DOOMSHINE The End Is WorthWaiting For `15

CD `15 (Metal On Metal Rec.)
Ocena: 4/6
Gatunek: epic doom metal

Można powiedzieć, że w przypadku ostatniej płyty DOOMSHINE przebyłem całą drogę potencjalnego odbiorcy, obcującego z nowym albumem: po pierwszym przesłuchaniu uznałem (dość mało odkrywczo), że „The End Is Worth Waiting For” to… nic nowego pod Słońcem. Ot, materiał jakich wiele, nic szczególnego – czyli w sześciopunktowej skali tylko cztery pentagramy. Potem – wraz z kolejnymi przesłuchaniami (a jakże!) – przyszedł zachwyt, a że zwyczajnie lubię wolny melodyjny doom, album Niemców nagle bardzo mi przypasował. „Pięć punktów będzie jak nic – myślałem – a może nawet więcej!” Bo przyznać muszę, że muzyka DOOMSHINE jest bardzo chwytliwa, melodyjna i prosta jednocześnie. Melodie te potrafią przy okazji również zwyczajnie urzekać… urodą. I tak oto zauroczył mnie „The End Is Worth Waiting For” – bo nie wymaga zbyt wiele skupienia i zaangażowania, a i tak oddaje soki. Do tego te siedem kompozycji, które składają się na trzecią płytę DOOMSHINE, to „klasyczne” doomowe suity umiejętnie okraszone bardzo „wytrawnymi” solówkami. Dość powiedzieć, że pierwsza z owych solówek zaczyna się już w… siódmej sekundzie trwania albumu. Pozornie więc – zespół nie traci czasu. Nie do końca jednak tak jest, bo choć oszczędzono nam tu typowych wypełniaczy (na przykład sampli typu „odgłosy nocy”), a przez 55 minut nie uświadczymy tu nawet pojedynczego klawisza lub smyka, niestety zdarzają się na tej płycie również swego rodzaju przestoje, a może raczej niepotrzebne powtórzenia niektórych motywów. I tak niepostrzeżenie przechodzimy do kolejnego mojego etapu obcowania z „The End Is Worth Waiting For”. Jest to – jak nietrudno zgadnąć – najpospolitsze i najbardziej trywialne znudzenie. Oczywiście, swego rodzaju zachwyt nad pięknem ukrytym w prostocie pozostał, ale oto nagle zaczynają mnie drażnić rzeczy, które wcześniej nieszczególnie mi przeszkadzały: że całość jest dosyć schematyczna i przewidywalna (całkowicie w konwencji, bez najmniejszych odchyleń), że nie ma „drugiego dna” (sampli, smaczków, przeszkadzajek), no i że wokal też w sumie nie zachwyca (mało mocy, brak „przepony” i emfazy też mało). Poznawałem muzykę DOOMSHINE coraz dokładniej i zamiast coraz bardziej się zachwycać, zacząłem wyłapywać coraz liczniej pomniejsze i nieistotne „omsknięcia”. Ostatecznie rozczarowują również liryki, które pozostawiają swoiste zakłopotanie: banalne, schematyczne i nie wolne od błędów. Wyglądają trochę tak, jakby ktoś nie do końca wprawiony próbował tłumaczyć jeden do jednego (również idiomy) za pomocą translatora googla. Wypada to słabo i zaśpiewane jest takoż. I tak oto mój zachwyt zaczął przygasać, a raiting spadać w dół. Wbrew tytułowi „The End Is Worth Waiting For” – nie było już na co czekać, bo z kolejnymi przesłuchaniami mogło być już tylko gorzej! Wolę bowiem zapamiętać DOOMSHINE jako kapelę opartą na bardzo dobrych, prostych riffach i jeszcze ciekawszych solach (cóż za feeling!). Bo to jest właśnie jądro tej muzyki (nawiasem dodam, że sekcja rytmiczna też gra bez zastrzeżeń, choć niezmiennie wolne tempa), nie zaś jakieś tam liryki i inne ozdobniki. Tfu! [Herr B.]

Doomshine, www.doomshine.de, www.facebook.com/melodicdoomedmetal
Metal On Metal Rec., jowita@metal-on-metal.com; www.metal-on-metal.com, www.facebook.com/metalonmetalrecords, www.youtube.com/metalonmetalrecords