Kategoria: Relacje z koncertów

SIX FEET UNDER, ILLDISPOSED, IN SLUMBER, FAIRYTALE ABUSE … – 3.05.2010, Wrocław

SIX FEET UNDER, ILLDISPOSED, IN SLUMBER, FAIRYTALE ABUSE,
MINDLAG PROJECT, ARCADIA, BAD TRIPES

2010.05.3_six.feet.under3.05.2010, Wrocław, „WZ”

Jednym z argumentów, który sprawił, że majówkę spędziłem w mieście, były koncerty. Jednym z najistotniejszych dla mnie był występ SIX FEET UNDER…

3 maja 2010 dane nam było uczestniczyć w małym death metalowym święcie. Pod banderą Core-poration odbyła się mała trasa grup SIX FEET UNDER, ILLDISPOSED, ale i również IN SLUMBER, FAIRYTALE ABUSE, MINDLAG PROJECT, BAD TRIPES, ARCADIA.

Jako że do klubu „WZ” udało mi się dotrzeć dopiero wieczorową porą, zdążyłem na set ILLDISPOSED. Zaprawdę warto było, bowiem kapela przywaliła na scenie, że aż miło. Dobry i z właściwą mocą grany death, z pojawiającymi się od czasu do czasu samplami czy też innymi rytmami z automatu. O dziwo jednak wszystko grało i pasowało, skutecznie zachęcając do zabawy. Główki muzyków szalały, a wraz z nimi także zgromadzonych pod sceną. Zespół nie był mi bliżej znany, ot, gdzieś tam pojedyncze podsłuchanie, jednak teraz na pewno sięgnę po jego krążki.

DIMMU BORGIR, ENSLAVED, SAHG – 8.10.2010, Kraków

2010.10.8_dimmu.borgirDIMMU BORGIR, ENSLAVED, SAHG

8.10.2010, Kraków, Kwadrat”

DIMMU BORGIR w Krakowie. Stwierdziłem, że tym razem sobie nie odpuszczę (w końcu byli w Polsce kilka razy). Po bilet poleciałem od razu, później tylko skreślałem dni w kalendarzyku małżeńskim:-).

W dniu koncertu po pracy ustawiłem się z kolegą u niego w robocie. Jako iż on kierowca i drukarz, a ja już wolny strzelec, nie czekając zbyt długo – „psik” i pierwsza puszeczka piwka otwarta. Jedziemy do Nowa Huta Gangsta jego wehikułem (bo tam rzekomy jegomość mieszka), celem zjedzenia przez niego obiadu (łazanki), wypicia kilku piw (bo jak pomyślałem o tych plastikowych kubkach w klubie, wzdrygnąłem się, a żołądek mi na drugą stronę wywróciło). No więc siedzimy sobie, piwkujemy, z głośników słychać kolejno „Enthrone Darkness Triumphant”, „Spiritual Black Dimensions”. Gadamy o starych czasach, czekamy na transport:-).

Pod klubem zjawiliśmy się jakoś pół godziny po otwarciu (19.30). Skończyliśmy ostatnie piwo, spotykaliśmy kilku znajomych i wbiliśmy się do środka. Ostatni raz, kiedy byłem w „Kwadracie”, klub przypominał swoim wyglądem czasy zatęchłej komuny. A teraz… Odpierdolony jak skurwysyn! Metamorfoza niesamowita. Tam gdzie były kuchnie i winda towarowa, to teraz chyba jakieś vipowskie siedziby dla muzyków. Miejsce zajebiste. Niech, kurwa, już ten „Loch Ness” zamkną i koncerty odbywają się w „Kwadracie” (choć lokalizacja bez komentarza). Szatnia po 2 złote od fraku, ale przynajmniej sprawnie obsługująca klientelę.

Ludzi było sporo. Nie wiem, ile biletów się sprzedało, ale organizatorzy na pewno nie popłynęli po Wiśle. Gdzieś tam wśród gawiedzi pojawił się Seth z BEHEMOTH, a my, udając się po zimnego Lecha w kubku (10 zł za przelanie z butelki), stwierdziliśmy, że to ostatni raz i nigdy więcej taki sikacz pić.

Do koncertu pierwszego zespołu było jeszcze trochę czasu, więc odwiedzić ubikację należałoby w trybie przyspieszonym-priorytetowym. Niestety jak zwykle pojawiły się te samo problemy. Jakiś debil puścił pawia do umywalki. Nie wiem, co człek ten pożarł, ale zdążyło to całkowicie zapchać odpływ rury, a od samego widoku na tę stojąca w umywalce sztukę współczesną robiło się po prostu niedobrze:-).

Kompleks małego fiutka również wszechobecny, bo kolejka do kibla była duża, a wszystkie pisuary wolne. Doprawdy w głowach się niektórym przewraca, każdy się w kabinie odlać musi i zażyć intymności? Fuck!

SAHG obejrzałem sobie spokojnie. Goście zagrali spoko, choć publika dopiero leniwie zaczęła gromadzić się przed sceną i szału niestety wielkiego nie było…

Co do nagłośnienia wszystkich kapel na tym koncercie, sprawa wygląda tak, że należy myśleć głową, a nie dupą. Jeśli staje się bez stoperów pod głośnikiem w odległości 50 cm, to proszę nie mówić, że nic nie było słychać. Ale nawet dla zdrowia psychicznego stopery obcinają Wam dźwięki, które do Waszych uszu dotrzeć nie powinny, dlatego odbiór macie zdecydowanie lepszy i nie niszczycie swoich uszu? Trudne? No chyba tak, bo później wychodzicie na w pół ogłuchnięci i mówicie, że brzmienie było do dupy… Bez komentarza.

Na scenie pojawił się zespół ENSLAVED, który zagrało rewelacyjny koncert! Przyjęcie miał niesamowite, zabawa była przednia! Reakcja publiki była fantastyczna, zarówno ci na dole, jak i na balkonach na górze machali dyńkami i darli się w niebogłosy! W pewnym momencie zobaczyłem, jak muzycy wymieniają spojrzenia pełne zdziwienia i uśmiechu. Chyba takiego odbioru się u nas nie spodziewali. Ja tylko czekałem na materiał z „Hordanes Land”. Po cichu liczyłem, że pojawi się coś z tej EPki. Kiedy usłyszałem początek „Allfáðr Oðinn”, to prawie zesrałem się w gacie ze szczęścia! Kocham ten materiał i uważam go za jedno ze szczytowych osiągnięć sceny black metalowej tamtego niesławnego okresu! Piękna masakra. Byłem pewien, że po takim darciu japy i skandowaniu nazwy ENSLAVED wróci i zagra jeszcze jakiś utwór na dokładkę. Niestety pełen profesjonalizm. Rozkład jazdy przestrzegany był bardzo surowo i nie doczekaliśmy się żadnego bonusu.

Zanim na scenie pojawił się DIMMU BORGIR, ekipa techniczna musiała sprzątnąć cały majdan po pozostałych kapelach. Pewien dość otyły facet z tejże grupy technicznych spotkał się z ogromnym szyderstwem ze strony publiczności. Nie wiem, czemu duża tusza jest u nas traktowana jako zło konieczne? Dobrze, że gościu nic nie rozumiał po polsku. Kilku odważnych „inaczej” wyzywało gościa od grubasów i innych chujów, by później w błagalnym geście prosić go, żeby oddał im DIMMU BORGIR, żeby urodził zespół na scenie:-)… Super niania by się przydała:-).

Na koncercie DIMMU BORGIR trochę się zawiodłem. Nie wiem, dlaczego, ale wmówiłem sobie, że nie zagrają dużo z ostatniego albumu, tylko set oparty na starym materiale. Niestety trasa promocyjna, to trasa promocyjna i jak dla mnie, tego nowego stuffu było za dużo, choć… Publika przyjęła go nadzwyczaj ciepło! Zaczęli od „Xibir”. Pod sceną zrobiło się tłoczno jak cholera. Wszyscy bawili się świetnie. Co rusz ktoś przelatywał nad moją głową. Nie miałem na sobie kawałka suchego ubrania. Następnie zagrali „Spellbound” (swoją drogą utwory z przedostatniej płyty mogli sobie podarować, ale niech im będzie, swoje dla symfonicznego black metalu zrobili). Z najnowszego krążka usłyszeliśmy jakąś połowę utworów (no, 60%), w drugiej części koncertu – szlagiery, przez duże „Sz”! Na sam koniec usłyszeliśmy jeszcze (mniejsza o kolejność): „Vredesbyrd”, „Puritania”, „Progenies Of The Great Apocalypse” i wyczekiwany przez wszystkich monumentalny „Mourning Palace”! Swoją drogą, strasznie czekałem na materiał ze „Spiritual Black Dimensions” (mojej ulubionej płyty DIMMU BORGIR) i doczekałem się niestety tylko jednego utworu („The Blazing Monoliths Of Defiance”). Ale ilu fanów, tyle setlist marzeń, więc o czym my tu mówimy?

Kilka słów o formie muzyków… Wszystko zostało odegrane świetnie. Shagrath chyba trochę popił w Warszawie, bo jakiś mało ruchliwy był, ale reszta składu nadrabiała to, w szczególności Galder i Silenoz, których było wszędzie pełno, a klasyczne riffy sypały się z ich gitar w sposób iście diabelski:-). Podobał mi się motyw, kiedy Shagrath przekazał mikrofon za perkusję do Darka. Lokalny patriotyzm. Sala podniosła niesamowitą wrzawę, kiedy Darek powiedział (mniej więcej): „Kurwa, pokażcie Norwegom, jak się bawimy (napierdalamy?) w Polsce!”. Później zadedykowano utwór dla Nergala, niestety nie zapamiętałem, który to kawałek był…

Mimo kilku mniejszych kontuzji, z koncertu udało mi się wyjść w jednym kawałku, z dużą garścią adrenaliny i cudownych wspomnień!

[Sabian]

SUFFOCATION, ANNOTATIONS OF AN AUTOPSY, NERVCELL… – 17.03.2010, Warszawa

SUFFOCATION, ANNOTATIONS OF AN AUTOPSY, NERVCELL, 

FLESHGOD APOCALYPSE, BURNING THE MASSESS

17.03.2010, Warszawa, „Progresja”

Po prostu uwielbiam te koncerty w środku tygodnia! Człowiek prosto z pracy leci na gig, racząc się na obiad byle jakim hamburgerem, stoi w korkach i zjebany dociera na miejsce, mając w perspektywie poranną pobudkę i dzień w robocie po nocnej imprezie… No ale dość biadolenia, bo wyjdę na starego zgreda.

Koncert rozpoczął się z krótką obsuwą, a pierwsi na deskach zainstalowali się Amerykanie z BURNING THE MASSES. Goście wyglądali na bardzo młodych, z dopiero co zapuszczanymi wsiarami. Mało metalowe fizjonomie… Zaczęli intrem, które przeobraziło się w pierwszy numer. Muzycznie prezentowali coś a’la VITAL REMAINS, z nadmiernymi jak dla mnie gitarowymi popisówkami przypominającymi jakiś CHILDREN OF BODOM. Może i kiedyś z tego BURNING THE MASSES coś będzie, póki co sprawdzili się jako wstęp do supportów.
Pod sceną było jednak pustawo, ludzie póki co oblegali bar, gadali lub gapili się w telebim, na którym niepodzielnie królował Eurosport. Tak, tak… Nie samym death metalem człowiek żyje:-)! Przez cały koncert przewijał się a to tenis, a to piłka kopana, a to coś tam… No nieważne.

HYPOCRISY, DECAPITATED, SURVIVORS ZERO – 26.01.2010, Katowice

HYPOCRISY, DECAPITATED, SURVIVORS ZERO

26.01.2010, Katowice, „Mega Club”

Spore zamieszanie towarzyszyło polskiej części trasy HYPOCRISY. Zmianie ulegały kolejno miejsce imprezy oraz kapele supportujace szwedzki zespół. Początkowo impreza planowana była w gdyńskim klubie „Ucho”, a w jej skład miał wchodzić fiński SURVIVORS ZERO, duński HATESPHERE oraz rzeczona ekipa Tagtgrena. Ostatecznie koncert przeniesiono do katowickiego „Mega Clubu”, a middle act, który w międzyczasie zaliczył poważne zmiany personalne, zastąpił nasz polski, tak zwany „towar eksportowy”, czyli reaktywowany DECAPITATED. Jak dla mnie obie zmiany można zaliczyć jak najbardziej in plus – grup HATESPHERE niespecjalnie mnie interesowała po ostatnim popisie w Polsce, który dała przed BEHEMOTH. Ominęła mnie także 600 km podroż nad morze w środku zimy. Pozostała jedynie kilkudziesięciominutowa podróż po katowickich duktach, aby stawić się na miejscu koncertu i posłuchać, co wymienione kapele mają do zaoferowania.

SAMAEL, NOCTIFERIA, PANDEMONIUM, CRYPTIC TALES – 25.01.2009, Kraków

SAMAEL, NOCTIFERIA, PANDEMONIUM, CRYPTIC TALES

25.01.2009, Kraków, „Loch Ness”

Massive Music reklamowało kolejny przyjazd SAMAELa do Polski jako koncerty legendarnego zespołu ze Szwajcarii… Taaa, legenda legendą, a mity mitami… Czy SAMAEL jest legendą czy mitem, miało się okazać nieco później. Najpierw na deskach krakowskiego „Loch Ness” zaprezentowały się supporty…

Punktualnie o godzinie 19-tej swój set rozpoczęła grupa CRYPTIC TALES. Wydarzenie to nie byle jakie, gdyż był to pierwszy koncert kapeli po reaktywacji, czyli od jakiś jedenastu lat!!! Trema więc była, tak samo jak wpadki. Lider zespołu, Piotr Kopko, po zejściu ze sceny nie krył, iż pierwszy utwór to było poszukiwanie brzmienia i zgrywanie się z kolegami:-). Ale później wszystko się wyrównało i było naprawdę nieźle, przynajmniej jak na tak długą absencję sceniczną. Panowie w świetnej formie, z bardzo przerzedzonymi już włoskami, ale moshingu oczywiście nie brakło:-). Poza tym skład uzupełnił gitarzysta z zaprzyjaźnionego UNDERDARK, który zastąpił kontuzjowanego Jacka Falla, więc młoda krew też zawrzała:-). CRYPTIC TALES zagrał cztery utwory z nowej płyty „VII Dogmata Of Mercy” i pośpiesznie opuścił scenę. Krótki był to występ. No i niestety przyjęty chłodno. Było widać, że ludzie nie za bardzo znają tę przemyską grupę. Ale tak widocznie musi być – teraz kapela ma priorytetowe zadanie: odbudować swoją (dawną) pozycję, m.in. przez występy na żywo…

CHRIST AGONY, STRANDHOGG, FULCRUM, FETO IN FETUS – 12.10.2008, Gdynia

Condemnation Tour 2008:

CHRIST AGONY, STRANDHOGG, FULCRUM, FETO IN FETUS

12.10.2008, Gdynia, „Ucho”

Bywają w życiu takie straszne – albo raczej strasznie ochoczo wyczekiwane – dni, kiedy pije się do 2-giej w nocy wódkę. Nie zapija się, aby nie psuć smaka i prowadzi się dysputy, tzw. nocne Polaków rozmowy. Pije się, bo jest solenizant. Więc pije się za jego zdrowie, ale tak naprawdę, to się pije, bo się… pije i tyle. Robota to głupota, a picie to jest życie. Picie wódki nie wpływa negatywnie na nasze życie dnia następnego pod warunkiem, iż jest to dzień wolny od pracy. Niedziela zazwyczaj jest dniem wolnym od pracy, robotą zwanej. Choć nie, w moim przypadku to ja nazywam to jednak pracą, bo do roboty to są konie i traktory. Picie przerwane zostaje umiarem, kiedy zdaję sobie sprawę, że ten następny kielon może być ostatnim, przed tymczasowym zgonem.
Niedziela, godzina 13-ta zwiastowała wstanie. Po spożyciu posiłku i uświadomieniu sobie, że do domu dotrę za jakieś trzy godziny, w myślach zalęgło się już tylko jedno: piwo. Kolega wprawdzie dzwoni i nagabuje na ten nieszczęsny CHRIST AGONY w Gdyni, ale na razie się wykręcam. Piwo… Wizja powrotu do oddalonego o 20 km domu i kolejnej podróży, tą razą środkiem komunikacji miejskiej, jakoś bardziej skutecznie odstręcza aniżeli zachęca do eskapady. Wprawdzie akurat w mym przypadku ból poniedziałku został skutecznie zażegnany przezornym wybraniem dnia wolnego za nadgodziny, to jednak… Piwo… Odpowiadam więc wymijająco… Kolega z Tczewa jednakże kusi i grozi kolejnym telefonem. Więc zobaczymy następną razą.

THY DISEASE, CEMETERY OF SCREAM, CRYPTIC TALES … – 24.01.2010, Kraków

XX-lecie THY DISEASE (Creative Act Of Music Tour 2010):

THY DISEASE, VIRGIN SNATCH, ARMAGEDON, CRYPTIC TALES, HELLIAS, HEART ATTACK

24.01.2010, Kraków, „Rotunda” („Extreme”)

W ten święty niedzielny dzień, jak przystało na prawdziwego, ekhm, metalowca, udałem się do świątyni znajdującej się przy ul. Oleandry 1. Wiedziałem, że mogę tam w skupieniu przemyśleć ważne życiowe sprawy, słuchając zadziwiające historie muzycznych kaznodziejów. Tak! Prawili oni mądrze, nareszcie odnalazłem prawdę. O czym mówili? O wielu ważnych kwestiach społecznych, politycznych, religijnych, czasem co prawda mało można było zrozumieć, ale liczą się intencje!
Słuchajcie mnie ludzie, bójcie się piorunów i zemsty stwórcy, jeśli nie czytaliście książki, którą podarł bluźnierca Nergalodon na satanistycznym spędzie czarownic… Tam odnajdziecie bowiem odpowiedzi na wszystkie nurtujące Was pytania, a reszta niech będzie dopełnieniem, nową ewangelią…

CEMETERY OF SCREAM, UNQUADIUM – 16.01.2010, Lublin

CEMETERY OF SCREAM, UNQUADIUM

16.01.2010, Lublin, „Ragnarock”

Ostrzyłem sobie ząbki od dawna na ten koncert i informacja o odwołaniu go w grudniu trafiła mnie jak obuchem… Okazało się jednak, że przesunięto go tylko na styczeń z powodu choroby muzyków CEMETERY OF SCREAM. Niestety nie można powiedzieć, że tego dnia „Ragnarock” oblegały tłumy, gdyż sprzedało się zaledwie 59 biletów, ale przynajmniej nie było przypadkowych ludzi. Klub ten ma to do siebie, że jest usytuowany na uboczu, daleko od centrum Lublina, na jednym z osiedli, gdzie trzeba się jednak pofatygować z buta, bo pod sam klub trolejbusy nie przywiozą wygodnych tyłków.
Przyznam bez bicia, że nie znam grupy UNQUADIUM, aczkolwiek muzycznie prezentuje się dość ciekawie. Scenicznie troszkę zbyt statycznie, chyba jedynie wokalista i gitarzysta z lewej strony nie był skupiony tylko na odtworzeniu swoich partii, ale może z czasem nabiorą nieco pewności, zaczną łapać większy kontakt z publicznością, może czasem (przynajmniej niektórzy) oderwą wzrok od swoich gitar… W sumie też ścisk na scenie nie pozwalał się zbytnio rozszaleć, ale… Nie piszę tego po to, by się wyżywać na kapeli, bo to w dość niewyszukany sposób zrobił ktoś inny pod koniec ich występu. Dziwi mnie tylko to troszkę, bo zespół istnieje już 8 lat, ma w swoich szeregach gitarzystę ATROPOS i perkusistę grającego też w LOSTBONE. Życzę im jak najlepiej, tym bardziej, że muzyka warszawiaków jest dość ciekawa. Może po prostu onieśmielił ich fakt, że pod sceną nie pojawił się nikt z publiczności, ot, kilku paparazzi i roznegliżowany kolega co rusz dzielący się piwem z wokalistą. Co prawda kapela ma niewielki dorobek studyjny, ale mimo to warto się kopsnąć chociażby na jej profil MySpace i posłuchać, jak brzmi w warunkach domowych.

KORPIKLAANI, NIRTHER, TROLL GNET EL’ – 27.11.2009, Warszawa

KORPIKLAANI, NIRTHER, TROLL GNET EL’

27.11.2009, Warszawa, „Progresja”

Jest 27 listopada 2009, dwa dni przed koncertem KORPIKLAANI dowiaduję się – „masz wejściówki i idziesz”. No cóż, „naczelny” każe, Kuba musi he he.
29 listopada, niedziela, godzina 16, Warszawa, Dworzec Zachodni. Do koncertu dwie godziny, bary pełne „czarnych”. Przy wspólnym piwku poznaję czteroosobową ekipę z Litwy, wiek na oko 16 lat. Razem jedziemy do „Progresji” i po 40 minutach jesteśmy na miejscu. I tu pierwsza niespodzianka – pod klubem jest jakieś 200 osób. Mało, cholera. Około 18:15 otwierają się bramy, ludzie wchodzą, a tu druga niespodzianka. W środku jest może ze 100 osób, kiedy nagle trzask i drzwi znów zamknięte. No cóż, czekamy. Sztuka miała się zacząć o 19:00, już dawno jest po, a tu ludzie dalej na dworze. Padają różne informacje, a to kłopoty z prądem, a to KORPIKLAANI są gdzieś na mieście i udzielają się medialnie… Urozmaicam sobie czas rozmową. Chcę zaczerpnąć informacji o supportach i tu kolejna niespodzianka – TROLL GNET EL’ jest z Rosji. A o NIRTHER nikt nic nie wie, poza tym, że to death metal. Za wiele się nie dowiedziałem. Kolejka rośnie, teraz pod „Progresją” czyha już ze 350 osób. Razem z tą setką w środku to i tak nie najlepszy wynik. W końcu wpuszczają. Około 19:40 wszyscy są w środku.

SALTUS, CRYPTIC TALES, UNDERDARK, MESMERIZED, BASEMENT – 30.10.2009, Lublin

SALTUS, CRYPTIC TALES, UNDERDARK, MESMERIZED, BASEMENT

30.10.2009, Lublin, „Graffiti”

Tragedia Panie i Panowie, tragedia. Jeszcze nie widziałem tak słabej frekwencji w „Graffiti”, jak tego dnia. Bilety do chwili otwarcia bram sprzedały się w zastraszającej ilości 58 sztuk, a finalnie było 98 osób, co i tak nie zapełnia ludziem 1/5 sali w tym klubie. Nie widziałem też nigdy takiej opieszałości podczas przerw, które – bez zbytniej przesady – trwały niekiedy dłużej niż sam występ zespołu. Do tego, że w „Graffiti” koncerty zaczynają się z godzinnym opóźnieniem, zdążyłem się przyzwyczaić, ale żeby od godziny 19 do północy nie zagrały wszystkie kapele, to już gruba przesada. Tym bardziej że każdy zespół grał mniej więcej pół godziny, to już szczyt wszystkiego. Co to kurwa, jakiś piknik w Mrągowie czy co? Wszyscy snują się bez celu, realizator ma w dupie to, co mówią ze sceny. Co do diabła? Za mało piwa poszło czy co, bo innej przyczyny nie widzę… Masakrycznie długie przerwy sprawiały, że każdy miał dość i w dupie trzymał jakąkolwiek chęć do zabawy. Może prócz garstki prawdziwych zapaleńców…