Kategoria: Koncerty

VOIVOD, NEUROTHING, BLACK POCKET LICE – 14.05.2011, Wrocław

VOIVOD, NEUROTHING, BLACK POCKET LICE

14.05.2011, Wrocław, „Firlej”

Klub „Firlej” słynie z promowania ambitnych, nie zawsze łatwych w odbiorze, aczkolwiek i mocnych dźwięków. Kolejną ikonę thrashu, jaką dane mi tu było doświadczyć, był VOIVOD.

Prędzej dane nam było zobaczyć dwa „rozgrzewacze”.  Zwłaszcza NEUROTHING wypadł zacnie, mocno i intrygująco. Ekipa wykonuje coś, co można nazwać matematycznym (raczej death) metalem, czyli zmiany tempa, precyzja, ciekawie progresywnie, często amelodycznie. Smaczku dodaje growlująca wokalistka, która na koncercie zamienia się w bestię (zgodnie zresztą niemalże z jej pseudonimem scenicznym – Bast, a tam już blisko do Beast;-)), by w przerwach pomiędzy utworami przemawiać swoim własnym, ludzkim głosem, dziewczęcym i delikatnym.

2011.05.14_voivodPo przerwie wreszcie pojawił się VOIVOD, czyli główne danie wieczoru, w niemalże oryginalnym składzie. Nieodżałowany gitarowy, mózg zespoły, czyli Denis „Piggy” D`Amour, został zastąpiony przez Daniela Mongraina, który na koncercie wypadł bardzo przekonywująco jako showman i muzyk.
Oryginalny trzon zespołu stanowią: Denis „Snake” Belanger (wokal), Michel „Away” Langevin (perkusja) i Jean-Yves „Blacky” Theriault (bas), a cała czwórka zmiotła publiczność, podczas sobotniego wieczoru, w niemal w całości wypełnionej sali koncertowej klubu „Firlej”. Poprzez bardzo przekrojowy set, od najstarszych old schoolowych kompozycji, poprzez czasy majsterszczyku „Phobos”, dotarliśmy aż po utwór z nowego, zapowiadanego albumu, nad którym grupa pracuje. Będzie to pierwsza stworzona w tym składzie płyta, bowiem ostatnie dwa wydawnictwa wypełniały pozostałości z kompozytorskiej kreatywności Piggyego.
Twórczości Kanadyjczyków chyba nikomu nie należy przedstawiać, wywodzą się z thrash metalu, jednak ich muzyka jest wręcz kosmiczna, bo jakże inaczej określić te dźwięki? Na żywo można było doświadczyć obu tych składników: mocy metalu, brudu punku, swobody interpretacji odegranych na luzie utworów i progresywnych podróży w głąb… instrumentów, a wszystko okraszone często zaangażowanymi tekstami.
Koncert trwał prawie dwie godziny, muzycy wracali na bisy, a na koniec nie tylko fani strzelali fotki, ale i wokalista obfotografował zgromadzonych pod sceną, którzy i tak nie chcieli puścić zespołu ze sceny. Jedno jest pewne, VOIVOD i publiczność dali z siebie wszystko, a o byt grupy, przynajmniej koncertowy, możemy być spokojni.

[Yanus]

ONSLAUGHT, SUIDAKRA, FINAL DEPRAVITY, THE NO-MADS … – 13.04.2011, Katowice

2011.04.13_onslaughtScream For Violence Tour 2011:

ONSLAUGHT, SUIDAKRA, FINAL DEPRAVITY,
THE NO-MADS, ŚWINIOPAS

13.04.2011, Katowice, „Megaclub”

Muszę przyznać, że na ten koncert miałem problem się zebrać. Nie dość, że byłem wymęczony po nocnych wojażach po występie OBITUARY w Krakowie, to jeszcze miałem chamsko ciężki dzień w pracy, jak na złość. Więc do „Megaclubu” dotarłem dopiero po 19-tej, w czasie występu THE NO-MADS. Jako że płyny w moim organizmie wskazywały niski poziom, zamiast bezpośrednio wejść do klubu, oddałem się miłemu konsumowaniu browaru. Zdążyłem na ostatni utwór Katowiczan, po czym pożegnali się, podziękowali i poszli. Ale zaraz, zaraz… Dlaczego tutaj jest tak pusto? Maksymalnie 80 osób w całym „Mega”, jakaś 100 – licząc całą obsługę. Chyba większość wolała występ SLAYER \ MEGADEATH i na ONSLAUGHT nie starczyło już sałaty. Ale nie o sytuacji finansowej i zasobności poszczególnych portfeli tutaj…

OBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY – 12.04.2011, Kraków

2011.04.12_obituaryOBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY

12.04.2011, Kraków, „Kwadrat”

Dawno nie zdarzyło mi się, że na wyjazd na koncert zdecydowałem się w ostatniej chwili. Jednak zobaczyć tuzów z OBITUARY i GRAVE na jednej scenie, to wystarczający powód, żeby dołożyć wszelkich starań, aby znaleźć się w Kwadracie.

Na początek pierwsza rzecz, która uderzyła w oczy. Liczba osób na tym koncercie oscylowała poniżej 100. Myślę, że jedynie z 80 osób pojawiło się tego dnia na tym koncercie. Rozumiem, że zbliżały się święta i środek tygodnia… Ale grał OBITUARY! Ale przynajmniej nie było ścisku…

Rozpoczęli panowie z PATHOLOGY, promujący ostatnie (czwarte) wydawnictwo o tytule „Legacy Of The Ancients”. I trafili ze swoją muzyką w moje zamiłowanie. Brutalny przez bardzo duże B death metal, z prosiakiem i growlem na wokalu, świetnie nadawał się na rozgrzewkę przed wielkimi nazwami. Jednak pod sceną było raptem kilka osób, w oddali trochę więcej, no i praktycznie żadnego odzewu z strony publiki. J. Huber (wokalista) co chwilę zachęcał do jakiejkolwiek reakcji. Dopiero przy ostatnim kawałku mógł zawołać do kompanów z zespołu, że „tam jednak jest życie”. Zespół skupił się głównie na materiale z ostatniego dzieła, natomiast z poprzednich wydawnictw otrzymaliśmy niewiele. Tym bardziej, że w 30-tu minutach trudno upchnąć coś więcej. Na pewno zagrali „Tower Of Babel” z ostatniej płyty, reszty nie pamiętam. Co do muzyki, to w stylu, który reprezentuje PATHOLOGY, trudno ponownie odkryć proch. Było więc ciężko, z częstymi zmianami tempa i technicznymi popisami gitarzysty (na moje oko miał z 20 lat, a wymiatał, że kopara opadała). Szybko się to niestety zakończyło i nastąpiła dłuższa przerwa, w czasie której był czas na zapoznanie się z zawartością stoisk oraz rozmowę z wokalistą PATHOLOGY. O dziwo, pomimo obojętności publiczności, bardzo im się koncert podobał. Jak sam mówił, miewali zdecydowanie gorsze koncerty i cieszyli się, że w ogóle ktoś tam stał i ich słuchał.

Kolejnym zespołem był GRAVE. Wikingów ze Szwecji nie trzeba chyba przedstawiać. Załoga dowodzona przez Olę Lindgrena to zawodowcy, a sam głównodowodzący, pomimo ostatnich problemów z muzykami, stanął na wysokości zadania. Wydawać by się mogło, że taka uznana firma jak GRAVE ściągnie pod scenę więcej gawiedzi. Nie wiem, czy 30 osób to dużo, jednak tutaj już mieliśmy do czynienia z zalążkiem tłumu pod sceną. Najnowszy nabytek zespołu Tobias godnie zastąpił poprzedniego basistę (Freddę), zachęcając i co chwila wykonując różnej maści gesty w stronę publiki. Sam koncert nie różnił się zbytnio od tego, jaki dane mi było wcześniej oglądać na Brutal Assault. Znalazł się więc czas na pogaduchy z publiką. Sam set natomiast składał się w ¼ z utworów z ostatniej płyty „Burial Ground”, a w ¾ ze starszych utworów. Były m.in. „Soulless”, „Into The Grave”, „Burial Ground”, „You’ll Never See”, więcej nie pamiętam. Po 40-tu minutach szok! GRAVE schodzi z sceny i nie wraca na nią. Niedosyt ogromny! Zespołu niestety nie ominęły problemy techniczne, których kumulacja nastąpiła później w czasie występu gwiazdy wieczoru…

OBITUARY! Zespół legenda, jeden z ojców gatunku zwanego death metalem. Wciąż z panem Santollą na gitarze, niestety. Nie ma co jednak narzekać, bo koncert, pomimo strasznych problemów z gitarą i perkusją, był na prawdę wyśmienity. Nie popsuły mi go nawet namolne solówki Santolli. Dla mnie to był koncert wieczoru. Długi, obfitujący w smaczki typu solo Donalda oraz wspomaganie go przez Johna na perkusji. Wiem, że robi to często, jednak fajnie się to ogląda. Tym bardziej, że w klubie muzyka OBITUARY brzmi całkiem inaczej niż na scenie znajdującej się na świeżym powietrzu (vide Brutal Assault). Było duszno i gęsto od ciężkich riffów i przytłaczającego basu. Setlista nie do końca zadowalająca, jednak każdemu nie da się dogodzić. Poleciały m.in. utwory „Evil Ways”, „Slowly We Rot”, „List Of Dead”, „Blood To Give”, „The End Complete”. Mieszanka z różnych lat, powodująca ciarki na plecach swym brzmieniem. Mimo wszystko ten prosty death metal, który OBITUARY łupie już tyle lat, ciągle ma w sobie moc mogącą powalić na kolana i jeszcze poprawić glanem w żebra. Kto nie był, ma czego żałować.

Ze spraw organizacyjny powiem tylko, że ten koncert był rozgrzewką przed właściwym początkiem trasy, jaki miał nastąpić dzień później w Warszawie. Stąd może nikła frekwencja, jakaś taka mała ruchliwość muzyków itp. Warto jednak było się wybrać, aby poobcować z muzyką Wielkich Tuzów Death Metalu oraz młodego, acz już doświadczonego pokolenia w osobie PATHOLOGY.

Ps. Z tego miejsca pozdrowienia dla Michała z DEPRIVED, bez którego ten wyjazd nie miałby miejsca.

[Sake]

DEATH ANGEL, HIRAX, SUICIDE ANGELS, MAJSTER KAT … – 2.04.2011, Katowice

sodom plakat malySilesian Massacre vol. 2:

DEATH ANGEL, HIRAX, SUICIDE ANGELS, MAJSTER KAT, RETRIBUTION, THE CROSSROADS, DEATHINATION, VATES

 

2.04.2011, Katowice, „Megaclub”

Pierwszy chyba raz zdarzyło mi się tak późno pojawić na koncercie. Niestety górę wzięły sprawy uczelniane i w „Megaclubie” pojawiłem się dopiero około 18. Obowiązkowo piwko przed klubem, odbiór opaski i już można instalować się do środka. Dodam tylko, że pogoda dopisała i w momencie mojego przybycia wielu maniaków wygrzewało swoje truchła na słoneczku, sącząc zupki chmielowe, a tu i ówdzie coś mocniejszego.

W środku natomiast scenę obejmowało RETRIBUTION. Umknął mi ich występ z powodu tego, że wielu znajomych tego dnia zawitało do Katowic, a nie wypadało się przynajmniej nie przywitać.

To, co uderzało w oczy, to dosyć niska ilość ludzi w środku, jak na taką godzinę (większość pewnie była przed klubem), dla mnie jednak to dobrze, bowiem nie było problemu dopchać się pod scenę.

SINISTER, NOMINON, SUPREME LORD, AMORPHOUS … – 5.03.2011, Zabrze

sinister do netu 2Silesian Death Attack:

SINISTER, NOMINON, SUPREME LORD, AMORPHOUS, EMBRIONAL,
INFATUATION OF DEATH, F.A.M.

5.03.2011, Zabrze, „CK Wiatrak”

Marzec. Miesiąc zapowiadający nadejście wiosny. Pogoda faktycznie prawie że wiosenna. Lekki mróz przypominał, że zima nie odpuściła jeszcze. Nad „CK Wiatrak” świeciło słońce, tak więc nic nie zwiastowało dźwiękowej zagłady, jaka miała tego dnia nastąpić. Oto bowiem polską ziemię najechała holenderska, death metalowa maszyna SINISTER, w towarzystwie szwedzkiego NOMINON oraz polskich załóg. Sam fakt pojawienia się SINISTER oraz jako jednego z supportów SUPREME LORD, spowodował, że nie mogło mnie tego dnia zabraknąć w Zabrzu.
Wpuszczanie rozpoczęto trochę po 16.30 i pierwsze zdziwienie. Tak mało osób na SINISTER? Ja rozumiem, że na początkowe zespoły mało komu chce się przyjść, jednak stan zastany przed klubem nie napawał optymizmem co do frekwencji. Później się to troszkę poprawiło, jednak na moje oko było maksymalnie 150 osób.

RHAPSODY OF FIRE, VISIONS OF ATLANTIS, VEXILLUM – 21.02.2011, Katowice

2011.02.21_rhapsody.of.fireRHAPSODY OF FIRE, VISIONS OF ATLANTIS, VEXILLUM

 21.02.2011, Katowice, „Megaclub”

Poniedziałek. Dzień jak co dzień, a więc nic się nie chce, każdy wypatruje odległego piątku, a do tego koniec miesiąca, więc z kasą zaczyna się krucho robić. A tutaj, prosze, taka niespodzianka. Jedyny koncert RHAPSODY OF FIRE w Polsce. Nie, żeby mnie to jarało. Jazdę na power metal miałem dobrych kilka lat temu. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to zespół znany, a na takie warto się wybrać.

Tym razem, bez żadnego ciśnienia, że goni mnie czas, pierwszy raz ośmieliłem się spóźnić na koncert. Co prawda było tylko 10 minut, jednak wewnętrzna zadra pozostała. Do „Megaclubu” wstąpiłem akurat, gdy na scenie produkowali się już Włosi z VEXILLUM. Co mogę rzec? Jak dla mnie – koncert poprawny. Muzyka jednak sama w sobie niezbyt zapadająca w pamięć. Ot, taka trzecia liga takiego grania. Publika natomiast nieźle bawiła się przy ich muzyce, więc pewnie najgorzej nie było. VEXILLUM zaprezentował materiał pochodzący z wydanej w styczniu płyty „The Wandering Notes”.

SVART CROWN, NEOLITH, BEHEADING MACHINE – 28.02.2011, Sanok

2011.02_02.22_svart.crownSVART CROWN, NEOLITH,
BEHEADING MACHINE

28.02.2011, Sanok, „Rudera”

Koncert ten był ostatnim siódmym z kolei, jaki miał miejsce podczas tej krótkiej, acz morderczej trasy SVART CROWN, NEOLITH i BEHEADING MACHINE po Polsce zorganizowanej przez pana Marcina z Mythrone Promotion. Z wstępnej zapowiedzi wynikało, że zagrają cztery zespoły. Całą trasę przejechały rzecz jasna trzy grupy, a jak to często bywa, jako tajemnicze supporty miały grać zapewne lokalne kapele. Niestety w szacownym mieście Sanoku wszystkie tego typu zespoły wymarły zapewne na skutek masowej migracji ludów, z jaką mamy do czynienia w obecnych czasach, więc była dupa, a nie support.

W dodatku w jakiś sposób nie do końca zgraliśmy się z czasem rozpoczęcia całego show, więc grupa BEHEADING MACHINE po dziś dzień pozostaje dla mnie zagadką, zarówno w sensie koncertowym, jak i czysto twórczym.

Po tym, jak na pół godziny wcześniej dowiedzieliśmy się od naszego tajnego agenta umiejscowionego na tymże spędzie, że koncert trwa w najlepsze i za chwilę wystąpi zespół, dla którego właściwie postanowiliśmy zadać sobie trud i zajechać do satanistycznego klubu sanockiego „Rudera” czyli NEOLITH, nawróciliśmy bolidem w miejscu niedozwolonym o 180 stopni i jadąc pod prąd i wyprzedzając tiry „na trzeciego” 160 km na h., stawiliśmy się niemal punktualnie.

Nie sądzę, aby sanocka arena koncertowa, której nie ma, a zastępowana jest przez klub „Rudera”, była szeroko znana wśród bywalców metalowych spędów, więc powiem tylko, że jest to jeden z najbardziej nienadających się do koncertów klubogospód, w jakie mnie diabli ponieśli… Całość tego pomieścić może na baczność i dobrze upchanych ze 100 osób, składa się to z przedpokoju z barem i Sali koncertowo-widowiskowej ze słupem drewnianym po środku. Natomiast taki kąt w kącie to tzw. Scena, wysokości 8 cm, o powierzchni 3 metry kwadratowe w formie trójkąta. Ten powyższy bezsensownie rozbudowany tu opis ma uświadomić potencjalnemu odbiorcy praktycznie żadne warunki do stworzenia dźwięku dla odbiorcy muzyki na żywca. Tym bardziej trzeba powiedzieć, że obie kapele, na które na tym koncercie się załapałem, jakimś czarnomagicznym sposobem osiągnęły dobre brzmienie.

Początek mojego wieczoru rozpoczął się w momencie, kiedy na scenę i okolicę (biedny Levi to duży chłop i już na „scenie” się nie zmieścił, podobny los spotkał również Conrada, który grał stojąc w kącie przy głośniku) wkroczyły chłopy z NEOLITH.

Na całym koncercie było około 40 „maniaków”, połowa z nich nie za bardzo chyba wiedziała, o co właściwie chodzi na metalowym spędzie, jedna czwarta właściwie nie wiedziała, o co chodzi w death metalu, a druga jedna czwarta nie wiedziała właściwie w ogóle, gdzie jest. Pozostałe osoby, czyli ja i cztery inne, oraz członkowie pozostałych grup, zostaliśmy przytłoczeni tym, co zaprezentowali panowie zamieszkujący ziemię krośnieńską.

Levi przed koncertem wydał mi się nieco zmarnowany, być może taki był po sześciu kolejnych codziennych shows, jednak kiedy wlazł na scenę, a właściwie staną se pod sceną metr przede mną, wstąpił w niego demon, którego miał wypisanego na koszulce. Chłop ma już swoje lata, a to, co wyczynił przez następne 40 minut, zabiłoby o połowę młodszego headlinera=killera. Reszta grupy, w większości złożona z młodszych szaleńców, też pokazała pazury, zęby, poroża i wszelkiej maści zestaw wyrostków kostnych. Utwory, które zespół wypluł nam prosto w zdziwione paszcze, pochodziły głównie z ostatniego krążka „Individual Infernal Idimmu”, z dwoma wyjątkami, którymi – o ile dobrze kojarzę – był utwór z albumu „Immortal” oraz całkowicie przedpremierowy, który ma się znaleźć na kolejnej płycie, o tytule w stylu „Angel On The Horizon”.

Przyznać muszę, że z NEOLITH porobiła się rasowa machina koncertowa i trzeba tym panom wreszcie pozwolić się wyszaleć, bo trochę szkoda, że mają tyle nadmiernej energii. Po tylu latach grania nie wypada mieć tyle poweru i chęci do rozwalania publiki. Każdemu, kto próbuje organizować koncert w naszym smutnym kraju, polecam ten zespół jako masakratora.

Podczas krótkiej przerwy na scenę wyszedł najbardziej znany z nowego testamentu gość o imieniu Joszua z czterema apostołami: Janem, Piotrkiem, Judaszem i Jakubem. Taki sielski biblijny obraz burzyły tylko czarne kapturki na ich głowach oraz narzędzia szatana w postaci gitar w łapskach. Jeden gruby apostoł pogmerał coś ze brzmieniem, po czym panowie zdjęli kapturki. Następnie zdołałem się chwycić słupa, który stanowi jedną z głównych atrakcji niesamowitej „Rudery” i przez następne pół godziny powiewałem ochoczo w tornadzie czy też innym tsunami, które to te niepozornie wyglądające postaci biblijne wytwarzały na swych instrumentach. Pod sceną trzy osoby, w całym klubie 40, więc właściwie nie było się, po co napinać, a tu ci zagraniczni panowie ze SVART CROWN dali taki pokaz feelingu, mocy, energii i satanizmu skrajnego wtórnego, że wszyscy obecni, bez wyjątku obijali się o ściany, podłogi i sufity, a headbangingowali nawet mieszkańcy sanockich kamienic z przeciwnej strony ulicy.

Uwielbiam takie koncerty. Małe, kameralne aż do tego stopnia, że odnosisz wrażenie, jakby to była próba, a nie koncert. Wokalista ryczy na ciebie, metr dalej, a pióra dziewcząt i chłopców pod sceną zbijają się w jeden nierozplątywalny kołtun gordyjski. Jeśli do tego dodamy zespoły, które dają takie koncerty, którym się w tak oczywisty sposób chce się tak grać, to czegoż, bracia i siostry w Diable Borucie, można chcieć? No chyba tylko przyjemnego dymanka i wódki? Ale to pierwsze miałem pięć godzin wcześniej, a od drugiego wolę piwo…

A teraz, dla ostudzenia nastroju euforii, jaki nam nastał, coś z zupełnie innej beczki… Kiedy zamieniłem kilka słów z liderem NEOLITH – Grzegorzem i organizatorem trasy – Marcinem z Mythrone Promotion uderzył mnie często poruszany temat frekwencji na koncertach. Smutne jest, że tak rewelacyjne występy są ignorowane przez fanów. W miejscowości Rybnik naszło aż 13 (słownie trzynaście) osób. W dużym mieście i ośrodku akademickim, jakim jest Kraków i w którym co drugi licealista i studencik chadza przebrany za Nergala, jak widać wyłącznie w nadziei odnalezienia swojej drugiej połówki dupy z cyckami, zgromadził 50 (słownie pięćdziesiąt) osób. Mam nadzieję, że jest to już podziemno-gigowe dno, po odbiciu od którego może nastąpić tylko progres. Wstyd i żenada, żebym ja, stary chodził, a młode łebki w tym czasie zapuszczały „pióra” dla lansu…

[John Kramer]

NEGURA BUNGET, MORTIFERA, SEAR BLISS, ABUSIVENESS … – 5.02.2011, Katowice

negura 300 250 banerAvant-Garde Night vol. 1: 

NEGURA BUNGET, MORTIFERA, SEAR BLISS, ABUSIVENESS, GALLILEOUS, MEDICO PESTE

5.02.2011, Katowice, „Megaclub”

Avant-Garde Night vol. 1 to – miejmy nadzieję – zalążek kolejnej cyklicznej imprezy. Imprezy, co tu dużo mówić, specyficznej pod względem prezentowanych na niej zespołów, które nie do końca mieszczą się w sztywnych ramach gatunków. Na pierwszy i drugi rzut oka skład niezbyt zachęcający dla niektórych. Przyznam, że dla mnie też nie do końca był to szczyt marzeń. Co by nie było, jednak pojawiłem się tego dnia pod „Megaclubem” z nastawieniem na poszerzenie horyzontów muzycznych.

Na pierwszy ogień publiczności zostało wysłane MEDICO PESTE. Byłem ciekaw ich występu, ponieważ załapałem się na próbę dźwięku i ich black metal mnie zaciekawił. Na scenie pojawili się pół godziny po planowanym rozpoczęciu. W oparach dymu, jakby z innego świata wyszedł demoniczny mnich oraz jego świta. Ich muzyka przypomina dokonania MAYHEM z czasów „De Mysteris Dom Sathanas”, no a strój wokalisty tylko potęgował te odczucia. Sama muzyka to chłodny, depresyjny, wolny black metal, przepełniony bólem i nienawiścią. Brzmieniowo też wszystko bez zarzutów. Jak się później okazało, byli bardzo dobrym wstępem przed późniejszymi zespołami.

Występ GALLILEOUS z pełną premedytacją ominąłem. To jednak nie do końca muzyka dla mnie, a po trudnym dniu w pracy nie chciałem zasnąć przed gwiazdą wieczoru:-).

ABUSIVENESS zgromadziło chyba najbardziej kontrowersyjną publikę. Lublinianie, jak wiadomo, grają niezły pogański black metal, a ich przekaz najbardziej zapewne trafia do miłośników dawnych słowiańskich czasów czy czcicieli Peruna. Koncert od strony muzycznej bardzo dobry. Jadowity black metal, pełen odniesień do dawnej słowiańskiej chwały. Pod sceną rozkręcił się młyn (niezbyt potężny, ale zawsze to coś), a na scenie niezbyt ruchawo, co prawda, jednak koncert i tak udany. Przyjęcie dobre, kontakt z publiką dobry, no i w porządku brzmienie. Pozdrowienia dla braci z Ukrainy oraz Ślązaków.

VIC_9329Węgierski SEAR BLISS był jedynym powodem, dla którego oderwałem wzrok od książek (S.E.S.J.A.). Wiele obiecywałem sobie po ich koncercie, ze względu na to, iż na płytach ich połączenie black metalu z sekcją dętą tworzy niepowtarzalny klimat. Osoba obsługująca trąbkę odpowiedzialna była również za klawisze, a więc ostawiona była wszelkiej maści sprzętem. Wyszli i rozpoczęli swoje misterium. Próba złapania kontaktu z publiką nie do końca udana, jednak wraz z kolejnymi utworami brawa oraz skandowanie nazwy zespołu były jakby żywsze i bardziej entuzjastyczne. Jak dla mnie kapitalny koncert, udało im się zbudować świetny klimat, który mają na płytach. Momenty, w których włączała się trąbka, to dopiero dawały energię. Nie zawiodłem się, pomimo moich wygórowanych oczekiwań. Wszystkich pieśni nie pomnę, ponieważ nie znam zbyt dobrze ich utworów, jednak na pewno poleciało „A Deathly Illusion” z ostatniej płyty „The Arcane Odyssey” oraz „Two Worlds Collide” z „Glory And Perdition”.

Francuski zespół MORTIFERA przesłuchiwałem wcześniej w domu, szukając kolejnego, oprócz SEAR BLISS, punktu zaczepnego. Jednak ich muzyka tak mnie zniechęciła, że w czasie ich koncertu zająłem strategiczną pozycję na kanapie. Dźwięki dochodzące z sceny utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałem.

VIC_9490Z gwiazdą wieczoru, Rumunami z NEGURA BUNGET, zawsze miałem pod górkę. O ile lubię czasem zapuścić ich płyty, o tyle z koncertami to nieciekawie bywało. W Bielsku ich koncert przespałem, a na Brutal Assault wybrałem odpoczynek w namiocie piwnym. Po katowickim koncercie muszę zmienić jednak zdanie. Świetny występ, niepozbawiony charakterystycznych w ich muzyce tradycyjnych rumuńskich instrumentów. Flety, rogi, cymbałki, deska (?), ponadto gitary, perkusja klawisze. Można się pogubić. Oni jednak zamiast się tym przejmować, robią swoje, co świetnie im wychodzi. Klimat, jaki stworzyli oraz niewątpliwie specyfika ich muzyki sprawiły, że zapanował spokój, a publika chłonęła każdy dźwięk niczym gąbka wodę. Po jakichś 40 minutach występu nagle zapowiedzieli ostatni utwór. No ale jak to? Przecież ledwie rozpoczęli! Czas jednak płynął nieubłaganie i niemiłosiernie szybko. Na szczęście dali się wywołać na jeden bis. Zdecydowanie koncert wieczoru. Pełen niepowtarzalnego klimatu.

Podsumowując koncerty – najlepiej dla mnie wypadła NEGURA BUNGET oraz SEAR BLISS. Zdania jednak co do ich występu były podzielone i część widzów uznała go za nudny. Jako całość – impreza rewelacyjna. Niecodzienne zebranie tylu zespołów prezentujących niecodzienne podejście do black metalu to bardzo dobry pomysł. Publika jednak nie do końca dopisała. Ale warto chodzić na takie koncerty. Jestem przykładem, że pomimo miłości do rzeźni, można czasem się odchamić i świetnie spędzić czas przy takiej muzyce.

Chodzą słuchy, że na kolejnej edycji Avant-Garde Night ma pojawić się ARCTURUS (!). A więc wypada obserwować i monitorować informacje o koncertach.

[sake, fot. Victor Cristescu – galeria zdjęć]

 

NUCLEAR VOMIT, DEVIATION – 4.02.2011, Knurów


DEVIATION, NUCLEAR VOMIT

4.02.2011, Knurów, „Riders”

Kolejny, po wizycie w „Korbie”, spęd maniaków. Tym razem wyprawa w nieco dalsze rejony, mianowicie aż do Knurowa, gdzie na specjalne zaproszenie WojtasSa z DEVIATION przybyło kommando patologów, alkoholików i wesołków z NUCLEAR VOMIT. O podróży nie będę się rozpisywał, ponieważ takie moje szczęście, że znowu ja byłem kierowcą.

Na miejscu byliśmy o godz. 19, a więc niby koncert miał się rozpocząć, jednak już tradycyjnie nastąpiła obsuwa.
Nie ma co marudzić, fajnie było zamienić kilka słów z tubylcami. Okazało się, że impreza to jedno wielkie świętowanie urodzin Vaginathora vel Grubego z NUCLEAR VOMIT. A więc zarówno przed, jak i w knajpie alkohol lał się z różnych dziwnych pojemników. A napitki też zacne. Od spirytusu (urodzinowego ofk.), po najzwyklejsze lane piwo.

DEPRIVED, MEMEMBRIS, NARRENTURM – 22.01.2011, Katowice

2011.01.22_deprivedTotal Death:

DEPRIVED, MEMEMBRIS, NARRENTURM

22.01.2011, Katowice, „Korba”

Lubię spędy w małych knajpkach, gdzie kapele grają dla max 50 osób. Nie ma jakiegoś strasznego ścisku, chociaż to też się zdarza, można spokojnie pogadać z ludźmi, no i masę nowych znajomości muzycznych i niemuzycznych można zawrzeć. A że umknęło mi kilka wcześniejszych koncertów w „Korbie”, to w końcu się pofatygowałem. Z obolałym karkiem po czwartkowym NILE przekroczyłem próg klubu, a oczom mym ukazały się znajome mordy z DEPRIVED i NARRENTURM. Chłopaki niedawno dojechali i dopiero co wnosili sprzęt. Pominę tutaj te wszystkie rozmowy, wzajemne zapewnienia o przyjaźni polsko-radzieckiej itd. Dodam jeszcze, że pojawiło się distro Mad Lion Rec., gdzie można było nabyć ciekawe płyty, nie tylko wydane przez tę wytwórnię.