CORRUPTION, NEOLITH, KILLJOY, CARNAL, JOY MACHINE… – 25.11.2006, Warszawa

XV-lecie CORRUPTION:

CORRUPTION, NEOLITH, KILLJOY, CARNAL, SLAUGHTERS OF THE SOUL,
JOY MACHINE, TIMES NEW ROMAN

25.11.2006, Warszawa, „Progresja”

ImageZawsze byłem sceptycznie nastawiony do wszelkiego rodzaju „urodzin” i rocznic obchodzonych przez zespoły z okazji trzeciego czy piątego roku istnienia. Pomysł na takie celebry zwykłem traktować jako szczyt próżniactwa, nie różniący się niczym od normalnego koncertu. Tym razem jednak szedłem do „Progresji” z innym nastawieniem, bo po pierwsze: wczesne materiały CORRUPTION mam wciąż w pamięci, a nowszych nie znam, więc byłem ich ciekaw, po drugie: parę miesięcy wcześniej byłem na 15-leciu BESATT i zmieniłem swoje negatywne nastawienie względem podobnych spędów i po trzecie: dawno nie byłem na żadnym koncercie i sporo sobie po tej imprezie obiecywałem.

Pod klub wybrałem się z Witem, który zawsze się spóźnia. Tak więc zamiast stawić się karnie na koncercie parę minut przed czasem, spóźniliśmy się prawie godzinę, przez co ominął nas set JOY MACHINE, a na deskach tłukł się już SLAUGHTERS OF THE SOUL. Pierwszy raz spotkałem się z tym zespołem i wydali mi się mało koncertowi. Muzyka, jaką wykonują, to – jak słyszałem – połączenie death metalowych riffów z heavy metalowym zacięciem. Nagłośnienie w ich przypadku było fatalne i chyba dopiero w ostatnich minutach zacząłem wychwytywać poszczególne partie gitar ze ściany dźwięku. A wioślarzy ten zespół ma naprawdę dobrych! Nie mogę się niestety pozytywnie wyrazić o całkowicie statycznym zachowaniu na scenie. Zero ruchu! Pod sceną też pustawo, co jak się później okazało dotyczyło także audytorium na pozostałych występach, ale o tym potem… SLAUGHTERS OF THE SOUL na deser zaserwował cover „Mandatory Suicide”, wiadomo kogo, zapraszając na wokal Rufusa z CORRUPTION. Był to fajny pomysł i nawet zmanierowana stołeczna publika ruszyła tyłki i parę osób pomachało głowami podchodząc pod scenę. Po tym, co usłyszałem ze strony kapeli, wolałbym posłuchać ich muzyki w domu, bo jest naprawdę interesująca, natomiast wizualnie… – na oglądanie posągów, wolę wybrać się do muzeum.

Następnie zameldował się warszawski CARNAL, zapowiedziany przez wodzireja tej imprezy, Anzelma we własnej osobie. Rozpoczęli intrem z filmu „Gladiator”, uprzednio przytwierdziwszy banner ze swoim logo pod (!?) sceną. Tutaj miałem dokładnie odwrotne wrażenie do tego opisanego wyżej. Znam chłopaków z CARNAL od paru latek i słyszę konsekwencję, z jaką wydeptują swoją ścieżkę w metalowym ogródku. I chociaż nie jestem fanem ich dokonań, to muszę przyznać, że na scenie stanowią zgraną ekipę i dają porządny show! Machanie baniakiem to naturalnie podstawa, a wokalista CARNAL ma chyba głowę na zawiasach. I tak trzymać! Nieźle odegrany set. Jak zauważyłem, na stołku dotychczasowego garnkotłuka Bugaja, zasiadł były perkusista SALTUS i zmiana ta wyszła zespołowi na dobre. Jednak póki co, tak średnio przekonuje mnie ichnia wizja melodyjnego death z heavy patentami. Tej muzyce brakuje pazura i może popuszczenia cugli fantazji i konkretnego przyłojenia. Oczywiście kapela ma swoich wielbicieli, a ci na pewno są w pełni usatysfakcjonowani ich obliczem. Ja, choć do fanów CARNAL nie należę, to sam ich koncert uważam za udany. Wypada poczekać na kolejny krok grupy i w końcu jakiś nowy materiał. Potem nastąpiła potężna przerwa trwająca chyba ze 40 min. Mnie w to graj, bo oto po latach napotkałem starych kumpli, z którymi rozwaliliśmy się przy stołach, jak pasztetowa na słońcu, by powspominać stare, złe czasy. Kogo tam nie było! Michał L. (ex- DEVILYN), Havoc (ex-BEHEMOTH, BLINDEAD), i masa innych twarzowców. Obok browarków pojawiła się wódeczka i nastrój robił się balladowy. Cisza, podobnie jak ludzie, robiła się coraz głośniejsza. Chyba wszyscy głośno zastanawiali się, co się u licha dzieje? Na scenie nie zaobserwowałem żadnego przemeblowania, ani nie uświadczyłem żadnego wyjaśnienia tak długiej pauzy, zatem zagwozdkę mamy po dziś dzień. Ale kto by się tam pierdołami przejmował.

W końcu Anzelmo zapowiedział kolejny zespół. KILLJOY przywiązał do statywu od mikrofonu czarną wstążkę, aby zaznaczyć temat tragedii w kopalni Halemba. Jak się dowiedzieliśmy, cały koncert stał pod wielkim znakiem zapytania, a przyczyną tego była wspomniana sytuacja i wprowadzenie żałoby narodowej obejmującej dzisiejszą sobotę. Pochodzący ze Śląska KILLJOY ma już na swoim koncie parę niezłych wydawnictw i jak mówi biografia, został założony w 1990 roku. Hm… Muzyka to klasyczny heavy z elementami thrashu, która z jednej strony zabija swoją siłą, a z drugiej przywołuje tonę skojarzeń. Był taki moment, że wraz z Witem jednocześnie spojrzeliśmy na siebie mówiąc: to jest BATHORY z „Nordland”! Wzór iście wspaniały, ale jak dla mnie nazbyt oczywisty. Nie powiem, z chęcią nabyłbym nowy materiał „Enemigo”, aby bardziej wsłuchać się w dźwięki generowane przez KILLJOY, co zapewne nastąpi. Natomiast zastanawia mnie taka rzecz. Po jaką cholerę wokalista zapuszcza wsiary, by mieć je spięte podczas koncertu i niby – machania kołtunami? Że niby co to miało być? Karaoke? Pod koniec zespół zagrał świetny numer, rozpoczynający się akustykiem i czystym wokalem. Jak potem przyjebał z gitarami, to mi szczena zwiędła! Wspaniały motyw! Więcej takich i wokalista niech sobie spina, co tam chce! Tytułami nie będę tu operował rzecz jasna, ale to była petarda w twarz. Ktoś określił KILLJOY jako idealny cover-band. I patrząc na (niby) staż zespołu, w pełni się z powyższym zgadzam, bez ironii.

Oczekiwanie na NEOLITH, którego byłem bardzo ciekaw, umilaliśmy sobie siedząc w holu, gdzie naprzeciw baru na telebimie migały fotki z całej długiej historii gwiazdy tego wieczoru. Bardzo fajny pomysł! NEOLITH zaczął swoją sztukę około 23-ciej od bardzo dynamicznych numerów, co by chyba poderwać przysypiającą publiczność. Ich nowy materiał to jak dla mnie prawdziwy killer! Bardzo spontaniczna jazda, jakby wygenerowana przez metalowca schizofrenika – takie mam niezbyt zdrowe skojarzenia z ich nowym materiałem i taka mikstura doskonale trafia w moje gusta. Na scenie było bardzo żywiołowo, ale i precyzyjnie, a pod sceną… Szkoda gadać – głównie dlatego nie lubię warszawskich koncertów, ale wspomnę o tym na koniec. Tymczasem na deskach chłopy młóciły w dobrze znanym klimacie. Po oczach dawał niemiłosiernie stroboskop, które to urządzenie jest drugą po ciepłym piwie pomyłką na każdym koncercie. Migocze to to po oczach, jakby się lampa błyskowa zacięła. W pewnej chwili zorientowałem się, że sam kręcę pod sceną młynki, a młodzież stoi z tyłu! Zrobiło mi się nieco wstyd za tych ludzi. Po zakończeniu setu wokalista wystrzelił jak z procy, znikając na zapleczu, dając chyba wyraz dezaprobaty dla warszawskich „pomników”. Tak czy owak, NEOLITH zagrał bardzo dobry koncert, a tym samym potwierdził swoją klasę na krajowym podwórku.
Image
CORRUPTION – wstyd się przyznać, pamiętam jak przez mgłę. Minęła północ, jak kończyli prawie godzinną kanonadę wybornego, soczystego metalu. Było „Sto lat”, podziękowania i nawet trochę więcej ruchu na dechach „Progresji”. Zresztą sama nazwa CORRUPTION zobowiązuje i co tu dużo gadać, chyba nikt, kto wybulił te 15 złociszy na bilet, nie żałował tego kroku. Dla mnie impreza zakończyła się jakoś tak jak występ jubilatów.

Zamykający TIMES NEW ROMAN darowałem sobie z premedytacją, gdyż ani nie znam tego tworu, ani nie czułem się już na siłach, by zostać do końca.

Pora więc na małe podsumowanie. Sam koncert był na pewno bardzo udany i od strony organizacyjnej dopięty na ostatni guzik. Przyszło ponad 100 osób i z tego miejsca parę słów do nich. Moi drodzy! Koncert to nie zjazd geriatryczny czy remizowa dyskoteka dla podpierających ściany kołków. Na scenie kapele wyciskają z siebie siódme poty, a wy to ignorujecie okazując im zwyczajny brak szacunku. Po prostu odrobina dopingu sprawi, że zespoły będą czuć się lepiej, grać będą częściej, a i szoł będzie ciekawszy. Sam kiedyś również maczałem paluchy w organizowaniu koncertów w stolicy, ale właśnie przez takich maruderów dałem sobie z tym siana. Przecież niektórzy z was kupili bilet (za 15 zeta) i cały koncert przesiedzieli przy barze! Nie pojmuję tego. Tymczasem na tym zakończę, bo w smętny klimat jadę i pozwolę sobie zaprosić na XX-lecie CORRUPTION, wyłącznie prawdziwych fanów metalu!

 

[Adrian]