Kategoria: Artykuły

To se ne vrati

 

To se ne vrati…

W sumie to nie wiem, czy tak się to pisze, ale szczerze mówiąc, wali mnie to, skoro w ogólnopolskich gazetach w tytule widnieje np. „Na wakacje do Kołobrzegu”… Ale nie o tym miałem pisać…
Pewnie nie tylko ja tak mam, ale i wielu starych ludzi słuchających jeszcze metalu, że coraz rzadziej sięgam po coś nowego z tej muzyki. Dlaczego? Dobre pytanie, w sumie sam nie wiem do końca, czemu się tak dzieje. Po części pewnie dlatego, że przestałem po części rozumieć dzisiejszy metal (poza tym, to co teraz uważane jest za muzykę metalową oficjalnie, dla mnie jest po prostu rock’iem, no może hard rock’iem, zresztą – skoro ŁZY jest uważany za zespół gotycki, to czemu ja się dziwię…), a po części dlatego, że niewiele nowego w tej muzyce się dzieje…

ImageTak, czasem wolę zagłębić się w swoich starociach, dla mnie ciągle żywych, ciągle świeżych i wciąż najlepszych. Niestety, jednak prawie wcale nieznanych dla tych, którzy mienią się dzisiaj być fanami muzyki metalowej. Pewnie powiecie, że przyfruwam, więc dlaczego dzieje się tak, że rozmowa z małolatem twierdzącym, że jest fanem KAT`a może odbywać się tylko na płaszczyźnie „Ballad” i późniejszych płyt? Jakiś czas temu Kuba – mój pierwszy współtwórca „Atmo” – opowiadał mi jak to na jakimś underground’owym koncercie spiknął się z gościem w rozmowie o rzeczonym KAT`cie. Fan ów na tytuły „666”, „Bastard” czy „Oddech umarłych światów” (nie wspominając już o „Ostatnim taborze” czy koncertówkach) wzruszył tylko ramionami, po czym wyzwał go od pozerów i w ogóle stwierdził, ze Kuba nie jest metalowcem, bo na takiego nie wygląda czy coś… Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Sam na koncertach od pewnego czasu czułem się jak na przedszkolnej rewii mody, ale…

ImageZebrało mnie tak na wspominki, gdyż znalazłem dzisiaj kasetę „Horda Goga” DRAGON’a. Słuchałem jej po raz pierwszy po przeprowadzce i co stwierdziłem? Ano tylko tyle, że wtedy to robiło się muzykę. Czy ktoś zna jeszcze ten zespół? Materiał na „Hordę Goga” nagrany został w 1989 roku, a więc ma teraz 17 lat – tyle samo co połowa dzisiejszych metalowców – i rok później wydany przez WIFON na licencji Metal Mind Prod., wytwórni, która dopiero co zdobywała sobie swoją dzisiejszą „sławę”. DRAGON w owym czasie przedstawiał się bardzo ciekawie. Pierwszym plusem (jak dla mnie) były polskie teksty, na których niejedna ówczesna blackmetalowa horda mogłaby się wzorować. Tytuły mówią same za siebie: „Kapłani zdrady”, „Siedem czasz gniewu”, „Wieczne odpoczywanie”, „Beliar”, „Horda Goga” itd. Połączenie heavy metalu w muzyce (i w niektórych warstwach wokalnych) z thrash, death i black metalem, okraszone prędkością speed metalu (kiedyś istniał taki gatunek, dziś chyba już zapomniany) dało nieziemskie połączenie. A jeśli do tego dodam, że można tam też znaleźć solówki rodem z pierwszych płyt KAT’a, to co niektórzy już powinni poderwać się do poszukiwań. Później, ku mojej rozpaczy, DRAGON obrał inną ścieżkę muzyczną i skierował się w ramiona królującego wówczas death metalu stając się jednym z setek podobnych sobie zespołów. I mimo wszystko, że startował w czasach sprzyjających takim zespołom (popatrzcie na VADER`a, który jest tego najdoskonalszym przykładem – oni po prostu znaleźli się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu – nic więcej), nie odniósł większych sukcesów. Niestety, cóż można jeszcze powiedzieć o DRAGON’ie, chyba tylko zacytować ich samych, a więc „Pokój duszom zmarłym daj Panie…”

Następnym zespołem, o jakim chciałem tu wspomnieć, jest MORDOR. Zespół ten nadal egzystuje (a przynajmniej istniał do niedawna), jednak porusza się już w zupełnie innych rejonach muzycznych niż kiedyś.
ImageJest rok 1992 i wspomniany wcześniej Metal Mind wydaje oficjalnie pierwsze dziecko zespołu – „Nothing”. Jest to rasowy doom metal wzorowany na wczesnej twórczości PARADISE LOST, co zresztą widać od razu po choćby pobieżnym przestudiowaniu wkładki, gdyż drugą stronę kasety otwiera „Eternal” wspomnianych wyżej Anglików. Intro też zostało zapożyczone nie od byle kogo, bo od zespołu LAIBACH. W zespole tym na początku udzielał się najbardziej eksploatowany perkusista polskiego podziemia Gerard Niemczyk, który swego czasu grał chyba w kilkunastu zespołach na raz (:-))…
MORDOR z kolei obrał później nieco inną drogę kierując się na następnych wydawnictwach w stronę większej melodyki i rock’owej progresywności kosztem ciężkości brzmienia. Jednakowoż nadal tworzyli coś oryginalnego na owe czasy eksperymentując chociażby z żeńskimi wokalami (gościnny udział Anji Orthodox na drugim materiale „Prayer To…”), a w konsekwencji całkiem zatracając się w rock’u progresywnym.
Nie twierdzę oczywiście, że była to muzyka oryginalna. Nic w tych czasach w Polsce nie było oryginalne, tak więc i muzyka metalowa rodząca się niejako od podstaw w postkomunistycznym kraju musiała skądś czerpać wzorce, by dopiero po paru latach dorobić się czegoś swojego.

Image Tak na przykład było z płocką grupą HAZAEL, która startowała w 1990 roku demówką „Chapel Of Doom”. Dwa lata później grupa nagrała drugi materiał „Clairvoyance”, wydany przez debiutującą wówczas Metalstorm Rec. Potem, o ile się nie mylę, nadszedł czas na płytę „Thor”, która już swym tytułem sugerowała rodzaj, jaki w tych czasach królował w death metalu. Później szkalowano zespół na wszystkie możliwe sposoby, gdyż jak minął czas skandynawskiego death metalu, a nadeszła moda na słowiańszczyznę, to i HAZAEL nagrał płytę w tych klimatach („When The Sun Is Dead”). Potem kłopoty z Century Media zmusiły Mariusza i resztę grupy do zaprzestania działalności. Jednak zdołali oni wydać jeszcze w Polsce ostatnią swoją płytę i tak w 1996 r. światło dzienne ujrzała za sprawą Ceremony Rec. ze Świecia płyta „The Kiss And Other Movements”. Jednak niczym nie przypominała ona dokonań grupy, która mimo że zmagała się z nienawiścią (głównie za to, że udało się jej pozyskać zagraniczny kontrakt płytowy), potrafiła stworzyć muzykę na miarę ówczesnego europejskiego poziomu.

Wiem, że przedstawiłem tutaj jedynie skromny wycinek tego, co się działo wtedy w podziemiu. Może w następnym numerze coś jeszcze napiszę, jeśli będzie taka potrzeba z Waszej strony… W tych jakże ciekawych czasach w Polsce istniało sporo obiecujących grup, które niestety nie wyszły z głębokiego podziemia, jak choćby UNNAMED, GROAN, MORSUN DIABOLI, NOSTRADAMUS, SHADE, STONEHENGE, a których warto by było sobie czasem posłuchać chociażby po to, aby zobaczyć jak wyglądał świat polskiego underground’u w ubiegłym stuleciu.

[Paweł / Atmosheric #12]

Sound Riot Records – prezentqacja zespołów

 

Image

 

Przedstawiamy nieco bliżej kilka wybranych kapel zrzeszonych w Sound Riot, a także Dreamlike Music – podwytwórni, która specjalizuje się w dark wave, gotyku, folku, muzyce eterycznej, średniowiecznej itp.

 

Szwedzki INCINERATOR gra crusher/speed thrash metal wzorowany na dokonaniach mistrzów tego gatunku z lat `80 (KREATOR, DESTRUCTION, SLAYER, DARK ANGEL). Tytuł debiutanckiego, 5-utworowego MCD „Thrash Attack” jest więc znamienny. Drugi album grupy został zarejestrowany w Sunlight Studio i jest to kawał surowej, zabójczej muzy; a cover art wykonał grafik pracujący też dla MARDUK i OLD MAN`S CHILD. Basista / wokalista zespołu, Lenny Blade, udziela się równocześnie w NOMINON oraz wziął udział w nagraniu płyty MAZE OF TORMENT.

Początki zespołu ERIDU ARCANE datują się na `93. W krótkim czasie powstało demo „Ars Poetica” i aż po sześciu latach pierwsza płyta długogrająca „Refugee From The Monochromie”. Drugi album kapeli to „The Dying Of An Ageless Day”. Grupa pochodzi z Norwegii, a w swojej twórczości bazuje na irlandzkim folku i kontynentalnej muzyce klasycznej. Trochę to zaskakujące, nieprawdaż? Płyta zawiera dramatyczne w swojej wymowie kompozycje przypominające dokonania chociażby DEAD CAN DANCE z okresu „Aion”. Do powstania krążka przyczynili się inni muzycy sesyjni i narodowa orkiestra symfoniczna. Wśród instrumentarium znalazły się gitary klasyczne, pianino, skrzypce i flet. Całość brzmi bardzo efektownie i ekspresyjnie. Grupa ma w składzie (nową) utalentowaną wokalistkę, o niebiańskiej barwie głosu.

ImageZespół BURIALMOUND (Finlandia) powstał w `94 jako black metalowy UTGARD. Pod tą nazwą nagrał demówki „Northern Glory” i „Nightly Verses”. Zmiana szyldu oznaczała nowy, dojrzalszy okres w działalności grupy oraz bardziej zdecydowane ukierunkowanie agresywnemu death metalowi. W `99 nakładem szwedzkiej Arte De Occulta Prod. ukazała się limitowana EP`ka „Horror”, zaś kontrakt z Sound Riot przyniósł tercetowi BURIALMOUND debiutancką płytę „The Black Death” (11 kompozycji) oraz drugi, 9-utworowy album, którego cover art został zainspirowany powieścią Stephen`a King`a (obydwa zrealizowane w Watercastle Studios). Utwory grupy zawierają w sobie zarówno pierwiastki starego, jak i nowego stylu zespołu. W grze dominuje death bliski INCANTATION, IMMOLATION, AETERNUS, MORBID ANGEL, który scala się mrocznym black metalem (w tym klimacie są też utrzymane teksty typu „Devilspawn”, „Hellbounded Interno Ones”, „Sisters Of Sodomy”). Co więcej, wyróżnia się chwilami grindująca perkusja! Zresztą ogólnie wszyscy muzycy dobrze władają swoimi instrumentami. Tempa są średnio-szybkie, ukierunkowane na zmiany i zwolnienia. Utwory są dość masywne. Niekiedy zespół brzmi chaotycznie, ociężale i monotonnie. Pojawiają się też krótkie solówki. Wokal nie zachwyca niczym wyjątkowym, jest to typowy growl przeplatający się ze złowieszczymi skrzekami. Reasumując, BURIALMOUND to brutalny akt dla death/black maniaków.

FROSTMOON może pochodzić tylko z zimnej Norwegii! Bowiem „Tordenknig” (10 utworów) to surowy, obskurny, nienawistny epic black metal. Album obfituje w tradycyjne melodie i chóry tworzące iście wikińską, aczkolwiek ponurą atmosferę.

ImageFiński LOST IN TWILIGHT wydał w Sound Riot MCD „Planeteer”, który jest jedną z najciekawszych propozycji w ofercie wytwórni. Zawartość tego materiału to progresywny, gotycki metal z przebogato zaaranżowanymi, majestatycznymi klawiszami, przeważnie czystym, ciepłym męskim wokalem i chwytliwymi melodiami. Nie brakuje też ostrzejszych riffów. Wszystkie kompozycje zespołu są dość rozbudowane, następują w nich częste zmiany motywów melodycznych i wahania najróżniejszych klimatów, do nastrojowej zadumy po niepohamowaną euforię. Dzięki tej różnorodności muzyka nie jest nudna, a wręcz po prostu wciąga i fascynuje. Właściwie wachlarz skojarzeń podczas słuchania tych czterech kompozycji z „Planeteer” jest szeroki: od TYPE O NEGATIVE (ten dostojny wokal!) i nowsze wcielenie MOONSPELL, z jednej strony poprzez STRATOVARIUS, a z drugiej CHILDREN OF BODOM, aż do YNGWIE MALMSTEEN`a. Tak więc w LOST IN TWILIGHT miesza się doom, heavy i death z progresywnymi elementami i iście gitarowym graniem. Prywatnie członkowie grupy słuchają różnorodnej muzyki, od black`a po power metal. Ogółem twórczość LOST IN TWILIGHT to piękne, bardzo urzekające granie dla zwolenników spokojniejszej, aczkolwiek bardzo emocjonalnej i uduchowionej muzyki. Album brzmi epicko. A teksty zespołu nawiązują do kultury starożytnej, dotyczą religii i problematyki życia po śmierci (jeden tekst z „Planeteer”, „Vaya Con Diablos”, jest po hiszpańsku!). Nowszy album młodych Finów to nagrany w Astia (nagrywał tam m.in. CHILDREN OF BODOM) album „Modus Operandi”, a dla ci, którzy chcieliby zgłębić całą twórczość kapeli, mogą jeszcze sięgnąć po nagrania demo „Forever Autumn” i „Descending Mist”.

CHAIN COLLECTOR to zespół gwiazd. W składzie kapeli znajdują się muzycy GREEN CARNATION i CARPATHIAN FOREST. Grupa ta zadebiutowała pod szyldem właśnie Sound Riot Rec. albumem zrealizowanym w Dub Studio.

WISH to pierwszy zespół dark/elektro/goth rock z Holandii (powstał w `95) i ponoć jest dobrze znany na scenie industrial/techno. Jego założycielem był ex muzyk THE GATHERING, Bart Smits (dla przypomnienia – śpiewał na „Always”). Po porzuceniu stricte (doom) metalowej przeszłości, stworzył on z dwoma innymi kumplami grupę, która właśnie wkroczyła na nowe stylistyczne terytorium. WISH to obrazujący nadejście apokalipsy chłód spreparowany za pomocą syntezatorów, różnych modułów, sampli, komputera i gitar. Fani tak różnorodnych grup jak NINE INCH NAILS, MARILYN MANSON, RAMMSTEIN, DEPECHE MODE czy też soundtracków do filmów David`a Lynch`a na pewno będą usatysfakcjonowani. Najstarsze dokonania kapeli, które zostały wydane przez Moonlight Rec., to płyta „Monochrome” i mini-album „Jane Doe”, zaś nakładem Sound Riot ukazał się box-MCD „Ground Zero Heaven”. Został on nagrany w jednym z najlepszych studiów holenderskich, RS29, z Oscarem Hellemananem, który pracował m.in. z GOREFEST, WITHIN TEMPTATION i ARIAN, za konsoletą.

GHOST MACHINERY
(Finlandia) wydał w barwach Sound Riot trwający godzinę album „Haunting Remains”. Zawiera on 13 utworów neoklasycznego power metalu. Istnym rodzynkiem na płycie jest cover GARY`ego MOORE`a „Out In The Fields”, w którym gościnnie zaśpiewał (backing vocal) Ville z SENTENCED.

ImageAlbum „Christians To Ashes, Angels To Dust” SATANS BLOOD z `01 to przykład na to, że także w Niemczech można grać typowo szwedzki, rasowy, szybki black metal na poziomie wczesnych dokonań DARK FUNERAL i MARDUK. Kapela ta preferuje szybki, bluźnierczy BM, na który składa się cały czas forsująca mordercze tempo perkusja, wściekłe wokale i nieskomplikowane, ale agresywne riffy. Zmysł słuchu wyostrza świetna produkcja albumu, nie zlewa się ona w bezkształtną całość, jak to często bywa w przypadku zespołów blackowych, bowiem każdy z instrumentów (oraz wokal) został odpowiednio nagłośniony i odgrywa równie istotną rolę w kreacji płyty jako całości. Sporo jest w muzyce Niemców furii i nienawiści kierowanej ku zniewalającej religii. Zresztą na okładce płyty umieszczono rysunek sprzed 500 lat, który przedstawia kuszenie św. Antoniego. Dodatkowo na upiorny image muzyków składają się m.in. stylowe corpse painting i przeróżne narzędzia ostre.

Niemiecki PRONTHER rozpoczął działalność w `96. Muzyka tej grupy z pierwszej wydanej dwa lata później własnymi siłami płyty „Poseidomat” oscyluje w granicach silnie zrytmizowanego metalu, który tym samym śmiało zahacza o estetykę techno. Jednak zarazem zespół nie zapomina w swojej twórczości o wyeksponowaniu melodii i potrafi się oddalić w rejony muzyki ambient. Muzyka PRONTHER jest świeża, chwytliwa i innowacyjna. Niemieckojęzyczne teksty utworów, podobnie jak to ma miejsce u RAMMSTEIN lub OOMPH, dodatkowo uwypuklają specyfikę tego chropowatego, twardego stylu i potęgują napięcie. Podczas pracy w studiu kapela umiejętnie wykorzystuje wszelkie zdobycze najnowszej techniki rejestrowania dźwięku. Sound Riot ma w swojej ofercie drugi album, „Herzschlang”, która zawiera kompozycje premierowe i trzy remiksy kilku utworów z debiutu.

DEMON CHILD
to kolejny zespół z krainy tysiąca jezior, który figuruje w katalogu Sound Riot. Grupa powstała w `00. Specjalizuje się w atmosferycznym black metalu. Jej dorobek obejmuje demo (wydane także jako „7 vinyl) „Sorrow Cast Upon The Angels” i płytę „Shadow Cult”.

Szwedzki HOLOCAUST istnieje od wielu lat, nagrał kilka demówek, a kontrakt z Sound Riot opiewa na dwie płyty. Mini-album „Hellfire Holocaust” (wcześniej dostępny na taśmie wydanej przez Dark Angel Rec.) to 7-utworowa dawka piekielnego death metalu utrzymanego w starych kanonach tego gatunku. Muzyka zespołu jest kombinacją szwedzkiego melodyjnego grania i amerykańskiego, brutalnego, szybkiego death metalu, z małą domieszką thrash`u.

Image NIGHTSIDE to kolejny BM akt wprost z Finlandii. Grupa powstała w `96 (pod nazwą DARKSIDE). Debiutancka płyta chłopaków, „The End Of Christianity”, zawiera nowe kompozycje plus „Demo`97” jako bonus (w międzyczasie była jeszcze EP`ka). Ogółem jest to 12 utworów szybkiego, bezkompromisowego blacka w starym stylu. Właściwie podobna do siebie struktura wszystkich kompozycji i ogólny wizerunek tego kwartetu wyraźnie zdradza, z którego rejonu świata pochodzi NIGHTSIDE. Tempa są zabójcze i raczej jednostajne, niemniej nadają kompozycjom spójności, które w efekcie mają w sobie interesującą motorykę. Pomimo zawrotnej szybkości, gitary są dość melodyjne. Praktycznie nie ma solówek, a w tle słuchać delikatne klawisze. Wokal jest ohydny i toporny. Technicznie i brzmieniowo jest bardzo poprawnie. W końcu muzycy NIGHTSIDE szlifują swój warsztat także w innych, mniejszych kapelach, a utwory z demówki brzmią równie dobrze, jak te nowsze, bowiem zostały one nagrane w słynnym studio Tico-Tico. Podczas konsumpcji „The End Of Christianity” nasuwają się skojarzenia zarówno z diabelską prostotą VENOM jak i z EMPEROR. Najbardziej zapada w pamięć old school`owy i hitowy „Demon Metal”. Nienawistne, ponoć inspirowane snami teksty grupy są iście black metalowe, dotyczą zagadnień związanych z okultyzmem, satanizmem, walką z chrześcijaństwem, a także wizją przyszłości. Podsumowując, muzyka Finów to pełen mocy black metal najwyższej próby.

Muzyka prezentowana przez RUPTURE CHRIST odbiega stylistycznie od większości pozycji z katalogu Sound Riot. Bowiem album „Molesting The Entrails Of The Disemboweled” zawiera klasyczny death/grind! Muzyka zespołu jest oczywiście brutalna, chora i obrzydliwa. Do tego dochodzą pikantne teksty w stylu porno (vide „Puss Filled Pussy”). RUPTURE CHRIST kieruje swoją twórczość do zwyrodnialców rozkochanych w dźwiękach REGURGITATION, LIVIDITY czy MORGUE. Grupa istnieje od `99, pochodzi z USA i przybyła aż do Niemiec, do berlińskiego Mega Wimp Sounds (gdzie pracowali m.in. DISINTER, DEICIDE, MALEVOLENT CREATION, DYING FETUS, DAMNABLE, SETH, BLOOD RED THRONE) w celu zremasterowania płyty.

ImageW barwach Sound Riot ukazały się płyty fińskiego REQUIEM: „The Arrival” i „Mask Of Damnation”. Zespół wykonuje niezwykły w swoim klasycyzmie power metal odwołujący się do dokonań MANOWAR czy HELLOWEEN. Utwory grupy są tradycyjnie długie i monumentalne. Rozpędzone gitary wygrywają wirtuozerskie solówki, klawisze tworzą barwne tła, jest w tej muzyce finezja i przestrzeń. Do tego dochodzą operowe, często chóralne wokalizy (w których słychać też niewiastę) i rzecz jasna w tych wysokich partiach śpiewak REQUIEM może nieźle denerwować tych, którzy nie są zwolennikami wokalu a la KING DIAMOND (niemniej dużej skali głosu odmówić mu nie można). Poza tym wyróżnia się nienaganna technika instrumentalistów (perkusista jest tak precyzyjna jak … automat). Dobrym wzorcem dla Finów musi być MALMSTEEN, członkowie DREAM THEATER i zapewne niektórzy twórcy rocka progresywnego (sugeruje to również układ kompozycji i aranżacje). Oczywiście na płytach REQUIEM podniosłe pieśni sąsiadują z bardziej balladowymi kompozycjami, a także w dynamicznych utworach pojawiają się spokojniejsze wstawki, które tylko dodają dramaturgii twórczości zespołu. Ale ogólnie jest to bardzo melodyjne i pełne polotu granie opatrzone stosownym soundem. O takim, a nie innym brzmieniu zespołu świadczy też fakt, iż chłopaki remasterowali swoje utwory w studiu Finnvox, z którego chętnie korzystają dużo większe heavy metalowe bandy (np. STRATOVARIUS, NIGHTWISH). Niektóre teksty grupy nawiązują do mrocznej twórczości Edgar`a Allan`a Poe. Ponoć muzycy REQUIEM żyją jak prawdziwi rockersi i uwielbiają motocykle. W wywiadach przyznają się do klasycznych korzeni. Znają dokonania Griega, Beethovena, Mozarta, Bacha, Chopina, słuchają także jazzu. Oczywiście nie słychać tego w metalowej muzyce REQUIEM, ale właściwie można założyć, że członkowie zespołu to ludzie o dużej wiedzy i wrażliwości muzycznej, a to trzeba docenić.

ETERNAL GRIEF (Szwecja) powstał na przełomie `95/`96 I początkowo wykonywał death/black. Z czasem zespół porzucił ten drugi człon i skoncentrował się na melodyjnym, typowo szwedzkim death metalu. Obecnie kapela gra techniczną, gitarową muzykę z agresywnym wokalem i klawiszami, w stylu zbliżonym do DARK TRANQUILLITY. Grupa ma na swoim koncie dymówki „Path Of Delight” i „Raped By Chaos”.

Niemiecki AURUM NOSTRUM wykonuje neo-classical dark wave z wiolonczelą, akustycznymi gitarami, żeńskimi i męskimi wokalami oraz klawiszami. Zespół zadebiutował na winylowym splicie „Minister Practices In Bright Sunshine”, który dzielił z SONNE HAGAL.

Duet KIVIKYY to multiinstrumentalista Jukke i wokalistka Hanna – obydwoje znani z AS DIVINE GRACE (grupy nagrywającej dla Avantgarde Music). Wspólnie wydali pod szyldem Sound Riot krążek „Kosto”. Przygotowywali się do tego aż cztery lata. Pomysłodawcą i wykonawcą muzyki KIVIKYY jest jeden człowiek i cała masa syntezatorów puls kobiecy głos. Tak więc „Kosto” to wytwór elektroniki i najnowszych technologii. Produkcja domowego studia. Sama muzyka tandemu to przepiękna mikstura eterycznych melodii, zimnego dark wave, gotyku i fińskiego folku. W warstwie tekstowej „Kosto” to koncept album po części oparty na twórczości hiszpańskiego poety Juan`a Garcia. Jest to epicka historia o naszym przodku, bohaterze wojennym sprzed kilku wieków. Płyta została okazale wydana. Jest to digipack w oprawie ozdobionej średniowiecznymi freskami.

Image Początkowo kapela SVARTSYN działała jako CHALICE i zrealizowała wówczas split-demo z ILLSKA, grupą pierwszego perkusisty DARK FUNERAL. Pod nową nazwą, na początku `95, powstał materiał „A Night Created By The Shadows”. Kolejna demówka, „Digerdoden”, nigdy nie ujrzała światła dziennego. Po dołączeniu do zespołu Draugena, który zahaczył jeszcze o MAYHEM i TORTURE, oraz po podpisaniu kontraktu z Folter Rec. SVARTSYN wydał płytę „The True Legend”. Jej promocja odbyła się na koncertach w Holandii i Niemczech, na których grupa grała obok BEHEMOTH i DESASTER. Rok `97 przyniósł 7-calową EP`kę „Tormentor” i sesję w Sunlight drugiego albumu „Blodline”, który został później wydany przez End All Life Prod. jako limitowany LP. Trzecia produkcja SVARTSYN, która znajduje się w katalogu Sound Riot, to album „…His Majesty”. Został on nagrany w studiu Voisin, a masteringu podjął się współpracujący wcześniej z WITHOUT GRIEF, THORIIUM, BREAKING SILENE Jacob Hansen. Grupa dzieli też „7EP z amerykańską kapelą KRIEG. SVARTSYN to już w tej chwili legenda undergroundowej sceny szwedzkiego black metalu, odwołująca się w swojej twórczości do dorobku DARKTHRONE czy MARDUK. Chłopaki stawiają na piekielną szybkość (wytchnienie przynoszą tylko sekundowe przerwy między utworami), maksymalną agresywność, dobre wyszkolenie instrumentalistów, dopracowane aranżacje, upiorny klimat kompozycji i bluźnierczy przekaz. Black metal Szwedów jest pierwotny, obrzydliwy i barbarzyński. Spowity mrokiem i klątwą. I towarzyszy temu charakterystyczny, brudny, typowo podziemny sound; tak jakby nagrań dokonano przed wieloma laty gdzieś w garażu (tak brzmi chociażby wokal). Kolejna, wydana przez Sound Riot Rec. płyta SVARTSYN to „Destruction Of Man”.

Początki grupy GRAYSCALE sięgają `99. Wówczas zespół działał pod nazwą FOUR BITCHES i zrealizował dwie demówki. Można rzec, iż na „The Lost Lament” zaczął się wyraźniej kształtować styl kapeli oscylujący wokół mroku i melodii. Wraz z przetasowaniami w składzie (na stanowisku wokalisty) uległ zmianie szyld zespołu na GRAYSCALE. Wydany przez Sound Riot Rec. album „When The Ghosts Are Gone” to 10 utworów melancholijnego dark gothic metalu rodem z Finlandii.

Poza powyżej opisanymi pozycjami nakładem Sound Riot ukazały się m.in. następujące płyty: MEMORIZED DREAMS (Norwegia) – „Theatre Of Life” (melodyjny power metal), EXCALION (Finlandia) – „Primal Exhale” (symphonic power metal), GRAND ALCHEMIST (Norwegia) – „Intervening Coma – Celebration” (melodyjny black a la DIMMU BORGIR (żeńskim wokalem i dużą ilością klawiszy), UNCHAINED (Szwecja) – „Unchained” (melodyjny metal, także dla fanów rocka progresywnego), GAIA EPICUS (Norwegia) – „Satrap” i „Symphony Of Glory” (speed power metal), VICIOUS (Szwecja) – „Vile, Vicious And Victorious” i „Blood Arena” (techniczny, szybki death ze zróżnicowanymi wokalami – growle, szkrzeki, śpiew w hard core`owym stylu), MEMORIZED DREAMS (Norwegia) – „Theater Of Life” (melodyjny power metal), MYTHOLOGICAL COLD TOWERS – „Sphere Of Nebaddon – The Dawn Of A Dying Tyffereth” (melodyjny, mistyczny epic doom metal); ponadto: VII GATES „Fire, Walk With Me”, SAVALLION DAWN „The Charge”, MADOG „Fairytales of Darkness”, SHADOW SEASON „The Frozen” i kompilacja „Metal Ostention” vol. 1, która była pierwotnie dodana do #3 zina o tej samej nazwie, a obecnie znajduje się jako oddzielna pozycja w katalogu wytwórni (zawiera 20 zespołów prezentujących wszelkie gatunki muzyki, od typowego metalu po ambient, dark wave, industrial) i wiele, wiele innych wydawnictw.

W ostatnim czasie z Sound Riot związało się wiele nowych grup (m.in. SERPENT RISE – emocjonalny gothic/doom) co wkrótce powinno zaowocować kolejnymi premierami i różnymi niespodziankami z tym związanymi. Tak więc z całą pewnością najlepsze dni tej wytwórni dopiero nadejdą.

 

[Kasia / Atmospheric #12]

 

Sound Riot Rec., Apartado 138, 2564-910 Torres Vedras, Portugal;
www.myspace.com/soundriotrec

ALIENACJA – oświadczenie w sprawie zawieszenia działalności zespołu

Image
Na początku roku 2007 zespół ALIENACJA przestał istnieć.

Choć na zewnątrz mogło się wydawać, że zespól jest na jak najlepszej drodze, to jak widać nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością.

Poniższy tekst jest próbą ogarnięcia zaistniałej sytuacji, zdajemy sobie sprawę, że takie ‚oświadczenie’ jest konieczne. Zdajemy sobie sprawę, że pojawiają się kolejne kłamstwa na temat czy to zachowania Hubert, czy Krzyska i nie unikniemy obarczania nas winą za to, co się stało, ale to pozostawiamy już waszej ocenie. Chcemy tylko podkreślić, że ani razu Michał Pytlak nie wykazał jakiejkolwiek chęci kontaktu, chciałby po to żeby powiedzieć nam to prosto w twarz. To faktycznie zachowanie nie fair. Ciekawi jesteśmy, jak długo potrwa to publiczne obrzucanie się błotem na odległość, zamiast wszystkie kwestie wyjaśniać w ściśle zespołowym gronie…Ale do tego potrzeba już odwagi i sensownych argumentów.

Gitarzysta Michał Pytlak zerwał zupełnie kontakt z członkami zespołu, nie brał udziału również w trasie ALIENACJI. Tymczasem zaczęły narastać problemy z nowymi członkami (drugim gitarzysta i perkusista), przestali pojawiać się na próbach, wykręcali się od koncertów. Dopiero ‚przyciśnięci’ wyjawili, że za całą sytuacją stoi nikt inny jak Michał, który traktując ALIENACJE jako swoją i tylko swoją własność zdecydował, że nie ma ochoty grać w obecnym składzie (czyt. z basistą i wokalistą). Jako że nie miał podstaw do wyrzucenia ww. członków zespołu, postanowili doprowadzić do zawieszenia / rozpadu ALIENACJI, tylko po to, żeby za kilka miesięcy wznowić grę w innym składzie. Jednocześnie zaproponowali dwóm nowym członkom zespołu dalszą grę, prosząc o utrzymanie całej sprawy w sekrecie przed pozostałymi, odmawiając jakiejkolwiek próby spotkania czy też ratowania obecnej ALIENACJI słowami: „nie mamy na to ochoty”. W pewien sposób to wystarczający komentarz do tej historii. Oszukując ludzi, których przyjacielem się deklarowali, traktując ich przedmiotowo i uzurpując sobie prawo samodecydowania o losie ALIENACJI, przekreślił szanse na kontynuację tego projektu.
Image Hubert i Krzysiek podejmowali próby rozwiązania problemu lub przynajmniej wywiązania się zespołu ze zobowiązań (trasy koncertowe, zobowiązania wobec promotorów, wytwórni, finansowe etc.). Bez powodzenia. Wiedząc, że Michał Pytlak będzie chciał kontynuować ALIENACJE bazując na ciężkiej, kilkuletniej pracy osób, które od projektu perfidnie odsuwa / odsunął, postanowiliśmy oficjalnie zakończyć działalność zespołu. Jednocześnie prosząc, aby nie wspierać nowego ‚wcielenia’ ALIENACJI, które z pewnością pojawi się w niedługim czasie. Żeby zrealizować wspólne cele, marzenia, musi być wzajemny szacunek i zaufanie miedzy współpracującymi ludźmi, muszą móc na sobie polegać, muszą się wspierać nawet w ciężkich chwilach i muszą umieć ze osoba rozmawiać. Do tego niektórym członkom zespołu zabrakło dojrzałości. Chyba najbardziej boli, kiedy pisze się takie słowa o kimś, kogo uważało się za przyjaciela i choć czasem pojawiały się różnice w sposobie patrzenia na świat, to zdawało się, że łączyła nas wspólna pasja, która dzięki sobie realizujemy i to jest więź specjalna. To bardzo przykra i chora sytuacja i wstyd nam, ze ALIENACJA kończy działalność w taki sposób, jednak manipulacje, jakich dopuścił się gitarzysta i jego cynizm w postępowaniu nie mogły mieć innego finału.

Odpowiemy jasno i prosto na wstępne zarzuty Michała, ponieważ nie ma w nich ani kawałka prawdy czy konkretu.

1. Potraktowany tak, jak sam traktował ludzi w zespole. Wszystkie zmiany personalne albo wychodziły od samego Michała Pytlaka albo je w 100% popierał, były długo dyskutowane, ponieważ jak sam bardzo często powtarzał, nikt w tym zespole nie będzie decydował sam.
2. Jeżeli basista był ‚słaby’, to po chuj zgadzał się żeby grał? Chyba tylko po to, żeby mógł bez przerw kontynuować granie do momentu, aż znajdzie ‚lepszego’ nowego. Jakby co, to przecież można go wyrzucić za jego plecami, prawda? I kto tu przedmiotowo traktuje ludzi? Dlaczego nie umiałeś / umieliście mu tego powiedzieć w twarz? Dodatkowo tylko ja na próbach i poza nimi mówiłem basiście, żeby się przykładał – reszta milczała. Dlaczego?
3. Nigdy nie mówiłem o lojalności wobec mnie – kompletna bzdura. Jakieś 10 dni temu, nie wiedząc jeszcze o tym, co zrobiono za naszymi plecami, prosiłem w sms-sie drugiego gitarzystę o to, żeby zagrali koncert i trasę, ponieważ mamy bardzo duże zobowiązania jako zespół i jedyne o co proszę, to trochę lojalności zobowiązań i trzymania się razem chociaż na ten czas. Co za skurwysyńskie naginanie faktów!
4. Tak, postanowiliśmy zmienić hasła w ostatnią sobotę po tym jak w szyderczy sposób Michał oznajmił nam krótkim sms-em, że nie gramy w ALIENACJI. Ten profil bym moim najczęstszym miejscem pracy przy ALIENACJI – bookowania, reklamowania, kontaktów osobistych, założyłem go – po tym w jak Michał w tak perfidny sposób oszukał nas i usunął z zespołu, postanowiliśmy, że nie będzie miał dostępu do nie swojej pracy i nie pozwolimy, żeby bazował na czyjejś harówie – tak byłoby mu cholernie wygodnie. Niech sam w końcu popracuje nad zespołem, jeżeli chce do czegoś dojść. Jeśli chce nowej ALIENACJI, to niech założy nowy profil i zbuduje od nowa – może wtedy zacznie doceniać i szanować pracę innych, a nie tylko swoją. Potrafił za naszymi plecami oszukać nas i potraktować jak gówno więc coś takiego dostaje w zamian.
5. Lider? Idol? A to niby gdzie? Jak? Co najwyżej setki godzin ślęczenia przed komputerem, żeby załatwić koncerty, odpowiedzieć na wywiady (podkreślę, że reszta zespołu, a szczególnie Michał nie chcieli tego robić), rozpromować zespół (95% całej pracy pozamuzycznej musiałem robić sam) – a to oznacza, że mechanicznie ludzie kojarzą ciebie z zespołem najbardziej. Pracowałem nad tym zespołem tak intensywnie, ponieważ umówiliśmy się z Michałem, że potrzebna jest zmasowana akcja, żeby ALIENACJA wypłynęła szerzej i grała jak najwięcej. Wspólnie stwierdziliśmy, że rok 2007 będzie rokiem, kiedy musimy wykorzystać swoją szansę. Miałem przygotowywać trasy, promować ALIENACJĘ na maxa – oto co dostałem w podziękowaniu. To się wykreowałem, nie ma co…

Michał to kompletny frustrat i chyba nie może się pogodzić z tym, że nie gra już w ALIENACJI. I chyba znalazł sobie winnego tej sytuacji, bo szybko zajął stanowisko. Obudź się człowieku. Jeżeli taka jest próbka ‚sprostowania’ sprawy – stek bzdur i pomówień, to dziękujemy za następne informacje z tego ‚obozu’…

W tym natłoku informacji rozmywa się i znika sprawa bardzo ważna, którą chcemy podkreślić bardzo wyraźnie. Zespół to nie ja, tylko 5 osób. Każdy decydując się na grę w nim, bierze na siebie wspólne zobowiązania kapeli. Zgadzając się na podjęte decyzje i plany, staje się współodpowiedzialny za ich realizację. ALIENACJA pracowała na miano zespołu poważnego i funkcjonującego profesjonalnie. Praktycznie każdy z was miał okazję zobaczyć na profilu, jak wyglądały plany koncertowe ALIENACJI.
ImageChyba łatwo również wyobrazić sobie, że wydanie takiej płyty jak „Blades Shall Sapek” to bardzo duże zaangażowanie finansowe wytwórni, która inwestując pieniądze ma później nadzieję na chociażby zwrot tej sumy (a mówimy tu o kilkunastu tysiącach złotych) – a pieniądze te zwracają się przede wszystkim, jeżeli zespół jest aktywny koncertowo etc. W momencie kiedy zespół decyduje się na tak duże rozwinięcie swojej działalności, normalnym jest, że wchodzi we współpracę z bardzo dużą ilością ludzi, od których wymaga konsekwencji w podjętych decyzjach i tego samego wymaga się od niego. Przygotowywanie trasy koncertowej obejmującej 11 państw i ponad 50 koncertów oznacza poważną pracę dużej liczby ludzi i ich zaangażowanie w ten projekt, koordynację, poświecenie czasu, energii, pieniędzy. ALIENACJA zdecydowała się na ten krok i od tego momentu miała współdziałać jako jedność, aby zrealizować wszystkie zamierzenia i wywiązać się z umów i konsekwentnie tego samego wymagać. Maszyna ruszyła i kilka miesięcy ciężkiej pracy zostały poświecone, żeby przygotować trasę imponującą jak na europejską scenę hc/metal, bo dwa miesiące grania to dla wielu poziom zaangażowania nieosiągalny. Tak duże przedsięwzięcie miało przynieść zespołowi o wiele lepszą pozycję – zespołu formatu europejskiego, szeroko rozpoznawanego, z nowymi możliwościami. To wszystko, czego członkowie ALIENACJI pragnęli jednogłośnie realizować się w graniu i przez granie. Dla wytwórni taka trasa była rękojmią, że jej nakłady i zaangażowanie mają sens i cel, bo zespół i wytwórnia muszą działać jak jedność, wspierać się wzajemnie, bo od tego zależy przyszłość i powodzenie obu projektów.. Nie muszę tu chyba wspominać o wielu małych europejskich agencjach promocyjno-koncertowych, które decydując się na zaangażowanie w dany projekt firmują go również swoją nazwą i w przypadku problemów także one mają problemy. Dochodzą do tego kwestie zobowiązań transportowych, odpowiedzialności za swoje słowa i zaufania.
Image A co w tym momencie robi Michał Pytlak? Kiedy wszystko jest już praktycznie przygotowane, on zaczyna zabawę w usuwanie ludzi z zespołu, pomijając żenujący sposób, w jaki to robi oraz niemniej żenujące powody (ich brak?), stawia pod znakiem zapytania całą trasę, a wręcz doprowadza do jej odwołania i okazuje kompletny brak szacunku i odpowiedzialności w postępowaniu. Mało tego, wręcz dziecinne, kompletne niezrozumienie, czym jest obowiązek wobec członków zespołu i wspólnych założeń oraz przede wszystkim wobec zobowiązań w stosunku do całej grupy ludzi -Lifeline Rec., organizatorów trasy, firmy transportowej oraz jeszcze kilku innych! Chyba łatwo sobie wyobrazić reakcję ww., kiedy dowiadują się o odwołaniu całego przedsięwzięcia, a w jakim świetle stawia to cały zespół i nazwę ALIENACJA? Jak bardzo takie bezmyślne zachowanie niszczy wiarygodność głównego promotora / odpowiedzialnego za tą trasę (Huberta), wielomiesięczną pracę jego i wytwórni? Czy ciężka praca i wymaganie od siebie jest kreowaniem się na lidera / idola? Wg. Michała Pytlak jest.
Warto wspomnieć tutaj również o wspólnym zobowiązaniu się do spłacania poprzez granie koncertów (w istocie tych właśnie tras) długu, jaki ALIENACJA zaciągnęła, żeby kupić sprzęt jesienią 2006 roku. Długu, jaki zespół zaciągnął u mojej Mamy (Huberta). Dodam tylko, że gro tej sumy poszło na zakup sprzętu właśnie dla Michała.
Zdajemy sobie sprawę, że intencją Michała będzie przedstawienie Huberta lub Krzyśka jako sfrustrowanych chłopców, którzy mszczą się za to, że usunięto ich z zespołu. Wplątując w drobiazgowe pyskówki, kłamstewka czy nieistotne sprawy tak by się stało, dlatego ważne jest, żeby sedno całej sprawy nie przemknęło gdzieś bokiem. W związku z tym, że ruszyła kampania oszczerstw ze strony Michała Pytlaka w stosunku do wokalisty i basisty ALIENACJI, nie będziemy polemizować z bzdurami.
Był czas wewnątrz zespołu na rozwiązanie problemów. Naszym jedynym ‚wytłumaczeniem’ i określeniem sytuacji jest tekst w blogu myspace. Jeżeli ktoś chciałby o coś więcej zapytać, to prosimy o kontakt na profil ALIENACJI.

To chyba tyle.
Dziękujemy serdecznie wszystkim tym, którzy Alienacje przez te lata wspierali i dali nam szansę robienia rzeczy, które były esencją naszego życia; byłym członkom zespołu, Robertowi – Lifeline Rec., organizatorom koncertów, ludziom, którzy przychodzili na nasze gigs, którzy wspierali nas w jakikolwiek sposób. Bez was ALIENACJA dalej grałaby tylko w garażu. Do zobaczenia na scenie z innymi projektami, zespołami. Oby.

[Hubert – ALIENACJA]

NEOLITH: …A cała natura odrodzi się w płomieniach


…A cała natura odrodzi się w płomieniach…

Image

 

Po blisko dwuletnich przygotowaniach, w lipcu 1998 r. ukazał się (na CD!) nakładem Dagma Rec. nowy materiał zespołu NEOLITH, „Igne Natura Renovabitur Integra”. Nagrań dokonano w Manek Studio w Sanoku z realizatorem Arkiem Malczewskim oraz gościnnym udziałem U’Reck`a z LUX OCCULTA. Na płytę składa się 11 kompozycji (57 min. muzyki).
Image Całość na pewno nawiązuje swoim charakterem do starszego repertuaru, ale zarazem jest dojrzalsza, bardziej przemyślana, spójna stylistycznie i jednolita tekstowo niż np. split nagrań z „Trips Throught Time And Loneliness”. Mimo iż dokonania NEOLITH nigdy nie grzeszyły zawrotna oryginalnością, zawartość płyty trudno ująć w proste słowa i jednoznacznie zakwalifikować. Za dużo tutaj odniesień, nawiązań, muzycznej rozbieżności, skupionej jednak w ramach pewnej logiki; a nade wszystko kontrastujących ze sobą klimatów oraz odmiennych emocji zamkniętych w każdym dźwięku.
Tym, którzy nie znają „Igne Natura Renovabitur Integra”, spieszę donieść, iż np. kompozycja tytułowa – śmiem twierdzić, że najwybitniejsza – trwa ponad 10 min.; początek tekstu utworu „Unbeliever” to fragment wiersza „Niewierny” K. Przerwy Tetmajera; pieśń „Souls They Love Forever” jak ,,Left Alone” – rozpisano na wokal męski i żeński; „Curse Thee Lord” jest najbardziej bezkompromisowy – w warstwie muzycznej i słownej; kompozycje „Raven Moon”, „My Journey To The Stars”, „Pagan Chant” niepokoją dziwnym napięciem…

Wszystkie teksty na albumie układają się w koncepcyjną całość, I mam wyraźne wrażenie, iż powstały one z najprawdziwszej potrzeby ujawnienia swoich lęków ł wątpliwości; ukazania nagromadzonego żalu i złości; wreszcie pozbycia się destrukcyjnych uczuć. Że wyrosły one z głębokiej tęsknoty za czymś odległym; jeszcze nie poznanym, a doskonałym. Iż są owocem osobistych przemyśleń ich autorów na temat istoty wiary, miłości, także marzeń, wspomnień, sił natury, nieuchronnie mijającego czasu, utraconych ideałów tego, co takie skomplikowane i niezgłębione w całej swojej prostocie. Zagadnienia te są na tyle bolesne i osobiste, że każdy ma prawo rozumieć je inaczej. Zaznaczani więc, iż moja indywidualna interpretacja może rozmijać się z zamierzeniami NEOLITH oraz opiniami innych odbiorców.
W moim odczuciu ogromnego znaczenia w tej opowieści nabiera … dramatyzm relacji Ja-Człowiek a Bóg: źródło konfliktu oraz jego skutki – gorzki smak złamanych obietnic oraz silne pragnienie wyrwania się ze śmiercionośnej pułapki, ograniczającej wolną wolę, wyjątkowość i niezależność ludzką, wreszcie chęć wyniesienia własnego istnienia ponad wszelkie ziemskie sprawy…..

„Igne Natura Renovabitur Integra” jest niczym niemy krzyk zranionej duszy; jak echo, cicha skarga niepozornej, wrażliwej istoty, tak nieznośnie rozczarowanej nareszcie odważnie zdemaskowanymi ułomnościami świata, w którym przyszło jej egzystować. To historia nas samych; mój i twój cień; wierny portret przytłoczonego dekadenckimi nastrojami człowieka końca XX-go wieku…

Image I tak oto człowiek współczesny staje na skraju swojego życia… Taki samotny, bezradny, wyobcowany, zamyślony. Przygląda się sobie i sam już nie wie, kim on właściwie jest. Traci rachubę czasu i poczucie najwyższych wartości Zadaje sobie pytanie o cel własnego bytu. Obwinia przeszłość za wydany na siebie wyrok; z mozołem tłumaczy sens zjawiska dnia dzisiejszego; snuje niejasne plany na przyszłość. Zawieszony między jawą a snem, faktem a fikcją; rzeczywistością i halucynacją; niebem i ziemią – przeżywa kryzys wiary…

…I miota się. I szarpie. Nie godzi z przypisanym mu losem. Podejmuje walkę z nieokiełznanym żywiołem i sobą samym. Błądzi nieudolnie i szuka po omacku. Poszukuje, aby wreszcie odnaleźć…..

…I wzbiera w nim nienawiść. I zaczyna bluźnić. Dławić się buntem, pragnieniem zemsty i chęcią ukrzyżowania wyimaginowanego fałszywego Stwórcy. Wyrzeka się jego dobroci i miłosierdzia; woli zbawienia. Czuje się zdradzony, oszukany, wykorzystany. W amoku traci na chwilę oddech. I kontrolę nad myślą, słowem, czynem – ściągając na siebie przekleństwo.

…I poddaje się namiętnościom; świadomości innego wymiaru. Rozczarowanie i strach przemienia się w nim w intensywne poczucie własnego człowieczeństwa i niepowtarzalności; a śmierć staje się jedyną słuszną drogą ocalenia. Ucieczki i przetrwania.
Image
Oto on sam – nagle przebudzony ze zgubnego odrętwienia, ośmielony do działania i konfrontacji z przeszłością; staje dumnie u bram nowego świata. W ciemnościach dostrzega światło dnia, doznaje objawienia. Serce jego napełnia się mocą boską, iskrę rozjaśnia oko -dodając dostojeństwa i chłodnej odwagi. Już nie składa pustych honorów, nie dźwiga krzyża, nie umiera w imię nieosiągalnej chwały. Nie potyka się a wzrasta…

Oto on sam – ze zdumieniem i goryczą uświadamia sobie, iż mknący ku nieskończoności czas nieopatrznie pochłania najlepsze lata jego życia. I choć ostatnich cząstek pamięci nie sposób już przywrócić, nie pozostaje obojętny. Poddaje się wspomnieniom i spala się w ich blasku. Obrazy przepływają mu przed oczami…W porywie rozpaczy uwalnia swoje najskrytsze pragnienia. Cichego ukojenia dopatruje się w miłosnym uniesieniu, ale ono sprowadza się do frazesu i nie niesie spełnienia. Desperacko dryfuje wśród świec płonących i duchów są mu one schronieniem i opiekunem zarazem. I umyka w świat snów. I balansuje na granicy smutku i bólu, obawiając się unicestwienia. I zatapia się w sobie, l rozpływa w krainie zimnej, nieruchomej – odnajdując ukochaną równowagę (…).

Oto on sam Człowiek. Chwieje się nad przepaścią własnego istnienia… Z uwielbieniem wpatruje się w księżyc w pełni. Poszukuje swojego bladego odbicia w jego zmęczonej twarzy. I wyraźnie czegoś oczekuje, nie tracąc jednocześnie nadziei. Trwa w bezruchu, lśni jak martwy punkt. I tylko wzrok kieruje jeszcze nieśmiało ku ciemnościom nieprzebytym. Nad sobą ma niebo usłane jasnością gwiazd. U nagich stóp – Otchłań bezimienną; tak obcą i chłodną, że aż fascynującą. I musi dokonać wyboru. Może wzbić się wysoko; ulecieć na skrzydłach wyobraźni i już nigdy nie powrócić, dotknąć gwiazd, rozmawiać z nimi, sycić się ich widokiem…Lub z milczeniem na ustach skoczyć w czeluście mroku – roztrzaskać się o werwy własnych słabości bądź na zawsze zespolić się z chaosem, siłami natury i żywiołami będącymi jednością. Życiem i śmiercią równocześnie. Spłonąć w płomieniach; bez sprzeciwu przypisując im odpowiedzialność za swoje przeznaczenie…..

Bowiem ogień jest świętością. Ma moc oczyszczania. Odnowy moralnej i odrodzenia wewnętrznego. Jakkolwiek miałoby to wyglądać, cokolwiek oznaczać, zwiastować – cud czy katastrofę. Armagedon…

Image Gdy ziemia płonie, a woda w krew się przemienia – Boga pochłonie nicość. Umiera on na oczach naszych. Umiera, ponieważ świat, który zostawił ludzkości w spadku, nie okazał się tak nieskazitelnie pięknym darem, jakiego wypatrywano z utęsknieniem. Umiera, ponieważ nie zdołał naprawić własnych błędów i uleczyć krzywd. Umiera poć! ciężarem ludzkich trosk; w niemocy dialogu, którego nie podjął z człowiekiem,.. Lub inaczej – my sami uśmierciliśmy go pod niebem bądź samoistnie odszedł w mroki niebytu… Tylko mając jeszcze powrocie. W innej formie i o innym czasie. W postaci nieskończonego Absolutu, którego oblicze chyba każdy z nas z wielkim pietyzmem pielęgnuje we własnym sumieniu…

Podobnie jak cała Natura – zgodnie z niepisanym prawem, którego ani Bóg, ani człowiek nie potrafi kontrolować – odrodzi się w płomieniach… Ponownie i na nowo. A że struktura przyrody jest za bardzo złożona, aby przewidzieć jej przyszły kształt, pozostaje nam tylko zachować w sercu wiarę, iż odda nam ona nasze przyszłe Życie…

 

[Kasia / Atmospheric #7]

Neolith, Grzegorz „Levi” Łukowski, P.O.Box 11, 38-402 Krosno 5; levi@neolith.pl; tel. 0607364329; www.neolith.pl / www.myspace.com/neolithband

Samounicestwienie (historia samobójstw)


„Samounicestwienie (historia samobójstw)”

Może się wydać z pozoru, że temat samounicestwienia nie ma wiele wspólnego z charakterem tego pisma, ale może nie do końca… Swego czasu mieliśmy do czynienia z falą samobójstw wśród młodzieży związanej z nurtem muzyki zwanym black metal. Jak udowadniali nam zawzięcie wybitni znawcy tematu, u podstaw tych tragicznych wybryków miała stać ponoć wiara w diabła itp. Mnie i jak sądzę każdemu w miarę możliwości logicznie myślącemu człowiekowi takie uzasadnienie targnięcia się na swoje życie wydało się równie uzasadnione jak samobójstwo z powodu hemoroidów partnerki, czyli niezbyt rozsądne. Jako dociekliwy osobnik postanowiłem więc, poznać problem od podstaw, korzystając z dostępnej literatury. Nie zamierzam tu jednak przedstawiać statystyk i nawiązywać bezpośrednio do „młodych wilków” wspominanych powyżej. Postanowiłem napisać o czymś, jak sądzę, mało znanym i wydaje mi się interesującym, mianowicie o problemie samobójstwa w odniesieniu do różnych kultur i epok. We wszystkich publikacjach podkreśla się, że wiedzę na ten temat możemy czerpać tylko z przypadkowych i nader skąpych wzmianek w literaturze, co też i ja z zapałem postaram się uczynić. Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby rozpocząć od ludzi pierwotnych i tzw. „kultur prymitywnych”.

Dla wielu kultur samobójstwo jest czymś obcym. Niejaki Dublin wymienia szereg szczepów pierwotnych, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej, gdzie samobójstwo jest po prostu niemożliwe; poza tym cytuje on Sir S. Greya, który badał tubylców australijskich: „za każdym razem, kiedy stawiałem pytanie na ten temat, wybuchali śmiechem, a pytanie moje brali za żart”. Również w Afryce samobójstwo jest przypuszczalnie mało rozpowszechnione, chociaż pojawiają się np. doniesienia o epidemii samobójstw, która w 1856 roku miała spośród południowo-afrykańskiego Szczepu Bantu zebrać 50 tyś. ofiar. W nowszych czasach sprawa wygląda już tak, że w Afryce samobójstwo nie jest zjawiskiem rzadkim, z motywami, które spotyka się także u Europejczyków czy Amerykanów: np. obawa przed hańbą czy zemsta na żyjących. A z kolei wspominany już Dublin donosi, że z kolei u Indian Mohave w Ameryce Północnej samobójstwo jest zasadniczo odrzucane, niemniej jednak często popełniane.

Przegląd czasów starożytnych rozpoczniemy od cywilizacji najlepiej poznanych czyli Grecji i Rzymu. Homer każe Achillesowi sławić „życie jako z dóbr najwyższe” i w jego świecie samobójstwo oczywiście należy do rzeczy niewyobrażalnych. Śmierć, którą Ajaks zadał sobie własną ręką, nie przemawia przeciwko takiemu pojmowaniu, nastąpiła bowiem w obłędzie. I starsi klasycy, Ajschylos i Sofokles, zachowali tę postawę, która wydała im się oczywista. Ale istniał też prąd przeciwny: poeta elegii, Teognis z Megary, zaleca wyraźnie popełnienie samobójstwa w określonych sytuacjach życiowych. Fakt ten być może nie pozostał bez oddźwięku, inaczej nie dałoby się wytłumaczyć, dlaczego wielcy filozofowie: Pitagoras, Platon i Arystoteles zwrócili się przeciwko temu czynowi. Jakub Burckhardt w swoim dziele „Grecka historia kultury” wspomina o „wielkiej częstości samobójstw”, może odnosić się to jednak tylko do czasów późniejszych. Jak bardzo się one wówczas rozprzestrzeniły niech świadczy historia wygnania kyrenejskiego filozofa Hegesiasa przez Ptolemeusza. Otwarcie zalecał on w Aleksandrii samobójstwo i znalazł ponoć licznych zwolenników.
W czasach Republiki Rzymskiej samobójstwo było zjawiskiem rzadkim i jeśli się zdarzyło, było wydarzeniem niesłychanym, do pomyślenia tylko w sytuacji krańcowej. Przykładem jest samobójstwo Katona Młodszego po przegranej bitwie pod Uticą, która przypieczętowała ostateczny tryumf Cezara. „Cato Uticensis”, jak nazywali go potomni, nie chciał przeżyć hańby państwa. Również jego córka, Porcja, wybrała śmierć. Wraz z ulegającymi rozkładowi obyczajami za czasów Cesarstwa szerzyło się także samobójstwo, tak że Hirzel może mówić wprost o „czasie żądnym samobójstw”.
Z ciekawszych przykładów wspomnę jeszcze Germanów, którzy często popełniali samobójstwo po przegranych bitwach, jak stwierdza Tacyt, a Prokop wskazuje na zwyczaj Herulów bardzo podobny do indyjskiego Suttee. Plutarch mówi o masowym samobójstwie Kimbrów po ich wielkiej klęsce. Nie ma natomiast doniesień o samounicestwianiu wśród Galów. Natomiast u Germanów dalekiej północy istniało samobójstwo, za pomocą którego chciano uniknąć nędzy i bezradności starości.

Teraz pora na kilka przykładów z Azji. W Indiach szeroko rozpowszechniła się aż do czasów najnowszych praktyka Suttee. Polegała ona na samopaleniu wdowy wraz z zwłokami męża. Ale w tym wypadku chodzi nie tyle o samobójstwo, co o samoofiarę, mającą na celu oczyszczenie z win obojga. Wpływ na zjawisko suttee mają też na pewno przyczyny socjologiczne, bo kto w społeczeństwie takim jak indyjskie zaopiekowałby się wdową? Dwie przeciwstawne zasady odbijają się na nastawieniu indyjskim: z jednej strony wrogość wobec ciała wywodząca się bodaj z braminizmu, z drugiej strony postawa, którą Schweitzer określił jako szacunek dla życia i z którą nie do pogodzenia jest wszelkie zabijanie, w tym również siebie. Również buddystom nie wolno przez własne działanie skracać sobie drogi do nirwany. Samopalenia mnichów, zdarzające się np. w Wietnamie, nie przeczą tym zapatrywaniom, bo i tutaj nie chodzi o samobójstwo, a raczej o samoofiarę, w tym przypadku z zamiarem wpłynięcia na politykę. W Chinach wprawdzie kodeks karny dynastii Ch’ing również zawierał przepisy ograniczające, zezwalał jednak na samouśmiercanie, jeśli następowało ono „z gniewu, wstydu lub wzburzenia”. P. M. Yap, któremu zawdzięczamy te wskazówki, twierdzi, że samobójstwo w dawnych Chinach popełniano rzadko. W każdym razie nie znajduje się tam analogii do japońskiego harakiri, czyli chyba najgłośniejszej formy samounicestwienia. Jest ono na tyle znane, że chyba nie należy specjalnie się w tym miejscu rozwodzić. Podobnie jak indyjskie suttee, harakiri jest przypadkiem szczególnym. Podobnie jak i tam, przymus zwyczaju był tak duży, że trudno mówić o decyzji własnej woli, która jest istotą samobójstwa.

Na koniec zostawiłem omówienie judaizmu i siłą rzeczy chrześcijaństwa. Przy okazji powinno też paść kilka słów na temat Islamu, którego dzieje przez kilka stuleci łączą się z dziejami chrześcijaństwa za sprawą rzecz jasna wzajemnego wycinania swoich wyznawców.
W islamie śmierć z własnej ręki uchodzi za zbrodnię gorszą niż zabicie drugiego człowieka. Czwarta sura Koranu wyraźnie tego zabrania. Jak wiadomo, wiara mahometan jest rygorystycznie deterministyczna; Allah z góry określa długość życia. Narzuca się tu kontrpytanie, czy również samobójstwo nie mogło leżeć w woli Allaha. Zalecenie Koranu wydaje się mieć na celu uniknięcie wszelkiego osłabienia narodu.
Dla etyki żydowskiej samobójstwo było zasadniczo niemożliwe i faktycznie zdarzało się rzadko. „Stary Testament” zna tylko cztery przypadki samouśmiercenia, z których co najwyżej jeden, czyli śmierć Samsona, był samoofiarą. Jesephus natomiast opisuje samoofiarę najwyższą, mianowicie Zelotów za Eleazara ben Jair, kiedy to Rzymianie zdobyli Mesadę. Ojcowie uśmiercili wówczas własne rodziny, następnie wyznaczono dziesięciu mężczyzn do zabicia pozostałych. W ten sposób zmarło 960 ludzi.
Jeżeli chodzi o chrześcijaństwo, skąpe źródła z okresu schyłku starożytności i nastania średniowiecza nie pozwalają na wyciągnięcie wniosków na temat występowania i znaczenia samobójstwa w tym czasie. Jedynie na podstawie niektórych gwałtownych wystąpień Kościoła można sądzić, że chodziło o rzeczywiste niebezpieczeństwo. Augustyn, który szczególnie wyraźnie reprezentuje bezkompromisowość w odrzucaniu wszelkiego samounicestwiania, donosi o masowym samobójstwie Circumcellionów, ruchu schizmatycznego wywodzącego się z Donatystów, którego był żarliwym przeciwnikiem. I przypuszczalnie walką z manicheizmem, którego „katarscy” następcy aż do okrutnej zagłady w XIII wieku zakorzenili się na dużych obszarach chrześcijańskiej Europy, tłumaczy się bezwzględność jego i Kościoła. Oni bynajmniej nie odrzucali samobójstwa, pod postacią endura, powolnego obumierania, które uznane było za jedną z możliwości doskonalenia. Tragiczny koniec Katarów poprzedziło masowe samobójstwo w Minerve w 1244 r. Wzmianki dotyczące epidemii samobójstw w klasztorach, których przyczyną miała być acedia, przesyt życia, pozwalają wnioskować, że nawet najsurowsze zakazy kościelne nie mogły wykorzenić śmierci z własnej ręki.

W tym miejscu zakończę te krótkie dociekania. W czasach późniejszych, począwszy dajmy na to od rewolucji francuskiej problem samobójstw doczekał się już dokładniejszej analizy, dokumentacji wspartej w czasach współczesnych licznymi opracowaniami i statystykami. Pozostawiam jednak już własnej inicjatywie czytelników to, czy warto dalej zagłębiać się w ten temat. Jedynym celem, jaki przyświecał mi w pracy nad tym artykułem, było zwrócenie uwagi na zjawisko na tyle istotne i warte poznania, na ile zależy nam żeby nasz brat, przyjaciółka, siostra, kumpel czy syn nie przestrzelili sobie głowy „w imię Szatana” czy też nie postanowili rozstać się ze światem z innych równie „romantycznych” powodów.

Przy tworzeniu powyższego tekstu posłużyłem się wydawnictwami medycznymi z zakresu psychologii lekarskiej, psychiatrii, a także z kilku innych dziedzin. Mam nadzieję, że nikt z czytelników nie posądzi mnie jednak o kompetencję w tym tak bardzo rozległym temacie, równocześnie oczekuję opinii osób posiadających większą bądź bardziej aktualną wiedzę.

[Ukasz / Atmospheric #12]