CRYPTOPSY Cryptopsy ’12

Siódmy pełniak Kanadyjczyków to zdecydowanie udana próba powrotu do łask po znienawidzonym „The Unspoken King” sprzed czterech lat. Mało kto pewnie spodziewał się takiego kambeku. „Cryptopsy” to bowiem nic innego jak mocno nabity, silny techniczno-brutalny ładunek, który lada chwila jest gotów eksplodować. Formuła jest iście skondesowana, cały album zamknięto w ośmiu kompozycjach, po kilka minut każda. Jest cholernie gęsto, duszno, z niesamowitym przytupem, mocą i… jazzowymi przerywnikami! Tak! Heh, pojawia się ich tu wprawdzie niewiele, ale są prześwietnym uzupełnieniem tej bezkompromisowej jazdy. Wszystko to, co właśnie wymieniłem, niesamowicie mi się w tym albumie podoba. Mounier sieje totalnie zniszczenie na garach, McGachy zdziera gardło zawodowo, w iście death metalowym stylu, a i powrót Levasseura, wieloletniego gitarzysty CRYPTOPSY, odnotować należy. Nie było go na ostatnich dwóch krążkach, ale teraz, w totalnie świetnej formie, powraca i miażdży aż miło. Materiał jest zaiste szybki, a i równie szybko się kończy, jednakże problemu żadnego to nie stanowi, bo ani trochę nie zanosi się na to, bym w najbliższym czasie nasycił się tą szaleńczą jazdą bez trzymanki. Po takim uderzeniu jestem przekonany, że choćby i mieli pracować na jednym kawałkiem pół roku, to i tak warto czekać na efekt końcowy. Bo to, co sobą reprezentują, dosłownie urywa dupę! Coś pięknego. Życzę im sprzedaży na poziomie co najmniej 100 tysięcy. Niech rosną w siłę, także finansowo, niech zyskują motywację do dalszej pracy. Tymczasem jednak mogą sobię zrobić zasłużony urlop, bo natrzaskali kawał piekielnie dobrej roboty. Tu nie ma słabych momentów! Jest za to ściana dźwięku, jakiej, ni wuja, przebić się nie da. Można jedynie pokornie klęknąć i rozpływać się w zachwycie. Zaraz po tym jak coś wam jebnie w karku od ciągłego naparzania banią przy tej perełce. Zdecydowanie czołówka września 2012.[soulcollector]

Cryptopsy, http://cryptopsy.ca/, http://cryptopsyofficial.bandcamp.com/.