D’ACCORD Helike ’11

Celem wprowadzenia czegoś nowego do mojego jadłospisu, do tego niekończącego się metalowego maratonu, co jakiś czas sięgam po album wykraczający poza te ramy. W grę wchodzi szeroka rozpiętość gatunkowa, fajnie jest poznać coś kompletnie nowego, co nie należy do grupy moich zainteresowań, ot, tak choćby i dla samego poznania. Zdarzyło się w tym również urządzanie sobie powrotów do przeszłości, lat 70., po jakoweś PINK FLOYD czy KING CRIMSON. Norweskie D’ACCORD właśnie w ówczesnym stylu gustuje i tworzy, a i niewykluczone, że robi to na takim poziomie, iż miłośnicy tamtych lat bez wstydu postawiliby ich płytę obok swoich ukochanych klasyków. Ja akurat nie należę do ludzi z wielką wczuwką, jeśli chodzi o te klimaty, dlatego też podchodzę do „Helike” bez emocjonowania się, na spokojnie. Dla mnie to jedynie przekąska, bowiem na obiad jadam coś kompletnie innego. Jeśli o sam album chodzi, na wstępie bardzo spodobał mi się koncept zbudowania albumu, który składa się jedynie z dwóch obszernych kompozycji. Nie spotykam się z takim przedsięwzięciem zbyt często, ale pomysł zawsze doceniam. Takiego krążka słucha się trochę inaczej. Bez głębokiej parcelacji, jaka zwykle ma miejsce na płytach, podchodzi się do tego jak do muzycznej opowieści, a nie po prostu jak do zbioru pieśni. A opowieść ta jest dość złożona, charakteryzują ją zmiany tempa, nastroju czy wykorzystywanego instrumentarium. Zespół chwalony jest za to, że zacnie poradzili sobie z próbą uchwycenia typowego dla lat 70. soundu i ja w to wierzę, bo i nie mam powodów ku temu, by uznać to za bzdury. Prawdopodobnie nie mając pojęcia o tym, że płyta jest z 2011 roku, umiejscowił ją bym na osi czasu te kilka dobrych dekad wstecz, a i na mapie świata raczej byłbym skłonny wskazać Wyspy. Raz po raz kojarzy mi się ona częściowo z twórczością OPETH, co jest w pełni zrozumiałe, wszakże Akerfeldt uwielbia muzykę tamtych czasów do tego stopnia, że sam stwierdził, iż sami są gorsi nawet od najgorszych zespołów, jakie wtedy grały. Cóż, ja takim uwielbieniem rockowej przeszłości nie darzę. Są gusta i guściki. Na pewno nie mogę odmówić D’ACCORD tego, że potrafią tworzyć muzykę zróżnicowaną, która nie pędzi na jedno kopyto. Często grają niespiesznie, bez uniesień, ale i niezmącony spokój miejscami przełamują energicznymi partiami, choćby takimi jak ta w piątej minucie drugiej części albumu. Chwilę później w zacny sposób budują napięcie i generalnie czuję, że po prostu daję się w to ciągnąć zwyczajnie ciekawym będąc tego, co nastąpi za moment. Moment ów nadchodzi i okazuje się, że pierwsze skrzypce gra rozmarzona gitara, luźno kojarząca mi się z grą innego norweskiego gitarzysty Terje Rypdala, którego utworek czy dwa były w genialnym filmie „Heat”. Kończąc przyznam, że cenię sobie ten album za pomysł (dwie duże kompozycje), za jego zróżnicowanie, za to, jak gładko płynie i daje wrażenie niepodzielnej całości, a gdybym pałał miłością do progresywnego rocka sprzed 40 lat, to kto wie, może nawet obsikałbym pory ze szczęścia. Cóż, lepsza od seksu, spania, piwa i jedzenia na pewno nie jest (ale ze mnie prostak, harhar), toteż nic mnie przy niej na dłużej nie trzyma. Płyta ponoć jest idealna. Cholera, chyba za bardzo jestem spaczony przez metal, ale nie czuję tej muzyki na tyle, by z bananem na gębie wlepiać „Helike” bardzo wysoką notę. Wiecie co lubicie, co Was kręci, dlatego sami możecie sobie odpowiedzieć na pytanie czy to krążek dla Was. Ja to bym coś zjadł teraz.[Soulcollector]

D`accorD, www.daccord-music.com, www.myspace.com/daccordband

Karisma Rec., Postboks 472, 5805 Bergen, Norway; post@karismarecords.no; www.karismarecords.no