DEVIL IN THE NAME Devil in the Name (2018)

Digipack 2018 (Infernum Media)
Ocena: 3,5/6
Gatunek: heavy metal, occult stoner metal

DEVIL IN THE NAME to zespół wymykający się wszelakim definicjom i choć używałem tego sloganu już wielokrotnie, to słuchając tej niezwykle surowej, niewygładzonej mieszanki wpływów BLACK SABBATH, ELECTRIC WIZARD, BELZEBONG, ORANGE GOBLIN czy nawet CULT OF LUNA, uznałem że jedynym wspólnym mianownikiem utworów na debiutanckim krążku pt. „Devil in the Name” jest słowo „old-school”.

Już pierwszy „Wolfsong” przynosi tak duży przypływ/zalew motywów, że nawet najbardziej utalentowany jasnowidz nie zdołałby ustalić jakiegoś konkretnego azymut, w którego kierunku może zmierzać zespół na kolejnych 11 utworach. DITN nie ukrywa zresztą swoich inspiracji i obiektywnie należy wziąć to za plus, bowiem z kogo można brać przykład jak nie z mistrzów? Szczególnie, że po tylu latach niektóre motywy samoistnie stają się znów „nowatorskie” i świeże – w końcu ludzkość żyje tak na prawdę w cyklach, odkrywając wszystko co jest nazywane „retro” na nowo.

Niestety „Devil in the Name” to także album pełen muzycznych zawodów. Jednym z nich był kawałek pt. „Incoming”, który zaczyna się genialnym intrem, zakończonym „oddalonym” wokalem, który jak okazało się później… rozpoczyna drogę po równi pochyłej. Kawałek, który powinien trwać maksymalnie 4 minuty rozciągnięto do niebagatelnych siedmiu w sposób karygodny – nudząc niemiłosiernie i serwując coś w stylu nietrafionego outro z prezentacją nagrać z ćwiczeń gry na gitarze sprzed kilku lat. Rozumiem, że miało to przypominać nagłe zmiany tempa jak np. na „Sabbath Bloody Sabbath”, ale efekt okazał się być mierny.

Wokal także nie należy do mocnych stron debiutanckiego krążka zespołu z Katowic. Choć nie mogę odmówić profesjonalizmu partii mówionych (przykładowo w kawałku „Box of Emptiness”). Rozciągnięty na skali głos Karola Foltyńskiego przywołuje na myśl najlepsze czasy amerykańskiego DANZIG. Wysoki poziom trzyma także linia basu, która chyba jako jedyna jest na tym albumie uniwersalna – o ile nie każdy riff, nie każde tempo, nie każde strojenie pasowałoby do kawałków utrzymanych w klimatach BLACK SABBATH czy ORANGE GOBLIN, tak nieco wysunięty, „nawiedzający” (pasuje mi to angielski termin „haunting”) ton basu można przypiąć do każdego numeru z osobna bez wyraźnej straty na jakości.

Podsumowując, debiut DEVIL IN THE NAME pozostawił mnie ze znakiem zapytania nad głową. Z jednej strony panowie wycisnęli cholernie dużo z gatunków, które zostały już wyżyłowane do granic, ale z drugiej strony nie poszli za ciosem. W efekcie, album raczej nie zapisze się na kartach historii, ani nawet pamięci.  Z trzeciej strony na „Devil in the Name” znajdziemy wiele świetnych, klimatycznych motywów, z czwartej strony ich aranżacja pozostawia wiele do życzenia (mastering też jest dla mnie niewiadomą). Jeśli autorom zostało jeszcze trochę równie dobrych pomysłów to może sukcesor w postaci drugiej płyty dopełni pozytywnego wrażenia.

[Vexev]

DEVIL IN THE NAME: devilinthename.band@gmail.comhttps://www.facebook.com/pg/devilinthename/;
Infernum Media: http://www.infernum-media.com/biuro@infernum-media.com.