CLAIRVOYANT Curse Of The Golden Skull `11

Pamiętacie RUNNING WILD, niemiecką kapelę, a w zasadzie pana Rock’n’Rolfa od dwudziestu lat niezmiennie występującego pod banderą Jolly Roger? Obiektywnie patrząc, od zawsze RUNNING WILD był  lekko wtórny. Choć tak jak oni nie gra nikt, sami jednak drążą jeden temat, wydają (również muzycznie!) podobne płyty, ale mnie – jako małolata – chwytało to mocno za serce, no bo i riffy fajne, i refreny do chóralnych pijackich zakrzyków idealne! Podobało mi się, dopóki czułem w tym autentyczną potrzebę artystyczną. Bo teraz RUNNING WILD to już tylko komercha, żena i popelina. Ale widocznie wciąż dobrze się sprzedaje, jeśli „Piraci z Karaibów” doczekali się co najmniej czterech odsłon, temat musi być wciąż nośny… Pamiętacie „Piece of Mind” albo „Powerslave” wiadomo kogo? Dla mnie kult – tak jak i trzy wcześniejsze albumy Brytyjczyków – i jedne z najważniejszych płyt w dziejach heavy ever! Pamiętacie stary MANOWAR? Amerykanie też jeszcze żyją (i sceny się „trzymią”), choć obecnych Ich dokonań nie śledzę, żeby nie szargać sobie legendy… No ale stare płyty – kult! Wrocławski CLAIRVOYANT (a obecnie WOLFRIDER) jest trochę jak każda z powyżej wymienionych, przy czym tutaj owo „trochę”, bądź też osławione „prawie” czyni wiadomą różnicę. Prawie jak RUNNING WILD ale – jak to Wrocław – bez dostępu do morza. Popiracić można Odrą, ale to nie to samo! Są riffy – momentami nawet w bardzo podobnej stylistyce, co te pirackie – ale już wokal psuje nam wrażenia artystyczne (jakieś pół oktawy w skali). A w tego typu muzyce wokal też powinien robić swoje, zmiatać niedowiarków swoją potęgą. Tutaj…(?) trzeba się przyzwyczaić, żeby przełknąć bez łkania! Oczywiście nagranie również jest ważne (obcujemy tu z „typowym polskim demo”), ale nawet porządnie nagrany głos pana Grzegorza Kolasińskiego nikogo nie powali. Sekcja rytmiczna, aranż utworów, a nawet niektóre sola przypominają mi – „jako żywo” – dwie wspomniane wyżej płyty IRON MAIDEN. No niby lepiej być nie może, ale pamiętajcie: CLAIRVOYANT grają prawie (!) jak IRON, a gitary – czyli to, co jest w tej muzyce najważniejsze – ciągną jednak w stronę RUNNINGA. Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór zatytułowany „1410”: jeśli przymkniemy oko na oczywiste zrzynki z IRON MAIDEN, znajdziemy tam też dużo fajnych riffów. Utwór jest poza tym najlepiej dopracowany aranżacyjnie. Spośród czterech prezentowanych, ten właśnie najszybciej może robić za „hit” na singlu. Całość EP zamyka „Conan”, rzecz oczywiście o Conanie, synu Croma, czyli  kult miecza i historia „komiksowego” herosa w pigułce. Bez szału, ale i bez żeny. Mamy więc tu cztery utwory, każdy z nich niesie ze sobą kilka dobrych riffów, kilka dobrych solówek, każdy z nich jednocześnie mocno trąci myszką. Ale jeśli lubicie takie klimaty, wypróbujcie „Curse Of The Golden Skull”! Klnę się, iż nie doprowadzi Was ono do skarbu ukrytego na Karaibach, ale nie powinniście też osiąść na mieliźnie. Ps. Jak donosi metalowy pudelek, zespół w 2013 roku zmienił swoją nazwę na WOLFRIDER. [Herr Bee]