Emte #3 `01

emte.3„EMTE” #3
`01 (A4/70s./xero/6zł-trade)

#3 „Emte” ukazał się z kilkumiesięcznym opóźnieniem, więc już w chwili wydania część zgromadzonym materiałów była mało aktualna i niestety z przykrością muszę przyznać, że ich bogactwo oraz ogólnie objętość zina nie wynagradza jednak tego długiego oczekiwania na premierę. Nie przekonała mnie właściwie prawie pijacka pogadanka na żywo z UNNAMED, owe pięć (!) pytań do EMBALMED SOULS to jakiś „wypadek przy pracy”, drażnią mnie głupie dopiski przy wypowiedziach ludzi z FAUST czy MISTERIA, a nawet tym razem nie podoba mi się zbyt jajcarska rozmowa z ETHELYN. Zresztą te wszystkie kwestie można znacznie poszerzyć o ogólne spostrzeżenia dotyczące humoru w „Emte”, który stał się odważniejszy i bardziej pikantny oraz stylu pisania i słownictwa używanego w tym zinie. Nie mogę, ręce mi opadają, jak czytam: „…fiutek stoi, …zwisa w dół”, „werbel zapierdala jak Tomek na chwilę przed orgazmem” czy „tak naprawdę nie śpiewanie jest jej powołaniem, ale raczej np. wypróbowywanie nowych proszków do prania”. Ja wiem, że Marta ma dom, męża, itp., ale tak częste i dziwaczne podkreślanie, że za „Emte” stoi kobieta może zniesmaczać chyba nawet facetów, którzy sięgają po prasę podziemną po prostu w poszukiwaniu informacji o muzyce, a jak się chcą pośmiać, to przykładowo nastawiają sobie nieśmiertelnego Monty Pythona. Na drugi raz proponuję, aby pani redaktor odreagowała stresy podczas gotowania niedzielnego obiadu. Te zacytowane wyżej fragmenty zostały wyjęte z recenzji muzyki, które wprawdzie bardzo się poprawiły w porównaniu do poprzednich numerów, są obszerniejsze i dokładniejsze (w tym miejscu duże brawa dla Krzyśka z „Into The Nighty I”, który dorzucił gościnnie przysłowiowe trzy grosze), jednak znów nie mogę się nie dopieprzyć akurat do poprzedzającego niektóre z nich hasła: „dziękuję Mittloffowi za udostępnienie materiału”. Moim zdaniem to przesada oddawać komukolwiek cześć i honory w tak ostentacyjnej formie. Jeśli Marta ma wobec właściciela Apocalypse Prod. jakiś cholerny dług wdzięczności, to niech postawi mu pomnik w centrum stolicy albo urżnie go wódą na najbliższej imprezie. Tym bardziej mnie to śmieszy, że w recenzjach tych demówek padają czasem takie komplementy, że niby jak to żadna z krajowych wytwórni nie zainteresowała się jeszcze daną kapelą. Dziwię się więc, dlaczego pałker HATE nie wydaje tych promocyjnych stuffów, zamiast podrzucać je koleżance z zaprzyjaźnionego pisemka. Chyba w ten sposób uspokaja swoje sumienie i może później odpisać zespołom, że przecież pomógł im w rozreklamowaniu w jakimś xerowanym zinolu. Z drugiej zaś strony inne kapele są krytykowane, bo po prostu grają taki rodzaj muzyki, chociażby pokrewny core`owi, który powinien być skierowany do innych odbiorców niż czytelnicy „Emte”. O cholera, to właśnie przy nich pada kilkakrotnie sformułowanie „new metal”, ponoć opisujące styl typu KORN. No ale jest w tych prezentacjach przynajmniej jedna dobra rzecz, bo jednak pokazują one w przypadku kapel z Warszawy, że stołeczna scena muzyczna jest bardziej prężna niż myśli niejeden. Teraz słówko o recenzjach piśmideł undergroundowych tym razem. Znów się czepię oczywiście. Pomysł z suchym wymienieniem zawartości tychże wydawnictw (podział na: wywiady / artykuły / recenzje / biografie / raporty z koncertów / grafiki / liryki / ilość stron / format / uwagi) był na tyle oryginalny, co po prostu beznadziejny. Tyle to można się dowiedzieć z flyersa, a recenzja powinna mieć przecież jakąś wartość krytyczną, oceniającą i ukierunkowującą. Kolejny minus „Emte” #2 to reklamy na 1/3 strony. Zwyczajnie powiększone ulotki najczęściej. Oj, w taki sposób Marta promowała swoich kolegów w debiucie, ale widocznie nauka poszła w las. Na koniec napomknę, że numer zawiera jeszcze sporo relacji live, jakieś wiersze, dwie ankiety, kontynuację bloku „10 najlepszych”, a wszystko to kręci się wciąż wokół tych samych osób, kapel, z którymi najczęściej Marta kumpluje się prywatnie. Ot, prawie jak w rodzinie. Cóż, „Emte” odnotował spadek poziomu i właściwie zaczynam wątpić, czy ten zine ma perspektywy dołączyć do czołówki naszej prasy, bo jednak ilość stron i ogrom materiałów nie zawsze przekłada się na jakość, a poza tym trzeba to wszystko sensownie opracować i poukładać obok siebie. A tego mi brakuje w pracy Marty. Ale wcale jej nie zniechęcam, więc bądźmy dobrej myśli. Spróbować raz jeszcze na pewno warto. [Kasia]

„Emte”, Marta Chlastacz, ul. Wilanowska 8/27, 05-120 Legionowo; earedaw@poczta.onet.pl