DESTROYER 666 Phoenix Rising ’00

Jako się rzekło pewnie już niejednokrotnie, ujmą jest przyznać się, że się nie zna jakiejś starszej, kozackiej kapeli czy jej płyt. Trza wtedy przytaknąć, a potem migusiem zajrzeć do internetów, coby braki w wiedzy uzupełnić. Ja tam myślę, że nic złego w tym nie ma, bo i w środowisku metalowej warszafki się nie obracam, nie smrodzę polepionymi strąkami na głowie i nie łażę za wszelką cenę w starych, zajechanych glanach. Chyba nie umiera się od tego, że się wygląda jak przeciętny Kowalski, a w wolnych chwilach zgłębia się arkana metalowej sztuki. Na razie jeszcze jakoś żyję i, jak to zwykle bywa, przypadek chciał, iż natrafiłem na albumik australijskiego DESTROYER 666 z roku 2000. Zachęciły mnie do tego kosmicznie wysokie noty, ale przede wszystkim narobiłem sobie smaka, gdy o uszy obił mi się song znany jako „I am the Wargod”. Otwierający motyw po prostu robi tak dobrze, że musiałem poznać całość krążka. Badając jednak całość nie czuję tego geniuszu na jaki nastawili mnie internetowi recenzenci. Przemija nie robiąc jakiegoś niesamowitego wrażenia, jednakowoż! spokojnie mogę to nazwać profesjonalnym rzemiosłem. Czy można mówić w tym przypadku o próbie czasu? Czy 13 lat temu było to coś absolutnie łał? Starsi wyjadacze swoje wiedzą, ja wówczas byłem bardziej zainteresowany ledwo rosnącymi cyckami koleżanek z klasy i bawieniem się w programistę znającego trzy komendy na krzyż. Szczyl ze wsi metal poznać może jedynie przypadkiem, np. słysząc kozacki przytup na napisach końcowych jakiegoś horroru lub coś w ten deseń. Ale jak już pozna, to zakochuje się w tym na długie lata. W jako takie legendy ciężkiej muzy nie wierzę, bo tłum fanów stojących na betonowej płycie lotniska podczas koncertu gwiazd wcale nie musi oznaczać, że jest to największe wydarzenie. Tak jak dupę, gust swój ma każdy, swoje legendy sam winien definiować. Prawdopodobnie DESTROYER do tych bardziej znanych należy, ale, jak wspomniałem, dla mnie jest to nowinka. Żadnych oczekiwań, chłodny stosunek i po obadaniu zero podjarki. Wiadomo, ten sam album nie podziała na każdego tak samo. Każdy będzie miał inne odczucia, skojarzenia, ulubione momenty itd. Mnie zaciekawił wspomiany compos, ale cała reszta to po prostu dobra robota i tyle. Jeśli coś ma mnie trzepnąć, to zazwyczaj robi to od razu. Albo chociaż intryguje na tyle, bym podskórnie czuł, że to jest coś wartego uwagi i warto spróbować się mocniej w to wkręcić. Ten przypadek akurat śmignął mi jako zakąska, w poczet genialnych dzieł się u mnie nie zaliczył. No i to by było na tyle. Jakoś tak bez miłości czy nienawiści. Nie zaboli jak się zetknę z nim w przyszłości, nie zatęsknię też, jeśli nigdy się już nie spotkamy. Neutralnie.[soulcollector]

Destroyer 666, mają fejsa, ale tam to ja linkował nie będę, heh. ;)