DROPBUNNY IO `12

DROPBUNNY to siódemka muzyków z dalekiego, australijskiego Melbourne, którzy swoją muzykę potrafili obudować ciekawym konceptem egzystencjalno-filozoficznej kontestacji, właściwej młodemu pokoleniu. Owa strona ideologiczna sprawia wrażenie pełnej integralności z muzyką (polecam stronę internetową zespołu, gdzie można zgłębić koncept). Ich druga płyta „IO” jest emanacją świadomego protestu, a jednocześnie wkurwienia wynikającego z bezsiły jednostki wobec systemu. Teksty nadużywają lekko słowa „fuck”, ale niosą również głębsze przesłanie oraz historię pewnego włóczęgi-wizjonera… Jako całość ta muzyka najmocniej kojarzyć może się z dokonaniami MARILYNa MANSONa, ale nie jest to porównanie 1 do 1. Mansona przywodzą na myśl szczególnie bardzo podobne melodeklamacje (których jest tu sporo), jak również ogólnie wokalizy. Jednak na „IO” przynajmniej trzy osoby próbują się ze śpiewem, więc znajdziemy tu też na przykład manierę Kurta Cobaina albo Correya Taylora ze SLIPKNOT. Owe wokale nagrane są jednak zdecydowanie za głośno, co irytuje, szczególnie kiedy niekiedy brakuje im jakości. W ogóle DROPBUNNY można nazwać składem poszukującym (złośliwi powiedzą: zagubionym), łączącym wpływy z różnych kierunków: nu, sludge, hc, post, noizz, grunge etc. Na „IO” proponują nam 70 minut (18 numerów!) niejednolitej muzyki, swoistej huśtawki, na której bezsilny, acz wściekły protest (darcie mordy i napierdalanka) jest wyciszany przez „zniechęcenie” i muzyczną „rezygnację” (melodeklamacje, smyki i akustyki oraz bardziej noizzowo-ambientowe odjazdy). W pewnym sensie – jak wspomniany wyżej MARILYN MANSON – jest to muzyka idealna dla psycholi, fanów horrorów (momentami brzmi trochę jak soundtrack do filmu z siekierą w roli głównej) i narkotyzujących się wykolejeńców. Ja też lubię taką muzykę, ale jeśli przemyca w sobie dodatkowo jeszcze melodie, na których można zawiesić ucho, a na „IO” właśnie takich – chwytliwych, dobrych melodii – jest (jak na 70 minut i 18 numerów) bardzo niewiele. Muzyka DROPBUNNY skonstruowana jest na zasadzie dysharmonii gitarowych akordów, co może powodować lekki popłoch przy pierwszym kontakcie… Taki zabieg nie jest niczym odkrywczym dla nu metalu, a po pewnym czasie jesteśmy w stanie przywyknąć tak dalece, że prawie już go nie zauważamy. Do moich faworytów należą tu na pewno dwa utwory. „Hits Limbo From A Great Heigh”, który poprzez zastosowanie tego samego przesteru trochę kojarzy mi się z twórczością VED BUENS ENDE albo VIRUS – kawałek ten jest również momentami podobnie odjechany i psychodeliczny co utwory dwóch wspomnianych zespołów, ale okraszony za to bardzo „seattlowskim” wokalem. Inny to „Pentagonal Plywood Prison”, gdzie gitara rodem z NIRVANY („In Utero”?) przeradza się w pierwszej klasy nu/sludge pokroju MASTODONa i podobnych ciężarów (gęsta i ciężka kurtyna dźwięku). Bo DROPBUNNY to zespół poszukujący (mówiłem już?), taki MARILYN MANSON z dodatkami (powtarzam się trochę celowo, jak sami muzycy gdzieś od 50-tej minuty). Na pierwszych moich randkach z „IO” najbardziej denerwowała mnie dynamika tej płyty – potem zwyczajnie przywykłem, ale zdania nie zmieniłem: realizatorzy stworzyli tym razem rurę doskonałą. Każde najcichsze stuknięcie, dźwięk bądź szept słychać tu równie dobrze, a nawet lepiej (!) niż gitary na pełnej piździe, które trochę toną we wszelkich innych odgłosach (artyści do ich generowania użyli nawet klatek na szczury)! Ja wiem, że tak się teraz nagrywa, bo ludzie słuchają muzyki raczej przy tokarce niż w ciszy i skupieniu, do tego głuchną od tych słuchawek, ale tego typu nagranie całkowicie zabija dynamikę utworów i jakiś powodowany nią suspens. To trochę tak, jakby wszystkie smaczki, dźwięki słabo słyszalne, zauważane dopiero za którymś tam razem, ktoś wybebeszył i (nie wiedzieć po co?) podał nam na tacy. Bywało wiec już i lepiej, i gorzej, ale na pewno warto będzie dalej śledzić septet z Melbourne. [Herr Bee]

Dropbunny, info@dropbunny.com; www.dropbunny.com