ERIS IS MY HOMEGIRL, FINAL SACRIFICE, JOHN DOE’S BURIAL – 3.03.2012, Katowice

2012.03.03_eris.is.my.homegirl„All In One Night”:

ERIS IS MY HOMEGIRL,
FINAL SACRIFICE, JOHN DOE’S BURIAL

3.03.2012, Katowice, „Mega Club”

W sobotę 3 marca 2012 roku w katowickim „Mega Clubie” odbyła się dosyć nietypowa impreza muzyczna. Pod całkiem enigmatyczną nazwą „All In One Night” agencja United Visions postanowiła stworzyć wydarzenie zrzeszające fanów zarówno ciężkich brzmień (tej racji dzielnie broniły kapele: JOHN DOE’S BURIAL, FINAL SACRIFICE oraz ERIS IS MY HOMEGIRL), jak i muzyki electro (SON OF KICK, PZG, JUNKIE PUNKS). Dosyć zaskakująca formuła tego przedsięwzięcia w gruncie rzeczy mogła przerażać (no bo jak to, albo idę na koncert, albo na bibę!), jednak w końcowym rozrachunku dało się na szczęście odczuć, iż owe widowisko do zjadliwych należało. Chcąc nie chcąc zostałem oddelegowany na ten gig, choć początkowo byłem nieco sceptyczny, ale… jednak nie żałuję, odchamił się człowiek, a co!

Koncert rozpoczął się z lekkim poślizgiem o godzinie 19:30. Frekwencja w klubie nie napawała o tej porze wielkim optymizmem. Z czasem jednak gawiedzi zaczęło przybywać, co też najpewniej związane było z brakiem konieczności uiszczenia jakiejkolwiek opłaty przy wejściu do „Mega Clubu”:-).

Jako rozgrzewacz zaprezentował się deathcorowy kwintet z Piotrkowa Trybunalskiego, czyli zespół JOHN DOE’S BURIAL. Kapela przedstawiła mieszankę metalu inspirowanego elementami deathcoru. Ze sceny cały czas emanowała potężna dawka agresji i energii (co starał się uwidocznić zwłaszcza niejaki Wlazło odpowiedzialny za wokale). Grupa z jednej strony atakowała ciężkim, czasami wręcz mozolnym brzmieniem (God bless breakdowns!), z drugiej zaś usiłowała delikatnie ubarwić całość subtelną melodią. Wokalnie sprawa wyglądała dobrze, choć osobiście preferuję nieco niższe rejestry śpiewu. Gitarowo i perkusyjnie (jeśli można w ogóle zestawić razem oba te aspekty) występ wypadł solidnie – na plus można zaliczyć mięsiste brzmienie wioseł, druzgocący bas i równiutką grę drummera. Cóż, kark sam zginał się do trzepania piórami, co można uznać za przejaw pozytywny. Tak samo, jak pozytywny był występ JOHN DOE’S BURIAL.

DSC_0412

W dalszej kolejności, po krótkiej przerwie na deskach katowickiego „Mega Clubu” pojawił się kolejny przedstawiciel brzmień z zakresu ciężkich, a mianowicie poznańska metalcorowa grupa FINAL SACRIFICE. Audytorium podczas tego występu powiększyło się o ok. 50%. Muszę przyznać, że był to chyba najlepszy koncert tego wieczoru i równocześnie bardzo dobre odkrycie muzyczne, bynajmniej w moim przypadku (bo szczerze mówiąc wcześniej znałem jedynie ERIS IS MY HOMEGIRL, i to z Polsatu…). Muzycy zdawali się łączyć bardzo techniczne motywy, często nawiązujące do death metalowego rzemiosła, z charakterystycznym skrzekliwym wokalem operującym zarówno w bardzo wysokim, jak i bardzo niskim zakresie. Dało się czuć pewną swobodę i przestrzeń wypowiedzi, które mieszały się z partiami zaiste brutalnymi. Gitarowo: porządne sweepy, precyzyjny tapping i solówki oraz nisko plumkający bas. Perkusyjnie: genialna koordynacja, ekstremalne przejścia i szybkie blasty. W trzech słowach: solidna techniczna muzyka. Gorąco polecam.

DSC_0466

I na sam koniec „creme de la crème”, czyli ERIS IS MY HOMEGIRL. Kapela ta raczej większości publiki była bardzo dobrze znana, co chyba nikogo nie powinno dziwić. Zespół zaprezentował dosyć długą setlistę, grając różne szlagiery, m.in. „Shut Your Mouth And Give Me The Panhandle”, czy „Scarlett Goes To The Dinosaurs’ Theme Park”. Na pochwałę zasługuje na pewno interesująca rytmizacja kawałków, różnorodność wokalna Ernesta, czy swobodna gra Jacka Moroziewicza na (często niedostrojonym) Gibsonie SG. Szkoda, że panowie mieli problemy techniczne ze wzmacniaczem do basu, ale na szczęście dało się je zażegnać w miarę szybko. Cóż, publika podczas tego występu była baaaaaardzo liczna. Przewijały się zarówno osoby z klimatów, okołoklimatów, jak i chyba w większości przypadkowi słuchacze, którzy w głównej mierze przyszli do „Mega Clubu” na część DJ’ską, na której przyjemności uczestnictwa nie zaznałem. Po ostatnim kawałku ERIS IS MY HOMEGIRL (jak się później okazało przedostatnim) udałem się do wyjścia (a bis uciekał…).

DSC_0521

Cóż, owe wydarzenie było nietypowe, ale z pewnością zespoły reprezentujące scenę gitarową zagrały z dużą pasją, zaangażowaniem, a ich występy był warte uwagi. Idąc bez większej wiedzy na temat kapel biorących udział w „All In One Night”, udało mi się wyrobić o nich dobre zdanie, gdyż ich podejście do sprawy było profesjonalne. Jeśli łączenie stylów ma być antidotum na poprawienie frekwencji na metalowych koncertach, to oczywiście nie należy się temu przeciwstawiać (w tym wypadku to zadziałało, choć „free wjazd” pewnie i swoje zrobił). Stay tuned!

[Adam Dzwonnik]