EDGUY Rocket Ride ’06

To druga recenzja niemieckiego EDGUY, którą popełniam na łamach Atmospheric. O ile wzmianka i parę krytycznych słów o ubiegłorocznym „Age Of The Joker” spowodowane były premierą nowego dzieła niemieckich mistrzów heavy/power metalu, o tyle recenzja „Rocket Ride” z 2006 roku ma wymiar sentymentalny. Dlaczego? Ponieważ powyższy album był jednym z pierwszych metalowych krążków, jakie w życiu słyszałem! Nie śmiejcie się – jestem najmłodszy w redakcji, a swoją przygodę z metalem zacząłem 6-7 lat temu, gdy moja muzyczna jaźń zaczęła proces gruntownego klarowania i odróżniania otaczającego społeczeństwo „bullshitu” od brylantów. Podróż w nieznane rozpocząłem od kultowego „The Number Of The Beast” IRON MAIDEN, jednak jedną z kolejnych płyt była własnie „Rocket Ride” EDGUY. I od razu dokumentnie mnie skopała! Co więcej, uważam, że to własnie „Rocket Ride” jest kamieniem milowym w dyskografii Tobiasa Sammeta i spółki. Każda kompozycja zamknięta na liście dwunastu, które możecie usłyszeć na „Rocket Ride” to czyste złoto. Od klimatycznego, nasyconego świetnymi wstawkami symfonicznymi, balladowego „Sacrifice”, przez bardziej żywiołowy utwór tytułowy, „maidenowy” „Wasted Time” (aluzja do „Wasted Years”, hmm?), podbity grubym basem „Matrix”, piękne, łapiące za serducho ballady „The Asylum” czy „Save Me” na kultowym już „Superheroes” lub moim ulubionym „Trinidad” kończąc. Każdy numer przynosi słuchaczowi potężną dawkę luzu, czadu i powoduje, że odbiorca chcąc-nie chcąc – musi się uśmiechnąć. Punktem kulminacyjnym dobrej zabawy jest wspomniany wyżej „Trinidad”. Starego, hard-rockowego ducha przynosi kończąca album kompozycja „Fuck With Fire (Hair Force One)”. I irytuje mnie nazywanie EDGUY w szyderczy sposób EDGAY i wytykanie zbyt zabawnej formuły tego albumu. Czy wszystko w metalu musi być takie poważne, smutne i złe? Moim zdaniem nie. A płyty pokroju „Rocket Ride” idealnie nadają się na heavy metalowe imprezy przy dużej ilości złocistego trunku w roli głównej. Mimo, iż metalowe opowieści o rycerzach łamiących serca zamkniętych w wieżach księżniczek, smokach, krasnoludach i innych kreaturach, opiewane w twórczości power metalowej wzbudzają mój uśmiech i nie przykuwają zbytnio uwagi – żartobliwy power metal, wzbogacony symfonią, akcydentalnymi klawiszami i pięknymi, zespołowymi chórkami, który od lat proponują wariaci z EDGUY łykam bez przepitki. Od sześciu lat, bez przerwy – z niekłamaną radością i wielką przyjemnością. Tyle w temacie. [Tomasz Kulig]

Edguy, http://www.edguy.net/ ; http://www.nuclearblast.de