Kategoria: Muzyka polska

SARATAN Martya Xwar `12

Płyta SARATAN „Martya Xwar” przeleżała swoje, zanim zdecydowałem się podjąć działania zmierzające do opisania jej zawartości. Jest to album przez duże A. Zwykle zabieram się do opisywania takich, jak jeż do kopulacji i tu odstępstwo także nie wystąpiło. Dla ostudzenia emocji na wstępie może powiem tylko, że SARATAN to zespół z miasta śmierdzącego smogiem cały rok i straszącego swym wyglądem wymokniętym pudlem, Smokiem spod Wawelu, w którym ja również mam okazję żyć. Zespół wcześniej mi nieznany i niedostępny – zespół, który stworzył na płycie „Martya Xwar” niesamowicie dopracowaną muzykę i znów przez duże coś tam pisaną. Wiem, że w obecnym zalewie komercyjnego gówna, darmowego dostępu do wszelkiego dobra kultury i ogólnej plastikowości taka muzyka nie ma racji bytu i jakiegokolwiek przebicia się, chyba że ktoś włożyłby w nich tyle kasy, co w BEHEMOTH i wytworzył plastikowe opakowanie w czarno-różowym kolorze lukrowanego diabła z odpustu. Mało to pozytywne, ale grając bardzo techniczny konglomerat thrash metalu, muzyki etnicznej, czy wstawek z muzyki klasycznej, co ważne – bez obniżania ich poziomu, nie da się dotrzeć do więcej niż może kilku tysięcy chętnych. Tak to widzę. Album jest długi, przemyślany w każdym detalu i warstwie. To nie pure fucking thrash złożony z pięciu riffów i zgrany po chlańsku w sali prób. Ci goście musieli się napracować i to niemało, oraz dołożyć do tego wzbudzające szacunek umiejętności i pomysły. Podczas pierwszego i przypadkowego przesłuchania pomyślałem, że przecież doskonale, jeśli już nie na pamięć, znam płyty „Chaos A.D.” i „Roots” pewnej grupy z Brazylii, niemniej po kolejnych i nieprzypadkowych przesłuchaniach musiałem zrewidować swoje przemyślenia. Skojarzenie pierwsze zwykle ma coś w sobie i nie wycofuję się z niego, aczkolwiek SARATAN, jak mało kto, ma swój styl. Trudno to, co panowie nagrali, pomylić z kolejnym krążkiem w odtwarzaczu. Thrash, jaki wali z kolumn, jest bardzo oczywistym thrashem, niemniej zmiksowanie go z technicznym death metalem i rozbudowane, połamane struktury tworzą coś z każdej strony zaskakującego mnie bardzo i co chwilę. Wstawki i zabawy złożone z dziwnych instrumentów nasuwają oczywiste skojarzenia z rejonami morza śródziemnego i terenów, na których żyją dziś muzułmanie, a kiedyś odbywały się przygody Jezusa i jego pobratymców, kolegów i koleżanek. Gdy zapoznałem się z przekazem słownym i wizualnym wydawnictwa „Martya Xwar”, potwierdziłem te skojarzenia, przynajmniej po części. Pojawiły się tu starzy bogowie i religie konkurujące o popularność w czasach przed i około jezusowych (asyryjscy, babilońscy, kto ich tam wie, w końcu np. wspominany tu w jednym tytule Belzebub pochodził gdzieś z tamtego świata i wierzeń, choć kogo to w sumie interesuje…). Oczywiście dziś sprowadzeni do mroku, diabła sodomii i gomorii. Na albumie SARATAN nawet ładnie zostało to skorelowane i współtworzy klimat. Mnie płyta „Martya Xwar” podoba się jako nierozłączną całość i myślę, że w takich kategoriach należy ją spożywać i wtedy najlepiej wchodzi, jak wódka z kolegami, jak pisał wieszcz. Niemniej gdybym miał wyróżnić utwory, mnie szczególnie przypadłe do gustu, to byłby to drugi, czyli „Mastema”, za jakiś przykop połączony z walcowatą agresją i „Silent Sound of Mourning”, ten w zasadzie za przymioty odwrotne i dziwaczny, psychodeliczny nastrój, przystający bardziej do black czy dark (istnieje jeszcze taki?) metalu. No i kompozycja kończąca album (zapewne tu umiejscowiona jako mocne zakończenie) jest bardzo interesująca, jak na rejony, w których porusza się SARATAN. Choć może lepiej nie wyrywać członków z tego cielska i potraktować „Martya Xwar” jako muzyczny monolit, jak już pisałem…? Podsumowując, jest to bardzo mocna pozycja na metalowym rynku. Bez cienizny, upychania niedoróbek byle czym. Dopracowanie, profesjonalizm i kawał roboty ze świetnym efektem. Nie da się nie docenić kunsztu SARATAN, nie trzeba się silić i szukać szczęść w nieszczęściu. Płyta „Martya Xwar” doskonale obroni się sama. [Jon Kramer]

 

 

Saratan, saratan@interia.pl; www.saratan.pl, www.myspace.com/saratanband, www.facebook.com/saratanband

Massacre Rec., Rauheckstr. 10, D-74232 Abstatt, Germany;  www.massacre-records.com

LILLA VENEDA Diagnosis `12

LILLA VENEDA to nowa propozycja na polskiej scenie black/death metalu. Nowa, ale nadwyraz dojrzała. Po czym wnioskuję? Po znakomitym koncercie we wrocławskim „Liverpoolu”, który miałem przyjemność widzieć. Wcześniej wrocławianie byli mi znani ze słyszenia. Nazwa na dłużej zapadła mi w pamięć, głównie dzięki rekomendacjom kumpla ze studiów:  „Stary, niezła kapela, dają radę. Musisz ich posłuchać”. I posłuchałem. Ale koncerty to nie wszystko, postanowiłem przyjrzeć się ich poczynaniom studyjnym. W łapy wpadła mi płytka „Diagnosis”. Jak się okazuje, jest to drugi oficjalny materiał grupy. Czy można go jakoś zaszufladkować? Można, ale po co? Dla jednych będzie to coś w stylu CRADLE OF FILTH, dla innych coś w okolicach THY DISEASE, a dla mnie? Dla mnie to super profesjonalna kapela, z charyzmatycznym wokalistą, sprawnymi muzykami oraz dobrze dobranym repertuarem. Czuć w tej muzyce coś więcej niż tylko bezmyślne kopiowanie modnej ostatnio black metalowej naparzanki. Album „Diagnosis” to mądry balans między metalową energii, a (i tu wcale nie przesadzam) pewną formą lirycznością. Wszystkie utwory są właściwie dobrane. Każdy element płyty ma swoje miejsce i czas, a brzmieniem „Diagnosis” może obdzielić kilka podobnych produkcji. Utwory wpadają w ucho praktycznie z miejsca. Album rozpoczyna intro „Melancholy of The Echo”, które przechodzi w miarowy „The Black Faced Titan”. A potem leci jak ze stromego zbocza. Po kolei: „The Perfect Serenity”, „Alineation” i „Voice of The Unborn”. Pełen profesjonalizm! LILLA VENEDA nie daje wytchnąć i odpocząć. Tak powinny brzmieć współczesne nam kapele black metalowe. Aha, i tak już całkowicie na koniec – Łukasz, miałeś rację – goście wymiatają! [Sebass]

 

 

Lilla Veneda, lilla-veneda@wp.pl; www.myspace.com/lillaveneda

ZORORMR IHS `13

Krótkie, dość syntetyczne intro z łacińskim tytułem, którego przetłumaczyć nie potrafię, bo lingua latina wywietrzała, niestety, z mej głowy przed laty i wszelkie starania równoważy tytuł pierwszego utworu – „Abadon All Hope”. I rzeczywiście, porzuciłem wszelką nadzieję, bo dostałem w twarz potężne uderzenie wściekłego, nowoczesnego black metalu. Projekt Zørormra vel Molocha nie bierze jeńców, od początku uświadamiając słuchaczowi, że nie lubi boga z krzyża i wolnych piosenek o niczym. W zasadzie pierwsze minuty „IHS” sprawiły, że przez głowę przemknęło mi kilka nazw, do których przyrównałbym płytę w recenzji i wystarczył moment, żebym zapomniał o moich planach. A wszystko to za sprawą solówek gitarowych, które wprost skrzą się od niewiarygodnych melodii i technicznych zagrywek, przenosząc album i cały ZORORMR na zupełnie inny poziom. Kto słyszał debiut „Kval”, może się bardzo zdziwić, bowiem skok jakościowy jest przeogromny. Nie żebym miał coś do zarzucenia tamtemu albumowi, ale powiedzmy sobie szczerze – poprzednik intrygował i prezentował interesujący projekt na polskim poletku black metalu i dark ambientu; a „IHS” miażdży i od razu umiejscawia ZORORMR wśród najlepszych na scenie. W Polsce na pewno, a i za granicą też nie powinno być wstydu. Nie ma najmniejszego sensu rozpisywać się nad poszczególnymi kawałkami, z których siarka, bluźnierstwo i diabelstwo leją się czarnym potokiem. Każdy utwór jest swoistą perełką i w każdym, z kolejnymi przesłuchaniami, odnajduję nowe smaczki. Zwróćcie uwagę na szatańskie szepty na koniec „Harrowing of Hell”, absolutnie fenomenalne solo w stylu Schuldinera w „At the Heart of Darkness”, pasaże gitarowe w „Thy Kingdom Come”, wejście riffu w „Upon The Blood Red Throne”, old schoolowy „Show No Mercy” czy kapitalny wręcz instrumental „The Ninth Circle”. A to i tak tylko pierwsze warte wspomnienia fragmenty płyty, które przyszły mi do głowy. To już drugi raz w tym roku, po LUNA AD NOCTUM, kiedy spadły mi kapcie z wrażenia podczas słuchania polskiej premiery płytowej. Śmiem jednak twierdzić, że ZORORMR wypada jeszcze lepiej od ekipy z Wałbrzycha. Powiem wprost – musicie mieć album „IHS”. Oczywiście mogę wspomnieć, że jest genialnie wyprodukowany przez Wojtka „Flumena” Kostrzewę, odpowiedzialnego za brzmienie m.in. ASGAARD czy HERMH. Mógłbym napisać, że sesyjnie na solówki poprzygrywał Quazzare z DEVILISH IMPRESSIONS i ASGAARD, akustczne wstawki zagrał Roman Bereźnicki z reaktywowanego SIRRAH (tak! nareszcie!), a bębny okładał zaciekle Icarnaz od HERMH, ABUSED MAJESTY, DEVILISH IMPRESSIONS, CHRIST AGONY i innych. Pewnie i trzeba zaznaczyć, że pojawiają się też goście wokalni, tacy jak Cezar (CHRIST AGONY – jakby ktoś nie wiedział), Shadow z BLACK ALTAR i Virian z LILA VENEDA. Mógłbym, tylko po co? To oczywiście wszystko perełki i rodzynki, ale muzyka ZORORMR broni się sama i rodowodu nie potrzebuje. „IHS” to kapitalna płyta i już. [Shadock]

 

Zoromr, zorormr@yahoo.no; www.zorormr.net, www.myspace.com/zorormr, www.facebook.com/zorormr

Seven Gates Of Hell, devil@7gates.org; www.7gates.org

ANTIGAMA Meteor `13

Panowie z ANTIGAMY po krótkim romansie z „wielkim światem” (dwa albumy dla Relapse) powracają do rodzimego Selfmadegod. Od 2009 roku wiele się studyjnie nie działo. Dopiero niedawno coś ruszyło. A to split, EP, remiksy i wreszcie „Meteor”, czyli nowa półgodzinna płyta, która przynosi 11 drobnych kawałków pełnych zniszczenia. Choć znalazło się tu również, bo jakże by inaczej, miejsce na oddech. Większość „Turbulence” jest wolna od napierdolu (ostatnia minuta robi za to totalną miazgę z mózgu!), a i kończący „Untruth” co prawda do szybkich nie należy, ale potrafi sprawić, że zrobi Ci się zaiste duszno. Kawałek ten konkretnie pogruchota Ci gnaty, a do tego sprawi, że apetyt na cały krążek zaostrzy się jeszcze bardziej. „ANTIGAMA jeszcze nigdy nie wchodziła Ci tak dobrze!” Takim oto sloganem album „Meteor” można by zareklamować, niewykluczone jednak, że byłby to strzał w stopę. Bo pewnie niejeden oczekuje od ANTIGAMY tego, by muza łatwa w odbiorze nie była. Może to po prostu coś ze mną, a może rzeczywiście chłopaki ciut się zmienili. Nie dajcie sie jednak moim bajaniom zmylić, bo to dalej mocarna i bezkompromisowa rzeźnia. „Meteor” to pokręcona płyta, temu nie przeczę, jednakowoż gdzieniegdzie znaleźć można poutykane, mocno bujające, wręcz chwytliwe momenty. I taka mieszanka powoduje, że wręcz oderwać się od tego dziełka nie mogę. Dokładnie takiej dawki zniszczenia potrzebowałem. Dokładnie w takim stylu. I dokładnie w takiej cenie. Selfmadegod się nie pierdoli, wrzuca po taniości, a do tego ładnie wydane. Piąteczka jak w mordę strzelił. [Soulcollector]

Antigama, www.facebook.com/antigama
Selfmadegod Rec., www.selfmadegod.com

MATERIA Case of Noise `12

Słuchy do mnie doszły takie, jakoby MATERIA występowała w jednym z telewizyjnych programów o śpiewaniu. Jeśli to prawda, to jestem naprawdę pod wrażeniem tego, że do masowego odbiorcy dopuszczono metal z krwi i kości. Wydany w czarnym digipacku „Case of Noise” to niezła mieszanka dźwięków. Jest core, metal, groove, połamańce, co tylko chcecie. Kilka sekund jednego z utworów nasunęło mi nawet skojarzonko z KORN. A że ja generalnie lubię muzykę z przytupem, to micha cieszy się już od samego wstępu. Trochę jest tu również mnemicowo czy nawet meszugowo (choć to ostatnie może na wyrost). I to mi się podoba! Mechaniczne łupanie z bardzo tłustym brzmieniem, w dodatku zagrane naprawdę zawodowo. Kwartet panów z MATERII daje ostrego czadu. Instrumentalnie jest naprawdę grubo, wokalnie natomiast i czystego pomrukiwania nie zbrakło. Świetnie słucha mi się w tym wszystkim tych najdrobniejszych utworów takich jak „Case of Noise” czy „Chaos” lub też „Shayba”. Taki ze mnie miłośnik miniatur. Ale na tym nie koniec, bo i te dłuższe łupnięcia do gustu mi jak najbardziej przypadły. Ci czterej brodacze zasypali mnie tak udaną dawką ciężko-melodyjnego grania, że mi trochę wyjście spod tej sterty zajęło. A jak już wyjść się udało, to nie sposób nie chcieć więcej i nie czekać na zbiorek nowych utworów. Prawdopodobnie nie nastąpi to lada chwila, bo płyta „Case of Noise” jest jeszcze całkiem ciepła. Ale człek się starzeje, czas mu płynie szybciej, toteż pewnie nim się zorientuję, że sporo wody w Wisełce upłynęło, drugi długograj MATERII będzie gotowy. A wtedy nie pozostanie nic więcej poza tym, by łapska na nim położyć i słuchać, ile wlezie. [Soulcollector]

Materia, the.materia@wp.pl; www.myspace.com/themateria,
www.facebook.com/materia.metal

WAR-SAW Nuclear Nightmare `13

Niezbadane są wyroki losu… W styczniu na rocznicowym koncercie KATA & RK w katowickim Mega Clubie (zacna impreza z udziałem kilku specjalnych gości), publiczność rozgrzewały dwie kapele: POST PROFESSION i WAR-SAW właśnie. Zostałem zaskoczony punktualnym rozpoczęciem koncertu oraz kolejnością supportów (założyłem że POST PROFESSION za którym niespecjalnie przepadam zagra jako pierwsze) i w efekcie przybyłem dopiero w połowie występu warszawian. Chociaż zagrali zaledwie około 20 minut zostawili na tyle pozytywne wrażenie, że przy najbliższej okazji muszę nadrobić zaległości i wybrać się na ich występ. Minęło kilka miesięcy i w paczce znalazłem gustowny digipack z najnowszym materiałem, a zarazem pełnoczasowym debiutem WAR-SAW, i jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?:-) Adekwatnie do tytułu, WAR-SAW na „Nuclear Nightmare” nie bierze jeńców prezentując 8 opusów slayerowego thrashu (plus intro i outro). Nie będę opisywać poszczególnych utworów bo prezentują równie wysoki poziom, a poza tym zawartość „Nuclear Nightmare” najlepiej sprawdza się jako całość. Dominują szybkie tempa, zwarta sekcja rytmiczna, energetyczne riffy i wieńczący całość odpowiednio jadowity wokal. Przekazu dopełnia warstwa liryczna o wojnie, atomowej zagładzie ludzkości, chciwości, fanatyzmie religijnym i tego typu przyjemnościach. Soniczna ofensywa jest gustownie uzupełniana tematycznymi samplami (strzały, krzyki, partie mówione) spajającymi poszczególne utwory w jedną, sprawną wojenną machinę. Od strony produkcyjnej również nie można mieć zastrzeżeń – materiał został nagrany w Progresja Studio pod okiem Pawła Janos Grabowskiego i brzmi zgodnie z najlepszymi standardami takiej muzyki – naturalnie, surowo i bez zbytniego polerowania. Jeśli do tego dodamy, że za okładkę, grafiki i projekt odpowiada znany i ceniony Xaay otrzymujemy przepis na sukces. WAR-SAW na „Nuclear Nightmare” nie poraża oryginalnością, ale nadrabia poziomem wykonania i zaangażowaniem. Poza tym to thrash metal, a nie filharmonia, a ducha tej muzyki oddali znakomicie. Dużo się ode mnie nie dowiedzieliście, ale przesłanie jest jasne – kupować i słuchać :) [Michał Pawełczyk]

DIVINE WEEP Age of the Immortal ’13

Po wielu latach od powstania DIVINE WEEP oto jest ich pierwsza pełna płyta. Z ogromnego sentymentu do czasów, kiedy to zasłuchiwałem się w heavy i power metalowych kapelach, bardzo chętnie wracałem do „Age of the Immortal”, by wreszcie spisać te kilka zdań na jej temat. Od razu odkryję wszystkie karty i powiem wprost, że trafił mi się naprawdę dobry album, a do tego z polskim rodowodem. Najbardziej przypadł mi do gustu song „Petrified Souls” oraz dwa covery IRON MAIDEN dorzucone na koniec, co łącznie stanowi niemal połowę tego krążka. Jak zatem widać, wiele kompozycji to tutaj nie ma. Po dawce autorskiej muzyki rzeczonych dwóch coverów słucha się naprawdę świetnie. I to nie dlatego, że można się zmęczyć muzyką DIVINE WEEP. Są one po prostu smakowitą wisienką na tym torcie. Torcie pełnym „patatajów”, energicznego łupnięcia i prawdziwego, heavymetalowego ducha. No i mamy też tutaj przepyszne, wspomniane już „Petrified Souls”, na które z prawdziwym dreszczykiem emocji zawsze czekam słuchając poprzedzających utworów. Nie jest łatwo odciąć się od korzeni, od tego, czym jarałem się lata temu. Nawet nie zamierzam tego robić, bo udana heavy płytka zawsze będzie mile widziana. Mimo tego, że na codzień stykam się z przedstawicielkami cięższych odnóg tej zacnej, znanej jako metal, muzyki. To, co mi w tym wszystkim nie do końca przypasowało, to jedynie okładka, która jakoś tak pachnie szkicami niespełnionej artystycznie licealnej młódki. Ponadto, gdyby pozostałe kawałki były też równie miodne co mój ulubiony, byłoby wręcz idealnie. A tak jest „tylko” dobrze. Ten talerzyk naprawdę da się lubić. Posłuchajcie sobie, choćby dla kilku naprawdę mocarnych zagrywek, jakie można na „Age of the Immortal” znaleźć. Aż mi się zachciało sięgnąć po któryś z albumów IRON MAIDEN z lat 80. Ale najpierw przykatuję DIVINE WEEP raz jeszcze, bo przyjemnie się ich słucha. [Soulcollector]

Divine Weep, grabowski.jano@gmail.com; tel. 695972568; www.divineweep.pl

PRAESEPE Hybrid Creation `13

Do odsłuchu „Hybrid Creation” przystąpiłem pełen nieokreślonej nadziei na twór wyjątkowy, pełen astronomicznych przepowiedni i proroctw – zakręcony, ale zimny jak stal, niczym głębia kosmosu w ludzkim wyobrażeniu. Nadzieja ta przypominała oczekiwanie na nowe ETERNAL DEFORMITY czy ASGAARD, swoiście nieokreślona – bowiem i twórczość powyższych zespołów jest niedefiniowalna. I co otrzymałem w zamian za obdarzenie PRAESEPE taką wiarą (na dorównanie tuzom)? Zgodnie z oczekiwaniami, dostałem w niczym nie zmieniony wokal (Przemysław Kajnat jest wokalistą i w ETERNAL DEFORMITY i w PRAESEPE) i ogrom naleciałości z ETERNAL DEFORMITY. Oczywiście różnica jest wyraźna, PRAESEPE jest przedstawicielem wagi ciężkiej, który buduje kompozycje na death metalowym podłożu. Starając się przy tym nie przekombinowywać, nie indoktrynować zbyt dużej ilości gatunków. W efekcie odczuwa się głębie, niebywałą pomysłowość i oryginalność, ale nie przesyt – tym bardziej nie niedosyt. Proporcje są idealne, wzlatujemy raz po raz w kosmos, by za moment wkraść się w mroczne jądro Ziemi. Bezkonkurencyjny jest tu „Weakness” – obskurny, brudny, porywający, przyjemnie kaleczący trzewia. Łączy kosmos z głębią. I to jest utwór, którego się spodziewałem. Reszta niestety odstaje, brakuje jej tego kontrastu. Nawet solówki w innych kawałkach zdają się być jednostronne – podczas, gdy w „Weakness” ma ona wiele wymiarów. Jednak nie oznacza to, że płyta jest słaba, wręcz przeciwnie. Jest niemalże perfekcyjna, może nie na miarę (prawie macierzystego) ETERNAL DEFORMITY czy DEVILISH IMPRESSIONS, ale zwyczajowo oszlifowana aż do zerowej przenikalności lustra. Mam problem z wystawieniem oceny, bo to tak jakbym oceniał ETERNAL DEFORMITY z bocznego toru o innym rozstawie – zamiast 760 mm, mamy 960 mm (lub na odwrót, zależy czy patrzeć z perspektywy „metalu” czy „progresywności”). Co więcej z ambiwalentnymi uczuciami, ponieważ… „Hybrid Creation” jest bardzo dobra, ale i bardzo niedobrą. Ale co tam – za progres po „Vesperae” oraz za wydanie płyty własnym sumptem, należą się 2 pentagramy w zawieszeniu na 5. [Vexev]

Praesepe, praesepe_metal@o2.pl; www.myspace.com/praesepemetal

STATE URGE White Rock Experience `13

Nie tak dawno, bo we wrześniu 2012 roku wyszedł ich mini „What Comes Next?”, który przyszło mi chwalić na naszych łamach, a tu już trzymam w ręku nową płytę… Nie ma co! Panowie kują żelazo, póki gorące! A że sam również wręcz domagałem się tego longa, z lekkim drżeniem włożyłem go do odtwarzacza… Na pewno znacie efekt „wygórowanych oczekiwań”, kiedy dużo obiecujecie sobie po jakiejś płycie, filmie, książce, a potem okazuje się, że rzeczywistość nie sprostała Waszym nadziejom? Taki właśnie efekt osiągnął u mnie początkowo „White Rock Experience”: niby nowy album, osiem utworów, trochę ponad 40 minut muzyki, a tu okazuje się, że cztery z owych ośmiu utworów to materiał już publikowany (ze wspomnianego wcześniej mini „What Comes Next” znajdziecie tu wszystkie trzy utwory)… Osobiście nie lubię tego typu zagrywek. Choć są one dla mnie jakoś tam zrozumiałe, kiedy zespół podpisuje umowę z większą wytwórnią, gwarantującą ponowne nagranie materiału albo znaczące poprawki dźwięku i porządną promocję. W wypadku „White Rock Experience” jest to Lynx Music z Krakowa, skądinąd porządny label. Szczególnych różnic w jakości dźwięku, w porównaniu do poprzednich „wersji” utworów, jednak specjalnie nie widać. Podkręcono trochę dynamikę, uwydatniły się „szumy”, a w wypadku wokalu wyeksponowało to warsztatowe niedociągnięcia (wnoszę po tym, iż poprzednim razem w ogóle owych nie słyszałem, a i cała płyta brzmiała trochę lepiej). Poza tym – pozostało po staremu, więc również „stara” recenzja pozostaje w mocy, a ja skupię się na nowych kompozycjach. Pierwsza jest trochę jak powoli rozkręcające się intro, pięć minut bite, mniej więcej od połowy zaczyna się dziać na poważnie i niby wszystko fajnie, gdyby nie to, że album trwa tylko trochę ponad 40 minut, a na liście mamy zaledwie 3 nowości. Następna z nich to nr 4 na albumie („Long For You”), a dla mnie jednocześnie najsłabsze ogniwo całości. Znajdziecie ją gdzieś w połowie drogi między softowym, pościelowym prog rockiem (balladka z cukierkowym refrenem), a ostatnimi dokonaniami LAO CHE z ich samplami i automatami perkusyjnymi generującymi jakieś plastikowe rytmy. Na szczęście ów plastik nie trwa tu długo, więc może jest to tylko eksperyment, udziwniacz taki… Choć w trendach nie siedzę i nie wiem, co się teraz sprzedaje, apel mam do Panów Muzyków jako słuchacz: jeśli nie musicie (bo przecież serce nie sługa), nie idźcie tą drogą! Następnym numerem jest „Illusion”, który doczekał się tu już swojej trzeciej edycji. Solidny, najbardziej floydowski kawałek przestrzennego rocka, który skutecznie zaciera wszelkie złe wrażenia. W swej strukturze utwór bardzo prosty, ale za to chwyta i trzyma za serce! Bo w prostocie ponoć siła jest! Dalej już tylko „Tumbling Down” i „Gaze”, dwie ostatnie nowości. A że panowie ze STATE URGE mają niewątpliwy talent do igrania z ciszą, wyszły im dwie raczej spokojne (acz z godnymi uwagi przyspieszeniami) ballady, w których potwierdzają swój niewątpliwy talent. Bo muzyka STATE URGE potrafi prawdziwie ująć. Hammond, który odjeżdża w „Gaze”, jest prawie jak LED ZEPPELIN, riff we wcześniejszym „Tumbling Down” prawie jak METALLICA, ale wszystko to jest tylko jak mrugnięcie okiem do słuchacza, wisienka na floydowskim torcie. Więc jeśli lubicie PINK FLOYD, piękną muzykę, w której cisza jest równie ważna jak dźwięk, nie bójcie się sięgnąć po album „White Rock Experience”. Jego największym mankamentem jest to, iż jest za krótki! I tak oto przyszło napisać mi nową recenzję o w połowie „starym” materiale. I poczułem się trochę jak Blondynka w McDonaldzie, która zamawiając frytki („- Małe, czy duże?” – zapytał sprzedawca), poprosiła trochę „takich” i trochę „takich”… [Herr Bee]

State Urge, stateurge@gmail.com; www.stateurge.com

Lynx Music, www.lynxmusic.pl

DUST N BRUSH Exist For What You’ll Die For `13

„Exist For What You’ll Die For” to jedno z bardziej wyczekiwanych przeze mnie wydawnictw. Nie ukrywam, że DUST N BRUSH było moim muzycznym, energicznym zaskoczeniem. Miałam okazję o nich słyszeć wiele razy, gdzieś tam przewinął mi się teledysk, który – nie ukrywam – przykuł moją uwagę. I tyle z niego zapamiętałam, że jak na kapelę, która w randze światowej póki co jeszcze nie istnieje, ma całkiem przyjemną wizualizację swojej muzy, ale sama muza zaginęła mi w akcji. Później trafił się koncert, gdzie dopiero wtedy – przysłowiowo mówiąc – urwało mi dupę. Może to zasługa nowego już wtedy wokala (nowego, mam na myśli, innego niż na płycie z roku 2010), a może ogólnej energii, która emanowała ze sceny. W każdym razie, nie mogąc się oprzeć pokusie, zaczepiłam chłopaków, gdzie nastąpiła standardowa wymiana płyt, makulatury i innych takich tworów promocyjnych. Wróciłam do domu, odpaliłam płytę i zrobiło się całkiem przyjemnie. Dlatego moje oczekiwania względem zapowiedzianej dużo wcześniej EPki wzrosły. W między czasie pojawił się całkiem obiecujący trailer, reklamujący nadejście nowego materiału „Exist For What You’ll Die For”. Pierwszy wał, „Walls Filled With Lies”, już sugeruje o świeżości tych kompozycji, ale w moim odczuciu dalej są one „dustowe”. Pierwsze skojarzenie z tą muzą zasugerowało mi UNEXPECT, złożony z wielu świetnych, utalentowanych muzyków, gdzie sporo się dzieje, a technika przebija wszystko. Jest sporo „poukładanego chaosu”. Wszystko trzyma się wysokiego poziomu i jednocześnie rozpierdala system. „Exist For What You’ll Die For” – hah, tu jest moja ulubiona „drabinka”, czyli wchodzimy i schodzimy po dźwiękach. Jest moc, jest kopnięcie i jest pomysł. „Dying For Your Sins” – o! Jest jakiś monologo/dialog, czy jak to nazwać. Pierwsze skojarzenie: „Let The Killing Begin!” Tak, mowa o mojej największej miłości, czyli VITAL REMAINS – „Dechristianize”. Aż ma się ochotę pokazać cycki. I moi Drodzy Państwo, jest zaskoczenie! Jakie? A posłuchaj i się przekonaj. Brzmienie EPki jest jak najbardziej pod mój gust. Rytmika przeplatana, są zwolnienia, przyspieszenia, charakterystyczne, przemyślane gitary. Nawet znajdziemy tu zabawę sekcji rytmicznej. Krótki, trzyotworowy twór „Exist For What You’ll Die For” z całą pewnością nie da nam odetchnąć, aby chłonąć każdy dźwięk. Cóż tu dużo mówić. Jaram się, ale mnie za mało! Więcej minut napierdolu, Drodzy Panowie! W każdym razie z dumą polecam i promuję! Dodam, że ekipa DUST N BRUSH jest złożona z młodych ludzi, którzy mają pomysł na siebie i cisną do przodu w piorunującym tempie! [Silentium Tenere]

Dust N Brush, www.facebook.com/dustnbrush