Kategoria: Relacje z koncertów

RIVERSIDE – 5.05.2006, Kraków

Second Live Syndrome Tour:
RIVERSIDE

5.05.2006, Kraków, „Loch Ness”

ImageZastanawiające… Dlaczego koncerty RIVERSIDE gromadzą tak wielu metalowców odznaczających się długimi włosami i charakterystycznym ubiorem? Ano chyba dlatego, iż ten zespół gra wspaniałą muzykę! I to wcale nie tak odległą estetyce OPETH, ANATHEMY, DREAM THEATER itp… Pewna, specyficzna wrażliwość jest ponad stylistycznymi podziałami. W dodatku przecież właśnie tę grupę tworzą instrumentaliści w przeszłości ściśle związani z metalowym undergroundem! Gitarzysta Piotr Gruziński przed laty był członkiem wówczas czołowej, podziemnej kapeli doom metalowej UNNAMED, zaś Piotr Kozieradzki to nikt inny tylko Mitloff we własnej osobie – perkusista diabelskiego HATE, kapeli, którą opuścił w bardzo dobrym okresie, a także porzucił działalność wydawniczą pod szyldem Apocalypse, właśnie na rzecz całkowitego poświęcenia się dla RIVERSIDE. I nic w tym dziwnego… Polscy słuchacze zawsze kochali rock progresywny! Przynajmniej w wersji live… Każdy kto mówi inaczej, pieprzy głupoty. Nie widać tego na co dzień, ale np. na koncerty FISH`a zawsze, rok po roku przychodzi mnóstwo ludzi. Podobna twórczość nie ma jednak zbyt bogatych, rodzimych tradycji. Chociaż właściwie najlepsze zespoły z tego gatunku pochodziły ze stolicy… Nieistniejący już COLLAGE i ABRAXAS, wciąż działający QUIDAM i właśnie RIVERSIDE. Fenomen zespołu i głód takiej muzyki jest wielki… Grupa ruszyła w trasę promującą płytę „Second Life Syndrome”. Zawitała też do Krakowa i … Bilety na koncert kwietniowy wyczerpały się w mig, tak jak kiedyś na COMA – brakło miejsca dla wszystkich chętnych. Szczęśliwym trafem miesiąc później zorganizowano w dodatkowy gig. Oczywiście klub „Loch Ness” był pełny… Niestety koncert rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, po 21-szej. Ja rozumiem, że zespół ugrzązł gdzieś na trasie i koniecznie chciał wcześniej zagrać próbę, ale wydaje mi się, że kapela okazałaby swoim fanom więcej szacunku, gdyby nie kazała im sterczeć przed wejściem przez 40 minut. Takie zachowanie zakrawało trochę na gwiazdorstwo i sztuczny profesjonalizm. Kolejne zaskoczenie, o czym jednak było wiadomo wcześniej (brak informacji na plakatach czy bilecie), nie było żadnego supporta. Naprawdę szkoda. Ponownie nie rozumiem takiego działania. Czyżby wiązało się to z wyłącznością dla własnych wyróżnień i honorów? A przecież jakaś kapela poprzedzająca na pewno dobrze by wpłynęła na atmosferę i rozgrzałabym publiczność, a tak… Pod dość niesmacznym początku nadszedł czas na złagodzenie nastroju… Muzycy wyszli na scenę w kłębach dymu, zaczęli grać, długo, instrumentalnie. W pewnym momencie, niespodziewanie gitarzysta wplótł w autorską kompozycję RIVERSIDE parę riffów z „Shine On Your Crazy Diamond” PINK FLOYD! W sercu zrobiło się cieplej. Później temperatura podniosła się jeszcze bardziej. Zabrzmiały takie kompozycje jak „Dance With The Shadow”, „Out Of Myself”, „Voices In My Head” i inne. Rozbudowane, emocjonalne suity i utwory dynamiczne, z rozbudowanymi partiami gitar poprzeplatały się ze spokojnymi balladami. Pięknie brzmiały zwłaszcza finezyjne solówki, no i syntezatory, czasem nawet imitujące organy Hammonda! Umiejscowiony po lewej stronie sceny klawiszowiec był poobstawiany parapetami niczym Tony Banks! Muzyka wznosiła się lekutko, przepełniając przestrzeń i umysły fantazyjnymi obrazami. Wyobraźnia pracowała. Publiczność przeżywała ten mistyczny koncert, jak potrafiła, jednak uważam, że mimo wszystko nie dała się ponieść emocjom. Wszyscy byli tacy jacyś skrępowani i kulturalni. Jakby bali się i wstydzili dać upust swojemu szaleństwu. A przecież skłonność ku zabawie była widoczna, choćby w momentach szybkiego reagowania na zachęty Mariusza do klaskania… Koncert dziwacznie się też kończył. Zespół bisował trzykrotnie, z czego np. za drugim razem zagrał tylko jeden utwór. Te zabiegi ponownego wywoływania zespołu znów zakrawały na schlebianie gwiazdorstwu RIVERSIDE. Jednak w sumie kapela chętnie wracała na scenę, a muzycy pięknie się kłaniali i bili brawo, w ten sposób dziękując za gorące przyjęcie. Tak więc wszystko dobrze się skończyło…

[Kasia]

Brutal Assault 2006 – 10-12.08.2006, Svojsice (Czechy)

Brutal Assault Festival 2006:
DIMMU BORGIR, FEAR FACTORY, MORBID ANGEL, AMORPHIS, NAPALM DEATH, GOREFEST, SICK OF IT ALL, MAYHEM, DESTRUCTION, GOJIRA, EPHEL DUATH, MOURNING BELOVETH, ORPHANED LAND, SKINLESS, SEVERE TORTURE, ROTTEN SOUND, THE OCEAN, VISCERAL BLEEDING, DEPRESY, ROOT, ADOR DORATH i inni

10-12.08.2006, Czechy – Svojsice u Prelouce

Brutal Assault to festiwal, który od zawsze wydawał mi się najbardziej atrakcyjną ofertą naszych południowych sąsiadów. Niektórzy pewnie stwierdzą, że impreza w Trutnovie jest znacznie lepsza… Cóż, kwestia gustu, ale nie da się zaprzeczyć, że BA oferuje znacznie większą różnorodność stylistyczną. Dwie ostatnie edycje tego festiwalu opuściłem z różnych względów, więc musiałem to w końcu nadrobić. Tym bardziej, że zestaw kapel naprawdę robił wrażenie. Zresztą na Brutal Assault już od kilku edycji pojawiały się duże, uznane nazwy, ale w tym roku Martin zebrał naprawdę ciekawą ekipę i śmiało można powiedzieć, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pozostało tylko odłożyć trochę kasy i przygotować się do wyjazdu. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, z Tarnowa i okolic znalazło się blisko 20 osób, rzecz niebywała. Część zdecydowała się na podróż pociągiem, reszta zapakowała się w dwa samochody i ruszyła w drogę, która okazała się stanowczo zbyt długa… Ale tak to bywa, jak w jednym z samochodów zaczyna się gaz ulatniać. A później, żeby im się ta instalacja nie przegrzała znowu, musieliśmy jechać znacznie poniżej „setki”…  A tu po drodze autostrady, drogi ekspresowe, eh. Dość powiedzieć, że trasa przewidziana na jakieś 7-8 godzin nam zajęła dwanaście! Na miejscu, po krótkim rekonesansie, udałem się w końcu na zasłużony browar, czy raczej browarów sporo, bo to piwsko dość słabe jest. Wreszcie, po dwunastu godzinach za kierownicą i jakichś sześciu raczenia się Gambrinusem, zapadłem w sen. Niestety, przyzwyczajony do wczesnych pobudek już z pierwszymi promieniami słońca ruszyłem dupę z samochodu w kierunku namiotów z literką „G”.

KETHA, ESKATON – 29.01.2005, Tarnów

KETHA, ESKATON

29.01.05, Tarnów, „Przepraszam”

O koncercie dowiedziałem się przypadkiem, jakieś 3-4 dni wcześniej przeczytałem o tym gdzieś w internecie i w tym samym czasie zobaczyłem jeden mały plakacik na mieście… Pozostawię to bez komentarza. Inna sprawy, że wszystkie trzy nazwy (na plakacie był także FLAGELLATION) nie były zbyt zachęcające, choćby dlatego, że były mi zupełnie obce i spodziewałem się nudnej brutalnej nawalanki bez ładu i składu. A jest całe mnóstwo różnych rzeczy, które wolałbym robić od siedzenia na takim nudnym i bezpłciowym koncercie. Zanim jednak zaryzykowałem, znalazłem strony wszystkich trzech kapel i posłuchałem sobie po jednym czy dwóch utworach i doszedłem do wniosku, że choćby dla samego KETHA warto tam być.

CRADLE OF FILTH, SABBAT – 17.12.2006, Manchester (UK)

CRADLE OF FILTH, SABBAT, …

17.12.2006, Wielka Brytania – Manchester, „Manchester Academy”

Było ostro… Trzy zespoły w Manchester Academy…
Manchester Academy to taki odpowiednik naszego klubu „Stodoła” lub może nawet „Eskulap”. Wydaje mi się, że to klub studencki, jednak jest tam sporo miejsca.

Dotarłem szybciutko. Długa kolejka, jednak wszystko fair play, bez przepychanek. Wreszcie wewnątrz – zakupiłem troszkę płyt i Guinessa za 2,70 i ruszyłem pod scenę, a tam sporo ludu. Młodzieży było dużo, jednak nie tylko, również i starszych troszkę.

Pierwszy zespół bliżej mi nieznany – było to mile połączenie black`a i industrialu… Fajnie grali, troszkę tak… współcześnie po norwesku, a jednak po angielsku :-).

DARK HAMSTERS – 23.08.2006, Kraków / + KITSCH OBJECT – 18.12.2006, Kraków

DARK HAMSTERS

23.0.2006, Kraków, „Pod Jaszczurami”

 

Image Thrash metalowy DARK HAMSTERS zagrał w swoim rodzinnym mieście w słynnym z różnych inicjatyw klubie „Pod Jaszczurami”. Koncert rozpoczął się punktualnie bardzo mocnym akcentem w postaci świetnie wykonanego coveru „Enter Sandman”. Następnie wokalista przywitał się i zapowiedział autorską kompozycję kapeli, który po delikatnym wstępie przerodził się w numer w stylu METALLICA! :-) Później zabrzmiały inne fragmenty z debiutanckiej płyty zespołu, „Sawdust Exploration”, m.in. „Efekt PO”, „Marsz Przez Morze”, „Wind Of Sacrifice”. Pojawiły się też „niezidentyfikowane” kompozycje w stylu „Siekierka” :-), jakieś dziwne, krótkie utwory instrumentalne. Tak więc na żywo styl DARK HAMSTERS prezentuje się podobnie jak na albumie, czyli bardzo niespójnie. Kolejne kompozycje ukazywały coraz to inne oblicze grupy: dynamiczne – thrashowe, balladowe i bardziej nie pasujące do tego zespołu. Np. zdziwił mnie taki utwór, w którym wokalista pokrzykiwał coś co na pewno nie było tekstem i generalnie dźwięki, które z siebie wydobywał, pasowałyby raczej do repertuaru kapeli grindowej jako ciekawostka :-) (choć z drugiej strony był to urozmaicający fragment, gdyż te wzorcowo thrash`owe wokale stawały się już nudne). Zresztą ogólnie Bryndza jest najbardziej barwną postacią w zespole. Dobrze czuje się przed audytorium, dużo mówi, na zadatki na charyzmatycznego frontmana.

MOTORHEAD, CLUTCH, CRUCIFIED BARBARA – 5.11.2006, Manchester (UK)


MOTORHEAD, CLUTCH, CRUCIFIED BARBARA

5.11.2006, Wielka Brytania – Manchester, „Apollo Theatre”

 

Gdy znalazłem klub, pierwsze co ujrzałem, to dlugaaa kolejka ludzi – tak długiej, to jeszcze nie widziałem. Plus, że nie ma przepychania, wszyscy są raczej grzeczni i ogólna kultura.

Po oczekiwaniu (opóźnienie było półgodzinne) – CRUCIFIED BARBARA. Kwartet żeński czujący rock`n`rolla. Ładnie dziewczęta grały, ładnie się prezentowały i wskrzeszały ogień. Taki piękny MOTORHEAD:-). Pierwszy kontakt bardzo pozytywny. Czysta przyjemność. Należy zapoznać się z płytą, a i osobiście byłoby milo. Następnie CLUTCH – sprawnie, technicznie, rockowo, z nerwem i zapożyczeniami z lat `70, niby klasycznie, ale i progresywnie. Do mnie nie przemówili, choć było troszkę fanów, którzy przyszli właśnie na nich. A dodam, że cały czas stałem, skakałem, machałem, krzyczałem w drugim rzędzie (tuż przy scenie) i działo się.

Były długie przerwy miedzy wykonawcami. Wreszcie nagroda! MOTORHEAD dał czadu! Trzech panów, na ale każdy za dwóch, a Lemmy za sześciu:-). Czego tam nie było – było prawie wszystko, czego można chcieć, plus z „Kiss Of Death”, plus solowo, plus akustycznie, plus „Ace Of Spades”, plus „We Are Motorhead” na bis. „Jesteśmy MOTORHEAD i gramy rock’n’rolla!” – i czy trzeba coś więcej dodawać???

 

[Yanus]

KATHARSIS, MISTERIA, BESATT, MIDNIGHTDATE, AS I DIE – 4.11.2000 – Katowice

Devil`s Night #5:
KATHARSIS, MISTERIA, BESATT, MIDNIGHTDATE, AS I DIE

4.11.2000, Katowice, „Mega Club”

Koncert tradycyjnie rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem. Właściwie sprzęt zniesiono do sali i ustawiono na scenie na tyle późno, że niektóre grupy nie zdążyły zagrać próby.

Na początek zaprezentował się AS I DIE. Przyznam, że występ tego zespołu pozostawił we mnie uczucie sporego niedosytu. Po pierwsze szwankowało nagłośnienie, a kapela używa przecież choćby wiolonczeli, która jest dosyć ważna i powinna być dobrze słyszalna na tle innych instrumentów, a po drugie pojawiło się trochę nowych kompozycji, podczas gdy ja wolałabym usłyszeć przede wszystkim ulubione fragmenty z „Senses”. Zespół został wprawdzie nagrodzony lekkim aplauzem, jednak ja jestem przekonana, że mógł wypaść o wiele lepiej.

LUX OCCULTA, MISTERIA – 20.11.2000, Rzeszów

LUX OCCULTA, MISTERIA

20.11.2000, Rzeszów, „Akademia”

Na początek kilka słów o „Akademii”. Otóż najwyraźniej coś niedobrego zaczęło się dziać w Domu Kultury w Rzeszowie, skoro od dawna nie było tam żadnych koncertów metalowych. Ten, o którym mowa w tej chwili, odbył się więc gdzieś indziej, właściwie w zwykłej dyskotece. Szczerze mówiąc miałam sporo wątpliwości co do tego wyboru, ale na szczęście moje obawy okazały się przesadzone. Nie było tak źle, jak mogło się początkowo wydawać. Po przemierzeniu schodów i minięciu szatni wchodzi się na całkiem okazale wyglądającą salę z lożami i stolikami na pięterkach, barem. Wprawdzie przed samą sceną nie ma za wiele miejsca do pogowania, ale ogólnie przestrzeni jest wystarczająco dużo. Inna sprawa, że tego wieczoru do „Akademii” wpakowało się aż ponad 600 (!) fanów LUX OCCULTY i MISTERII, więc ścisk i zaduch był niesamowity; jednak paradoksalnie owa bliskość fizyczna dawała dziwnie przyjemne poczucie jedności wśród zgromadzonych ludzi. Jeśli zaś chodzi o warunki techniczne, to także nie były one najgorsze jak na dance`owe wymogi, a nawet w chwilach, kiedy wokal i klawisze były wyraźnie słyszalne, można było odnieść wrażenie, że uzyskane nagłośnienie przewyższało to zapamiętane z „Gambitu”, gdzie sprzęt naprawdę był już bardzo wysłużony i zużyty. Dodatkowo barw całemu przedstawieniu dodawała świetna, dynamiczna gra świateł, wrażenie robiły zwłaszcza intensywnie błyskające po oczach czerwone flesze, stroboskopy.

SLAYER, IN FLAMES, LAMB OF GOD … – 1.11.2006, Birmingham (UK)

SLAYER, IN FLAMES, LAMB OF GOD, CHILDREN OF BOODOM, THINE EYES BLEED

1.11.2006, Wielka Brytania – Birmingham, „NEC Arena”

NEC Arena mieści się zaraz obok dworca i jest to idealne połączenie – dotarłem szybciutko i sprawnie. Jest to niezłe miejsce na imprezy, taki chyba mniejszy „kwadratowy Spodek”:-). Zabukowane dobre miejsca siedzące okazały się plusem, lecz do czasu.

Czekam. Pierwszą niespodzianką było to, ze rozpoczęto… pół godziny szybciej. Wpuszczano od 4.30, start zapowiadano od 6 pm, a tu 5.35 – odlot.

THINE EYES BLEED zaatakowali bardzo sprawnie miażdżąc uszy. Szybko i bardzoooo brutalnie, melodia ograniczona bardzoooo.

CHILDREN OF BOODOM… Panowie potrafią mocniej grać fiński heavy. Fajny koncercik. Dużo ruchu i po scenie i po gryfach. Przebojowo, ale dają radę i gryzą.

LAMB OF GOD – chłopaki robią karierę, jak się ich słucha, to przychodzi na myśl mniej przebojowa PANTERA ze SLAYER`em i death metalem. „Redneck” chyba po raz pierwszy tego wieczoru wywołał tak wielki młyn. Byłem zaskoczony, że Anglicy tak dobrze potrafią się bawić. Generalnie dominowała „młodsza młodzież”, ale i przekrój był.

IN FLAMES są coraz bardziej popularni, coraz bardziej pożądani, coraz bardziej przebojowi. Scenografia w postaci neonowego płotu lub bardziej elektrycznego ogrodzenia, ze zmieniającymi się odcieniami. Z powodów prywatnych mieli zastępstwo na gitarze. Zagrali dosyć przekrojowo, nawet z „Colony” i wydaje mi się, że nawet był dwa razy ten sam utwór. Dobry koncert, dobry powód, by kupić każdą ich płytę.

Chwila przerwy, zmiana gratów, w przerwie na telebimie reklama Mortal Combat 2006 i… Wreszcie SLAYER! Scenografia: wielki krzyż, który z daleka wyglądał solidnie, a na telebimie różne wariacje logo grupy i grafiki w „ich klimacie”. Wyszli, przywalili aż milo. Od intro i „God Hate…”, poprzez „stareńkie”, a i z nowej płyty cosik było. SLAYER to klasa sama w sobie, pomimo paru krótkich przerw pomiędzy utworami. Wizualnie niewiele się zmienili przez ten rok, od kiedy widziałem ich w warszawskiej „Stodole”. Chyba tylko Tom ma krótsza brodę. Hail to SLAYER i na baczność – no może do czasu, aż głowa sama zacznie machać. Czyli przez parę sekund:-).
[Yanus]

CHRIST AGONY, DOMAIN, SUPREME LORD, ABYSS – 16.09.2000, Rzeszów

CHRIST AGONY, DOMAIN, SUPREME LORD, ABYSS

16.09.2000, Rzeszów, „Gambit”

Apocalypse Prod. zaaranżowała wspólną trasę DOMAIN i CHRIST AGONY. Pretekstem było reaktywowanie się pierwszej grupy i wydanie nowej płyty oraz przypomnienie o istnieniu tej drugiej, a także reedycje „Devirli” / „The Ancient Catatonia” PANDEMONIUM i „Moonlight”/„Darkside” z czterema dotąd niepublikowanymi utworami.
W „Gambicie” lokalnym supportem był ABYSS. Widziałam ten zespół wielokrotnie, więc pomału zaczyna mnie on nudzić. Chociaż przyznaję, że tym razem chłopaki wypadli ciekawiej niż w poprzednich przypadkach. Postawili na ostrość i agresję, a klawisze, co liczę na plus, były mniej słyszalne.