DROWN MY DAY: Nie ma przebacz

DMD-Logo Chyba każdy, kto choć trochę siedzi w stylistyce metalcore/deathcore, przynajmniej kojarzy nazwę DROWN MY DAY. Nie trzeba ich lubić, nie trzeba ich doceniać, ale trzeba być strasznym ignorantem, żeby ich nie szanować. Nie lubią rocka, czerpią inspiracje ze zła i filmów grozy. W „żuku”, którym jeżdżą na trasy i którym przyjechali na koncert do Nowego Sącza, spowiadali się niezwykle wygadani: wokalista Maciek „Groov” Korczak oraz gitarzysta Sergiusz „Motyl” Smolnicki… 

 

 

Witajcie. A jak to się stało, że zawitaliście do Nowego Sącza? Kto był pomysłodawcą wspólnego koncertu z HALUCYNOGEN, ROTTEN SOCIETY i PNEUMATIC FROST?

 

Groov: Szuja. To jest człowiek, którego poznaliśmy przez Adama [Pieczarkowskiego, perkusistę DROWN MY DAY – red.]. On robi dziary Adamowi.

 

Motyl: Szuja to jest po prostu Robert Zięba, znasz go na pewno.

 

Wracacie z Siekierzyn-Festu. Jak się grało?


DMD-live

Groov: Wiesz, w koncertach plenerowych, na scenach z rusztowaniem nie mamy dużego doświadczenia, aczkolwiek wczoraj było fajnie. Duża scena, można sobie pobiegać. Problem z pogodą był, ale ludzie dopisali. Ja się trochę bałem, bo widziałem, że przy innych kapelach ludzie tylko stali, nic się nie ruszali, ale jak wyszliśmy na scenę, to trochę odżyli.

 

Motyl: Jakoś się udało nakręcić ludzi do zabawy. Naprawdę bardzo fajnie się grało.


Często Wam się zdarza grać na festiwalach?

 

Motyl: W sumie raczej rzadko.

 

Groov: Raczej gramy klubowe, pubowe, małe sztuki.

 

Byliście na Woodstocku?

 

Groov: Ja byłem raz i nie pojadę nigdy więcej. Nie mój klimat. Nie wiem, jakoś nie jara mnie towarzystwo najebanych dzieciaków i srania w toi-toiach.

 

Motyl: Ja byłem dwa razy, wcześniej. Nie w tym roku. Chciałem jechać, ale musieliśmy grać koncerty na Węgrzech.

 

A nie myśleliście o tym, żeby tam zagrać kiedyś?

 

Groov: Zagrać by było zajebiście. Zagrać na Woodstocku to bardzo fajna sprawa, bo wiesz, nawet jeśli jednej osobie na te paręnaście tysięcy spodoba się nasza muza, to już jest kolejna osoba.

 

Motyl: Ale szczerze mówiąc, nigdy się nie zgłaszaliśmy.

 

Graliście ostatnio z CALIBAN. Jak było?

 

Groov: Ja myślę, że kolesie z CALIBAN byli zawiedzieni, że było tak mało osób na ich koncercie, bo ktoś zorganizował w tym dniu inny duży koncert.

 

Motyl: Nasz koncert był dużo wcześniej zabukowany, to był festiwal tatuażu w Krakowie, a po jakimś czasie ktoś wbił się z jakimś dużym koncertem i ludzie wybrali tamtą sztukę.

 

Wspomnieliście wcześniej, że graliście na Węgrzech parę dni temu. Jak do tego w ogóle doszło? Jaki mieliście odbiór za południową granicą? Węgrzy potrafią się bawić?

 

Motyl: Jasne, że tak. Bardzo otwarci ludzie mieszkają na Węgrzech. Zagraliśmy trzy bardzo fajne koncerty.

 

Groov: Ponad setka ludzi na każdym, jak nie więcej. Zajebiste kluby i przede wszystkim zajebiste kapele, z którymi graliśmy. Całkiem inne patrzenie na muzę i na ludzi, zupełnie inne od tego, jakie nie raz spotyka się w naszym kraju. Cała kwestia grania na Węgrzech polegała na tym, że ja się zapoznałem z gościem, który się nazywa Robert Borbas, który zaprojektował nam grafikę na naszą najnowszą koszulkę i układ był bardzo prosty – ja powiedziałem: robię Ci trzy koncerty, Ty robisz mi trzy koncerty.

 

Planujecie dalsze podboje innych państw? Bo w Polsce, co by tu dużo mówić, już Was znają.

 

Groov: Mam nadzieję, bo nie chcę tutaj być zbyt pewny siebie, że osoby w Polsce słuchające muzyki w klimacie metalcore/deathcore przynajmniej kojarzą naszą nazwę. Więc myślę, że zagranica jest aktualnie priorytetem dla naszego zespołu. Uważam, że wielką szansą będzie zagranie trasy w Niemczech, która planowana jest na początek października. Nie ma co prawda zabukowanych terminów, ale są podane daty i aktualnie są powoli bukowane. Będziemy tam grali z niemieckim zespołem PLACENTA.

 

Motyl: Ale w sumie nie patrzymy na to z tej strony, czy będziemy podbijać, czy nie. My po prostu lubimy jeździć i grać koncerty. Nieistotne, czy gramy dla trzydziestu osób, czy stu.

 

Groov: Inną fajną rzeczą jest to, że tłuczemy się w busie 8 godzin, żeby dać koncert. W trakcie jazdy wymyślamy różne głupawe rzeczy. Na przykład nasza nowa zabawa to „bezwładność”. Na krzyk: „bezwładność!” wszyscy się przewracaliśmy. Wypadło super. Przez 8 godzin jesteś w stanie wymyślić coś równie inteligentnego.

 

Macie taki zespół lub zespoły, z którymi chcielibyście wyruszyć na trasę?

 

Motyl: A ja nie mam takiego zespołu, z którym chciałbym zagrać. O, w sumie z PANTERĄ bym chciał zagrać. (śmiech) I z CROWBAR.

 

Groov: A ja z BEHEMOTH i SLAYER. Motyl by dobrze wyglądał, jakby grał w CROWBAR. (śmiech) Ma grubą twarz.

 

DMD-graphic

Kto dowodzi w DROWN MY DAY? Macie despotycznego lidera, który odpowiada za pisanie większości muzyki, tekstów, za kontakty z mediami? Motywuje Was do grania i komponowania, inicjuje regularne próby? Czy działacie zupełnie demokratycznie i kolektywnie?

Groov: W zespole jest podział obowiązków, zdecydowanie. Każdy ma inne zadanie. Motyl robi materiał, ja robię teksty i cały PR, Arek jest kierowcą, Adam ma salkę prób.

 

Motyl: Adam ma salkę i jest Adamem. Jest stary, najstarszy i umie wpływać na każdego z nas. Od bardzo dawna gramy próby dwa razy w tygodniu, czasem raz. To zasługa Adama, bo on ciśnie strasznie. I mnie to Adam głównie motywuje. Bo on po prostu, jak ja czegoś nie chcę robić, bo jestem leniwy, strasznie na mnie krzyczy. Wyzywa mnie, przelewa na mnie swą nienawiść i to jest główna motywacja do grania.

 

Groov: I to daje bardzo wysoką formę. Ogólnie nie gramy mniej niż jedną próbę w tygodniu. Chyba że nie ma któregoś z nas.

 

Strasznie na siebie krzyczycie przy komponowaniu lub na próbach?

 

Motyl: Nie, raczej nie. Znaczy, wiesz, komponowanie wygląda to tak, że ja sam wymyślam utwory, nagrywam riffy na komputer i potem wklepuję sobie perkusję. Jak numer jest gotowy, to go wtedy trochę modyfikujemy, dogrywamy. To znaczy nie gramy prób w całym składzie, tylko ja się umawiam z Adamem, zgrywamy perkusję z gitarą, a potem się to już tylko rozwija o kolejną gitarę, a bas gra to, co gitara. (śmiech) Razem męczymy się, wyrzygujemy piosenki, riffy, aranżacje, bity perkusyjne, blasty, beat downy. Wszystko, co się da i wszystko, co trzeba.

 

Przygotowujecie teraz nowe kawałki na debiutancki, pełny album?

 

Motyl: Robimy materiał na nową płytę. Część utworów już jest zrobiona. I ta płyta rozpierdoli po prostu. Nie ma przebacz. Szybki wpierdol i do domu…

 

Szukacie wydawcy? Kiedy mniej więcej ukaże się nowa płyta?

 

Motyl: W sumie mamy wydawcę. Będzie to wytwórnia Noizgate Records z Niemiec. Niejaki Marcus będzie naszym wydawcą. Pozytywny człowiek, chociaż Niemiec. (śmiech) On wydaje między innymi zespół PLACENTA.

 

Groov: Album zostanie wydany na początku 2012, w pierwszej połowie.

 

A nie wydaje Wam się to dziwne, że młody, polski zespół, dużo grający, kombinujący, nie może znaleźć wydawcy w Polsce, tylko musi szukać zagranicą? Ale nie jesteście pierwszą kapelą z Polski, która wydaje się zagranicą.

 

Groov: To nie jest dziwne, to jest Polska. Faktycznie takich zespołów jest wiele. ANGELREICH, wiadomo, że BEHEMOTH. Nawet FRONTSIDE próbował wydawać anglojęzyczne wersje swoich płyt w szwedzkim Regain, ale odbiór był chyba średni. No ale wydaje mi się, że FRONTSIDE to jest taki polski zespół, taka nasza gwiazda.

 

A Wy, jak się domyślam, nie jesteście w stanie utrzymywać się z samego grania, póki co?

 

Groov: Nie, nie, nie. Muzyka, którą gramy, nie daje nam ani złotówki na przód. Cały czas jest dokładanie z własnej kieszeni. Nawet teraz jak byliśmy na Węgrzech, musieliśmy dokładać sto, dwieście złotych. Pieniądze może śmieszne, ale tak naprawdę z tym, co robimy, nie wychodzimy na plus. Staramy się wyjść na zero i nie stać nas, żeby wybulić parę tysięcy, aby zainteresowała się nami polska wytwórnia. Tak to wygląda. I nic się nie zapowiada, żeby cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić. Przynajmniej póki co.

DMD-band

 

Może kiedyś to się zmieni. Gdzie widzicie siebie z DROWN MY DAY, powiedzmy za… 10 lat?

 

Motyl: No, stary, na backstage’u z laskami! (śmiech)

 

Groov: Może za te 10 lat muzyka, którą tworzymy, będzie postrzegana za jakieś dobro, a nie gówno. Mam już powoli dość chodzenia na juwenalia i oglądania jakichś zasranych zespołów.

 

Jak oceniacie obecną sytuację na scenie metalowej w Polsce? Nie wydaje Wam się to trochę śmieszne, że zespoły typu BEHEMOTH czy VADER są bardziej znane zagranicą niż w Polsce? Te grupy od pewnego czasu proponują coraz lepsze płyty, a w naszym kraju się ich nie promuje i narzeka się, że nic się w temacie muzyki metalowej nie dzieje.

 

Motyl: W Polsce się po prostu inną muzykę promuje i pompuje się w nią naprawdę dużą kasę. Poza tym Polska jest krajem, w którym się na wszystko tylko narzeka. To jest główna mentalność ludzi w Polsce.

 

Groov: To jest mentalność gówna! (śmiech) Polska zawsze miała wyjebane na metal. Możliwe, że kiedyś młodzi ludzie trochę zmienią swój sposób patrzenia na świat. Teraz widzę to tak, że z jednej strony jest lepiej, a z drugiej mentalność niektórych ludzi i ogólna zajawka na taką muzykę zdecydowanie spadła. Mamy coraz silniejsze zespoły, coraz lepiej nas postrzegają na arenie międzynarodowej. A z drugiej ludzie chodzą na koncerty i mówią: kupię sobie koszulkę, nie słyszałem tej kapeli, ale fajny wzór… Albo: o, zajebisty koncert, pójdę znowu; albo nie pójdę, nie chce mi się.

 

Motyl: Obczaję na YouTube…

 

Właśnie! Jakie macie zdanie o Internecie?

 

Groov i Motyl (śpiewają): Internet, Internet – łączy ludzi, ludzi, ludzi…

 

Groov: Gdyby nie MySpace, prawdopodobnie w tym momencie nie gralibyśmy żadnej trasy. Bo jak się pojawił MySpace, to było siedzenie osiem godzin na dobę i szukanie kapel takich jak my, które zaczęły startować. Tak budowaliśmy sieć kontaktów. A umówmy się, że jest masa zajebiście grających zespołów, które się nie promują, a bez tego, niestety, ciężko cokolwiek osiągnąć.

 

A jak, w obliczu Internetu, oceniacie szanse przetrwania rynku fonograficznego? Mp3 nie zabije klasycznych płyt, które, co by nie mówić, zawsze były dość specjalnie traktowane przez zespoły i fanów muzyki rockowej / metalowej. Zakup płyty ma w sobie coś specjalnego, magicznego – trzeba ją rozpakować, przeglądnąć wkładkę, poczytać teksty. A nie – kliknąć download i zgrywać na iPod czy mp3.


Groov: Ja dalej kupuję płyty, bardzo lubię zapach książeczki, ale widzę w mp3 coś fajnego. Dawniej była ta magia – szedłeś do sklepu i kupowałeś płytę: patrzyłeś – fajne logo, fajna okładka – biorę. A teraz jest tak, że kupujesz pewniaka. Ściągasz płytę, wałkujesz ją piętnaście razy – jeśli ci pasuje, myślisz: zajebista, idziesz do sklepu i kupujesz. I masz fajną płytę na półce.

 

Motyl: Ja jestem takiego zdania, że płyta CD za kilka, kilkanaście lat będzie miała status taki, jaki aktualnie ma płyta winylowa. Ciągle się płyty winylowe produkuje, ciągle się wydaje pewne albumy na nich, ale to jest bardziej dla zapaleńców, dla ludzi, którzy mają zajawkę na to, żeby zbierać winyle. I tak może być za parę lat z płytami CD.

 

Groov: No i z kasetami może?

 

Motyl: Nie, kasety raczej nie wrócą. Bo prawda jest taka, że walkmena nikt nie będzie już nosił ze sobą.

 

Dotąd ukazały się trzy oficjalne wydawnictwa DROWN MY DAY. Najpierw demko w 2007 roku, jeszcze po polsku! Później dwie EPki: „One Step Away From Silence” w 2008 i „Forgotten” w 2010. Który materiał, według Was, ostatecznie Was zdefiniował i był przełomowy w kwestii, powiedzmy sobie, popularności?

 

Groov: „Forgotten”, zdecydowanie.

 

Motyl: A mnie się wydaje, że pierwsza EPka.

 

Groov: To znaczy duży był skok pomiędzy tym, co na demku, a na pierwszej EPce, fakt. Poza tym praca nad demówką z mojej perspektywy się trochę różniła, bo jak przyszedłem do zespołu, materiał był już nagrany i trzeba było tylko napisać teksty i zadrzeć ryja.

 

drown.my.day_forgottenGdzie nagrywaliście materiał „Forgotten”, że brzmi tak zawodowo?

Motyl: EPka była nagrywana w salce. Sesję nadzorował nasz poprzedni gitarzysta, Zvish. Nagrywaliśmy na kompa, gitary były nagrywane w domu, wokale były nagrywane w radiu, gdzie pracowałem i potem Zvish ten materiał miksował. Wszystko zasługa Zvisha, on z tego zrobił cudo.

A jaki był odbiór „Forgotten”? Jesteście zadowoleni z reakcji publiki, czy oczekiwaliście czegoś więcej?

Groov: Ja uważam, że to był gigantyczny sukces dla nas. Nie dostaliśmy tak naprawdę ani jednej negatywnej recenzji, a najczęściej były to oceny w okolicy 8 czy 9 na 10. Uważam, że to ogromny sukces. Ponadto w rubryce demówek w „Metal Hammer” otrzymaliśmy miano dema miesiąca. A wiadomo, takie miano wcześniej otrzymywały takie kapele jak na przykład DECAPITATED.

drown.my.day_groovTeraz, Groov, trochę na temat Twojego wokalu. Zauważyłem, że masz rzadko spotykaną, bardzo dobrą dykcję. Rzadko się zdarza, szczególnie w Polsce, że jak wokalista, umówmy się: drze ryja, to można zrozumieć, co śpiewa. Kto Cię, poza Chrisem Barnesem, inspirował, jak ćwiczyłeś?

Groov: Dykcję mam zajebistą! (śmiech) Zaczynałem od tego, że się darłem po prostu. Puszczałem sobie tabulatury gitarowe na Guitar Pro: CANNIBAL CORPSE, SIX FEET UNDER i tak ćwiczyłem growl, a scream sam przyszedł. W ogóle na wokalu Chrisa Barnesa uczyłem się growlować – to taka ciekawostka. Nie uważam, oczywiście, że jestem dobrym wokalistą – bo jestem chujowy, ale… Wiele osób się pyta: ej, naucz mnie. A ja mówię: nie umiem. Uważam, że jeśli nie czujesz muzyki, to nie będziesz dobrym wokalistą. Musisz się drzeć, aż zauważysz, że cię gardło nie boli i wtedy będziesz wiedział, że robisz to dobrze. Musisz się zjebać, żeby być zajebistym. (śmiech) A teraz ja bym chciał mikrofon bezprzewodowy, na przykład.


No dobra, teraz Wasze inspiracje. Czym się inspirujecie? Muzyka, książki?

 

Motyl: Ja jestem wielkim miłośnikiem horrorów, kina grozy. Inspirujemy się złem.

 

Groov: No zło, generalnie zło.

 

Ale zło stosowane czy teoretyczne?

 

Motyl: Zło stosowane i teoretyczne. Stosowane zawsze jest lepszą inspiracją, prawda? Szatan nie może głodny chodzić spać, więc trzeba mu składać ofiarę.

 

Groov: Trzeba dokarmić, chuja.

 

A inspiracje do tekstów skąd bierzecie?

 

Motyl: Tak ogólnie to piszemy o źle. I generalnie zło jest tematem tekstów. (śmiech)

 

A inspirujecie się jakimiś konkretnymi kapelami? Czego w ogóle ostatnio słuchacie? Przyznajcie się bez bicia, słuchacie od czasu do czasu lajtowej muzyki? Klasyki rocka? BEATLESów? STONESów? Groov, Ty podobno lubisz KATY PERRY?

 

Groov: KATY PERRY to jest w ogóle odlot! Poza tym bardzo lubię najnowszą RIHANNĘ. No jasne, że z nowych zespołów słucham również jakiegoś deathcore’u, ale dużo bardziej wolę posłuchać starych, metalowych płyt niż tego, co się teraz wydaje. Wolę też słuchać dobrego popu niż jakichś smutnych zespołów rockowych. Nikt nie lubi u nas rocka. OASIS – co to, kurwa, jest OASIS? Jakieś R.E.M. – bez sensu. A, nowe LIMP BIZKIT jest spoko.

 

Motyl: Nowe LIMP BIZKIT nie jest spoko… W sumie mi ciężko jest stwierdzić, czy czymś się inspiruję, bo słucham bardzo różnej muzy, raczej mało deathcore’u czy metalcore’u. Ja ogólnie nie lubię rocka. Nie trawię BEATLESów, STONESów też – wokalista ma taki śmieszny ryj. Ale na przykład kocham każdą płytę PINK FLOYD. I uważam, że to jest legendarny zespół. Poza tym słucham bardzo dużo lajtowych rzeczy. Również jazzu i bluesa. I hip-hopu. Na przykład ostatnio słucham takiej płyty HANS SOLO „8” – taki raper z Poznania i bardzo mi się podoba taka muzyka. Ale też słucham trochę ciężkiej muzy.

 

Czyli nie trzeba słuchać wyłącznie metalu, żeby łoić czadowy metalcore/deathcore.

 

Motyl: W ogóle nie trzeba.

 

Najważniejsze zespoły w historii muzyki metalowej, Waszym zdaniem, to…? A najważniejsza metalowa płytka?

 

Motyl: PANTERA. BLACK SABBATH.

 

Groov: SLAYER, kurwa! „Reign In Blood”! „Far Beyond Driven” PANTERA. „Roots” SEPULTURA. Wiesz, ja się wychowywałem na muzyce typu MACHINE HEAD, FEAR FACTORY, SEPULTURA. Ale się nie ograniczam, bo, wiesz, uwielbiam IMMORTAL – „Battles In The North” to jest dla mnie coś bardzo ważnego, czy inne dawne nagrania IMMORTAL. Z death metalu lubię CANNIBAL CORPSE.

 

Groov, wymieniasz SEPULTURĘ, a jak oceniasz jeszcze te pomysły Cavalerów w SOULFLY lub CAVALERA CONSPIRACY?

 

Groov: Nie, no, daj spokój. Widziałem tę nową SEPULTURĘ jakieś pięć lat temu w Warszawie z IN FLAMES. I wiadomo, to są goście, którzy grają prawie trzydzieści lat. Pierwsze dwie płyty SOULFLY były wyjebane. A później od „Concquer” nuda w chuj. A CAVALERA CONSPIRACY, jakieś takie… Blee. Niby fajne, no ale… Nie przesłucham tego więcej niż dziesięć razy.

 

Motyl: A ja lubię pierwsze dwie płyty SOULFLY.

 

W takim razie jak Wam się podoba nowa płyta MORBID ANGEL?

 

Motyl: A daj spokój. Mnie się nie podoba w ogóle.

 

Groov: To znaczy, fajnie się tego słucha, tylko gdyby to nie było MORBID ANGEL. Bo jak odpalam MORBID… Choć jakimś wielkim fanem nie jestem, a przez jakiś czas nawet mnie ta kapela nudziła, choć głośno tego nie mówiłem, bo by mnie ukrzyżowali…

 

Motyl: Metale by cię ukrzyżowali…

 

Groov: …metale… Jak chcę posłuchać MORBID ANGEL, to włączam stare płyty, a nie MARILYNa MANSONa z growlem… Naprawdę.

 

A słyszeliście nowego VADERa?

 

Groov: W chuj zajebista płyta materiał, ale słyszałem, że podobno Peter nie komponował tego albumu w ogóle… (śmiech)

 

A czekacie na jakąś płytę szczególnie? Z nadchodzących albumów?

 

Groov: Na nową PANTERĘ wciąż czekamy, ale jakoś… od dziesięciu lat cisza. Nie wiem, co się dzieje. (śmiech)

 

Motyl: Nie wychodzi. (śmiech) A tak na poważnie, nie wiem, czy na coś czekam. Nie, chyba nie… Szczerze mówiąc, od pewnego czasu nie śledzę dokładnie, co się dzieje na scenie – prędzej czy później o tym usłyszę. Nie interesuję się tym zbytnio, nie czytam „Metal Hammera” co miesiąc.

 

Od pewnego czasu panuje opinia, że metal się skończył – że nie ma szans na wymyślenie czegoś nowego w ciężkiej muzyce. A jak Wy to widzicie?


Groov: Black metal z hip-hopem – to by mogło być ciekawe.

 

A jak oceniacie mieszanki metalu z hip-hopem, jak swego czasu SWEET NOISE z PEJĄ kombinował?

 

Motyl: Źle się do tego zabrali, przede wszystkim. Po prostu to nie było dobre.

 

Groov: Znaczy, tam była pompowana ogromna kasa. To było na bardzo wysokim poziomie jak na Polskę. Ale z biegiem czasu… Ale jakoś teraz Glaca reaktywował zespół pod nazwą…

 

Motyl: MY RIOT.

 

Groov: Jakoś tak. I płyta się nawet „Sweet Noise” nazywa, chyba.

 

Teraz trochę abstrakcyjnie w takim razie… Wracacie sobie z trasy i dzwonią do Was goście z FIRMY, bo z Krakowa jesteście, i mówią: zróbmy coś razem. Co Wy na to?

 

Groov: Ja nie odbieram telefonu. (śmiech)

 

Motyl: No można by było zrobić coś takiego, dlaczego nie? To jest promocja dla jednej i dla drugiej strony.

drown.my.day_live

 

Wyobraźcie sobie, że macie możliwość uformowania kapeli wszechczasów z żyjących i zmarłych muzyków. Kogo byście wskazali?

 

Groov: O! Lubię takie pytania. Najpierw Motyl, później ja, muszę pomyśleć.

 

Motyl: Trudne pytanie, ciężko tak od razu odpowiedzieć.

 

Groov: (chwila ciszy i zastanowienia) Dimebag Darrel, Phil Anselmo, Rex Brown i Vinnie Paul… (śmiech)

 

Motyl: Ja bym na przykład wziął Iommiego, gitarzystę BLACK SABBATH, bo bardzo dobre riffy tworzył. Wziąłbym Phila Anselmo, Kirka Covingtona [perkusista jazzowej grupy TRIBAL TECH – red.], gitarzystę PANTERY [Dimebag Darrel – red.], bo bardzo lubię, jak on gra… Chociaż nie! Taka płyta już wyszła parę lat temu. „Roadrunner United” się chyba nazywała. Tam gwiazdorska obsada była.

 

Groov: Ja bym wziął na wokal Maxa Cavalerę, ale sprzed dziesięciu lat…

 

Motyl: I Phila Anselmo.

 

Groov: O, dwa wokale – Max Cavalera i Phil Anselmo, Dimebag na gitarze i Kerry King. Na bas bym wpierdolił, kogo? Z basistami to jest, kurwa, problem…

 

Motyl: Basistę PRIMUSa.

 

Groov: O! Basistę PRIMUSa – Les Claypool. A na bębny, to nie wiem.

 

Motyl: Davida Silverię. (śmiech)

 

Groov: Lombardo.

 

Będziemy kończyć ten wywiad. Czego Wam życzyć na nadchodzące dni, tygodnie czy miesiące?

 

Motyl: Zdrowia i szczęścia i pomyślności. I szatana na koncercie.

 

Groov: Żeby wpadł w końcu.

 

W takim razie: zdrowia, szczęścia, pomyślności, pieniędzy i ognia na koncertach. I wszystkiego najlepszego, ogólnie. Dzięki za wywiad.

 

Groov i Motyl: Nawzajem! Damy radę! Dzię-ku-je-my. (śmiech)


[Tomasz Kulig]