Kategoria: Koncerty

ANNALIST, UNNAMED – 23.02.2001, Warszawa

ANNALIST, UNNAMED

23.02.2001, Warszawa, „Proxima”

Koncert rozpoczął się od występu UNNAMED. Niestety ludzi było malutko, tak więc nieco dziwnie się czułam stojąc samotnie bardzo blisko sceny (pozostali ludzie byli z tyłu lub siedzieli). No ale co tam, czasami trzeba porzucić skorupkę swej nieśmiałości i skrępowania, by w pełni chłonąć piękno, które inni ukazują poprzez swoją sztukę. Chłopcy grali utwory ze znakomitego, natchnionego materiału „A Beauty Of Suffering A Poety Of Dreams”, który może się podobać, bo zawiera w sobie takie pierwiastki jak ból, piekno, emocje, uczucia, a ponieważ ja gustuję w tego typu rzeczach, wykwintnie rozkoszowałam się ich muzyką, bo z prawdziwą klasą zademonstrowali, że maksymalnie potrafią rozwalić słuchacza. Utwór „Shadow Of The Night” sprawił, że poczułam niesamowitą siłę, energię. Zaprezentowali się zupełnie inaczej niż na płycie. Był to bardzo dynamiczny koncert, a przy tym pełen potosu, nostalgii, a to sprawiło, że poznałam ich muzykę od nieco innej strony. Robert prezentował się wspaniale! Był taki tajemniczy, 100%-owo skupiony na śpiewaniu, a jednocześnie wydawał się taki ludzki, miły. Przesyłał bardzo dobre fluidy, podobnie zresztą jak pozostali panowie z UNNAMED. Zagrali koncert w wielkim stylu. Panowie mogą być z siebie dumni, bo pomimo tego, że ludzi nie było dużo, ci obecni byli oczarowani, a ja przede wszystkim. Niewątpliwie UNNAMED to wielki zespół tworzący muzykę trudną, ale piękną. Na zakończenie z ust. Roberta padły słowa: „To tyle. Dziękujemy! A teraz na scenę zapraszamy ANNALIST!”

I pojawili się trzej przesympatyczni panowie: Robert Srzednicki, Krzyś Wawrzak i Artur Szolc. Robert był nieludzko miły dla publiczności; wykrzykiwał słowa: „Widzę, że nie przyszło was zbyt wiele, ale to nie przeszkodzi nam wszystkim dobrze się tu bawić! Zaprasszam bliżej sceny.” Koncert był użekający. Rozkołysał nas, a do serc wprowadził magiczną atmosferę. Tego wieczoru romantyzm i miłość unosiły się w powietrzu. Trudno to oddać słowami, ale człowiek czuł się jak w Raju i ten ciepły głos … napełniał łzami. Zabrzmiało dużo utworów, w tym moje ukochane: „Eon”, „Labirynt”, „Noc w Troi”, „Spotkanie przy rzece”, „Alchemik”. Przed jednym utworem Krzyś powiedział coś, co ogromnie mnie wzruszyło: „Ten utwór chciałbym dedykować ludziom, którzy bardzo wiele dla mnie znaczą i są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Bardzo się cieszę, że są dziś tutaj.” Na wielu twarzach pojawił się promyk ciekawości… Krzyś natomiast dodał: „Mówię oczywiście o moich przyjaciołach z ANNALIST – Robercie i Arturze.” Na bis odegrali jeszcze dwa kawałki, w tym drugi raz „Alchemika”. Na zakończenie podeszli na brzeg sceny i chwyciili się za ręce, a następnie przepięknie ukłonili. Takie koncerty chciałoby się oglądać co tydzień.

[Aneta]

DIMMU BORGIR, DESTRUCTION, SUSPERIA – 26.05.2001, Warszawa

DIMMU BORGIR, DESTRUCTION, SUSPERIA

26.05.2001, Warszawa, „Proxima”

Przed DIMMU BORGIR grały dwie kapele: SUSPERIA i DESTRUCTION, ale niestety z przyczyn niezależnych ode mnie nie byłam na tych koncertach. Najważniejsze dla mnie było jednak to, żeby przeżyć koncert DIMMU, bo dla mnie są mistrzami zagranicznej, „czarnej” muzyki. „Proxima” niemalże pękała w szwach. Było tyle ludzi, że ręką nie można było ruszyć.. Wiele osób równo jedzie po tym zespole, a tu taka frekwencja! DESTRUCTION także cieszy się wielkim uznaniem, ale to jednak DIMMU BORGIR przyciągnął tłumy. Grali krótko, bo zaledwie godzinę, ale to, co sobą zaprezentowali, przechodzi ludzkie pojecie. Kapitalne, dopracowane do najmniejszych szczegółów makijaże, gra świateł, niezapomniany klimat. Co prawda sztucznej krwi w tym roku zabrakło, ale i tak atmosfera była iście piekielna, więc nie ma co wylewać łez. Sprawy techniczne i spektakl urzekały. Promowali przede wszystkim swoje najnowsze dzieło „Puritanical Euphoric Misanthropia”, ale nie zabrakło również genialnego „Stormblast”, którego tak entuzjastycznie domagała się ludność. Przyjęcie chłopaki mieli bardzo ciepłe i myślę, że gdzieś tam na dnie z pozoru lodowatych serc odczuwali niebywałą radość i satysfakcję. Jedyne co boleśnie mnie ukłuło to, to o czym już wspominałam. Koncert był stanowczo za krótki!
[Aneta]

HEAVEN AND HELL, LAMB OF GOD, ICED EARTH – 9.11.2006, Manchester (UK)

HEAVEN AND HELL, LAMB OF GOD, ICED EARTH

9.11.2006, Wielka Brytania – Manchester, „M.A.N. Arena”

iced earth„Arena” to naprawdę sporo przestrzeni. Nic tylko wybrać się tam na show, by w warunkach przewyższających pojemność katowickiego „Spodka” oddać się najlepszej z muz:-).

ICED EARTH, przyjemnie pogrywając heavy z Ripperem na wokalu, rozpoczął ucztę. Stało się to dosłownie w chwili, gdy zająłem miejsce. Sporo ludzi pod sceną i mocna zabawa. Dobry, żywiołowy koncert, choć nieco za krótki. Dobre światła, za to nieco zbyt przybrudzone nagłośnienie. Przeważał materiał z „Framing Armagedon”. Najmocniejszy moment to „Ten Thousand Strong” na finał – zupełnie jakby o tych zgromadzonych w „Arenie”…

BEHEMOTH, HATESPHERE, ROOTWATER – 9.09.2007, Kraków

Polish Apostasy Tour:
BEHEMOTH, HATESPHERE, ROOTWATER
Image
9.09.2007, Kraków, „Loch Ness”

Tylko na dziewięć koncertów zawitał BEHEMOTH do ojczyzny w ramach trasy promującej najnowsze ich dzieło… W locie pomiędzy resztą Europy (World Apostasy Tour 2007, włącznie z Ozzfest na przełomie maja-sierpnia) a następnymi koncertami z KATAKLYSM, ABORTED etc. i wreszcie kolejnym, amerykańskim tournee. Ale dobre i to! Zresztą może m.in. dlatego na wszystkich, jak dotąd, gigach frekwencja byłą bardzo dobra. W każdym mieście znalazło się kilkaset wygłodniałych fanów. I nie inaczej było w Krakowie… Na zewnątrz chłodni i mokro, a w klubie „Loch Ness” dosłownie upał!

Spóźnialscy przegapili występ ROOTWATER. No trudno. Może jeszcze kiedyś będzie okazja zobaczyć w akcji byłych muzyków GEISHA GONER, SPARAGMOS, NEOLITHIC. Choć… Może to i mała strata, bo niewątpliwie muzyka tego zespołu z death/black metalem nie ma za wiele wspólnego i nie za bardzo pasowała do zestawu. W ogóle dziwi udział tej grupy w trasie pod dowództwem BEHEMOTH…

Image Jako druga zainstalowała się grupa HATESPHERE. Zaatakowała brutalnym thrash`em, w tym bardziej nowoczesnym wydaniu. Energiczne wykonanie i dobry wokal to atuty Duńczyków. Bez wątpienia najlepiej sprawdzały się te najbardziej krwiste, iście metalowe utwory w wykonaniu HATESPHERE. Generalnie słabiej wypadały te rytmiką wpadające w hard core, ale publiczności nie robiło to już różnicy. Ludzie byli już rozbawieni, więc tym chętniej reagowali dość entuzjastycznie. A niezły młyn napędzał jeszcze (pięknie wytatuowany:-)) wokalista Jacob. Bisów co prawda nie było, ale swój występ w Krakowie HATESPHERE na pewno mogą zaliczyć do udanych. Niewątpliwie mini-traska z BEHEMOTH znacznie przyczyni się do zwiększenia popularności tego bandu w kraju nad Wisłą.

Chwila przerwy dla technicznych i akustyków, na przygotowanie sceny i dźwięku. Po czym BEHEMOTH – po uprzednim intrze – wtargnął na scenę z impetem! No! Trzeba przyznać, że od pierwszych sekund koncert był szalony i maksymalnie agresywny. I zarazem perfekcyjny! Bez wahania, bez pomyłek. Wprawdzie dwa pierwsze utwory to była jedna wielka kakofonia (wokal był zagłuszany), ale później brzmienie się poprawiło i wszystko już było dobrze słychać: gardło Nergala, wszystkie solówki. Brawa dla Malty i debiutującego w „Loch Ness” Martina :-).

Image

Jeśli chodzi o muzyczny zakres występu BEHEMOTH, to zespół zrobił przemarsz bojowy przez całą swoją historię. No, co prawda po macoszemu potraktował płytę „Pandemonic Incantations”, ale z innych co nieco się pojawiło. M.in. „From The Pagan Vastlands”, „Lasy Pomorza”, „Decade Of Oepion”, „Demigod”, „Antichristian Phenomenon”, no i oczywiście przekrój z promowanego albumu „The Apostaty”.
Image Pomiędzy utworami Nergal coś tam zagadywał, opowiadał i krzyczał. Podkręcał i ubarwiał show na maksa. Choć nie on jeden. Bo popisy Interna (plucie ogniem i solo na perkusji) to też były bardzo widowiskowe fragmenty. Zresztą ogólnie cały koncert był mistrzowsko dopracowany pod względem scenografii, image`u muzyków i oprawy świetlnej… Muzycy w makijażach, odziani w (quasi)zbroje. Zachowywali się niezwykle widowiskowo! Zapewne długo ćwiczyli to moshowanie w tym samym momencie :-). Nieźli w nich aktorzy! Po obu stronach sceny stały „rzeźby” z orłami bizantyjskimi. Niezwykłego klimatu nadawały również światła i dymy, pobudzające zmysły i znacząco urozmaicające wizualne wrażenia. Najlepiej to widać na pamiątkowych zdjęciach. Raz scena tonie w błękicie, innym razem płonie czerwienią… A całe przedstawienie zwieńczyły bisy. Podczas „Chant For Eschaton 2000” Nergal wyskoczył w masce, wszyscy zalali się krwią… A kompozycja „I Got Erection” z repertuaru grupy TURBONEGRO to był taki najbardziej luzacki, zabawowy fragment, podczas którego każdy mógł sobie głośno pośpiewać, co też uczyniło kilkoro znajomków, którzy dopadli mikrofony…

Image Koncert BEHEMOTH był całkowicie udany. Doskonały i bardzo emocjonalny pod względem muzycznym i wizualnym. Został wspaniale przyjęty przez tłumnie zgromadzoną publiczność.

A zespoły poprzedzające, to były tylko takie przedskoki do najważniejszej bitwy!

 

[Kasia]

Brutal Assault 2007 – 9-11.08.2007, Jaromer (Czechy)

Brutal Assault Festival 2007:
SOULFLY, SATYRICON, DARK TRANQUILLITY, CYNIC, MADBALL, PAIN, VADER, GORGOROTH, SUFFOCATION, KATATONIA, IMMOLATION, DISMEMBER, ENSLAVED, DYING FETUS, ALL THAT REMAINS, HAEMORRHAGE, RED HARVEST, KEEP OF KALESSIN, DODHEIMSGARD, MISANTHROPE, ZYKLON, SATURNUS, BELPHEGOR, MADDER MORTEM, GOREROTTED i inni

9-11.08.2007, Czechy – Jaromer, stara twierdza wojskowa Josefov

Image Po bardzo udanej, jedenastej edycji czeskiego Brutal Assault, wręcz obowiązkowo musiałem się udać na ten festiwal ponownie. Tegoroczny zestaw kapel był równie imponujący, choć jakby mniej emocjonujący. Przynajmniej dla mnie. Ale i tak naprawdę warto było się przejechać. W tym roku trochę rzeczy się pozmieniało. Przede wszystkim teren festiwalu – Svojsice, zamieniono na twierdzę Josefov. Bez wątpienia bardzo ciekawe miejsce, warte zobaczenia. Czy sprawdziło się jako teren festiwalu? Podobnie jak większość ludzi, mam mieszane uczucia, ale o tym później. Droga na festiwal była krótsza, a co za tym idzie sama podróż minęła szybciej i po jakichś siedmiu godzinach trafiliśmy do pensjonatu, w którym spędziliśmy następne trzy noce. Chwila odpoczynku, trochę formalności i można było udać się na teren festiwalu.

Download Festival 2007 – 10.06.2007, Donnington (UK)

Download Festival 2007:
IRON MAIDEN, DIMMU BORGIR, NAPALM DEATH i inni

10.06.2007, Wielka Brytania – Donnington, Donnington Park

Image Download Festival, następca Castle Donnington, odbywający się po raz piąty w Donnington Park to największy festiwal metalowo-rockowy na brytyjskiej ziemi:-). To prawdziwa instytucja. Wioska festiwalowa otwarta była od 6-go do 11-go czerwca; koncerty na trzech scenach odbywały się od 8-go do 10-go czerwca, a imprez towarzyszących ogrom – o akrobacjach motocyklistów czy wesołym miasteczku tylko napomknę.
W telegraficznym skrócie z ostatniego dnia walki:-)…
Koncerty odbywają się jednocześnie na trzech scenach, co powoduje konieczność wyboru. Ma to swoje plusy i minusy. Przemieszczanie się w morzu osób może być pewnym utrudnieniem. Czyż to jednak nie jedna ze stron festiwalów, ba, wręcz ich atutów:-)?

KREATOR, CELTIC FROST, WATAIN… – 15.03.2007, Wolverhampton (UK)

KREATOR, CELTIC FROST, LEGION OF THE DAMNED, WATAIN

15.03.2007, Wielka Brytania – Wolverhampton, „Wulfrun Hall”

„Wulfrun Hall” to przyjemne miejsce do grania – w przedsionku klubu barki i koszulki, dalej sala właściwa ze sceną, a na scenie…

Gig rozpoczęła kapela stricte black metalowa – WATAIN. Pieszczochy, skóry, makijaż, czaszki, świece itp. akcesoria:-). Surowo, ostro i do przodu, przekaz wiadomy.

Kolejnym zespołem był deathowy przedstawiciel – LEGION OF THE DAMNED. Całkiem sprawny. Bardzo fajny do pomachania łepkiem :-). Set dobrze sprawdzający się na koncertach.

Każdy z zespołów prezentował własną scenografię i jeżeli u blackusów był odwrócony krzyżykowy mikrofon, trofea i proporce z pola bitwy, to u znajomych defowców płachta z logo.

THETRAGON, MISTERIA – 24.05.2002, Krosno

THETRAGON, MISTERIA

24.05.2002, Krosno, Dom Kultury

Ostatnimi czasami nie odbywało się zbyt wiele koncertów w byłym najbardziej wysuniętym ku południowemu wschodowi krańcowi kraju mieście wojewódzkim. Posuchę w tym względzie przerwał miejscowy THETRAGON, który zorganizował drobną ucztę muzyczną dla swoich fanów i innych spragnionych ich muzyki metalowców z okazji objawienia światu najnowszego, długo oczekiwanego materiału „The Glance Of Eternity”. W roli gości miały się pojawić dwie zaprzyjaźnione kapele, jednak ostatecznie NEOLITH nie dojechał (rzekomo z powodu ciężkiej pracy nad własnym albumem) i zagrała tylko MISTERIA. Grupa ta także dysponuje w tej chwili repertuarem mocno rozbudowanym o jeszcze nie ujawnione oficjalnie utwory, które zabrzmiały w Krośnie oczywiście w zestawieniu ze starszymi i sprawdzonymi na żywo, co potwierdziła entuzjastyczna reakcja akurat tak naprawdę trochę ospałej publiczności, szlagierami jak „Masquerade Of Shadows” i „Lady Of Chaos”. Co do nowości, to cały set zaczął się od niesamowitej, instrumentalnej kompozycji, która w pełni potwierdza wysokie umiejętności wszystkich członków zespołu, pod koniec pojawił się również prawie pozbawiony wokalu numer KING`a DIAMOND`a, zaś po drodze był utwór (o ile nie mylę tytułu) „Forever Beautiful Death Smile”, dla odmiany z długim tekstem, a zarazem świetną interpretacją kolegi Mariusza Z., który swoją drogą zarzucił na siebie tego wieczoru bardzo fajną koszulkę, acz z prostym wzorem. Ktoś, kto docenił debiut MISTERII, podejrzewam, że z pewnością nie będzie zawiedziony już nagranym i przygotowanym do wydania po wakacjach ponownie przez Pagan Rec. drugim krążkiem, na który przynajmniej ja czekam z niecierpliwością i zupełnie bez obaw, że może on być mniej udany.

SCEPTIC, NEOLITH, BLEEDING ART, PUTREFACTIVE NECROSIS – 30.11.2002, Sanok

SCEPTIC, NEOLITH, BLEEDING ART, PUTREFACTIVE NECROSIS

30.11.2002, Sanok, „Rudera”

Niewielki, sanocki klub „Rudera” z pewnością nie jest wymarzonym miejscem na koncerty. Znaczną część powierzchni zajmuje bar oraz loże, a skonstruowanie sceny pomiędzy luźno rozstawionymi stolikami byłoby trudne. Tak więc zespoły nie grały na żadnym podwyższeniu, co jednak miało swoją zaletę, gdyż muzycy znajdowali się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Czuło się prawdziwie podziemny klimat, a ścisk ok. 90-ciu osób, jaki panował tego wieczoru, tym bardziej pogłębiał braterską więź zaistniałą między maniakami!

Ponoć nim rozpoczął się właściwy set, czas spędzany na piciu piwka umilał grą pewien gitarzysta, który przewinął się przez różne lokalne kapele, jednak mnie wówczas nie było jeszcze na miejscu.

Pierwszego zespołu z właściwej części gigu nie znałam wcześniej. PUTREFACTIVE NECROSIS pochodzi z Przemyśla i ma w swoim składzie dwóch członków BLEEDING ART. Grupa wykonuje brutalny death metal okraszony wściekłym wokalem, a gardłowy naprawdę wychodził z siebie i darł się tak, jakby go ze skóry obdzierano.

Sam BLEEDING ART uzyskał dość dobre brzmienie, jak na prowizoryczne warunki w klubie. Nie wiem, czy kapela ma na swoim koncie jakiś nowy materiał czy też przymierza się do jego nagrania, jednak na koncercie pojawiło się trochę utworów, które nie znalazły się choćby na splicie z BORGMASTER DAHL. Grupa zabrzmiała ostrzej niż kiedykolwiek wcześniej. Pod koniec chłopaki zagrali i zaśpiewali miłe dla ucha kompozycje polskojęzyczne, przy których publiczność bawiła się najlepiej.

NEOLITH miał wielomiesięczną przerwę w koncertowaniu, więc najwyższa już była pora, aby pochwali się wygłodniałym fanom swoją nową muzyką z następcy „Igne Natura Renovabitur Integra”, materiału „Immortal”. Zespół wykonał wszystkie utwory przeznaczone na tę płytę i tylko one (nawet w takiej kolejności, w jakiej mają się znaleźć na krążku), bez cofania się w przeszłość. Żałuję wprawdzie, iż zabrakło choćby mojego ukochanego „In The Garden Of Forgetfulness”, ale z drugiej strony kompozycje, które zabrzmiały, powalały swoją siłą! Oblicze NEOLITH anno domini 2002/2003 jest bardziej agresywne niż kiedykolwiek, ale równocześnie nie straciło nic ze swojego dawnego, uduchowionego klimatu. Ludzie z dużym zaciekawieniem czy też lekkim zadziwieniem oraz w skupieniu wsłuchiwali się w te dźwięki. Ogólnie kapela miała dobre przyjęcie i chłopaki byli zadowoleni ze swojego setu, mimo gry w okrojonym składzie, bez klawiszowca i perkusisty (dzielnie zastępował go automat) oraz jakiś problemów z głosem Leviego, który jednak jak zwykle zachowywał się energicznie i dużo mówił np. o tekstach; przypomniał też o 11-leciu (!) istnienia zespołu. Zaś w tle wisiała płachta z ogromnym logo NEOLITH (starym!).

Gwiazdą wieczoru był krakowski SCEPTIC, który tak naprawdę bardzo mnie rozczarował. Obcując z tą grupą na żywo łatwo daje się już wyczuć paskudne rutyniarstwo, znudzenie i gwiazdorstwo, o które wielu posądza choćby VADER`a. Chłopaki znają wprawdzie swoje rzemiosło i zagrali solidnie, bez wpadek, ale równocześnie bez polotu i pasji. Gitarzysta Jacek Hiro zgarnął dziesięć baniek za koncert niewiele ponad półgodzinny, widocznie jednak wystarczyło to oszalałym z zachwytu maniakom, którzy bawili się z takim impetem, że aż w pewnym momencie zaatakowali gitarzystę/wokalistę mikrofonem i interwencja ochrony była konieczna. Zresztą później ci trzej rośli faceci stanęli wprost tuż przed muzykami i gówno było widać…

Koncert rozciągnął się do 4-rech godzin, gdyż w trakcie były długie przerwy, a po jego zakończeniu można było jeszcze zostać w „Ruderze”, napić się piwa (i nie tylko), porozmawiać ze znajomymi itp. I ogólnie, mimo kilku zgrzytów, było bardzo sympatycznie.

[Kasia]

BEHEMOTH, DARKANE, FRONTSIDE, CRIONICS – 7.12.2002, Rzeszów

BEHEMOTH, DARKANE, FRONTSIDE, CRIONICS

7.12.2002, Rzeszów, „Akademia”

Dopiero teraz po raz pierwszy miałem okazję pojawić się w rzeszowskiej Akademii… Może to i ciekawe miejsce, ale chyba nie na takie koncerty, heh. Najpierw jednak trzeba było trochę pomarznąć przed wejściem, ale przyznam, że w miarę punktualnie (tj. kilka minut po 18-tej) zaczęto wpuszczać ludzi i odbywało się to dość sprawnie. Największe zaskoczenie miało jednak miejsce chwilę później, gdy według mojego zegarka CRIONICS zaczął grać 2-3 minuty przed czasem! Tego się nie spodziewałem… Niemniej jednak mnie ten zespół mało interesuje i wolałem skupić się na degustacji piwa… Po prostu ta ich wspaniała pierwsza płyta w ogóle do mnie nie trafia… Ale trochę im się przyglądałem z boku i muszę przyznać, że na żywo to wcale nie są tacy źli, hehe. Poza tym całkiem żywiołowy koncert… Nieźle, ale mimo wszystko fanem nie zostanę, heh. Następny w kolejce był sosnowiecki FRONTSIDE, coś na co nie mogłem się doczekać… i nie zawiodłem się. Panowie zagrali kilka numerów z nowej płyty, kilka z poprzedniej, wydanej przez MMP, a i zapewne coś starszego, ale przyznam, że nie znam tych starych kawałków, a poza tym teraz już nie bardzo pamiętam, heh. Był też cover SLAYER’a i chyba SICK OF IT ALL, ale za ten ostatni nie dam sobie ręki uciąć. Tak czy inaczej ich koncert był po prostu zajebisty. Niesamowity żywioł na scenie, świetne brzmienie… Czego chcieć więcej? Hardcore’owy wygląd muzyków? A co to ma do rzeczy? Podobnie zresztą myśleli zgromadzeni pod sceną – FRONTSIDE został przyjęty bardzo dobrze. To cieszy. Następny w kolejce był szwedzki DARKANE… No cóż. Przede wszystkim nie uważam ich za taką straszną rewelację, a porównania do SYL czy MESHUGGAH są ogromnie przesadzone. Jasne, fajnie grają, ale to wszystko. A jak wypadają na żywo? Na początku mi się podobało, fajne brzmienie, dość żywiołowo (choć jakże inaczej od FRONTSIDE), po prostu całkiem przyjemnie się patrzyło i słuchało. Ale po jakichś 20 minutach zaczęło się robić nudno… Nie wiem jak długo grali, nie patrzyłem na zegarek, ale ciągnęło się to w nieskończoność. Na dłuższą metę nuda. I w końcu przyszedł czas na gwiazdę wieczoru… Hm, BEHEMOTH widziałem już któryś tam raz… i chyba bardziej podobało mi się na poprzedniej edycji Brutal Assault, kilka miesięcy wcześniej. Co nie zmienia faktu, że wciąż był to bardzo dobry koncert. Z drugiej strony – bardzo typowy jak dla nich. Z tego co słyszałem, to właśnie w Rzeszowie zespół został najlepiej przyjęty, o czym świadczy chyba fakt, że nie wszędzie dwa razy wychodzili na bis. Nie będę pisał, co grali, ani rozpisywał się bardziej w tym temacie, bo to chyba mija się z celem. Na koniec – ja nie żałuję, że się wybrałem i myślę, że wszyscy obecni na tych koncertach są tego samego zdania. Z drugiej strony gdyby nie FRONTSIDE, to nie jestem pewien czy tak chętnie pojechałbym do Rzeszowa… Koncerty BEHEMOTH zaczynają mi się powoli nudzić…
[Mirek]