DEMON VOMIT: Wybierając groteskę: „Brutal Blasphemy”

demon.vomit_logo

Ekipa remontowa: Kazik, Ścierwus i Cobra, czyli DEMON VOMIT, jako jedyną, słuszną linię rozwoju wybrała ścieżkę lewej ręki zwaną Brutal Death Metal, czego miażdżące sygnały można usłyszeć na ich debiutanckim (bo pierwszego demo nie liczę) albumie „Brutal Blasphemy”, który już czeka na wytwórnię.

demon.vomit_photo

Płyta została świetnie zrealizowana przez Aro z Monroe Sound Studio, brzmi cudownie, chlaszcze mózg jak piła tarczowa kalafior.

Torsje Demona wytaczają machiny oblężnicze, począwszy od pierwszego numeru „Sign the Covenant” (czyżby nawiązanie do klasycznej pozycji gatunku death – MORBID ANGEL „Covenant”?). Sekcja rytmiczna (Cobra – bębny, Ścierwus – bass) funkcjonuje niczym gąsienice czołgu, gitara Kazika podrzyna gardło, równo skrojone riffy, jego wściekły growling przypomina ryk poranionego w walce odyńca, umierającego zwierzęcia bluźnierstwo. Knur ten w agonii postanowił wyartykułować swoją nienawiść do judeochrześcijaństwa (wkładka do płyty została opatrzona cytatem z Nietzschego). Detonująca, katatoniczna, spinająca całość perkusja nadaje rytm tej maszynie zagłady.

demon.vomit_brutal.blasphemy

Warstwa tekstowa działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego, jest hiperbolizowanym, ekspresjonistycznym ściekiem fantasmagorii, refleksją kontestacji, będącą śmiechem przez łzy, jak w drugim kawałku „Holy Bible – The River of Shit” („Don’t believe, start to see, start to think, smash the boards by laugh!!!”), czy w króciutkiej impresji na temat relacji damsko-męskich pt. „Ecce Homo”, będącej swoistym, jak najmocniej groteskowym nawiązaniem do autobiografii intelektualnej Nietzschego, którą to słynny amoralista opatrzył podtytułem „Wie man wird, was man ist”, a napisał ją w ostatnich tygodniach świadomego życia. Zderzenie dwóch antagonistycznych kategorii estetycznych, podobnie jak i etycznych (sacrum – profanum), ma na celu ukazanie rzeczywistości w krzywym zwierciadle poprzez szok terapii wstrząsowej, który powoduje wyostrzenie spojrzenia, swoistą korektę słuchu i wzroku.

Moimi zdecydowanymi faworytami na tym albumie są: miażdżący walec drogowy „Anal Nun” oraz wyrazisty, znacznie głębszy niźli oryginał, cover DEICIDE „Dead By Dawn”, utwór zamykający płytę.

 

 

Warto wspomnieć też o perypetiach dotyczących realizacji wideoklipu do numeru „Hanging Priest”. Otóż kamerzysta po nakręceniu tegoż dostał przysłowiowego pierdolca, poniekąd chciał zamordować teściową i powiesić się na gałęzi… Skończył na leczeniu psychiatrycznym. Z pewnością, jak widać na załączonym obrazku, służba wojskowa w Bośni i Afganistanie, którą rzeczony odbył, nie pomaga w bytowaniu na naszej planecie.

 

Na koniec ciekawostka natury literackiej (i myślę filmowej). Oto na zakończenie kawałka „Jesus The Shit – Eater Christ” jest dograny fragment filmu Pasoliniego „Salo, czyli 120 dni Sodomy” (według de Sade’a oczywiście), w którym to łkająca kobieta jest zmuszona do skonsumowania ekskrementów, wydalonych przez jaśnie oświeconego libertyna (do tego srebrną łyżeczką, wiadomo, kultura przede wszystkim, my, arystokraci). Nie muszę dodawać, kogo w ten sposób detronizuje DEMON VOMIT, wystarczy zwrócić uwagę na tytuł utworu. Być może jest to jeden ze sposobów tej brygady budowlanej na wysadzanie w powietrze starych, fasadowych katedr (a niech drżą w posadach!), podobnie jak na początku lat 90-tych XX wieku ekipy kojarzone z True Norwegian Black Metal spaliły parę zabytkowych, drewnianych kościołów.

Mimo oczywistych wzorców dla naszych młodych, szczecińskich deathmetalurgów (DEICIDE, KRISIUN, MORBID ANGEL BEHERIT, IMPALED NAZARENE i wczesny BURZUM w warstwie tekstualnej), życzę Państwu miłego odbioru, który, co gwarantuję, daleki będzie od kiczowatych obrazków z merkantylnego telewizora, przedstawiających tokującego koguta w okresie rui, do których ostatnio przyzwyczaił nas Nergal. Wybierając bowiem podziemie, skazani jesteśmy na oddech grotesque, na paraliżujące tchnienie…

[Jarosław Błahy – notka o autorze]

Demon Vomit, www.myspace.com/demonvomit666