EVIL MACHINE War In Heaven `13

Tu Stukas jakowyś przeleci, tam bombka sięgnie celu albo poleci seria z cekaemu… Dźwięki między utworami nie zostawiają wątpliwości, że tu trwa totalna wojna, a nie imieniny u babci Petroneli. EVIL MACHINE na płycie „War in Heaven” gra ordynarny death/black metal ze zgoła punkowym buntem i kilkoma riffami z arsenału starego teutońskiego thrashu. Na widok obnaszywkowanej katany wokalisty obstawiam, że musi mieć na niej wyszyte takie nazwy jak HELLHAMMER, VENOM, SARCOFAGO czy SODOM. I co z tego, że debiut białostoczan wyszedł dopiero w siódmym roku istnienia zespołu? Ta muzyka powinna odleżeć swoje w jakiejś zatęchłej piwnicy. Słychać zresztą, że grają stare pryki, którym nadal się chce i mają ten cały old school na rozkładzie. Dość rzucić nazwami bandów, jakie współtworzyli: DEAD INFECTION, HERMH, HATE, PYORRHOEA czy ABUSED MAJESTY, a będzie jasne, że te wiarusy wiedzą, którą stroną karabin strzela. Na „War in Heaven” wysmażyli dziesięć tracków zazwyczaj w średnich tempach. Niekwestionowane killery: „Bloody Emperor”, brzmiący jak międzypokoleniowy alians CELTIC FROST i WATAIN, potępieńczy hymn „Evil Machine” oraz wolny i miażdżący „Diabeł” z udziałem Cezara. Frontman CHRIST AGONY to zresztą nie jedyny gość, jaki wziął udział w nagraniach. W „Onslaught (Power from Hell)”, kowerze wiadomego zespołu, ryknął Peter z VADERa, kilka solówek wyciął Seth, a w „Evil Machine” słychać w tle pokrzykiwania Rodaka z NEUROPATHII. Aaa, nie należy zapominać o jeszcze jednym hołdzie dla „idoli”, bo „Die Hard” VENOM to naprawdę świetny kawałek wysokoobrotowego rock’n’rolla. Mocna i przemyślana płyta, a że piwniczny sound nie przesłania klarowności, to również i bezbłędnie brzmiąca. Mamy więc pierwszy celny strzał z Arachnophobia Records. W końcu wiadomix, że doświadczeni kanonierzy nie mają problemów z celowaniem. [Elvis Belzebub]

Opisując płytę „War In Heaven” EVIL MACHINE poszedłem na tzw. żywioł. Mianowicie nie zapoznałem się z założenia z innymi opisami materiału. Zakładam, że działając w taki sposób uzyskuję jasność poglądu nieograniczoną sugestiami osób trzecich, czyli innych recenzentów. Jeśli już napiszę bzdury, to przynajmniej będą one autorskie, nie zasugerowane. Jedyną sugestią, jakiej zostałem poddany, to krótki opis, jaki usłyszałem w momencie wręczenia mi płyty do recenzji, mianowicie miał być to dość prosty death metal. Nie ukrywam, że death metal to coś, co lubię i mogę powiedzieć, że odrobinę więcej o nim wiem niż np. o gothic metalu czy art rocku, więc powinno być dobrze, choć wyszło średnio. Okazało się, że EVIL MACHINE nie gra ogólnie rozumianego współcześnie spotykanego death metalu, a muzykę śmierci i diabła (jak by ją nie klasyfikowano) i sięgającą do klasyków gatunku, których nawet we wkładce do CD uprzejmie wymieniono. Określenie „Gods of eternal inspiration” sugeruje wiele, a równocześnie nic. Owa inspiracja jest rzecz jasna słyszalna, ale w formie idei, myśli przewodniej. Nie da się w tym rodzaju grania nie kopiować pewnych kwestii. Aby zachować konwencję, trzeba oprzeć się na określonych riffach, nie można posunąć się za daleko we własnych pomysłach. Wydaje mi się, że z założenia, co zresztą EVIL MACHINE potwierdza na każdym kroku, właśnie o utrzymanie konwencji i klimatu lat 80-tych chodzi. Pomijając rzeczy oczywiste dla odbiorcy, nadmienić muszę, że mocno daje się pozytywnie we znaki warsztat i obeznanie, ogranie tematu muzyków. Jest to zajebiaszczo trudne, a czasam nieosiągalne, aby w oparciu o rzeczy tak znane, osłuchane i oczywiste zagrać coś od siebie. Wydaje mi się, że mimo oczywistej przyjemności, jaka jest odczuwalna z grania w ten sposób, trzeba docenić i zauważyć liczne próby zagrania czegoś właśnie od siebie. To rzecz jasna dobrze, bo daje możliwość zniesienia osłuchanych patentów, a nawet czerpania przyjemności z obcowania z nimi. Rzuciwszy okiem na skład EVIL MACHINE widać, że muzycy wiedzą, co robić z instrumentami. Panowie przewijali się przez wiele bardzo mocnych grup naszej sceny. Dodatkowo wsparcie swoje na płycie „War In Heaven” zaserwowali prawdziwi magistrowie metalu, w postaci panów Cezara i Petera z tych zespołów, które macie na myśli. Pod względem warsztatowym nie ma zarzutów, jest bardzo i raz jeszcze bardzo poprawnie. „War In Heaven” to długi album. Wydaje mi się, że ktoś przypadkowo trafiający na taką masę niedzisiejszej muzyki i nie przywykły do niej, może się zniechęcić i zarzucić przesłuchanie całości. Materiał raczej nie stanowi w moim odczuciu jakiegoś koncept albumu. Utwory stanowią odrębne całości także charakterystyczne dla tej konwencji, powiązane wstawkami militarnymi spinającymi je mniej więcej razem. Bardzo interesujące jest brzmienie, czy jak mówią fachowcy – realizacja. Poczytałem już po przesłuchaniu płyty taki opis zespołu i wynika, że na całość płyty miały wpływ aż trzy studia nagrań. Rzecz to raczej rzadko spotykana i efekty uzyskano słyszalne. Zakładam z góry, że muzykom chodziło o specyfikę brzmienia sprzed tych kilku dekad i o ile właściwie odbieram te fale dźwiękowe, to wyszło w ten sposób. Na uwagę zwraca wydawca albumu „War In Heaven”. Jest nim mianowicie Arachnophobia Rec. Wydawnictwo poprzez osobę założyciela, nazwę, a nawet wprost oprawę nawiązująca, a można by śmiało powiedzieć kontynuująca poczynania zina o ten samej nazwie, który zamieszał na scenie w kultowej dekadzie lat 90-tych. To miły akcent, a zawartość muzyczna prezentowana przez samo wydawnictwo, choć skromna, jest nader interesująca. Pomysł wydania tego typu muzyki jest jak najbardziej na miejscu. Pozostaje mi polecić do wglądu. Wszystko na wydawnictwie „War In Heaven” EVIL MACHINE jest w porządku. Jest dobrze wydane, przemyślane. Muzyka bardziej niż poprawnie zagrana. Słucha mi się tej płyty bardzo przyjemnie i z oczywistym sentymentem. Założenia zespołu, czyli hołd dla pewnych idei, są również jasne. Można by na tym zakończyć, z szacunkiem ukłonić się i spadać. Można by, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał, po co właściwie powstają dziś takie płyty? Czy oznacza to, że metal jest już na etapie zwrotu do korzeni, zapętlenia i pożarcia własnego ogona? Jeśli twórczy ludzie sięgają po takie projekty, jeśli co piąta grupa w tym nurcie zaczyna i kontynuuje muzykę, jaką grano 20 lat temu, to jak to inaczej rozumieć? Wiem, rozumiem, to hołd i granie dla przyjemności, tylko że słyszę to od dobrych pięciu lat, a do samego gatunku wnosi dokładnie to, czego symbolem jest popularny w środowisku diabłów Uroboros ze swoim ogonem w paszczy i to w każdym rozumieniu problemu. Mnie to już mało porusza. Wolę sięgnąć po oryginał, nawet po raz sto piętnasty, na pewno mi się nie znudzi. [John Kramer]

 

Evil Machine, www.facebook.com/evilmachineband

Arachnophobia Rec., sklep@arachnophobia.pl; www.arachnophobia.pl