DIE HARD Conjure The Legions `12

W ostatnich latach powstało sporo zespołów parających się graniem thrash metalu. Powstał nawet odłam tego gatunku nazywany retro-thrashem, gdzie młode kapele, wzorując się na dokonaniach największych tuzów thrashowej stylistyki, dodały od siebie młodość, wigor oraz nowoczesne podejście do tematu. Grupy takie jak EVILE, MUNCIPAL WASTE, TOXIC HOLOCAUST i masa innych udowodniły, że ten gatunek wciąż może być swieży i ekscytujący. W odpowiedzi na sukcesy wyżej wymienionych powstała także bardziej ordynarna jego mutacja – old school thrash, gdzie twórcy umyślnie porzucili melodię i wycyzelowane brzmienie, na rzecz brudnego, surowego i nieokiełznanego soundu. Jak to bywa, niektórym z kapel udało się zaistnieć w świadomości słuchaczy, a reszcie pozostało bycie w ich cieniu. DIE HARD to niestety przykład tego drugiego, choć to trio ze Szwecji robi wszystko, by udowodnić, że jest inaczej. Image zespołu podpowiada nam o fascynacjach MOTORHEAD, SODOM, VENOM czy DEATHHAMMER. Zacnie to wygląda, ale wygląd to nie muzyka. A ta, zawarta na trwającej 38 minut płycie „Conjure The Legions”, w dziewięciu utworach, wywołuje mieszane uczucia. Okładka albumu robi wrażenie, jest klimatyczna, szczegółowa i przywodzi na myśl prace, jakie znamy z pierwszych płyt ENTOMBED, GRAVE czy DISMEMBER. Przyznam, że nie wstydziłbym się, mając ją powiększoną do formatu plakatu. Jej autorem jest nieznany mi bliżej hiszpański artysta Juanjo Castello. Jest to drugi pełny album DIE HARD, poprzedni „Nihilistic Visio” zebrał dobre oceny w prasie i rokował na przyszłość. DIE HARD porusza się na pograniczu kilku stylistyk – old schoolowy thrash metal, garściami czerpiący z SODOM, DESTRUCTION czy wczesnego Kreatora, miesza się z punkującym black metalem a`la VENOM, CELTIC FROST, HELLHAMMER, by czasem zabrzmieć groove death metalem z czasów pierwszych albumów GRAVE. Naleciałości death metalowych jest tu jednak najmniej i to, co boli najbardziej, to widoczna ciągota zespołu w rejony estetyki punk rocka, która objawia się w produkcji materiału, jak i w większości kompozycji. Krążek „Conjure The Legions” rozpoczyna utwór tytułowy, gdzie mroczne sprzężenia gitar przechodzą w motoryczny, punkowy riff, na tle którego gitarzysta Simon wplata krótką solówkę, oznajmiając nam „dzień dobry”. Przy Simonie trzeba by się na chwilę zatrzymać. Jegomość w każdym utworze ma partię solową, co wychodzi płycie na dobre. Słychać, że umie obsługiwać gitarę, jego sola potrafią być szybkie, z użyciem wajchy („Stand Up”), czuć w nich emocje („Satanic Uprise”, „Thrash Them All”, „Robe And Clown”), są technicznie poprawne i aż dziw bierze, że na tle nudnych i oklepanych jak twarz Najmana riffów wplata je bardzo umiejętnie, ubarwiając mało różniące się od siebie kawałki. Perkusista Perra nie odkrywa tu koła na nowo, raczej podąża – wraz z mało słyszalnym basem – za monotonnymi riffami gitary, zazwyczaj wybijając punkowe rytmy („Conjure The Legions”, „Thrash Them All”), czasem zwalniając w niektórych utworach dla urozmaicenia lub robiąc miejsce dla popisów Simona („Master Of Deceit”, „Satanic Uprise”, „Stand Up”), niekiedy przyśpiesza do black metalowych szybkości, ale nie na długo („Stand Up” czy w „Antichrist” – chyba najszybszym utworze na albumie, gdzie gitary tną ciekawe riffy) i używając często podwójnej stopy. Chyba najmniej można powiedzieć o basiście / wokaliście Harrym. Jego krzykliwa maniera i lekko schrypiały głos nawet pasują do muzyki, ma coś z Cronosa z VENOM, lecz prawie w każdym utworze wokale są identyczne i lekko bezpłciowe, nie wybijają się poza strukturę kawałków i po prostu są. Muszę powiedzieć, że kompozycje DIE HARD mają potencjał. Fajne są lekko nowoczesne riffy w „Sanctify The Mortal”, „Cold Scythe”, zwolnienia czy te błyszczące partie solowe Simona. Inną sprawą jest wtórność gitarowych zagrywek i riffów ogranych przez milion kapel starych i nowych. Na „Conjure The Legions” thrashowy maniak nie znajdzie niczego świeżego, a i brzmienie może go zniesmaczyć. Bo chyba największą bolączką tego albumu jest właśnie jego brzmienie – umniejszające thrashową moc (która powinna walić po mordzie, jak w takim TOXIC HOLOCAUST), na rzecz brudnego, punkowego, zlewającego się w jedno. Ale nie oznacza to, że druga płyta DIE HARD nie jest warta przesłuchania. Nadaje się bardzo dobrze na przebudzenie na kaca, jak i na tło przy gotowaniu w kuchni nowej porcji krwawego mięska, a czasem nawet uda się zawiesić ucho na jakimś patencie. Mankamentem będzie jednak to, że tuż po wyłączeniu albumu nie będziemy pamiętać, czego słuchaliśmy; jedynie możemy zapamiętać imię Simon, które wbija się w głowę solowymi popisami. Należy poczekać na trzecią płytę DIE HARD, aby skonfrontować kierunek rozwoju, który panowie obiorą w przyszłości. [darkuss3]

 


Die Hard, www.myspace.com/diehardthrash

Agonia Rec., P.O.Box 273, 64-920 Piła 1; info@agoniarecords.com; www.agoniarecords.com