Kategoria: Muzyka polska

ANTIGAMA Meteor `13

Panowie z ANTIGAMY po krótkim romansie z „wielkim światem” (dwa albumy dla Relapse) powracają do rodzimego Selfmadegod. Od 2009 roku wiele się studyjnie nie działo. Dopiero niedawno coś ruszyło. A to split, EP, remiksy i wreszcie „Meteor”, czyli nowa półgodzinna płyta, która przynosi 11 drobnych kawałków pełnych zniszczenia. Choć znalazło się tu również, bo jakże by inaczej, miejsce na oddech. Większość „Turbulence” jest wolna od napierdolu (ostatnia minuta robi za to totalną miazgę z mózgu!), a i kończący „Untruth” co prawda do szybkich nie należy, ale potrafi sprawić, że zrobi Ci się zaiste duszno. Kawałek ten konkretnie pogruchota Ci gnaty, a do tego sprawi, że apetyt na cały krążek zaostrzy się jeszcze bardziej. „ANTIGAMA jeszcze nigdy nie wchodziła Ci tak dobrze!” Takim oto sloganem album „Meteor” można by zareklamować, niewykluczone jednak, że byłby to strzał w stopę. Bo pewnie niejeden oczekuje od ANTIGAMY tego, by muza łatwa w odbiorze nie była. Może to po prostu coś ze mną, a może rzeczywiście chłopaki ciut się zmienili. Nie dajcie sie jednak moim bajaniom zmylić, bo to dalej mocarna i bezkompromisowa rzeźnia. „Meteor” to pokręcona płyta, temu nie przeczę, jednakowoż gdzieniegdzie znaleźć można poutykane, mocno bujające, wręcz chwytliwe momenty. I taka mieszanka powoduje, że wręcz oderwać się od tego dziełka nie mogę. Dokładnie takiej dawki zniszczenia potrzebowałem. Dokładnie w takim stylu. I dokładnie w takiej cenie. Selfmadegod się nie pierdoli, wrzuca po taniości, a do tego ładnie wydane. Piąteczka jak w mordę strzelił. [Soulcollector]

Antigama, www.facebook.com/antigama
Selfmadegod Rec., www.selfmadegod.com

MATERIA Case of Noise `12

Słuchy do mnie doszły takie, jakoby MATERIA występowała w jednym z telewizyjnych programów o śpiewaniu. Jeśli to prawda, to jestem naprawdę pod wrażeniem tego, że do masowego odbiorcy dopuszczono metal z krwi i kości. Wydany w czarnym digipacku „Case of Noise” to niezła mieszanka dźwięków. Jest core, metal, groove, połamańce, co tylko chcecie. Kilka sekund jednego z utworów nasunęło mi nawet skojarzonko z KORN. A że ja generalnie lubię muzykę z przytupem, to micha cieszy się już od samego wstępu. Trochę jest tu również mnemicowo czy nawet meszugowo (choć to ostatnie może na wyrost). I to mi się podoba! Mechaniczne łupanie z bardzo tłustym brzmieniem, w dodatku zagrane naprawdę zawodowo. Kwartet panów z MATERII daje ostrego czadu. Instrumentalnie jest naprawdę grubo, wokalnie natomiast i czystego pomrukiwania nie zbrakło. Świetnie słucha mi się w tym wszystkim tych najdrobniejszych utworów takich jak „Case of Noise” czy „Chaos” lub też „Shayba”. Taki ze mnie miłośnik miniatur. Ale na tym nie koniec, bo i te dłuższe łupnięcia do gustu mi jak najbardziej przypadły. Ci czterej brodacze zasypali mnie tak udaną dawką ciężko-melodyjnego grania, że mi trochę wyjście spod tej sterty zajęło. A jak już wyjść się udało, to nie sposób nie chcieć więcej i nie czekać na zbiorek nowych utworów. Prawdopodobnie nie nastąpi to lada chwila, bo płyta „Case of Noise” jest jeszcze całkiem ciepła. Ale człek się starzeje, czas mu płynie szybciej, toteż pewnie nim się zorientuję, że sporo wody w Wisełce upłynęło, drugi długograj MATERII będzie gotowy. A wtedy nie pozostanie nic więcej poza tym, by łapska na nim położyć i słuchać, ile wlezie. [Soulcollector]

Materia, the.materia@wp.pl; www.myspace.com/themateria,
www.facebook.com/materia.metal

WAR-SAW Nuclear Nightmare `13

Niezbadane są wyroki losu… W styczniu na rocznicowym koncercie KATA & RK w katowickim Mega Clubie (zacna impreza z udziałem kilku specjalnych gości), publiczność rozgrzewały dwie kapele: POST PROFESSION i WAR-SAW właśnie. Zostałem zaskoczony punktualnym rozpoczęciem koncertu oraz kolejnością supportów (założyłem że POST PROFESSION za którym niespecjalnie przepadam zagra jako pierwsze) i w efekcie przybyłem dopiero w połowie występu warszawian. Chociaż zagrali zaledwie około 20 minut zostawili na tyle pozytywne wrażenie, że przy najbliższej okazji muszę nadrobić zaległości i wybrać się na ich występ. Minęło kilka miesięcy i w paczce znalazłem gustowny digipack z najnowszym materiałem, a zarazem pełnoczasowym debiutem WAR-SAW, i jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?:-) Adekwatnie do tytułu, WAR-SAW na „Nuclear Nightmare” nie bierze jeńców prezentując 8 opusów slayerowego thrashu (plus intro i outro). Nie będę opisywać poszczególnych utworów bo prezentują równie wysoki poziom, a poza tym zawartość „Nuclear Nightmare” najlepiej sprawdza się jako całość. Dominują szybkie tempa, zwarta sekcja rytmiczna, energetyczne riffy i wieńczący całość odpowiednio jadowity wokal. Przekazu dopełnia warstwa liryczna o wojnie, atomowej zagładzie ludzkości, chciwości, fanatyzmie religijnym i tego typu przyjemnościach. Soniczna ofensywa jest gustownie uzupełniana tematycznymi samplami (strzały, krzyki, partie mówione) spajającymi poszczególne utwory w jedną, sprawną wojenną machinę. Od strony produkcyjnej również nie można mieć zastrzeżeń – materiał został nagrany w Progresja Studio pod okiem Pawła Janos Grabowskiego i brzmi zgodnie z najlepszymi standardami takiej muzyki – naturalnie, surowo i bez zbytniego polerowania. Jeśli do tego dodamy, że za okładkę, grafiki i projekt odpowiada znany i ceniony Xaay otrzymujemy przepis na sukces. WAR-SAW na „Nuclear Nightmare” nie poraża oryginalnością, ale nadrabia poziomem wykonania i zaangażowaniem. Poza tym to thrash metal, a nie filharmonia, a ducha tej muzyki oddali znakomicie. Dużo się ode mnie nie dowiedzieliście, ale przesłanie jest jasne – kupować i słuchać :) [Michał Pawełczyk]

DIVINE WEEP Age of the Immortal ’13

Po wielu latach od powstania DIVINE WEEP oto jest ich pierwsza pełna płyta. Z ogromnego sentymentu do czasów, kiedy to zasłuchiwałem się w heavy i power metalowych kapelach, bardzo chętnie wracałem do „Age of the Immortal”, by wreszcie spisać te kilka zdań na jej temat. Od razu odkryję wszystkie karty i powiem wprost, że trafił mi się naprawdę dobry album, a do tego z polskim rodowodem. Najbardziej przypadł mi do gustu song „Petrified Souls” oraz dwa covery IRON MAIDEN dorzucone na koniec, co łącznie stanowi niemal połowę tego krążka. Jak zatem widać, wiele kompozycji to tutaj nie ma. Po dawce autorskiej muzyki rzeczonych dwóch coverów słucha się naprawdę świetnie. I to nie dlatego, że można się zmęczyć muzyką DIVINE WEEP. Są one po prostu smakowitą wisienką na tym torcie. Torcie pełnym „patatajów”, energicznego łupnięcia i prawdziwego, heavymetalowego ducha. No i mamy też tutaj przepyszne, wspomniane już „Petrified Souls”, na które z prawdziwym dreszczykiem emocji zawsze czekam słuchając poprzedzających utworów. Nie jest łatwo odciąć się od korzeni, od tego, czym jarałem się lata temu. Nawet nie zamierzam tego robić, bo udana heavy płytka zawsze będzie mile widziana. Mimo tego, że na codzień stykam się z przedstawicielkami cięższych odnóg tej zacnej, znanej jako metal, muzyki. To, co mi w tym wszystkim nie do końca przypasowało, to jedynie okładka, która jakoś tak pachnie szkicami niespełnionej artystycznie licealnej młódki. Ponadto, gdyby pozostałe kawałki były też równie miodne co mój ulubiony, byłoby wręcz idealnie. A tak jest „tylko” dobrze. Ten talerzyk naprawdę da się lubić. Posłuchajcie sobie, choćby dla kilku naprawdę mocarnych zagrywek, jakie można na „Age of the Immortal” znaleźć. Aż mi się zachciało sięgnąć po któryś z albumów IRON MAIDEN z lat 80. Ale najpierw przykatuję DIVINE WEEP raz jeszcze, bo przyjemnie się ich słucha. [Soulcollector]

Divine Weep, grabowski.jano@gmail.com; tel. 695972568; www.divineweep.pl

PRAESEPE Hybrid Creation `13

Do odsłuchu „Hybrid Creation” przystąpiłem pełen nieokreślonej nadziei na twór wyjątkowy, pełen astronomicznych przepowiedni i proroctw – zakręcony, ale zimny jak stal, niczym głębia kosmosu w ludzkim wyobrażeniu. Nadzieja ta przypominała oczekiwanie na nowe ETERNAL DEFORMITY czy ASGAARD, swoiście nieokreślona – bowiem i twórczość powyższych zespołów jest niedefiniowalna. I co otrzymałem w zamian za obdarzenie PRAESEPE taką wiarą (na dorównanie tuzom)? Zgodnie z oczekiwaniami, dostałem w niczym nie zmieniony wokal (Przemysław Kajnat jest wokalistą i w ETERNAL DEFORMITY i w PRAESEPE) i ogrom naleciałości z ETERNAL DEFORMITY. Oczywiście różnica jest wyraźna, PRAESEPE jest przedstawicielem wagi ciężkiej, który buduje kompozycje na death metalowym podłożu. Starając się przy tym nie przekombinowywać, nie indoktrynować zbyt dużej ilości gatunków. W efekcie odczuwa się głębie, niebywałą pomysłowość i oryginalność, ale nie przesyt – tym bardziej nie niedosyt. Proporcje są idealne, wzlatujemy raz po raz w kosmos, by za moment wkraść się w mroczne jądro Ziemi. Bezkonkurencyjny jest tu „Weakness” – obskurny, brudny, porywający, przyjemnie kaleczący trzewia. Łączy kosmos z głębią. I to jest utwór, którego się spodziewałem. Reszta niestety odstaje, brakuje jej tego kontrastu. Nawet solówki w innych kawałkach zdają się być jednostronne – podczas, gdy w „Weakness” ma ona wiele wymiarów. Jednak nie oznacza to, że płyta jest słaba, wręcz przeciwnie. Jest niemalże perfekcyjna, może nie na miarę (prawie macierzystego) ETERNAL DEFORMITY czy DEVILISH IMPRESSIONS, ale zwyczajowo oszlifowana aż do zerowej przenikalności lustra. Mam problem z wystawieniem oceny, bo to tak jakbym oceniał ETERNAL DEFORMITY z bocznego toru o innym rozstawie – zamiast 760 mm, mamy 960 mm (lub na odwrót, zależy czy patrzeć z perspektywy „metalu” czy „progresywności”). Co więcej z ambiwalentnymi uczuciami, ponieważ… „Hybrid Creation” jest bardzo dobra, ale i bardzo niedobrą. Ale co tam – za progres po „Vesperae” oraz za wydanie płyty własnym sumptem, należą się 2 pentagramy w zawieszeniu na 5. [Vexev]

Praesepe, praesepe_metal@o2.pl; www.myspace.com/praesepemetal

STATE URGE White Rock Experience `13

Nie tak dawno, bo we wrześniu 2012 roku wyszedł ich mini „What Comes Next?”, który przyszło mi chwalić na naszych łamach, a tu już trzymam w ręku nową płytę… Nie ma co! Panowie kują żelazo, póki gorące! A że sam również wręcz domagałem się tego longa, z lekkim drżeniem włożyłem go do odtwarzacza… Na pewno znacie efekt „wygórowanych oczekiwań”, kiedy dużo obiecujecie sobie po jakiejś płycie, filmie, książce, a potem okazuje się, że rzeczywistość nie sprostała Waszym nadziejom? Taki właśnie efekt osiągnął u mnie początkowo „White Rock Experience”: niby nowy album, osiem utworów, trochę ponad 40 minut muzyki, a tu okazuje się, że cztery z owych ośmiu utworów to materiał już publikowany (ze wspomnianego wcześniej mini „What Comes Next” znajdziecie tu wszystkie trzy utwory)… Osobiście nie lubię tego typu zagrywek. Choć są one dla mnie jakoś tam zrozumiałe, kiedy zespół podpisuje umowę z większą wytwórnią, gwarantującą ponowne nagranie materiału albo znaczące poprawki dźwięku i porządną promocję. W wypadku „White Rock Experience” jest to Lynx Music z Krakowa, skądinąd porządny label. Szczególnych różnic w jakości dźwięku, w porównaniu do poprzednich „wersji” utworów, jednak specjalnie nie widać. Podkręcono trochę dynamikę, uwydatniły się „szumy”, a w wypadku wokalu wyeksponowało to warsztatowe niedociągnięcia (wnoszę po tym, iż poprzednim razem w ogóle owych nie słyszałem, a i cała płyta brzmiała trochę lepiej). Poza tym – pozostało po staremu, więc również „stara” recenzja pozostaje w mocy, a ja skupię się na nowych kompozycjach. Pierwsza jest trochę jak powoli rozkręcające się intro, pięć minut bite, mniej więcej od połowy zaczyna się dziać na poważnie i niby wszystko fajnie, gdyby nie to, że album trwa tylko trochę ponad 40 minut, a na liście mamy zaledwie 3 nowości. Następna z nich to nr 4 na albumie („Long For You”), a dla mnie jednocześnie najsłabsze ogniwo całości. Znajdziecie ją gdzieś w połowie drogi między softowym, pościelowym prog rockiem (balladka z cukierkowym refrenem), a ostatnimi dokonaniami LAO CHE z ich samplami i automatami perkusyjnymi generującymi jakieś plastikowe rytmy. Na szczęście ów plastik nie trwa tu długo, więc może jest to tylko eksperyment, udziwniacz taki… Choć w trendach nie siedzę i nie wiem, co się teraz sprzedaje, apel mam do Panów Muzyków jako słuchacz: jeśli nie musicie (bo przecież serce nie sługa), nie idźcie tą drogą! Następnym numerem jest „Illusion”, który doczekał się tu już swojej trzeciej edycji. Solidny, najbardziej floydowski kawałek przestrzennego rocka, który skutecznie zaciera wszelkie złe wrażenia. W swej strukturze utwór bardzo prosty, ale za to chwyta i trzyma za serce! Bo w prostocie ponoć siła jest! Dalej już tylko „Tumbling Down” i „Gaze”, dwie ostatnie nowości. A że panowie ze STATE URGE mają niewątpliwy talent do igrania z ciszą, wyszły im dwie raczej spokojne (acz z godnymi uwagi przyspieszeniami) ballady, w których potwierdzają swój niewątpliwy talent. Bo muzyka STATE URGE potrafi prawdziwie ująć. Hammond, który odjeżdża w „Gaze”, jest prawie jak LED ZEPPELIN, riff we wcześniejszym „Tumbling Down” prawie jak METALLICA, ale wszystko to jest tylko jak mrugnięcie okiem do słuchacza, wisienka na floydowskim torcie. Więc jeśli lubicie PINK FLOYD, piękną muzykę, w której cisza jest równie ważna jak dźwięk, nie bójcie się sięgnąć po album „White Rock Experience”. Jego największym mankamentem jest to, iż jest za krótki! I tak oto przyszło napisać mi nową recenzję o w połowie „starym” materiale. I poczułem się trochę jak Blondynka w McDonaldzie, która zamawiając frytki („- Małe, czy duże?” – zapytał sprzedawca), poprosiła trochę „takich” i trochę „takich”… [Herr Bee]

State Urge, stateurge@gmail.com; www.stateurge.com

Lynx Music, www.lynxmusic.pl

DUST N BRUSH Exist For What You’ll Die For `13

„Exist For What You’ll Die For” to jedno z bardziej wyczekiwanych przeze mnie wydawnictw. Nie ukrywam, że DUST N BRUSH było moim muzycznym, energicznym zaskoczeniem. Miałam okazję o nich słyszeć wiele razy, gdzieś tam przewinął mi się teledysk, który – nie ukrywam – przykuł moją uwagę. I tyle z niego zapamiętałam, że jak na kapelę, która w randze światowej póki co jeszcze nie istnieje, ma całkiem przyjemną wizualizację swojej muzy, ale sama muza zaginęła mi w akcji. Później trafił się koncert, gdzie dopiero wtedy – przysłowiowo mówiąc – urwało mi dupę. Może to zasługa nowego już wtedy wokala (nowego, mam na myśli, innego niż na płycie z roku 2010), a może ogólnej energii, która emanowała ze sceny. W każdym razie, nie mogąc się oprzeć pokusie, zaczepiłam chłopaków, gdzie nastąpiła standardowa wymiana płyt, makulatury i innych takich tworów promocyjnych. Wróciłam do domu, odpaliłam płytę i zrobiło się całkiem przyjemnie. Dlatego moje oczekiwania względem zapowiedzianej dużo wcześniej EPki wzrosły. W między czasie pojawił się całkiem obiecujący trailer, reklamujący nadejście nowego materiału „Exist For What You’ll Die For”. Pierwszy wał, „Walls Filled With Lies”, już sugeruje o świeżości tych kompozycji, ale w moim odczuciu dalej są one „dustowe”. Pierwsze skojarzenie z tą muzą zasugerowało mi UNEXPECT, złożony z wielu świetnych, utalentowanych muzyków, gdzie sporo się dzieje, a technika przebija wszystko. Jest sporo „poukładanego chaosu”. Wszystko trzyma się wysokiego poziomu i jednocześnie rozpierdala system. „Exist For What You’ll Die For” – hah, tu jest moja ulubiona „drabinka”, czyli wchodzimy i schodzimy po dźwiękach. Jest moc, jest kopnięcie i jest pomysł. „Dying For Your Sins” – o! Jest jakiś monologo/dialog, czy jak to nazwać. Pierwsze skojarzenie: „Let The Killing Begin!” Tak, mowa o mojej największej miłości, czyli VITAL REMAINS – „Dechristianize”. Aż ma się ochotę pokazać cycki. I moi Drodzy Państwo, jest zaskoczenie! Jakie? A posłuchaj i się przekonaj. Brzmienie EPki jest jak najbardziej pod mój gust. Rytmika przeplatana, są zwolnienia, przyspieszenia, charakterystyczne, przemyślane gitary. Nawet znajdziemy tu zabawę sekcji rytmicznej. Krótki, trzyotworowy twór „Exist For What You’ll Die For” z całą pewnością nie da nam odetchnąć, aby chłonąć każdy dźwięk. Cóż tu dużo mówić. Jaram się, ale mnie za mało! Więcej minut napierdolu, Drodzy Panowie! W każdym razie z dumą polecam i promuję! Dodam, że ekipa DUST N BRUSH jest złożona z młodych ludzi, którzy mają pomysł na siebie i cisną do przodu w piorunującym tempie! [Silentium Tenere]

Dust N Brush, www.facebook.com/dustnbrush

CLAIRVOYANT Curse Of The Golden Skull `11

Pamiętacie RUNNING WILD, niemiecką kapelę, a w zasadzie pana Rock’n’Rolfa od dwudziestu lat niezmiennie występującego pod banderą Jolly Roger? Obiektywnie patrząc, od zawsze RUNNING WILD był  lekko wtórny. Choć tak jak oni nie gra nikt, sami jednak drążą jeden temat, wydają (również muzycznie!) podobne płyty, ale mnie – jako małolata – chwytało to mocno za serce, no bo i riffy fajne, i refreny do chóralnych pijackich zakrzyków idealne! Podobało mi się, dopóki czułem w tym autentyczną potrzebę artystyczną. Bo teraz RUNNING WILD to już tylko komercha, żena i popelina. Ale widocznie wciąż dobrze się sprzedaje, jeśli „Piraci z Karaibów” doczekali się co najmniej czterech odsłon, temat musi być wciąż nośny… Pamiętacie „Piece of Mind” albo „Powerslave” wiadomo kogo? Dla mnie kult – tak jak i trzy wcześniejsze albumy Brytyjczyków – i jedne z najważniejszych płyt w dziejach heavy ever! Pamiętacie stary MANOWAR? Amerykanie też jeszcze żyją (i sceny się „trzymią”), choć obecnych Ich dokonań nie śledzę, żeby nie szargać sobie legendy… No ale stare płyty – kult! Wrocławski CLAIRVOYANT (a obecnie WOLFRIDER) jest trochę jak każda z powyżej wymienionych, przy czym tutaj owo „trochę”, bądź też osławione „prawie” czyni wiadomą różnicę. Prawie jak RUNNING WILD ale – jak to Wrocław – bez dostępu do morza. Popiracić można Odrą, ale to nie to samo! Są riffy – momentami nawet w bardzo podobnej stylistyce, co te pirackie – ale już wokal psuje nam wrażenia artystyczne (jakieś pół oktawy w skali). A w tego typu muzyce wokal też powinien robić swoje, zmiatać niedowiarków swoją potęgą. Tutaj…(?) trzeba się przyzwyczaić, żeby przełknąć bez łkania! Oczywiście nagranie również jest ważne (obcujemy tu z „typowym polskim demo”), ale nawet porządnie nagrany głos pana Grzegorza Kolasińskiego nikogo nie powali. Sekcja rytmiczna, aranż utworów, a nawet niektóre sola przypominają mi – „jako żywo” – dwie wspomniane wyżej płyty IRON MAIDEN. No niby lepiej być nie może, ale pamiętajcie: CLAIRVOYANT grają prawie (!) jak IRON, a gitary – czyli to, co jest w tej muzyce najważniejsze – ciągną jednak w stronę RUNNINGA. Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór zatytułowany „1410”: jeśli przymkniemy oko na oczywiste zrzynki z IRON MAIDEN, znajdziemy tam też dużo fajnych riffów. Utwór jest poza tym najlepiej dopracowany aranżacyjnie. Spośród czterech prezentowanych, ten właśnie najszybciej może robić za „hit” na singlu. Całość EP zamyka „Conan”, rzecz oczywiście o Conanie, synu Croma, czyli  kult miecza i historia „komiksowego” herosa w pigułce. Bez szału, ale i bez żeny. Mamy więc tu cztery utwory, każdy z nich niesie ze sobą kilka dobrych riffów, kilka dobrych solówek, każdy z nich jednocześnie mocno trąci myszką. Ale jeśli lubicie takie klimaty, wypróbujcie „Curse Of The Golden Skull”! Klnę się, iż nie doprowadzi Was ono do skarbu ukrytego na Karaibach, ale nie powinniście też osiąść na mieliźnie. Ps. Jak donosi metalowy pudelek, zespół w 2013 roku zmienił swoją nazwę na WOLFRIDER. [Herr Bee]

HEART ATTACK Focus `13

Dla ogólnej orientacji można przyjąć, że HEART ATTACK wypełnia lukę między „radiowym” rockiem, a bardziej „podziemnymi” odmianami ciężkiego grania, czerpiąc po trosze z obu tych nurtów. Mamy więc na płycie „Focus” z jednej strony polskojęzyczne teksty o rozterkach podmiotu lirycznego (choć obawiałem się, że zaatakuje mnie coś w rodzaju twórczości późnego Kupichy, to o dziwo teksty są jednym z mocniejszych punktów całości) oraz generalnie piosenkowy charakter całości.

PSYCHOPHOBIA Ark Of Chaos `12

Czasy, kiedy chociaż próbowałem ogarnąć zawartość czeluści krajowego undergroundu, bezpowrotnie minęły, od kiedy kapele zaczęły pączkować szybciej niż odcinki „Mody na sukces”, a przeciętna jakość nagrań niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu gry naszych prawie piłkarzy. Na szczęście nadal zdarzają się miłe niespodzianki i dzisiaj będzie o jednej z nich. PSYCHOPHOBIA nie należy do najmłodszych stażem kapel, bo powstała w 2002 roku i całe 10 lat kazała czekać na swój debiutancki album, ale warto było czekać.