CHRIST AGONY, STRANDHOGG, FULCRUM, FETO IN FETUS – 12.10.2008, Gdynia

Condemnation Tour 2008:

CHRIST AGONY, STRANDHOGG, FULCRUM, FETO IN FETUS

12.10.2008, Gdynia, „Ucho”

Bywają w życiu takie straszne – albo raczej strasznie ochoczo wyczekiwane – dni, kiedy pije się do 2-giej w nocy wódkę. Nie zapija się, aby nie psuć smaka i prowadzi się dysputy, tzw. nocne Polaków rozmowy. Pije się, bo jest solenizant. Więc pije się za jego zdrowie, ale tak naprawdę, to się pije, bo się… pije i tyle. Robota to głupota, a picie to jest życie. Picie wódki nie wpływa negatywnie na nasze życie dnia następnego pod warunkiem, iż jest to dzień wolny od pracy. Niedziela zazwyczaj jest dniem wolnym od pracy, robotą zwanej. Choć nie, w moim przypadku to ja nazywam to jednak pracą, bo do roboty to są konie i traktory. Picie przerwane zostaje umiarem, kiedy zdaję sobie sprawę, że ten następny kielon może być ostatnim, przed tymczasowym zgonem.
Niedziela, godzina 13-ta zwiastowała wstanie. Po spożyciu posiłku i uświadomieniu sobie, że do domu dotrę za jakieś trzy godziny, w myślach zalęgło się już tylko jedno: piwo. Kolega wprawdzie dzwoni i nagabuje na ten nieszczęsny CHRIST AGONY w Gdyni, ale na razie się wykręcam. Piwo… Wizja powrotu do oddalonego o 20 km domu i kolejnej podróży, tą razą środkiem komunikacji miejskiej, jakoś bardziej skutecznie odstręcza aniżeli zachęca do eskapady. Wprawdzie akurat w mym przypadku ból poniedziałku został skutecznie zażegnany przezornym wybraniem dnia wolnego za nadgodziny, to jednak… Piwo… Odpowiadam więc wymijająco… Kolega z Tczewa jednakże kusi i grozi kolejnym telefonem. Więc zobaczymy następną razą.
Jadę do domu. Jako pasażer rzecz jasna. Po drodze, najwspanialsza osoba, kobieta, żona taka, kupuje piwo. Piję piwo, piję dwa piwa zagryzając mrożoną pizzą odświeżoną w otchłani piekarnika. Kolega dzwoni. Kolega mówi, że jemu może też nie za bardzo się chce, ale gdybym ja, to i on. Jak tu nie lubić Kolegi? Kolega mówi, że on z Koleżanką jedzie środkiem komunikacji, jakim jest samochód. Własny, jego prywatny. Piwo… Jak wyjdę na główną arterię swego miasta, do której mam pięć minut z buta, to mnie zgarną. Po drodze jest monopolowy. Piwo…
No więc decyduję się. Idę, ubrawszy się, jak należy. Kupiłem piwo, stoję przy stacji i czekam. Kolega z Koleżanką też stoją, ale za winklem, na stacji. Stoimy tak, jak na retardów przystało. Któreś w końcu dzwoni (eh, te niezawodne telefony komórkowe). Jedziemy. Jako pasażer korzystam z przywileju i otwieram piwo. Jest to nieco chamskie zachowanie w stosunku do Kolegi, ale cóż, kulturą ten świat nie stoi.
Zajeżdżamy, godzina akuratna. Oddając mocz pode pobliskim płotem słyszę rechot Drugiego Kolegi. Nawoływania skutkują spotkaniem. Człowiek to jednak z zasady zwierzę stadne. Metalowiec też – jak był kiedyś napisał Piastol.
Wchodzimy… Ludzi nie za dużo. Wolny stolik obok baru, wolne cztery krzesła – wybór prosty i oczywisty. Kolega męczy się colą, ja z Drugim Kolegą piwem.

Zaczyna coś tam grać, czy był to FULCRUM czy FETO IN FETUS, tego nie jestem w stanie powiedzieć, gdyż twórczość obu zespołów jest dla mnie kompletnie nieznana. To co produkowało się ze sceny, nie było ani porywające, ani zachwycające, łapiące za ucho też nie. Ot, taki death/grind albo grind/death, nieco nowoczesny, czytelny, lecz nijaki, prawie jak dla mnie coś w stylu ostatnich płyt CANNIBAL CORPSE. Niby dobrych, ale nijakich. Do tego hałas tworzony przez tych ludziów zawierał jakoweś elementy tzw. nu metalu, więc ueeps! No właśnie… Przeszkadzało to generalnie w konwersacji. Tedy grać skończyli, to my piwo skończyli i napoczęli kolejne.

Patrzymy, a tu mumia jakowaś wychodzi na scenę, albo facet, którego zaatakował w kiblu rozwścieczony papier toaletowy. Nie, chyba nie. Piwo… To tylko wokalowy STRANDHOGG. No ładnie się pan ubrał, ale do karnawału jeszcze trochę. Ale muzyka – szacunek. Kciuk w górę dla tej kapeli. To był naprawdę dobry występ. I szybko było i wolniej, w klimatach BATHORY. Brzmienie może nieco nie do końca było dopracowane, ale mnie się spodobało. Nieco plastikowo brzmiał też werbel, ale uszło. Przede wszystkim występ STRANDHOGG nie był nużący, kolesie zaserwowali set o zmiennych tempach i podgrzali zgromadzoną, no tłumnie to zbyt szumnie powiedziane, publikę. Wokalowy, pomimo że starał się sporo ruszać, z papieru się nie wyplątał. Noo, nieważne. Piwo…

Czas na clou wieczoru – zespół, który zawsze miło jest posłuchać, który na żywo nie zawodzi, jakikolwiek okres by przeżywali. Przed tym koncertem nie zapoznałem się jeszcze z nowym albumem CHRIST AGONY, lecz nie było pośpiechu, wszystko się kiedyś nadrobi. Może gdybym był kolekcjonerem mpchujek, to nie miałbym takowych rozterek? Noo, nieważne. Piwo… Zrobiło swoje. Zrobiony byłem, przez to nie powiem, co konkretnie panowie zagrali, ale zagrali tak, jak powinni. Były starocie, był na pewno „Sadness Of Immortality”. CHRIST AGONY to taki black metalowy walec, który jadąc pozostawia za sobą ślad smoły, smród siarki i anielskie trupy. Miarowe, ciężkie riffy, przytłaczające i rozjeżdżające publikę. Ta grupa zawsze niszczyła atmosferą, określenie jej muzyki mroczną jest użyciem chyba najbardziej właściwego przymiotnika opisującego twórczość Cezara & Company. Nienawiść, zło, diabeł. To jest CHRIST AGONY. Zespół, na który zawsze warto się wybrać. Tym bardziej, kiedy jest piwo. Kiedy Kolega i Koleżanka mają samochód. I jest nadto wolny poniedziałek.

Ps. Wystąpili: von Mortem, Kolega (Dolek), Koleżanka (Aga), Drugi Kolega (Mazur). Pozdrówka!

[von Mortem]