swój cenny czas, aby umieścić jakąkolwiek wzmiankę o interesującym według nas zespole, a one tak pięknie nas zlewają!! W końcu to im powinno najbardziej zależeć na promocji, prawda? Niestety chyba już się o tym zapomina..
Mógłbym również wspomnieć tutaj o niższych frekwencjach na koncertach, na których metalowa młodzież grzecznie stoi, a nie wskakuje do dzikiego pogo, by stracić trochę włosów!
Podsumowując, spokojnie można stwierdzić, iż wpływ internetu na dzisiejszy underground jest bardzo duży. Jednak nie można pozwolić, aby to on kształtował nasze podziemie, bo taka sytuacja bezsprzecznie doprowadziłaby do jego upadku bądź też całkowitej zmiany – być może wtedy ciężko byłoby je nazwać podziemiem! Trzeba w pewien sposób pogodzić tradycyjne podziemie z lekko unowocześnionymi instrumentami komunikowania się, aby stworzyć jeszcze potężniejszy underground! Ale trzeba to połączyć inteligentnie – zapędzanie się w skrajności doprowadza do fanatyzmu, a chyba nic gorszego człowiek do tej pory nie wymyślił…
Osobiście nie upatruje w internecie jakiegokolwiek zagrożenia dla tradycyjnego podziemia, gdyż ono było kolebką całej sceny i to z niego wyrosły zespoły, których dzisiaj namiętnie słuchamy, i to z niego czerpią pełnymi garściami twórcy webzinów itp.! Podziemie było, jest i będzie – wystarczy tylko, że znajdzie się kilku maniaków, którzy bez względu na przeszkody będą robić swoje! Pozdrawiam właśnie tych wszystkich maniaków! Forever Underground!

 

Maciek – Burning Abyss `webzine & `zine:

Temat rzeka… O podziemiu „wczoraj i dziś” można pisać w nieskończoność! Choć można też szybko zamknąć tę kwestię stwierdzeniem, że po prostu, każdy czas ma swoje wady i zalety („plusy dodatnie i plusy ujemne”:-)).
Tak się złożyło, że maczałem palce zarówno w tradycyjnym podziemiu (choć niestety załapałem się tylko na jego schyłek czyli drugą połowę lat `90), jak i tym współczesnym, więc doskonale znam zasady w nich panujące oraz widziałem ich mocne i słabe punkty.
Na pewno kiedyś kontakty w undergroundzie były bardziej osobiste, zaangażowane, wymagały naprawdę dużo czasu, no i sporych nakładów finansowych. Weźmy na przykład taki list – trzeba było go napisać, włożyć w kopertę wraz z flyersami, bujnąć się na pocztę, kupić znaczki i wysłać (modląc się przy okazji do Szatana, żeby doszedł, bo Poczta Polska miała skłonności do „pożyczania” korespondencji). Teraz napisanie e-maila zajmuje tylko parę minut (w porywach kilkanaście:-)) i nie kosztuje nic. Na pewno jest to pewniejsza i szybsza forma korespondencji, a wiadomo, że w dzisiejszych czasach każda minuta jest na wagę złota. Tak więc powyższe oszczędności uważam akurat za atut naszych czasów. Poza tym jeśli komuś brakuje tradycyjnych listów, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je pisać, prawda? No i chyba przed pocztą elektroniczną nie da się uciec, korzystają z niej przecież nawet najbardziej zagorzali maniacy podziemia (np. Tomasz z THRONEUM, Pawlak z „Open Casket `newsletter” czy Gab z Nihilistic Holocaust – przy okazji serdecznie Was pozdrawiam, chłopaki!).
To samo tyczy się zine’ów, webzine’ów czy np. koncertów. Jeśli ktoś woli działać on-line albo oglądać występy zespołów na komputerze, to jego sprawa, ale i zarazem jego strata. Tak, strata, bo nigdy nie zazna smaku trzymania w ręku swojego debiutanckiego numeru pisma, w który włożyło się mnóstwo krwi, energii, kasy i czasu. Tak samo jak nie zazna atmosfery prawdziwego podziemnego gigu, tego smrodu potu i fajek, kiepskiego, ale jedynego w swoim rodzaju brzmienia, pokoncertowych wspólnych libacji z muzykami i działaczami, których do tej pory znało się tylko z listów i wywiadów.
Owszem, jest parę negatywnych zjawisk, jak choćby przesyt muzyką (zbyt dużo przeciętnych zespołów wydaje materiały), pewne zmanierowanie słuchaczy, słaba znajomość korzeni metalu, ale czy w latach `80 i na początku `90 tego nie było? Już wtedy grało mnóstwo kapel (i niemożliwością było ogarnięcie tego wszystkiego), też było pełno laików, pozerów (co z tego, że mieli długie hery i zajebiste naszywki, skoro połowa z nich nie czuła, o co w tej muzyce chodzi), oszustów, chujowej muzyki i beznadziejnych wytwórni…
A może to dobrze, że teraz metal jest podany na tacy? Jeśli interesuje mnie jakiś zespół, informacje o nim lub muzykę znajdę natychmiast. I jak zechcę, to kupię jego EPkę bez problemu, a jak nie, to sobie ściągnę plik mp3. Mogę sobie nabyć zine’a albo przeczytać recenzje w necie. To chyba dobrze, że mam wybór, możliwości, dostęp do tego wszystkiego? Kwestia wyboru – nic więcej.
Cóż, wydaje mi się, że mimo bardzo nowoczesnych i stosunkowo ciężkich dla metalu czasów, aktualna kondycja naszego podziemia nie jest najgorsza. Wciąż jest parę dobrych, papierowych pism (na myśl przychodzą mi: „Necroscope”, „Complete Necro”, „Panzerfaust”, „Possessed Tormentor”, „Najświętszy Napletek Chrystusa”, „Forgotten Chapel”, „Turbosperminator”), wytwórni (Pagan, Time Before Time, 7 Gates, Death Solution) i mnóstwo metalowych (!!!) kapel, które nie dały dupy (m.in. THRONEUM, ANIMA DAMNATA, INSEMINATOR, WITCHMASTER, AZARATH, STILLBORN, NIGHTLY GALE, BESTIAL RAIDS, DEAD INFECTION, SQUASH BOWELS, HELL-BORN, PARRICIDE, SUPREME LORD, BESATT, BLOODTHIRST i wiele, wiele innych).
Tak więc nie zapominajmy, że najważniejsza jest muzyka!!! Nieważne, czy na „kultowym winylu”, czy na kompakcie. Nieważne, czy opisana w internecie, czy na papierze. Nieważne, czy wydana w wytwórni mainstreamowej, czy w głębokim podziemiu. Nie ważne, czy opatrzona kredowym, pięknym bookletem, czy czarno-białą, xerowaną wkładką. Ważne, żeby była metalowa, zajebista i żeby jej słuchanie wciąż sprawiało nam frajdę!!!

 

Tomek – undermaniak:-):

Co mogę powiedzieć na temat undergroundu XX w.? Czegoś, czego nie tworzyłem, a jedynie uczestniczyłem jako fan i czytelnik… Niestety łezka się kręci w oku, ponieważ ja mam sentyment do tamtych czasów. Do fanzinów robionych metodą wyklejanki lub pisanych na maszynie. Do tony flyerów, które wysypują się z listów. Czy też do wymiany demówkami. Poza tym ten ogrom pracy, który ludzie wkładali w tradycyjne podziemie, naprawdę imponował. A teraz… Może jest łatwiej. Zespoły mają swoje strony www, na których mogą umieszczać bannery innych kapel. Poza tym taka strona to czasem jedna z niewielu form prezentacji grupy spoza trendu, gdyż w żadnym papierzaku bądź webzinie nie miałaby racji bytu. Inną sprawa, że scenę tworzą coraz młodsi słuchacze, zespoły itd., dla których smarowanie znaczków klejem, wysyłanie swoich demówek do papierzaków lub przeciętnego słuchacza jest niepotrzebne. A może nawet jest i śmieszne, gdyż każdy może ściągnąć sobie nagrania z sieci. Niestety parę razy sam spotkałem się z taką sytuacją. I tu idea prawdziwego undergroundu, integracji i przyjaźni z innymi coraz bardziej zanika. Każdy jest anonimowy. Natomiast dużym plusem internetu jest szybki kontakt praktycznie z całym światem.
Bardzo mi się podoba to, że pisma takie jak „Thrash`em All” czy „Metal Jeers” dołączają płyty do swoich gazet. To bardzo dobra forma dotarcia do słuchacza. Tylko czy przeciętni słuchacze dorośli do tego?
Następną kwestią są webziny. Ja sam mam swoje ulubione, które czasami sobie przeglądam. Ale niestety większość z nich nie ma nic wspólnego z podziemiem. Bynajmniej VADER i BEHEMOTH, o których coniektórzy piszą, do niego nie należą. Denerwujące jest też to, że te same webziny chętniej umieszczają recenzje tegoż samego VADERAa i BEHEMOTH`a niż demówki jakiegoś podziemnego zespołu X, którego nikt nie słyszał. Może bym był za podziemiem w sieci, gdyby tworzyły go kompetentne i odpowiedzialne osoby, których niestety brak. Internet daje możliwości lepszej promocji, tylko niestety web-edytorzy nie potrafią lub nie chcą tego wykorzystać.
Zastanawiam się, ile osób, oprócz mnie, zaczytuje się w papierowej prasie. Ile osób dotknie właśnie najnowszego „Atmospheric`a”? Przypuszczam, że ta liczba – w porównaniu z poprzednimi latami – znacznie zmalała. Nie dziwi mnie sytuacja, kiedy tradycyjni edytorzy zawieszają broń, gdyż pojawia się zniechęcenie. To tylko kwestia czasu, kiedy tradycyjne podziemie umrze. Przypuszczam, że za 5-6 lat nikt nie będzie pamiętał o tym, że coś takiego istniało.

 

Adam Mielczanek – ex Metal Center `webzine:

Pytania o webziny stają się lekko – jakby tu dyplomatycznie powiedzieć:-)…? Przynajmniej jak się robi jakiś wywiad, to jeszcze tego samego wieczora może lecieć w eter i tak samo jak ktoś natrzaska fotek z koncertu… To niewątpliwa przewaga. Inna sprawa, że namnożyło się tzw. Dzieci Neostrady, zwanych inaczej Kinder Metalami. I jest trochę webzinów-pułapek…

KORSARZ: Galeria IX Mrocznych Obrazów

 

Image

Życie dla wielu filozofów to bezowocna egzystencja nasączona gotowym schematem, narzuconym nam przez naszych bliskich. Dojrzewanie i pęd ku dorosłości nieprzerwanie zbliża nas do ostatecznego rozrachunku. Im bliżej końca, tym więcej wątpliwości. Umysł tworzy filozoficzne pytanie skierowane do samego siebie. Czy aby na pewno zrobiłem wszystko, co się dało? Podsumowanie osobistych dokonań ciąży na sercu, gniotąc je bezlitośnie. Wielu z nas nie posiada daru akceptacji swojego losu. Przez to opłakany i smutny staje się nasz koniec… Wszyscy pytamy siebie i innych, co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze? Dobra materialne, ilość zdobytych tytułów naukowych, zaspokojone ego i wewnętrzna satysfakcja? Czy umiejętność bycia szczęśliwym, odczuwającym namacalne i niewidzialne piękno? Myślę, że zdolność bycia wrażliwym człowiekiem zbliża nas do stanu, w którym świat postrzegany jest zupełnie inaczej. A mianowicie w sposób artystyczny. Jeśli jesteście wrażliwi i spragnieni nowych doświadczeń, nie obca jest Wam filozofia pióra i muzycznej awangardy, zachęcam Was do zapoznania się z twórczością Krzysztofa Bilińskiego (znanego również jako Korsarz). Być może przyniesie Wam ona ukojenie…

Choć muzyka KORSARZa tworzona była w czasach nam współczesnych, jest ona naznaczona piętnem przemijalności dawnych czasów, w których słowo pisane było największą mądrością, a ludzkość niewykształcona karmiona była obrazem Biblii Pauperum… Mamy tutaj do czynienia nie tylko z poetyczną ucztą muzyczną, ale także artystyczno-malarską zadumą obrazów Mariusza Rymarczyka, które tworzą osobliwe wizje: modlitwy, miłości, nadziei, zaufania, potęgi, nostalgii, tęsknoty i samotności. Obrazy stają się kluczem do filozofii życia widzianej różnymi oczami bohaterów, występujących w przedstawionej opowieści. W świat swych najmroczniejszych malarskich dzieł wprowadza nas sam Mistrz, mityczny Lucyfer niosący światło poznania swoim niecodziennym gościom. Wernisaż przepełniony jest gorącą dyskusją zebranych. Monologi i dywagacje prowadzą nas kolejno przez dziewięć zaklętych komnat, w których znajdują się najbardziej mroczne obrazy tworzone przez całe życie wspomnianego Mistrza ceremonii. Aby poruszać się między nimi swobodnie, potrzebny jest odpowiedni klucz, który starają się odnaleźć przybyli goście. Mistrz poucza ich, snując opowieść, która trwa niczym nocny, księżycowy sen…

ImageKrzysztof Biliński, odpowiadający za całą muzykalną otoczkę, zbudował pewnego rodzaju baśń czytaną przez niezwykle utalentowany głos Krzysztofa Bigaja. Trudno bezpośrednio określić ramy, w jakich porusza się nasz autor. Element klasycznej awangardy, połączonej z gotycko-metalową kwintesencją stanowi chyba najbardziej dokładny z możliwych opis.

„Galeria IX Mrocznych Obrazów” to płyta niezwykła, zaopatrzona w książeczkę z tekstami oraz płytę multimedialną. Zdradzać więcej szczegółów mi niepodobne. Przybliżę Wam jednak cztery najbardziej poruszające mną muzyczne fragmenty. Inspirujące literacką myśl prowadzącą do wyzwolenia umysłu spod sztywnych i zardzewiałych kajdan oświatowych…

 

Niektórzy znajdują w niej siłę i ukojenie, inni wprowadzają się w świat mistyfikacji.

 

„Modlitwa”

ImageChciałoby się rzec, że jest to muzyka piękna i romantyczna. Ale czy te dwa słowa, używane przecież codziennie mogą oddać jej prawdziwe uczucie? Ciężko zamknąć to w jakimkolwiek znaku graficznym. Ja mam nieodparte wrażenie, że przenoszę się w czasy średniowiecznych klasztorów, których zimny oddech przenika moją skórę. Zapach wilgoci obecny w powietrzu usypia, wprowadza w stan zadumy. Muzyka utworu „Modlitwa” oparta jest na niezwykle melodycznej linii gitary, wspomaganej podczas refrenu dźwiękiem organów. W treści gitary pobrzmiewają rycerskie wątki aranżacyjne. I w zasadzie większość partii gitar jest oparta na stylu klasycznym, które dopiero po odpowiednim czasie wybrzmiewają tym mocnym, metalicznym brzmieniem pogańskim. Utwór został opatrzony tekstem Tadeusza Micińskiego, człowieka często niedocenianego, będącego dla innych geniuszem i mistrzem poetycznej sztuki słowa. Nie chcę opisywać czegoś, co stanowi koncept. Każdy odnajdzie swoją właściwą interpretację, kiedy słuchając muzyki weźmie do rąk zamieszczony egzemplarz książeczki. „Otom zbłąkany wśród piasków pustyni: Pożar zwątpienia pali głowę mą […]”. Być może odnosi się to do kuszenia Pana Jezusa na pustyni? Może skierowane jest do wszystkich nas, poszukujących prawdy? Jedynej i prawdziwej wiary, bez której, jak twierdzą zebrani goście, życie staje się niepełne. Dynamiczny refren doskonale oddaje ducha nostalgii. Głos Krzysztofa Bigaja to istny ewenement. Nie jest on typowym wokalistą, jakiego znacie ze swoich domowych płytotek. To osobowość poety, zaklęta w umiejętności dobrego wokalisty, którego emisja głosu zdaje się być dla Projektu KORSARZ niezastąpiona.

„[…] Tak naprawdę satanizm rodzi się wśród wielkich marzycieli, zmieniając ich marzenia
w twardą, praktyczną rzeczywistość.”

 

Image„Komnata Piąta (Potęga)”

Bez wątpienia w tym i innych odsłonach przemowy demonicznego bohatera, któremu głosu udzielił Krzysztof Biliński, drzemie diabeł. Okropny i przesterowany głos wygłasza swoje orędzie. Muzyczna warstwa przeraża swoją cmentarną wizją końca świata. Nieziemskie dźwięki syntezatorów, w które wpleciono delikatne stuknięcia fortepianowych młoteczków, budują grozę i strach przed nieznanym… Gdy powraca spokój, utwór powoli przechodzi w kolejny dialekt. Spokojny, lecz tylko na chwilę. Później kolejne wrota niepewności zostają otwarte…

 

„Gdy myśli błądzą w krainach cieni,
otwieram pradawny gabinet luster – tam twarze moje
w grotesce żyć oglądam pełen goryczy i bólu.”

„Ciemna strona jaźni”

To najbardziej mroczny i metalowy twór na płycie. Galopada podwójnej stopy ścigająca się z black metalowym riffem przypomina o przemowie kogoś, będącego ponad wszystkim, co żywe i śmiertelne. Doskonały tekst Bilińskiego przywodzi na myśl okultystyczną modlitwę. Element cierpienia w „koronie z gwiezdnych cierni” czy w „labiryncie kamiennych kurhanów” zabija resztkę sumienia. Podążamy za przemawiającym nauczycielem, stajemy się jego własnością. Nie istniejemy jako ludzie, jesteśmy zwykłym pyłem roznoszonym przez gniewny wiatr.

Na sam koniec chciałem napisać Wam o jedynym, zawartym na płycie utworze, który przyjął rolę swoistego promotora „Galerii IX Mrocznych Obrazów”. Dołączona do wydawnictwa płyta multimedialna zawiera także ruchomy obraz, będący oprawą wizualną do muzyki tego utworu. „Pasje Nocy” – zawładnęły moim sercem. Wprowadzając je w smutne i gorączkowe drżenie. Tak prawdziwa i szczera sztuka zdarza się jednak bardzo rzadko. Stworzyć ją może jedynie osoba umiejąca uchwycić swoje uczucia za pomocą zwykłej kartki papieru i pióra, czasem również za pomocą niezwykłych nut. Intymność nocy staje przed Wami w swym najbardziej okazałym obliczu księżycowej pełni. Oddajcie się w jej ręce, dajcie się unieść własnej wyobraźni. Niech prowadzą Was duchy „ouija”…

Image

„Stałem się samotny z iskrą Boga w duszy, Czarny Pegaz prowadzi mnie przez Noc.”

„Pasje Nocy”

ImageZazwyczaj łatwo krytykuje się dokonania innych. Bez głębszego zastanowienia potrafimy wydawać sądy, często sprzeczne z prawdziwym stanem rzeczy. Jeszcze trudniej przychodzi nam szczera ocena czyjegoś wysiłku. Szkoda, że tym samym odbieramy sobie prawo do drogi, której przeżycia mogą wzbogacić naszą życiową mądrość. Jako iż „Pasje Nocy” to utwór opatrzony teledyskiem, muszę niejako połączyć ze sobą obraz i muzykę. Rozgraniczanie na dwie osobne części nie ma większego sensu. Wyobraźcie więc sobie rozmywające się światło dnia i nadchodzący wieczór wraz z czarną plamą gwieździstego nieba. Wszystko dookoła wiruje, światła lamp rozmywają się w Waszych oczach, a jedyne bezpieczne miejsce – dom, oddala się błyskiem okien. Wspomnienia powracają z nieokreśloną siłą. Na stole świece i album ze zdjęciami. Dziecinna zabawka przywołuje łzy. Butelka traci swą alchemiczną zawartość. Zmysły łączą się w cierpienie… Muzyka płynie delikatnie, oswaja nas ze swoją obecnością. Jestem zdumiony i pełen podziwu dla tego Dzieła. Każdy szczegół został dokładnie dopracowany. KORSARZ solidnie dopracował synchronizację scenariusza z dźwiękiem: szelest kart księgi, zamknięcie tajemniczej butelki. Mimo iż produkcja jest zupełnie amatorska, nie odczuwa się tego. Pomysł rzuconych kości i ich liczba końcowa, piwniczne drzwi czy zbliżenie literatury okultystycznej na półce świadczy o geniuszu i niesamowitym wyczuciu sytuacji. Człowiek sam zaczyna popadać w letarg. Czuje ogromny ciężar. Tego nie można słuchać i oglądać bez zastanowienia. Tego typu sztukę należy przeżywać, łączyć się z nią. Pojawia się nawet dwuczłonowa solówka. Rozdzielona na partię klasyczną i tę bardziej rockową. Poprzedza ją piękna sentencja Fryderyka Nietzschego: „Do każdej duszy odrębny świat przynależy, dla każdej duszy jest inna dusza zaświatem.” Zbliżając się powoli do końca, wszystko staje w miejscu. Zmęczeni drogą łapiemy zimne wieczorne powietrze. Ręce spoczywają na kolanach. Zmierzamy przez ciemność, tak naprawdę nie wiadomo, dokąd. Z oddali widać płonące ognisko, słychać tupot koni. Podmiot liryczny zwierza się, tracąc siłę: „Jak tak ciężko, kiedy nie ma dokąd iść, kiedy dom cmentarzem się stał. A bez ciebie nie zbuduje nikt świątyni…”. Choć słaby, zaczyna biec dalej. Samotny, skruszony, zanika…

 

[Sabian]

Image

Czymże jest ów pentagram?

Image Czymże jest ów pentagram?

Rozprawka owa może nie powinna być pisana przeze mnie, ponieważ w sprawach magii, czy samego zainteresowanego – pentagram u jestem co najwyżej pół-laikiem, ignorantem pół-totalnym, stykającym się z ową gwiazdką z racji bycia metalowcem, ale zadam to pytanie, bo czymże jest ów pentagram?
Pentagram, znany też jako pentagram kabalistyczny lub pięcioramienna gwiazda jest znakiem mistycznym, pochodzącym ze starożytności. Już dla pitagorejczyków był znakiem zdrowia i siły. Druidowie widzieli w pentagramie kabalistycznym symbol broniący przed dostępem złych duchów. Od najdawniejszych czasów w pięcioramienną gwiazdę wpisuje się wizerunek człowieka. W dolnych ramionach znajdują się nogi, w bocznych rozpostarte ramiona, w wierzchołku – głowa. Taki symbol miał być używany w trakcie wielkich ceremonii w celu zapewnienia magowi ochrony podczas wywoływania sił tajemnych. Szkoły gnozy uważają pentagram za „płomienną gwiazdę” i symbol wszechmocy. Masoni umieszczają w środku pentagramu literę „G”, mającą sygnalizować pojęcia gnosis i generatio – święte słowa Kabały. Wreszcie jest pentagram nazywany „wielkim architektem”, bo niezależnie, od której strony się nań spojrzy, zawsze można zobaczyć literę „A** – alfa, czyli początek. Z geometrycznego punktu widzenia pentagram jest pięciokątem, na którego bokach zbudowano trójkąty równoramienne, przy czym na każdym odcinku leżą cztery punkty przecięcia.
Może geometryczny punkt widzenia zostawmy w spokoju, wszak nie o to nam chodzi… A wiec jaka jest mistyka owego znaku, kto i po co go stworzył, jako co jest odbierany przez współczesnych, co ja o nim wiem, co sądzi o nim zupełny laik, co kler… Te i inne pytania można mnożyć, a i tak nic z tego nie wyniknie.
Image Jak już zostało wspomniane wcześniej, pentagram stworzyli ludzie starożytni. Już w czasach neolitu, czyli epoki kamiennej był on wykorzystywany, na jego planie budowano wiele kompleksów megalitycznych nie tylko w Europie, wreszcie umieszczano go na stropach neolitycznych grobów korytarzowych…
Na pomocny zachód od Klagenfurtu jest miejscowość Maria Saal – a półtora kilometra od niej na północ „tron księżycowy”. Tron ów, zabytek kultu, stoi w geometrycznym i środku pentagramu. Dokładnie 13 km na północ, na i południowym zboczu Kraigerbergu, są ruiny zamku Hochkraig. To północny punkt pentagramu. W pobliżu ruin można jeszcze odnaleźć ślady budowli megalitycznej. Stąd pierwsza linia biegnie na południowy wschód – do góry Schrottkogel. Także tu są pozostałości jakiegoś muru oraz megality bez wątpienia wykazujące ślady obróbki i wykorzystywane przez późniejsze pokolenia jako kamienie graniczne. Ze Schrottkogel linia biegnie przez Klagenfurt na szczyt Lippe Kegel. Tu znowu można znaleźć rudymenty prehistorycznego kompleksu. Teraz linia kieruje się 23,5 km na wschód, do Krobathenbergu, na którym – jak inaczej! – leżą prehistoryczne megality. Kolejna linia biegnie z Krobathenbergu na południowy zachód – do walącego się kościoła św. Urszuli koło Truttendorfu. Ruiny kościoła znajdują się w centrum resztek dawnych obwałowań. I tu są prehistoryczne megality. Teraz od św. Urszuli na północ do Hochkraig – i pięcioramienna gwiazda gotów. Koło Truttendorfu są ruiny zamku panów von Truindorf. Jeszcze w XIV wieku rycerze von Truindorf mieli w herbie pentagram.
Takie w okolicy Karlsruhe znajduje się podobny pentagram, a od niepamiętnych czasów w herbie Knielmgen (dziś dzielnica Karlsruhe) widnieje nic innego jak nasza gwiazdka…
Jak i dlaczego prehistoryczni ludzie mieliby rozmieszczać swoje święte miejsca akurat na liniach długości setek kilometrów, biegnących przez góry i lasy, bagna i jeziora? Co znaczą te ogromne pięcioramienne gwiazdy wpisane w teren? Jeżeli strategiczne punkty pentagramu były kiedyś rozjaśniane pochodniami, to olbrzymie gwiazdy przynajmniej świeciły prosto w niebo. Może działo się tak w określone święte dni -zapewne gnostycy nie bez powodu tytułują pentagram „Płomienną gwiazdą”.
Obiekt naszych rozważań jest także talizmanem. Talizmany przyjmują różne formy, najczęściej są to medaliony, odpowiednio obrobione tabliczki czy pierścienie. Talizman jest swoistym zbiornikiem woli maga. Często mag za pomocą znaków wyrytych na talizmanie wyraża symbolicznie treść swoich wierzeń. Taki talizman nazywa się pentaklem, wśród których najbardziej znanymi są gwiazda Salomona i pentagram. Gwiazda Salomona wyobraża dwa jednakowe trójkąty związane w sześciokąt; wyraża ona porządek świata i podobieństwo pomiędzy wyższym i niższym światem. Jest to gwiazda mądrości i poznania wszelkich tajemnic.
Pentagram zaś wyobraża (w tym przypadku) stosunek między człowiekiem a światem astralnym.
A my? Co my rozumiemy pod słowem pentagram? Kler ogólnie uważa go za symbol zła i Szatana. Dlaczego? Może dlatego, że domorośli sataniści użyczyli sobie symbol z Kabały, tylko że trochę im nie pasował, więc po prostu odwrócili go myśląc, że skoro jest on symbolem broniącym przed złymi duchami, a więc symbolem dobra, spowodują efekt odwrotny (?)… Potocznie jest on najbardziej znanym satanistycznym symbolem. Gwiazda umieszczona w środku koła podobno ma oznaczać ludzkość. Górna część symbolizuje świat ludzki, sięgający aż ku niebu, dolny punkt natomiast to siła ludzka, dominująca nad resztą świata.
Image To coś takiego jak sprawa z tym nieszczęsnym krzyżem. Krzyż południowy – odwrócony ma być bluźnierczym odrzuceniem krzyża Chrystusa, 8 wręcz wyszydzeniem go. Odwrócili biednego Jezuska myśląc, że w ten sposób sprowadzą na siebie błogosławione zło… ha, ha, ha… Czyż Satanizm nie ma własnych symboli? Wszak jest tyle innych znaków, chociażby wszystkowidzące oko z łezką, krzyż Konfucjusza czy chociażby symbole bestii (666, FFF…). A może ci od odwracania krzyży na cmentarzach są wyznawcami Jezusa – wszak on umarł na krzyżu głową w dół (jak głosi legenda….).
Podobno stając w pentagramie w czasie obcowania ze złymi duchami, chroni on delikwenta przed ich złą mocą. A co będzie, gdy ktoś zapragnie, aby to zło przyszło do niego? Narysuje na podłodze pentagram, tyle, że odwrócony i stanie w nim w błogiej nadziei? A skąd nieszczęsne złe duchy będą wiedziały, że jest to odwrócony pentagram? Wszak wygląda on tak samo, jak ten kabalistyczny… Wiem, wiem… Ktoś krzyknie, żem dureń, że do tego są znaki tajemne, czy inne pierdoły, ale my tu mówimy o samej gwieździe, bez żadnych „zdobień”.
A więc czym ma być ów odwrócony pentagram? Symbolem walki z ludźmi neolitu (rany, przecież po nich kości ledwo pozostały!), Pitagorejczykami, druidami??? Kabałą?!?! Czym dla mnie jest pentagram?… Tylko symbolem. Symbolem mojego patrzenia na Świat. Jest też swego rodzaju amuletem. W końcu jest tylko wisiorkiem dla niewierzących weń, niewtajemniczonych. Jest…
Aaaa, hipokryta cholerny ze mnie. Sam noszę pentagram na szyi (i o zgrozo, ten z którego się nabijałem – odwrócony), a próbuję Wam mącić w głowach… Spadam…

[Paweł / Atmospheric #8]

Źródłosłów:
Erich von Daniken „Kosmiczne miasta w epoce kamiennej”
Max Adler „Księga wiedzy magicznej. Magia praktyczna”
„Współcześni czciciele Szatana” – artykuł z jakiejś tam gazety