FAITH NO MORE – 4.07.2009, Gdynia

Heineken Open’er Festival:
FAITH NO MORE

4.07.2009, Gdynia, Lotnisko Babie Doły

Gdy pierwszy raz usłyszałem o możliwości powrotu do grania grupy FAITH NO MORE, pojawiła się u mnie ekscytacja i nerwowe śledzenie internetowych newsów. Pierwsze informacje koncertowe znalazłem na stronie Download Festival (spadkobiercy Castle Donnington) w UK. Miałem już kiedyś przyjemność być tamże, więc pojawiła się myśl, że może i po raz wtóry warto. 

Na szczęście okazało się jednak, że zespół zagra w Polsce. Najpierw zapowiedź pojawiła się w stosunku do jednego festiwalu, by wreszcie urzeczywistnić się na Open’erze w Gdyni. Pomimo iż jest to fachowo robiony festiwal, oferuje sporo atrakcji, na kilku scenach wiele się działo (z dziennikarskiego obowiązku wspomnę, że dla bardziej rockowej publiczności grali tego dnia m.in. IZRAEL czy KAWAŁEK KULKI), podejrzewam, że wiele osób przyjechało specjalnie na FAITH NO MORE (właściwie ja również:-)). 
Image

Na 20 minut przed planowaną godziną rozpoczęcia koncertu, czyli przed 22, tłum był ogromny i gęstniał z każdą chwilą. Udało mi się dostać gdzieś do 1/3 jego pojemności – odległości od sceny. W ścisku, w takt zaczynającego padać deszczu, niecierpliwie czekaliśmy. Koncert rozpoczął się z niewielkim opóźnieniem. Na czerwono oświetlonej scenie pojawili się, w większości ubrani w garnitury (bodajże oprócz perkusisty), muzycy. Zwłaszcza Mike Patton – w czerwonym wdzianku i okularach – zaprezentował się publiczności i… zaczęło się. Prawdziwe szaleństwo. Tłum krzyczał, bił brawo, skakał tak, że w centralnej części zrobił się prawdziwy młyn (a właściwie ocean uderzających o siebie fal ludzi). W ciągu chwili znalazłem się parę rządków od sceny. Co na niej wyrabiali muzycy FAITH NO MORE, to niepojęte. Oczywiście największym showmanem był Patton (m.in. paradował z parasolem czy zastygał w różnych pozach). Co on wyczyniał, to tego nie da się opisać, trzeba po prostu zobaczyć, te gesty, ruchy, słowa… Ze swoim głosem potrafi zrobić chyba wszystko, w jednym utworze potrafi zmienić jego tembr kilkukrotnie. Poza tym nawiązał genialny kontakt z publicznością, często żartował („Zatrzymaliśmy deszcz”) i był pozytywnie zaskoczony reakcją fanów, ich szaleństwem i zaangażowaniem, co również podkreślał ze sceny. Mike Bordin to uosobienie prawdziwego rockowego szaleństwa i radości grania. Gitarzysta Jon Hudson – bardzo powściągliwy w mimice, ale nawet i on czasami się uśmiechnął. Basista i klawiszowiec nieco mniej rzucali mi się w oczy, może dlatego, że byli po drugiej stronie sceny:-) w stosunku do strategicznej pozycji, jaką później zająłem. Setlista tej części koncertu zawierała m.in. „Reunited”, „Land Of Sunshine”, „Evidence”, genialnie wyśpiewane „Ashes To Ashes”, rewelacyjnie agresywny „Be Aggressive”, uspokajający „Easy” czy teatralny „Midlife Crisis”. Muzycy po około godzinie grania opuścili scenę, tłum jednak nie dał im odejść i nastąpiły przewidziane zapewne bisy. Pojawił się m.in. oczekiwany „We Care A Lot”. Grupa dwa razy wracała na bisy, a publiczność po godzinie i czterdziestu minutach i tak nie chciała ich puścić, ale to już niestety był koniec. W ciągu całego koncertu zabrzmiało około 20 utworów.
Był to bardzo energetyczny set, zagrany na wielkim luzie i z ogromną autentyczną radością. Konfrontacja z legendą z lat młodzieńczych bardzo pozytywna. Tylko nagłośnienie mogło być troszkę lepsze.

[Yanus]