NIGHTLY GALE „Imprint” CD `08

Nareszcie! Około trzyletni okres od wydania poprzedniej, jakże doskonałej płyty NIGHTLY GALE pt. „The Art Of Illusion” dłużył się. Pragnienie kolejnej, doom metalowej uczty przyrządzonej przez bezapelacyjnych mistrzów tego gatunku w Polsce było przemożne. No i NIGHTLY GALE znów nie zawiódł! „Imprint” to album przewspaniały. Stanowi esencję stylu wzbogaconą o nowe elementy. Na krążek składa się siedem kompozycji. Tradycyjnie są one długie i bardzo długie (od 7 do 13 minut), ale nie robi to zasadniczej różnicy i nie przekłada się np. na uczucie zmęczenia, znudzenia czy znużenia. A wręcz przeciwnie: rozbudowane formy mocniej wciągają, zapierają dech w piersiach... Zresztą płyty i tak słucha się w całości, bez naruszania konceptu, bez poszarpania unikatowego klimatu. Chłonie się ją bez najmniejszego uszczerbku. Każdy z utworów z „Imprint” jest wyjątkowy i zasługuje na uwagę. Dzielenie albumu na miniatury byłoby zbrodnią, zamachem na logiczną, dźwiękową fabułę zaplanowaną przez NIGHTLY GALE. Jednak gdyby się uprzeć, dobrym reprezentantem wydawnictwa jest najkrótsza, spójna kompozycja „When I`m In You”, zaś skarbcem większości najbardziej charakterystycznych dla dokonań zespołu elementów są niesamowite utwory „Selfish To The Bone” i „In Your Fragrance”, do którego zresztą powstał, po części szokujący teledysk promocyjny. Generalnie kompozycje umieszczone na „Imprint” są rozbudowane, zasadniczo wolne, ale też w całej swojej wielowątkowości dość urozmaicone. Nie są żadnym zlepkiem poszarpanych motywów, gdyż harmonicznie się one zazębiają. Każda z osobna i wydawnictwo jako całość jest starannie przemyślane i dopracowane w szczegółach. I nawet chłopaki świetnie zaaranżowali keyboardy, które naprawdę współgrają z mocną, dobrze nagłośnioną perkusją i potężnymi, ultra ciężkimi gitarami. NIGHTLY GALE już dawno odszedł od formuły kurczowego trzymania się doom metalowego kanonu, nie godzi się na zawężanie swojego pola widzenia i manewru. Wciąż poszukuje. Stąd na przykład na wcześniejszym wydawnictwie grupa eksperymentowała z elektroniką, zaś na „Imprint” nastąpił... powrót do korzeni:-). Obok klasycznych, pochodowych fragmentów z wybijającą jednostajny, funeralowy rytm perkusją, na płycie sporo jest nieco inaczej skonstruowanych fragmentów, które jednak mają zbliżoną, wyjątkowo klaustrofobiczną atmosferę. Wręcz przerażają, zarazem fascynując. Nierzadko nastrój muzyki jest potęgowany przez motywy podszyte niepokojem. Takie piorunujące wrażenie robią na przykład niemal awangardowe w paru miejscach, improwizowane frazy fortepianu oraz zawodząca, doniosła, jazzowa trąbka (gdy dochodzi ona do głosu w „I Hate Your Lies”, aż ciary przechodzą po placach!). Podobnie niesamowite są żeńskie partie wokalne Anety Sumary. Takie zawodzące, głębokie, bez konkretnych słów. Efekt niczym podczas koncertowych wykonań suity „The Dark Side Of The Moon” PINK FLOYD. Gdyby był to śpiew oryginalnej czarnoskórej wokalistki, to dopiero byłby odlot! Co prawda te środki ekspresji (tj. kobiecy śpiew czy nietypowe instrumenty, jak wykorzystany wcześniej na „The Art Of Illusion” saksofon) nie są nowością w twórczości NIGHTLY GALE, jednak sposób ich użycia na „Imprint” jest jeszcze inny i powalający. Bowiem wygrywają one swoje własne patenty, w pewnym sensie brzmią dysharmonicznie, stoją w opozycji do podstawowych melodii utworów. Pozornie nie pasują, wprowadzają zamęt, a faktycznie idealnie pasują, ciekawie wykrzywiając kompozycje. Na pewno zestawienie ze sobą tych poszczególnych elementów jest bardzo interesujące. Podobnie główne wokale. Od lat charakterystyczne, ale wciąż udoskonalane i niezwykle przejmujące. Wtłaczają słuchacza w opowiadaną historię. Bez względu na to, czy jest to śpiew podniosły, ciepły, nostalgiczny, emocjonalny, obojętny czy zawzięty bądź szept lub quasi-growl. W tym miejscu trzeba też dodać, że z NIGHTLY GALE pożegnał się Waldemar Sagan, który okraszał muzykę kapeli screamami. Na „Imprint” już nie wystąpił... Sam głos Sławka to jeden z najbardziej unerwionych, podszytych niepokojem ogniw na albumie. Chociażby ten fragment tekstu w „In Your Fragrance” z linijką: „(...)I`m gonna how to choose(...)” jest naprawdę schizofreniczny. Zresztą w tym i jeszcze innych miejscach na krążku słychać płacz małego dziecka, niemowlaka. Jakby się dławiło. W ogóle „Imprint” to w sferze werbalnej obraz jakiejś ponurej, patologicznej rodziny... A dźwięki idealnie odzwierciedlają graniczne stany emocjonalne, lęki i zwyrodnienie ludzkiej psychiki. Ale wiecie co? Po przesłuchaniu płyty wcale nie chce się umierać śmiercią samobójczą! Chce się żyć! Żyć, by odbić się od dna, przezwyciężyć ból i klęski. Wzmocnić się i osiągnąć cele, zrealizować marzenia! NIGHTLY GALE od lat udaje się niezwykła sztuka. Pomimo iż zespół wykonuje na wskroś klasyczny doom, teraz, w XXI wieku brzmi nad wyraz nowocześnie. Po prostu „Imprint” to - mimo wszystko - synonim świeżego spojrzenia na gatunek... To piękny, wyjątkowy album. A NIGHTLY GALE staje się grupą naprawdę zasłużoną. Żywą legendą... Ciekawe, czy kiedyś osiągnie status np. UNHOLY. Z pewnością na to zasługuje. Do pełni szczęścia brakuje tylko wsparcia dobrej, dużej wytwórni (niestety „Imprint” to znów wydawnictwo własne kapeli), no i może koncertów. Bo zespół ten nigdy nie występował na żywo, ku rozpaczy wielu zagorzałych fanów... [Kasia]
Nightly Gale, Sławomir Pyrzyk, ul. M. Archanioła 6/1, 41-800 Zabrze; nightlygale@o2.pl; www.nightlygale.info / www.myspace.com/nightlygale
|