Archiwum kategorii: Galeria zdjęć z koncertów

[FOTORELACJA] Rock&Rose Festival 2019 – 08.06.19 / Kutno

Za nami jeden z pierwszych letnich festiwali w nachodzącym sezonie! Na Rock&Rose Festival 2019 w Kutnie zaprezentowało się grono polskich reprezentantów, ukraińska kapela IGNEA oraz gwiazda wieczoru – legendarna formacja VENOM INC z Wielkiej Brytanii.

Czytaj dalej [FOTORELACJA] Rock&Rose Festival 2019 – 08.06.19 / Kutno

[Relacja] Void of madness: ANTIGAMA, DEIVOS, DHS, STYGMATH – 27.04.19 / Łódź

Opis wydarzenia: Zacznę od tego, że słowo „relacja” można byłoby tutaj rozbudować o „Relacja z koncertu, czyli analiza stadium rozkładu (budowanej latami) sceny metalowej w Polsce”.

Posługując się powyższym „precyzyjnym tytułem” przejdźmy do sedna sprawy – koncertu w łódzkim klubie Magnetofon, na którym pojawiła się czołówka polskiego death/grindcore’u z ANTIGAMĄ oraz DEIVOS na czele. Na przystawkę zaprezentowały się dwie doom metalowe formacje – DEATH HAS SPOKEN oraz przedstawiciel lokalnej społeczności, STYGMATH.

Organizacja: Bez żadnych zastrzeżeń poza kosmetyczną obsuwą, która mogła wynikać z tego, że organizatorzy czekali na zainteresowanych dzisiejszą sztuką.

Muzyka: Zacznę od małego spoilera, bo tak na prawdę nie wiele przeczytacie poniżej o muzyce… dużo więcej o tym, że nie miał kto tej muzyki słuchać. Jednak po kolei.

STYGMATH to doskonale rozpoznawalny wśród mieszkańców, stały bywalec na deskach łódzkich klubów. Spotkałem się z różnymi opiniami przed i po ich występie, ale w według mnie zespół zaprezentował się bardzo przyzwoicie. Obawiałem się trochę tego line-up’owej zestawienia doom metalu z grindcore’em, ale jak i STYGMATH, tak i DEATH HAS SPOKEN zaprezentowali na prawdę ekstremalne podejście do grania metalu – nawet poruszając się wyłącznie w obrębie swojej niszy. Niestety muzycy STYGMATH wydawali się być trochę ospali, a dodatkową łyżką dziegciu był także ich image – dowiedziałem się, że spora część składu była na zastępstwie, ale nigdy nie powinno dojść do sytuacji, w której wokalista robi sobie corpse painting a’la Nergal, a reszta… zakłada bluzy Star Wars. Albo wszyscy wyglądają normalnie, albo wszyscy reprezentują coś jednolitego stylistycznie – w przeciwnym wypadku można narazić się na śmieszność. Na szczęście zespół obronił się muzycznie, więc w gestii innych osób pozostawiam opis „wyglądu scenicznego”.

Jako następny zaprezentował się najbardziej egzotyczny twór (bo aż z Białegostoku) tamtego wieczoru, DEATH HAS SPOKEN. Zespół oficjalnie figuruje na liście gatunków pod „d” jak doom metal, ale na żywo w tej formacji wyzwalają się domieszki death, funeral czy black metalu. Dzięki temu energetyzującemu amalgamatowi stylów białostocka formacja wcale nie odstaje żywiołowością od death metalowych walców krzątających się po scenie z pianą na mordach. Doom metal jest w tym przypadku obudowany doskonałym brzmieniem, wpływami innych gatunków i scenicznych „feelingiem”. Suma summarum ich debiutancki krążek zatytułowany „Fade”, który notabene brzmi na CDku nieco płasko, na żywo nabiera nowego wymiaru, sprawiając że nie tylko się nie wynudziłem w oczekiwaniu na bomby w postaci DEIVOS czy ANTIGAMA, ale po prostu bawiłem się świetnie – chyba tak samo jak publiczność. Czarny koń zawodów.

To najlepszy moment, żeby przy okazji pierwszego z headliner’ów wspomnieć o frekwencji – sam zaprosiłem wielu znajomych, którzy w 95% koncertowo dali dupy i stracili mocno w moim oczach. Sytuacja w której na zaprzyjaźnioną ekipę z Lublina przychodzi garstka osób jest nie tylko niedopuszczalna, ale i haniebna. Po prostu przykro było patrzeć na w niemalże pustki podczas występu brutal/technical death metalowej formacji DEIVOS. Może i byłem świadkiem jeszcze gorszych przypadków w Łodzi i nie tylko, ale jeśli miałbym przypomnieć sobie obraz większego rozkładu sceny to brakuje mi argumentów. Jesteśmy przed majówką, jest sobota, pogoda średnia, ale nie odnotowano trąb powietrznych, bilety w przedsprzedaży stosunkowo tanie za 35 złoty, na scenie (chyba) po raz pierwszy DEIVOS, do tego zawsze bardzo ciepło przyjmowana ANTIGAMA. Co zrobili ludzie? Tego nikt nie wie bo nikt przecież nie uświadczył ich obecności w Magnetofonie.

A jest czego żałować bo i DEIVOS i ANTIGAMA zaprezentowali się lepiej niż bardzo dobrze. Obie formacje, zgodnie z oczekiwaniami, przybliżyły łódzkiej publiczności jeden z wymiarów nuklearnego piekła. Jeśli chodzi o techniczne podejście do grania to ANTIGAMA górowała nad wszystkimi poprzednimi zespołami wykonując najbardziej znane numery na luzie, ale jednocześnie zachowując pełną koncentrację. Dodając do tego Łukasza na wokalu, który jest wulkanem energii i na prawdę firmuje ten zespół nie tylko twarzą, ale również całym „scenicznym zachowaniem”, nie można byłoby chyba chcieć od ekipy z Warszawy więcej. No może poza nowymi numerami i płytą.

DEIVOS zgodnie z zapowiedzią wysmażył na żywo coś z nowej płyty i choć należę do grupy osób, która jest większym fanem ich starszych płyt (np. „Gospel of Maggots”) to oceniając przez pryzmat jakości scenicznej to lubelscy muzycy nie mają wahań. Set trwający ok. 45 minut niósł przez cały czas brutalną energię, nie pamiętam żebym w którymś momencie odczuł znużenie.

Podsumowanie: Jeśli dotrwaliście do tego momentu to możecie z dużą dozą prawdopodobieństwa zgadnąć co zaraz przeczytacie. Koncert z zespołami o tej klasie, na który przychodzi niespełna 70 osób to nie tylko powód do zmartwień. To dramat, z którym muszą zmierzyć się nie tylko organizatorzy tracący grube pieniądze, ale także kluby, jak i same zespoły. Trudne do wyobrażenia jest to, że na koncerty przestali przychodzić nie tylko „przypadkowi” ludzie, ale także zagorzali fani, a nawet… znajomi. Rozmowy z lokalną publiką utwierdziły mnie w przekonaniu, że prawie wszyscy zaprosili znajomych, z których w klubie raptem pojawiło się z 5%. Mógłbym jeszcze długo rozwodzić się nad tą kwestią, ba – napisać felieton o tym, że jakość sceny leci w górę od lat jak szalona, natomiast z drugiej strony… liczba ludzi zainteresowanych tą muzyką równie szybko spada.

Za konkluzję niech posłuży wam fakt, że w Magnetofonie widziałem chyba tylko z 2 młode twarze. Ludzie, nie dziwcie się później (nie adresuje tego tylko do Łodzian, ale do ludzi w całej Polsce), że do waszych miast czy miasteczek nie przyjeżdża nikt poza Pudzian Band i Nocnym Kochankiem, skoro nie można o was nawet powiedzieć, że sracie do własnego gniazda. Was po prostu już nie ma i wątpię czy dalibyście radę dopisać się chociaż do zainteresowanych na wydarzeniu o tytule „Pogrzeb polskiej sceny metalowej”. Bo na pewno tam też by was nie było.

previous arrow
next arrow
previous arrownext arrow
Slider

[Fotorelacja] „Do Diabła z Wami Tour”: IN TWILIGHT’S EMBRACE, TRUCHŁO STRZYGI, inni – 21.02.19 / Łódź

21 lutego w łódzkim klubie Magnetofon odbył się trzeci z siedmiu koncertów wchodzących w skład trasy „Do Diabła z Wami” promującej najnowsze wydawnictwo poznańskiej grupy IN TWILIGHT’S EMBRACE pt. „Lawa”!

Czytaj dalej [Fotorelacja] „Do Diabła z Wami Tour”: IN TWILIGHT’S EMBRACE, TRUCHŁO STRZYGI, inni – 21.02.19 / Łódź

Fotorelacja z OCTOPUSSY, DIUNA, DEATH DENIED – 22.11.18 / Łódź

Najlepsze metalowe koncerty w Łodzi, nawet te podziemne są oczywiście w klubie Magnetofon! Nie inaczej było tym razem podczas polskiej nocy stonera z udziałem trzech polskich zespołów młodego pokolenia.

Czytaj dalej Fotorelacja z OCTOPUSSY, DIUNA, DEATH DENIED – 22.11.18 / Łódź

Relacja z IHSAHN, NE OBLIVISCARIS, ASTROSAUR – 14.11.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Spotkało mnie to niewyobrażalne nieszczęście, że nie mogłem pojawić się na tegorocznej Metalmanii. No i jedyna szansa zobaczenia na żywo EMPEROR w naszym pięknym kraju przepadła. Nawet nie łudziłem się myślą, że odbiję sobie koncert gdzieś za granicą. Zawsze są ważniejsze wydatki i plany spełzają na niczym. Znów czekać 19 lat? Życzę Norwegom jak najlepiej, ale wydaje mi się, że po takiej próbie czasu forma może być już naprawdę nie ta. Wkrótce jednak nastąpiło otarcie łez – IHSAHN ze swoim solowym projektem zawitał do Warszawy w ramach festiwalu Prog in Park II. Emocje po takim wydarzeniu jeszcze w pełni mi nie opadły a tu niespodzianka – po niecałej, półrocznej przerwie, w ramach trasy koncertowej frontman „Imperatora” postanowił ponownie nawiedzić Polskę.

Organizacja: Bez żadnych zastrzeżeń.

Muzyka: Przyznam, że byłem bardzo ciekaw jak po tak krótkim odstępie czasu, koncert na własnej trasie wypadnie w konfrontacji z występem na festiwalu na którym (nie umniejszając) nie było się jednak headlinerem. Z wielką ekscytacją, ale również z lekkim niepokojem, postanowiłem to sprawdzić. Skąd niepokój? Ano stąd, że nie chciałem aby jakakolwiek rysa pojawiła się na obrazie wspomnień, jaki stworzyłem sobie po sierpniowym widowisku w Progresji.

Niestety z powodu korków, na miejsce dotarłem trochę spóźniony. Mniej więcej w połowie występu pierwszej kapeli – ASTROSAUR. Prawdopodobnie w dużej mierze z racji, że wydarzenie miało miejsce w środku tygodnia oraz, że główna gwiazda gościła u nas nie tak dawno – frekwencja w Progresji była dość kameralna. Pod sceną, która została przesunięta do przodu co zrekompensowało wrażenie pustki, zgromadziła się już garstka osób. Nie da się ukryć, że muzyka stoner ma ostatnio swój czas. Nowe kapele rosną jak grzyby po deszczu, a i samych festiwali tematycznych coraz więcej. Powiem szczerze – bokiem mi już wychodzi takie granie, a zwłaszcza to instrumentalne, które jest wtórne jak wieczorny kebab w przydworcowej budzie – kapusta, wieprzowina, sos czosnkowy, NASTĘPNY! Norweskie trio jednak wyróżnia się na tle tej masówki. Znajdziemy tu wpływy muzyki post, progresywnej oraz awangardy. Długie, wyłącznie instrumentalne, kompozycje pozwoliły na zagranie raptem 4 utworów jednak z racji na rozbudowane partie ani przez chwilę nie powiało nudą. Panowie z Oslo mają na swoim koncie póki co debiutancki album z 2017 roku, ale trzeba przyznać, że jak na debiut to szybko nabrali wiatru w żagle. Oby tak dalej!

Okazało się, że nie tylko gwiazda wieczoru była tą wyczekiwaną grupą. NE OBLIVISCARIS jeszcze przed rozpoczęciem występu zgromadzili pod sceną zdecydowaną większość (jeśli nie całość) ludzi obecnych w warszawskiej Progresji. Australijczycy uderzyli solidną dawką progresywnego, melodyjnego metalu skupiając się na swoim najnowszym wydawnictwie z 2017 roku „Urn”. Energia i żywiołowość gościła na scenie do samego końca. Przyznam, że nie jest to moje granie i o samym zespole wcześniej nie słyszałem wiele, jednak nie sposób odmówić im doskonałego warsztatu oraz rozbudowanych, dopieszczonych w najmniejszych detalach, utworów. Z jednej strony mamy growle i screamy Xenoyra wraz z ciężkimi, przesterowanymi gitarami, z drugiej zaś skrzypce i czysto-wokalne partie Tim’a Charles’a. Wszystko to przeplata się ze sobą w rytmie nieregularnej perkusji z podwójną stopą i blastami. Znalazło się tu także miejsce na akustyczno-gitarowe partie, solówki wszystkich instrumentów, w tym także skrzypiec. Z opisu brzmi to jak przesyt, jednak ani na chwilę nie odniosłem takiego wrażenia. Wszystko jest bardzo spójne – nic dodać, nic ująć. NE OBLIVISCARIS zakończyło koncert swoim największym hitem „And Plague Flowers the Kaleidoscope” z debiutanckiego krążka z 2012 i w głośnych owacjach publiczności opuścili scenę.

Nadszedł czas na gwóźdź programu. Było mi trochę głupio ze względu na frekwencję pod sceną, bo muzyk z taką renomą zasługuje na znacznie więcej. Z głośników rozbrzmiał “Jump” VAN HALEN, który, jak się okazało, pełnił rolę intro. Jeszcze w jego trakcie na scenie zaczęli pojawiać się kolejni muzycy (niespodzianka – w zastępstwie na gitarze członek ASTROSAUR) i po chwili rozbrzmiał charakterystyczny motyw z „Lend Me The Eyes Of Millennia”. Czy to za sprawą wyprzedanych płyt na trasie, ostatnim już koncertem czy po prostu szczerą sympatią do ludzi obecnych pod sceną i okrzykami witającymi artystę od pierwszych sekund na scenie – IHSAHN sprawiał wrażenie rozpromienionego. Pomimo wydania w tym roku nowej płyty „Àmr” utwory z tego wydawnictwa były w zdecydowanej mniejszości. Przeważały kawałki z dwóch poprzednich krążków tj. „Arktis” i „Das Seelenbrechen”. Porywający „Mass Darkness”, który stał już się chyba największym szlagierem artysty, oraz klimatyczny i rewelacyjnie wykonany „Pulse” były dla mnie „the best of” tego koncertu co nie oznacza, że brakowało czegoś takim piosenkom jak „Arcana Imperii”, „Until I Too Dissolve” czy „My Heart Is Of The North” których nie mogło zabraknąć w setliście. Z racji braku gościnnie na wokalu Einara Solberga z LEPROUS, nie liczyłem na wykonanie “Celestial Violence” a tu niespodzianka! To niewyobrażalnie trudne zadanie dorównać wokalnie rewelacyjnemu Einarowi i nie będę kłamał, że IHSAHNOWI się to udało. Jednak mieściło się to w granicach dobrego smaku i pomimo kilku potknięć w wymagających wyciągnięciach – z przyjemnością wysłuchałem całej kompozycji i jestem pełen podziwu umiejętnościom wokalnym lidera EMPEROR. Po takim występie nie mogło być mowy o braku bisu podczas którego muzyk powrócił do utworów aż z 2010 roku.

Podsumowanie: Uśmiechnięty IHSAHN powiedział, że po 19-letniej przerwie w koncertowaniu w naszym kraju ma nadzieję, że ostatnimi częstymi występami wynagrodził nam to. Jak najbardziej Panie Vegard. Zapraszamy jak najczęściej!

[Charles Sin]

previous arrow
next arrow
previous arrownext arrow
Slider

 

Fotorelacja z koncertu WATAIN, ROTTING CHRIST i PROFANATICA z warszawskiej Progresji – 04.11.18

Dzisiaj prezentujemy wam zdjęcia z niewątpliwie niesamowite wydarzenia jakim był koncert wchodzący w skład trasy koncertowej „Trident’s Curse European Tour 2018” WATAIN w warszawskim klubie Progresja. Czytaj dalej Fotorelacja z koncertu WATAIN, ROTTING CHRIST i PROFANATICA z warszawskiej Progresji – 04.11.18